Secrets of London
[1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus (/showthread.php?tid=2494)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7


[1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus - Morpheus Longbottom - 30.12.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Vakel Dolohov - osiągnięcie Piszę, więc jestem

And his shadow dances along
Morpheus Longbottom & Vakel Dolohov, 1946, Hogwart


In the forest
Out of the mid-wood’s twilight
Into the meadow’s dawn,
Ivory limbed and brown-eyed,
Flashes my Faun!
He skips through the copses singing,
And his shadow dances along,

And I know not which I should follow,
Shadow or song!
O Hunter, snare me his shadow!
O Nightingale, catch me his strain!
Else moonstruck with music and madness
I track him in vain!
Oscar Wilde

Okultystyczne znaczenia Jelenia: płodność, odrodzenie, szacunek do nienamacalnego, oświecenie, pielgrzymka lub inicjacja, łowy, alchemiczny Merkury.

Łopatki do tyłu, prosty kręgosłup. Wypastowane buty, zaczesane do tyłu włosy na brylantynę, przypięta odznaka prefekta Krukonów. Ostatni rok w Hogwarcie. Nie sądził, aby szczególnie tęsknił za tym miejscem, ale zdecydowanie miał kilka dobrych wspomnień z czasu spędzonego w tej placówce. Niemal nie mógł uwierzyć, że oto przychodzili nowi prefekci, nowe pokolenie uczniów, których już nie pozna. Oczywiście były pewne wady całości, na przykład fakt, że jego prefektorska partnerka była głową fanklubu Vakela Dolohova, a rzeczony został nowym narybkiem prefektów, po tym gdy siódmoklasiści opuścili Hogwart. Morpheus nigdy nie okazywał chłopakowi jawnej niechęci, nawet jeśli każde spotkanie prefektów w zeszłym roku zaczynało się od tego, co zrobił Dolohov w ostatnim tygodniu i zachwytów nad jego osobą. W wagonie prefektów pogratulował mu suchym uściskiem dłoni i wysłuchał Prefekta Naczelnego, zadań na ten wieczór oraz ramowego planu roku, który chyba bardzo szybko wyczuł pismo nosem i ekscytację panny prefekt Krukonów, którą ta wręcz wibrowała.

Oglądając zmierzch, zachodzący powoli nad mijanymi dolinam, w takt rytmicznego stuku pociągowego, zauważył maleńkie, jak porcelanowe figurki na szafce, stado jeleni z rogaczem na czele, z umięśnionymi głowami w kierunku ogromnej, ważącej wiele ton maszyny. Korona z rogów rosnąca ponad ciało samca, sięgającą nieba, uświęcała jego sylwetkę. Rogi, symbol wzrostu i odrodzenia, transformującej energii. Zwierzę profetyczne, alchemiczne i transmutacyjne. Zanotował ich obecność na marginesie swojego podręcznika, na pierwszej stronie oraz układ, aby później sprawdzić ewentualne wieszcze właściwości. Czy był to symbol czy tylko element kręgu życia.

Wszystko jest połączone, a sieć jest święta.

W Hogwarcie rzadko kiedy mówił o swoim darze, unikając nadmiernego afiszowania się z tym, nawet jeśli karty tak często szeptały modlitwę tasowania w jego dłoniach. Ot czasami rozłożył je dla koleżanki, zwykle jednak robił to dla siebie. Chodził na wróżbiarstwo, spoglądał w przyszłość. Nie czynił z tego wielkiego sekretu, lecz również nie stworzył dookoła siebie wrażenia, że jest prorokiem. Im bardziej pochłaniały go obowiązki starszego kolegi i prefekta, tym bardziej zapominano o tym, że może spoglądać w przyszłość. Sądził jednak, że to stanowiło jeden z powodów nominacji. Mógł zatrzymać sytuację, nim nastąpi eskalacja problemu, bo będzie wiedział, zanim problem wystąpi. Może podobnież było z młodszym Krukonem.

