Secrets of London
[04.10.1971] Hogsmeade, Pierwsze ataki śmierciożerców - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [04.10.1971] Hogsmeade, Pierwsze ataki śmierciożerców (/showthread.php?tid=2469)



[04.10.1971] Hogsmeade, Pierwsze ataki śmierciożerców - Theon Travers - 21.12.2023

04.10.1971
Hogsmeade, Pierwsze ataki śmierciożerców


Pierwsze zadanie. Pierwsza szansa na wykazanie się. Odkąd swoje kroki skierował ku Czarnemu Panu, czekał na moment, kiedy będzie mu dane udowodnić swoją przydatność. O ile na początku nie był przekonany, iż obrana droga jest tą właściwą, to w ostatnich miesiącach jego pewność rosła. Zmiany były potrzebne. Potrzebny był pewien powiew świeżości, który pozwoli na pozbycie się całej tej zgnilizny, która uparcie trzymała się Ministerstwa Magii.

Kreowała naszą rzeczywistość.

Otrzymany list, autorstwa człowieka kryjącego się pod pseudonimem Corvus, zawierał tylko niezbędne informacje. Uległ zniszczeniu chwilę po tym, jak się z nim zapoznał. Wszystko tutaj było ograniczone do absolutnego minimum. Powoli się do tego przyzwyczajał. Rozumiał potrzebę utrzymania pewnych spraw w sekrecie. Był świadomy, że odpowiednie podejście, będzie w stanie zapewnić im wszystkim należyte bezpieczeństwo. Gdyby funkcjonowało to w inny sposób, mniej przemyślany, dość szybko trafiliby do Azkabanu.

Osobiście wolałby takiego losu uniknąć.

Wiedząc, że jego plany mają ulec zmianie, wysłał wiadomość do przyjaciółki, z którą umówiony był w jednym z pubów zlokalizowanych w magicznej części Londynu. Było raczej mało prawdopodobne, aby wrócił do domu na tyle wcześnie, żeby na spokojnie udać się na to spotkanie. Przynajmniej tak założył. Może błędnie, może nie. Wolał nie ryzykować. Lycoris była ostatnią – albo może jedyną? – osobą, której nie byłby w stanie wystawić bez choćby słowa.

Tak po prostu.

W przypadku innych znajomych, tego rodzaju problemów raczej nie miewał.

Przez pozostałą część dnia, wielokrotnie spoglądał na zegarek. Wskazówki zdawały przesuwać się o wiele za wolno. Czas jakby stał w miejscu. A później nagle przyśpieszył. Jakby złośliwie. Jakby chcąc zrobić mu, Theonowi, na złość. I wszystko utrudnić. Kiedy wrócił do swojego mieszkania, pośpiesznie przygotował się do wyprawy. Nałożył obszerną szatę. Ukrył swoją tożsamość za maską. Następnie przeniósł się, przy pomocy otrzymanego świstoklika, do miejsca, w którym wszystko miało się wyjaśnić.


Nieco niezgrabnie, ale przynajmniej stabilnie, wylądował niemalże na samym środku niewielkiego pokoju. Nie był tutaj sam. Oprócz niego, w pomieszczeniu znajdywały się jeszcze jedna, zamaskowana osoby. Kolejna zjawiła się w kilka chwil po nim. Wyglądało na to, że na miejscu zebrała się cała grupa.

Łatwo było rozpoznać tego, który pełnił role lidera. Dało się od niego wyczuć specyficzną energię. Wiele też mówiła postawa przyjęta człowieka. Pewnych rzeczy nie dało się tak po prostu ukryć za maską. Niezależnie od tego czy była ona wykonana przy pomocy magii, czy też nie.

- Widzę, że obydwaj jesteście już na miejscu. Bardzo dobrze. – do kogo należał ten zniekształcony głos? Czy za maską krył się w tym przypadku ktoś znajomy? Może każdego ranka, Theon mijał tego człowieka na jednym z ministerialnych korytarzy? Tak dużo pytań. Tak niewiele odpowiedzi.

Zapewne powinien mieć na uwadze, że zbyt duża ciekawość może go zbyt prędko zaprowadzić na drugą stronę rzeki.

- Wybraliśmy was nieprzypadkowo. Te konkretne zadanie wymaga bowiem osób o określonych predyspozycjach. – kontynuował. Nikogo przy tym nie zachęcał, aby usiąść na krześle czy kanapie. Sam również wciąż stał. Nie przejmował się wygodą dla samego siebie, nie interesowało go zadbanie o nią również dla innych. Nie odczuwał takiej potrzeby. – Doszły nas ostatnio słuchy, o parze mugolaków, którzy zdecydowali się otworzyć pracownie w Hogsmeade. Wynajęli lokal, zaczęli go już zaopatrywać w sprzęty i niezbędne materiały. W miejscowości pojawiła się też całkiem spora ilość ulotek reklamujących ich wyroby. Zamierzają rywalizować z funkcjonującą tam od pokoleń, uznaną pracownią Mistrza Thaddeusa Burke. - na chwilę zamilkł, pozwalając im na należyte poukładanie przekazanych informacji. – W swoich ulotkach, zarzucili mu szereg nieuczciwych praktyk, gwarantując przy tym, iż w ich pracowni podobne sytuacje nie będą mieć miejsca. Zapewne jest dla was zrozumiałe, że nie możemy pozwolić na takie działania wymierzone w kierunku czarodzieja czystej krwi, który dotąd cieszył się nienaganną opinią. Uznaliśmy, że jest to sprawa zasługująca na odpowiednią reakcje z naszej strony. Dlatego też waszym celem będą Peter i Margaret Harrisowie.

Słuchał kolejnych słów zamaskowanego mężczyzny i następnych. Uważnie. Ile czasu na to zeszło? Więcej niż sam się spodziewał. Inaczej niż to miało miejsce w przypadku listu, tutaj szczegółów nie brakowało. Nie brakowało informacji. Nie brakowało też uzasadnienia dla decyzji o potrzebie podjęcia się takich działań.

Czy gdyby jego bliscy już wcześniej znaleźli się w gronie popleczników Czarnego Pana, mogliby liczyć na to, że ich sprawa zyskałaby należyty rozgłos? Czy wobec tego przeklętego łowcy zostałyby wyciągnięte należyte konsekwencje? Te i wiele podobnych myśli przepłynęło mu przez głowę. Wiedział jednak, że nie był to odpowiedni moment na tego rodzaju rozważania. Nie mógł pozwolić na to, aby myśli popłynęły w tym kierunku. W takim momencie byłoby to zbyt ryzykowne.

Skupił się więc ponownie na przekazywanych informacjach. Odebrał wytyczne.


Hogsmeade nie było dla niego obcym miejscem. Znał je od lat. Wielokrotnie zdarzyło mu się odwiedzać tę czarodziejską wioskę w czasach, kiedy jeszcze uczęszczał do Hogwartu. Stosunkowo często odwiedzał tutejszy sprzęt sportowy. Nie tak dobrze zaopatrzony jak te w Londynie, ale nadal posiadający całkiem ciekawy asortyment. Ku niezadowoleniu ojca, aż nadto regularnie zostawiał tam całkiem spore ilości pieniędzy.

Nie to, żeby Traversowie mogli narzekać na brak pieniędzy.

Podczas tej konkretnej wizyty w Hogsmeade, nie mógł pozwolić sobie na odwiedzenie znanych i lubianych miejsc, w stosunku do których posiadał całkiem sporo pozytywnych wspomnień. Niestety, gdyby nagle zjawił się w tutejszym pubie, albo herbaciarni, ubrany w specyficzną szatę, z maską osłaniającą twarz, zapewne nie zostałoby to odebrane pozytywnie. Mogłoby w dodatku zostać zaliczone do grona najgłupszych, najdurniejszych pomysłów jakie przyszły mu do głowy. A do tego wiązać się z bolesnymi konsekwencjami.

Nikt raczej nie uznałby tłumaczeń w stylu nie chciałem, to miał być tylko żart.

Zostawmy to jednak.

- To ma być to miejsce? – oceniającym spojrzeniem zmierzył witrynę, za którą nie znajdywało się jeszcze nic godnego uwagi. Godzina była późna, dało się jednak dojrzeć, że w środku wciąż panował rozgardiasz typowy dla miejsca znajdującego się wciąż w remoncie.