Longbottom zorientował się, że nie potrafi znaleźć w pamięci jakiejkolwiek interakcji z Vakelem w formie zwykłej rozmowy, jeden na jednego. Zawsze w towarzystwie innych Krukonów lub grupki adoracji Dolohova, w stylu informacji organizacyjnych, przypomnień o testach, terminach, czy uwagach, aby przeniósł się ze swoimi fanami z korytarza gdzieś indziej. Jaki był czarujący chłopak z bardzo mocnymi rysami twarzy pod śnieżnym puchem publicznych dekoracji?

Sprawdził na zegarku czas i oparł głowę na podbródku. Miał jeszcze dziesięć minut do obejścia wagonów i swojej wachty, którą pełnił z nowym narybkiem.

 A ty Longbottom?

Hmm? — uniósł głowę słysząc pytanie prefekt naczelnej tylko jako dźwięk, nie rozróżniając słów, poza naturalną reakcją na nazwisko.

Co robiłeś w wakacje.

Głównie doglądałem z matką bachorów. Bren jest ciągle o krok od rozbicia sobie łba, Erik zaczyna zadawać niewygodne pytania i ciągle truje dupę żeby się z nim pobawić, a Danny płacze. Nic ciekawego.

Wzruszył od niechcenia ramionami. Nie chciał spowiadać się z napiętych rozmów z ojcem na temat przyszłej kariery i milczeniu w jakim się rozstali o poranku, przed wyjazdem Morpheusa do szkoły. O wątpliwościach dotyczących samego siebie i swojego życia, propozycjach matrymonialnych, jakie pojawiły się na horyzoncie, nieśmiało poruszane przez matkę.

Merkury może oznaczać zarówno element, jak i planetę. W obu przypadkach ten symbol alchemiczny reprezentuje umysł, a także stan, który może przekroczyć śmierć. W czasach starożytnych rtęć była znana jako srebro rtęciowe i wierzono, że jest w stanie przechodzić między stanem ciekłym i stałym i dlatego w alchemii uważano, że rtęć przechodzi między życiem a śmiercią. Niektóre decyzje, nad którymi musiał się już zacząć zastanawiać, sprawiały w głowie młodzieńca właśnie takiej wagi wrażenie. Życie i śmierć.




RE: [1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus - Vakel Dolohov - 03.01.2024

Uściśnięta przez Dolohova ręka Morpheusa, była jedną z wielu, a on sam o Longbottomie słyszał niewiele. Nie dało się go ignorować przez pięć lat życia w jednej szkole, ale nie ulegało wątpliwości, że z ich dwójki tą osobą zapadającą w pamięć nie był on, ale Dolohov właśnie. I kiedy tak się nad nim pochylił, żeby uścisnąć mu tę dłoń, a później wrócił do bardzo żywej rozmowy o teorii wykraczającej poza program wróżbiarstwa, Morpheus mógł zauważyć, w jaki sposób ten gagatek owinął sobie panią prefekt wokół palca. To nie był łatwy przepis. Chłopak nie należał do tych z kategorii szczególnie urodziwych. Nazwisko miał rosyjskie - pierwsza myśl: może czarował egzotyką zza żelaznej kurtyny, ale brzmiał i wyglądał jak anglik. Niby wysoki, zadbany, a jednak zabrakło mu twarzy z katalogu - miał w sobie tylko taki młodzieńczy, chłopięcy urok, co z komicznie opadającą na oko grzywką i bardzo dużą dozą delikatności w budowie ciała i urodzie, tworzyłoby pewnie obraz zniewieściałego młodzieńca, o którego zamartwia się babcia, a dziadek wykupuje mu karnet na boisko, żeby nabrał masy i stał się wreszcie prawdziwym mężczyzną. Mało atrakcyjne dla żeńskiej części szkolnej społeczności, nawet jeżeli przyciągało uwagę, ale...

No właśnie - ale. Vakel Dolohov wszystkie te wady, mankamenty, niedociągnięcia, jakie się składały na jego obraz, szybko rozmazywał niesamowicie silnym, ekstrawertycznym charakterem. Miał takie żywe, radosne, błyszczące oczy i spoglądał nimi na świat, jakby ci takim głupim uściskiem dłoni na powitanie próbował rzucić najcięższe z możliwych, życiowych wyzwań. Ale wcale nie musiałeś się przy nim męczyć. Prowadził w rozmowie tak, jak dobry tancerz prowadził cię w tańcu. W jaki sposób to robił? Część osób postawiłoby na obszerną wiedzę o świecie, inni na talent wrodzony - charyzmę wyssaną z mlekiem matki, ale ktoś tak spostrzegawczy jak Longbottom mógł znaleźć odpowiedź w tym, jak Dolohov wodzi spojrzeniem po rozmówcy. On wszystko widział. Czytał z ludzi jak z otwartych książek, zachowywał się czasami, jakby przejrzał ich następny, lub wymarzony ruch i wychodził z jakąś propozycją, zanim otworzyło się usta. Jego siłę dało się opisać w trzech aspektach. W wyostrzonej percepcji niewątpliwie wzbogaconej siłą trzeciego oka, o którym tak szeroko się o nim mówiło. Przy drugim można było się zawahać - albo spryt, albo intuicja, bo potrafił swój dar wykorzystać w niebanalny sposób. Trzeci - kreatywność, a może bardziej twórczość, rozumiana jako cecha charakteru. On tym swoim uśmiechem, bez problemu tkanymi słowami, gestem delikatnej dłoni, tworzył personę, taki wyidealizowany obraz człowieka, któremu możesz zdradzić wszystkie swoje sekrety, bo on i tak wyczytał już wszystkie w gwiazdach, a być może odnajdzie w nich również remedium na dręczące cię problemy.

To byłby idealny dzień nowego króla szkoły, ale nie wyszła mu jedna, niby mikroskopijna rzecz. Non stop, podczas wspólnej podróży, spoglądał w kierunku Morpheusa. Kiedy się na tym przyłapywał, szybko powracał wzrokiem do pani prefekt, ale w końcu nie wytrzymał i zawiesił na nim spojrzenie na tak długo, że wreszcie wszyscy znajdujący się w przedziale siedzieli odwróceni kolanami w jego kierunku i słuchali, cóż takiego niesamowitego stało się w te wakacje.

To nie było ani trochę ciekawe. Wszyscy wróciliby pewnie do swoich spraw, ale aktualna gwiazda socjometryczna uśmiechnęła się szerzej.

- To twoje rodzeństwo? - Zapytał, nie trafiając kompletnie. Nie wodził spojrzeniem po twarzy Longbottoma, nie analizował go wcale. Wzrok mysich oczu wlepiony był konkretnie w jego oczy, tylko i wyłącznie. Siedząca obok niego pani prefekt udawała, że tak, to było totalnie to, o czym chciała teraz rozmawiać. Teraz kiedy stykała się udem z Vakelem Dolohovem.




RE: [1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus - Morpheus Longbottom - 03.01.2024

Przywykł do pewnego rodzaju niewidzialności, tego, że wzrok przesuwa się po nim i skupia gdzieś indziej. Korzystał z tego w domu, aby uniknąć konsekwencji swoich działań, korzystał z tego w szkole, przyprawiając niektórych uczniów o zawał, nachylając się nagle nad ich ramionami i wtykając swój zbyt duży nos w nieswoje sprawy, jak to nazywali oni, czyli łamanie regulaminu szkoły, jak przypominał on. Opinia publiczna w szkole była w konsensusie, że jest raczej łaskawym prefektem, nie odejmuje punktów, ale trzyma się litery prawa sztywno. Szybciej wyląduje się z nim na dywaniku, niż straci punkty. Ciężko powiedzieć, co bardziej przerażało uczniów, utrata kolektywnych osiągnięć czy prywatna reprymenda.