- Czego więcej spodziewałeś się po szlamie? – skomentował towarzyszący mu czarodziej. Znajomy, obcy? Kolejny raz ciężko było stwierdzić. Przedstawiał się jako Cervus. Jeleń. Czy był nim faktycznie, czy takie imię było w jego przypadku tylko zbiegiem okoliczności?

Theon musiał już przynajmniej kilkukrotnie ugryźć się w język, żeby skutecznie powstrzymać się od takich pytań.

- Alohomora. – padło ze strony śmierciożercy. Proste zaklęcie okazało się wystarczające. Lokal, który nie został jeszcze oficjalnie otwarty, nie posiadał żadnych specyficznych zabezpieczeń. Takich, których nie dało się pozbyć w ciągu kilku chwil. Najwyraźniej właściciele byli naiwni, lekkomyślni. Nie brali pod uwagę tych bardziej czarnych scenariuszy.

A powinni byli. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach.

Zwłaszcza, że sami mieszkali na piętrze.

- Powinniśmy wszystko wyciszyć. – tym razem głos zabrał Theon. Ledwie tylko znaleźli się w środku, nałożył na pracownie zaklęcie wyciszające. Nie chcieli ściągać na siebie niepotrzebnej uwagi. Nie potrzebowali, żeby na miejscu stawiła się zaraz grupa brygadzistów, albo co gorsza – aurorów.

Kiedy postawy zostały ogarnięte, można było przejść do właściwych działań.

Niszczenie sprzętów. Mebli. Dziura w jednej ze ścian. Spalony dyplom, który właściciele pracowni zdążyli już umieścić na ścianie za ladą. Oprawiony. Informujący o ukończonym specjalistycznym kursie. Ponoć dający klientom gwarancje najwyższej jakości. Wreszcie umieszczony na sklepowej witrynie napis SZLAMA, który będzie dobrze widoczny za dnia.

Powinien przyciągnąć uwagę.

Kiedy pracownia znajdywała się już w odpowiednim stanie, mogli przejść dalej. Udać się na piętro. Odwiedzić wspomnianych wcześniej Petera i Margaret. Czy był gotowy zrobić to co od niego oczekiwano? Czy był w stanie pozbawić człowieka życia?

Skoro wkroczyłeś na tę drogę, nie masz wyboru – skarcił samego siebie w myślach. Bo tak też było. Zdawał sobie z tego sprawę. Aż za dobrze…

- Gotowy? – usłyszał pytanie, kiedy znaleźli się na piętrze, pod drzwiami prowadzącymi do sypialni. Odpowiedź, że nie, że nie był, sama cisnęła się na język. Tylko czy chciał w ten sposób ryzykować? Tak bardzo?

Kolejne drzwi stanęły przed nimi otworem.

Zaraz za nimi w kierunku jednej z sylwetek rysujących się w ciemności, na łóżku, poleciało zaklęcie. Jedno z tych, którymi Theon nie chciałby oberwać.

- Crucio! – brzmiało dokładnie w ten sposób.

Hałas sprawił, że obudzili się. Mężczyzna znalazł pod wpływem jednego zaklęcia, kobieta potraktowana kolejnym. Tym razem przez Theona. Nie miała dość czasu na to, żeby się obronić. Odeprzeć ten nieoczekiwany atak. Nie do końca świadoma tego, co miało miejsce, zarazem przerażona.

Potraktowana drętwotą, mogła jedynie patrzeć na to, co się rozgrywało.

- Wydawało się wam, że tak po prostu możecie wystąpić przeciwko komuś czystej krwi? Niszczyć jego dobre imię? – Cervus odezwał się. Nie zamierzał kryć się z tym, co konkretnie sprowadziło go do tego miejsca. Jego i towarzyszącego mu Theona. – Rujnować biznes prowadzony od pokoleń? – potraktowane zaklęciem niewybaczalnym sprawiło, że przez ciało Petera przechodziły kolejne fale energii. Fale paraliżującego bólu, który aż nadto wyraźnie odbijał się w oczach mężczyzny.

- Proszę… - padło, zanim po jednej fali nastąpiła druga. W głosie ofiary wybrzmiało przerażenie, ale i bezradność.