Oczy Morpheusa stanowiły jego największy atut. Oprawione czarnymi, długimi rzęsami, których zazdrościły mu koleżanki, w sztucznym świetle w wagonie, tuż przy ciemniejącym oknie, czerniły się atramentem. Ciężkie powieki dodawały pewnego rodzaju znudzenia twarzy wieszcza, chociaż lekko się uniosły, gdy zauważył, jak niemal psychodelicznie wszyscy na niego patrzyli, pod zaklęciem głosu ich lokalnego celebryty. Nieco sarnie spojrzenie przeniosło się w końcu na Dolohova, skupiając się na nim bez zdezorientowanego mrugnięcia. Po prostu patrzył. Nie, nie po prostu. On patrzył na młodszego Krukona w ten sam sposób, w jaki gwiazdor Hogwartu mamił całą resztę, aby jedli mu z ręki, jak ktoś, kto nie żyje w tu i teraz, tak samo jak reszta gawiedzi, a spaceruje po za chwilę. Morpheus Longbottom miał oczy nocnego nieboskłonu odartego z gwiazd, a jednak pełnego przyszłości.

Przełożył zakładkę z tyłu książki, jakiś spłowiały bilecik albo zaproszenie, do miejsca, w którym skończył czytać, tak że kawałek kremowego kartonika wystawał na górze masy stron i oburącz zamknął tom, kładąc sobie go na kolanach, jak tarczę przeciwko domniemanej pasji tłumu, jakby poplecznicy jednego Widzącego mieli zaatakować drugiego. Chyba nikt z tu zebranych nie wiedział albo nie pamiętał o darze chłopaka, ale nie był pewien.

Dzieci mojego starszego rodzeństwa. — Założył swobodniej nogę na nogę, nadal nie mrugając, odwzajemniając intensywne spojrzenie. Lekcje z Herr Schäferem, gdy patrzyli się sobie w oczy godzinami w ramach nauki jasnowidzenia, stanowiły dla niego niebywałą podporę w latach szkolnych, gdzie ustalano dominację niejako właśnie w ten sposób. Nadchodzący uśmiech zdradziły zmarszczki w kącikach oczu. —  Pięć lat, dwa i sześć miesięcy. Przyzwyczajajcie się do rozmów o pieluchach, niedługo czeka to was wszystkich.

A ciebie to niby nie? — odezwał się jeden z Puchonów, pyzaty młodzieniec, który dołączył do Prefektów w tym samym roku z Vakel. Morpheus nie pamiętał jego imienia.

Planuję młodo umrzeć — zadeklarował żartobliwie Longbottom, szczerząc białe zęby w radosnym uśmiechu. Bardzo szczerym. Chociaż nie wydawało się, aby rzeczywiście chciał zakończyć swoją nić losu przedwcześnie, w jego przyszłość pływało coś, co rzucało cień niepewności na dalsze dzieje, jakby coś w nich mieszało. Nie zaczynało się już teraz, lecz dopiero za chwilę, jakby rozpoczął taniec pomiędzy teraz, wczoraj i jutro, tango losowości i chaosu, tak nienaturalne dla tego, co zwykle widziało się w przyszłości innych.

A ty Dolohov? — spoważniał na moment, jakby właśnie zapytał, kiedy planujesz umrzeć, a nie odniósł się do pytania o wakacje. Przecież właśnie o to pytał. I. Cały. Czas. Patrzył.

Ze swoim wydatnym nosem, teraz był sępem, który czekał, aż nadejdzie czas, aby rzucić się na martwe truchło i rozedrzeć je swoim haczykowatym dziobem. Podparł ponownie podbródek o dłoń, nonszalancko, całe ciało skierowane w stronę rozmówcy, głównego rozmówcy.




RE: [1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus - Vakel Dolohov - 07.01.2024

Jego twarz przykrył szczeniacki uśmiech. Delikatny, zadziorny, trochę taki, jakby próbował rzucić Morpheusowi jakieś wyzwanie, kiedy ten spokojnie odpowiadał na zadane mu pytanie. A kiedy padło to zdanie, że się powinien do tego przyzwyczajać, ten uśmiech się poszerzył, a jedna z brwi uniosła w górę. Nie musiał nic mówić - tyle wystarczyło, aby dać wyraz głębokiemu niedowierzaniu w prawdziwość tego stwierdzenia - to przekonanie i upór w nim nadały mu ten wyraz twarzy. Ale dlaczego tak bardzo w to wątpił? Na to nie można było znaleźć odpowiedzi, będącej pewnikiem - dało się jedynie snuć mniej i bardziej trafne domysły, ale ostatecznie... wszyscy byli jeszcze bandą dzieciaków. Jak wiele mogli zdawać sobie sprawę z prawdziwego życia?

- To już najwyższa pora się szykować, zaraz kończysz szkołę. Wybrałeś już sobie napis na nagrobek? - Nie przerwał nawiązanego wcześniej kontaktu wzrokowego, ale rzucając dowcipem, bawił się szklaną butelką zimnej wody. Nim odpowiedział mu na zadane pytanie, wzruszył ramionami i nie gubiąc kącików ust uniesionych w górę w równie szczerym rozbawieniu co jego, upił jej łyk. I z tą zniewieściałą urodą, z tą radością płynącą z wymiany kompletnie nieśmiesznych dla innych zdań, wyglądał trochę, jakby się spił na jakimś przyjęciu i pociągnął łyk ze szklanki pełnej czegoś, co nie zaspokajało pragnienia, tylko je nasilało. - Ja, Morpheusie, zamierzam żyć wiecznie. - I chociaż brzmiało to jak żart i musiało być żartem (prawda?), to Dolohov był w tym bardzo, ale to bardzo szczery. Nawet jeżeli czemukolwiek miało udać się, posłać go do piachu, nikt się już nie uwolni od jego wpływu, od szeregu dokonań. Będzie trzymał się tego świata obłąkańczo pazurami, choćby i miał skończyć jako umęczona, niepotrafiąca odejść dusza, albo (ale to było minimum jego oczekiwań) wpis w bibliografii odkrywców kontynuujących jego dzieła, opierający fundamenty własnych praco jego niezaprzeczalny, niesamowity geniusz.

Dolohov czuł napinającą się atmosferę. Kiedy Susanne poruszyła swoją nogą, a tym samym otarła się o jego udo, dotarło do niego, że wpatrywał się w tego chłopaka podpierającego podbródek na dłoni z lekko rozchylonymi wargami. Przełknął ślinę, zamknął je, a później drgnął - w taki charakterystyczny sposób, spinając brzuch i wydając z siebie haust powietrza, bo coś do ciebie dotarło, rozbawiło cię wielce, ale nie chciałeś się wcale tym z nikim podzielić.

- Oh, to był żart, z tym nagrobkiem, Susanne... - odwrócił swoje spojrzenie ku pani prefekt, nierozbawionej i najwyraźniej nieco sfrustrowanej niby to tematem rozmowy, ale to było oczywiste dla każdego posiadającego oleju w głowie, że chodziło o coś głębszego, o coś drzemiącego w bijącym, młodzieńczym sercu. Nagle ta pozycja wydała mu się być wielce nienaturalna, chociaż zagrał to z należytą komuś takiemu jak on swobodą. Widział wyraźnie, jak dziewczyna napięła się mimowolnie, kiedy przestała znajdować się w centrum jego uwagi i chociaż wszystko w jego duszy krzyczało, że to nie z nią chciał prowadzić tę rozmowę, ba (!) absolutnie każdy poza Longbottomem przestał być prawdziwym uczestnikiem konwersacji dwa lub trzy zdania temu, to na nią przeniósł wzrok. - Spędzałem czas wolny na daczy, ale poza tym spotykałem się z amerykańskim profesorem zajmującym się upowszechnianiu wiedzy astronomicznej, opowiadał mi między innymi o wiatrach gwiazdowych.