Potraktowana drętwotą Margaret, mogła to wszystko tylko bezsilnie obserwować. Bez szans na to, aby udzielić pomocy. Aby jakoś zareagować. Uratować się.

Nie mogli liczyć na litość. Nie mogli liczyć na pomoc.

Czy sam na ich miejscu... czy poradziłby sobie lepiej? Dałby radę odeprzeć atak?


Nie zajęło im to wiele czasu. Całość była dobrze zorganizowana. Zadanie proste do realizacji. Na miejscu nie pojawiły się żadne osoby trzecie, które mogły cokolwiek utrudnić. Zakłócić przebieg akcji. Zanim opuścili pracownie oraz samo Hogsmeade, pozostała jeszcze jedna rzecz. Ostatnia sprawa na niezbyt długiej liście. Było nią umieszczenie nad budynkiem charakterystycznej czaszki.

- Morsmorde. – wypowiedziane po raz pierwszy w życiu. Z pozytywnym skutkiem.

Ciężko jednoznacznie określić, jak się z tym czuł. Nigdy nie podejrzewał, że mógłby stać się członkiem takiej organizacji; że miałby stać się mordercą.

A przecież to właśnie przez chwilą zrobił. Wziął udział w morderstwie dwójki mugolaków.


Nie mogli pozwolić sobie na to, aby byt długo przebywać na miejscu zdarzenia. Kiedy udało im się odhaczyć wszystkie zadania znajdujące się na liście, Theon i Cervus deportowali się, wracając do miejsca, w którym ponownie czekał na nich on.

Zajęty lekturą, ponownie skrył swoje oblicze za maską. Nie mieli wystarczająco dużo czasu, żeby cokolwiek dostrzec. Mężczyzna pozostawał czujny.

- Rozumiem, że wszystko zakończyło się sukcesem? – zadał pytanie. Retoryczne, nie oczekiwał na nie żadnej odpowiedzi. Może już wiedział? Może odpowiednie osoby obserwowały wszystko z odpowiedniej odległości?

Theon nie wnikał, Cervus postąpił podobnie.

- Doskonale. W takim razie możecie wracać. Nie ma potrzeby, żebyście dłużej tu przebywali. – nie zatrzymywał ich. Nie wymagał żadnych raportów. Nie tym razem. Po prostu pozwolił im wrócić do swoich spraw. Do szarej codzienności, która każdego z nich otaczała. Czy było to dla któregokolwiek z nich zaskakujące? Może odrobinę.

Do pewnych spraw Theon będzie musiał się przyzwyczaić.

To zawsze wymaga czasu, nie odbywa się tak po prostu. Z dnia na dzień. Trzeba sobie z tym radzić. Zaakceptować taki stan rzeczy. Choć na usta cisnęło mu się wiele pytań, na część z nich chciałby uzyskać odpowiedź już teraz, zaraz, natychmiast, Theon wiedział, że nie tego od niego oczekiwano. Nie zamierzał stawać okoniem. Sprawiać problemów.

Zwłaszcza samemu sobie.

Deportował się prosto do swojego mieszkania. Pozbył się szaty i maski, które starannie ukrył. Usiadł na znajdującej się w salonie kanapie, odchylił do tyłu.

Więc to było to?

Jak powinien się po tym wszystkim czuć?

Niby sam nigdy nie był szczególnie negatywnie nastawiony do mugolaków, dawno z tego wyrósł, ale stanowiło to istotny element sprawy, którą zdecydował się poprzeć. Czy aby na pewno był to dobry wybór? Czy podjął właściwą decyzje? Czy nie spierdolił sobie właśnie życia?

Chyba powinienem się napić…

Może zapalić.

Ledwie tylko przeszło mu to przez myśl, ogarnął się do wyjścia. Zarzucił kurtkę, umieścił w kieszeni spodni paczkę fajek, zapalniczkę oraz nieco podniszczony portfel. Niby godzina była późna, ale na Nokturnie nikomu nie robiło to różnicy. Zawsze było gdzie usiąść i napić się piwa. Zawsze znalazło się do tego jakieś towarzystwo. Zamierzał z tego skorzystać.