Z jakiegoś powodu był pewien, że ciszę, jaka zapadła przerwie albo ona, albo Longbottom, nie był jednak pewien, które z nich.


RE: [1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus - Morpheus Longbottom - 07.01.2024

Spodobała mu się odpwiedź Vakela i nawet nie próbował tego ukryć. Rozważał nawet, czy nie podzielić się epitafium, które wybrał dla siebie, w roku w którym zginęła Marta Warren, ale mnogość oczu wlepiona w niego skutecznie go odwiodła od tego pomysłu. Jestem tym, czym będziesz. Byłem tym, czym jesteś. Nie brzmiało to w żaden sposób wielce, ani nawet wyjątkowo personalnie, konfrontowało zaś żyjących z faktem śmierci, nieuchronnej i wiecznej. W pewnym sensie był to również żart z jego strony, jakby wieszczył śmierć czytającemu tekst na jego płycie nagrobnej.

Morpheus, ile razy mam ci powtarzać! — ciszę przerwała Susanne, kręcąc się na swoim miejscu niekomfortowo, a adresat słów wyraźnie czuł jej niezadowolenie z jego obecności. Na pewno nie pomagało to, że przedziały mieściły osiem osób, a obecnie znajdowało się tam znacznie więcej. — Nie gap się tak na nowych, straszysz. On już tak ma. — Ostatnie słowa skierowała miękkim, nieco przepraszającym tonem do Dolohova, kładąc mu lekko dłoń na ramieniu, jakby chciała przerwać zaklęcie i ponownie skupić na sobie uwagę młodszego Krukona. Zdaniem wieszcza nie była ani trochę subtelna.

Longbottom teatralnie i przeciągle mrugnął w odpowiedzi na to, co wywołało kilka krótkich chichotów ze strony gryfońskiej prefekcji, z którymi Morpheus utrzymywał bardziej przyjazne kontakty, niż z Susanne. Swoje milczenie przerwał szelestem czarodziejskiej szaty oraz cichego stuknięcia okładki podręcznika o mały parapecik wagonowy. Wstał i jakby na ten znak, ktoś zaczął rozmawiać o nadchodzącym sezonie Quidditcha, a jego miejsce zajęło się rozlewającymi się w wolnej przestrzeni ciałami, wcześniej ściśniętymi jak sardynki, aby prefekt naczelny nie musiał powtarzać, zatrzymanymi w przestrzeni przez magnetyczną osobowość Dolohova.

Wyciągnął się na palcach, aby wsunąć książkę do swojego bagażu nad ich głowami. Dało się zauważyć w tym, jak bardzo jest świadomy siebie w przestrzeni, ile zajmuje miejsca, jak je ograniczyć, uczynić siebie niewidzianym, jednocześnie bez namaszczenia sakramentem przemocy. Wystudiowane ułożenie stóp, przemyślane kąty nachylenia. Ciche klik zamków utonęło w szeleście jesiennych przemyśleń i innych osób, które szukały wygodniejszych przestrzeni niż obecny przedział. Dookoła Vakela nadal pozostała najbardziej zagorzała gwardia fanów, składająca się głównie z dziewcząt i jednego Puchona.

Cicho zamykając przedział za sobą, przeszedł do łazienki na końcu wąskiego korytarza. Drewniano-podobna boazeria, przynajmniej miał nadzieję, że rzeczywiście nie jest drewniana, mosiężne kraniki i toaleta. Przynajmniej w tym wagonie nie cuchnęło uryną. Z kieszeni wyciągnął małe pudełeczko z przygotowaną strzykawką na drogę i podwinął szatę, aby odsłonić brzuch. W jednym miejscu wykwitł mu brzydki siniec, gdy trafił w jakąś żyłkę. Wstrzyknął sobie insulinę po drugiej stronie i przyglądając się nadchodzącej ciemności odliczał, zgodnie z tym, co mu nakazał mugolski lekarz. Mechaniczny proces, który wykonywał niczym automatom, zakazując sobie nadawania mu większego znaczenia w swoim życiu. Rytuał posiłków i sekretów, zwierzęce hormony w organizmie, pozwalające mu żyć, zamiast zamienić się w śpiącą królewnę w Warowni. Spojrzał ponownie na zegarek, zanotował godzinę podania leku w głowie. Nie chciał poezji w tym procesie, dookoła którego kręcił się cały cykl jego dnia, kontrole wszystkiego, co jadał, oglądanie się za deserami i zaskoczenie zmieszane z obrzydzeniem, gdy ktoś zauważył, jak wygląda jego skóra w miejscach iniekcji.

Umył ręce i wrócił do świty księcia Hogwartu.

Zbieraj się Dolohov. Trzeba sprawdzić, czy ktoś nie pali w ostatnim wagonie.




RE: [1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus - Vakel Dolohov - 15.02.2024

Dolohov odetchnął, wyraźnie w reakcji na słowa pani prefekt, ale było to strasznie dziwaczne - no bo taki gest powinien zawierać w sobie jakąś emocję, informację dla postronnych osób, choćby maleńką iskrę zdradzającą to co sobie pomyślał, ale on pozostawał cholernie enigmatyczny. Na pewno dotarło do niego co się wokół działo, ale to wyglądało tak, jakby nie posiadał na ten temat żadnej wyraźnej opinii - po prostu zaakceptował jej irytację i jego ucieczkę, znajdował się w tej scenie tak, jakby go kompletnie nie dotyczyła i pozwolił na to, aby rozwiązała się sama, chociaż (jak to zinterpretował) ucieczka Longbottoma z wagonu nie była czymś, czego sam chciał. Lubił rozmawiać z ludźmi ciekawymi, uwielbiał intelektualne sprzeczki, przepychanie się faktami i teoriami, kochał ludzi rzucających mu jakieś wyzwanie w próbie zrozumienia własnej osobowości. Ale to wcale nie dlatego, że męczyła go ta cała popularność - on ją uwielbiał! Paskudnym kłamstwem byłoby rzec, że gardził byciem w centrum uwagi, bo od zawsze czuł się gwiazdą i panem tego świata, ale nie znaczyło to wcale, iż nie chciał chwytać się konwersacji prowadzonych jak równy z równym - a on wydawał się być kimś, kto by się czegoś takiego mógł podjąć. Dlaczego? Bo był od niego starszy? Bo się nie bał do niego odezwać, chociaż sama obecność Vakela w tym samym przedziale niejako narzucała ustawienie go na piedestale przez to jak zachowywali się inni...? Ach to pomyśleć mógł tylko ktoś, kto go wcale nie znał - nic tak przecież Dolohova nie odrzucało jak brak zainteresowania jego osobą - wręcz przeciwnie - to te słowa rzucane jak gdyby nigdy nic, połączone z tym jak wyglądały te jego oczy, wpatrujące się w niego z uwagą, ale zupełnie innej maści niż ślepy podziw... To było właśnie coś, co chciałby rozpracować, a co zniknęło wraz z cichutkim trzaśnięciem zamykanych drzwiczek. Ostatnim, co Longbottom usłyszał przed wyjściem, było wesołe chociaż nieco podchwytliwie zadane pytanie.

- Wyglądałem, jakbym się bał?

A potem już nic.

Rozmawiali o wiatrach gwiazdowych, o nowej teorii co do stworzenia całego wszechświata, ale tak jak gwiazdy uciekały od siebie z każdą sekundą, tak jego myśli wymykały się poza ten przedział. Przyciągało je coś zupełnie innego, odległego, poza wyobrażeniem osób wpadających w uwielbienie po ledwie chwili spędzonej w obecności gwiazdy socjometrycznej - zanurzenie w koszmarze osób nienawidzących person jego pokroju, bo wyciągnięte z czeluści najczarniejszych tego typu myśli - jak daleko sięgały jego wpływy, jak wiele czasu może zająć sprawienie, że te śliczne oczy, które chętnie oprawiłby sobie w ramkę, będą wpatrywały się w niego z równą Susanne obsesją?

Kiedy Longbottom wrócił, a on mógł podnieść na niego swoje szelmowskie spojrzenie, pomyślał - to były oczy, w których chciał zabłyszczeć. I na nieszczęście Longbottoma, do tej pory jego rodzice nieszczególnie często mówili mu „nie”.

- W porządku - odparł, odklejając się od pani prefekt, która ukryła zirytowany wyraz twarzy, wbijając go nie w Morpheusa, a w okno pociągu i piekielnie nudny widok za nim. Przylgnięcie do kogoś tak blisko było w tym wieku czymś, co powinno wprowadzić chłopaczynę w stan, kiedy najpierw widać wypieki na twarzy, a dopiero później resztę jego aparycji, ale on wyglądał na kompletnie niewzruszonego. I dobrze wiedział, że go to przywdziewa w łatkę bawidamka - bawiło go to niezmiernie - potwierdzało to przecież, że najciemniej było pod latarnią. Nigdy, absolutnie nigdy nie zainteresowała go żadna dziewczyna, on się po prostu nimi bawił, tak samo jak zamierzał pobawić się Longbottomem. Nie wiedział jeszcze przecież, jakiego psikusa zrobi mu jego własne serce.

Chłopaczyna wstał z miejsca, aby dołączyć do niego na korytarzu, z permanentnie utrzymanym na twarzy, bezczelnym wręcz uśmiechem.

- Wyszedłem tak szybko, bo prawda jest taka, że tą osobą palącą w ostatnim wagonie bardzo chcę być ja. - Nie miał pojęcia, czy mieli szansę znaleźć tutaj nić porozumienia...


RE: [1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus - Morpheus Longbottom - 20.02.2024

Chociaż w późniejszych latach czarodziej zaczął palić, niczym Hogwarts Express na trasie Londyn-Hogsmede, teraz jedynie zdarzało mu się popalać, żeby wyjść na bardziej dorosłego przy swoich braciach. Czasami oni zapominali się i oferowali mu, podstawiając paczkę pod nos, by następnie zabrać do połowy spalonego peta, przypominając sobie, że Morpheus dopiero wkraczał w dorosłość i jeszcze chodził do Hogwartu. Wieszcz balansował na granicy pomiędzy swoją naturą, wychowaniem oraz nieco przesadzoną powagą, którą sobie wmawiał, aby wydawać się doroślejszym. Zwykle ta maniera znikała w kilka dni po dotarciu do szkoły, gdy znów przebywał z rówieśnikami.

Nie urośniesz — skwitował to Morpheus, jakby nie brał go na poważnie. Zamiast sprawdzić, czy Dolohov rzeczywiście ma papierosy, poszedł przodem. Światła nocne już pozapalano, więc wagony świeciły się miękkim, ciepłym blaskiem, blokując widoki za oknami, zmieniając je w plamy granatu i głębszej czerni, z nielicznymi światełkami domostw raz na jakiś czas, jak ogniki wabiące na bagniska. Pędzili przez kraj, regularny stukot kół ukołysał wielu uczniów do snu w następnych przedziałach.

W zeszłym roku pierwszy raz zamontowano młoteczki do rozbijania szyb w razie wykolejenia, trzeba sprawdzać, czy nikt ich nie kradnie, na pamiątkę. Sprawdzaj, czy nikt nie utknął w toalecie, na końcu sprawdzimy, czy wszyscy wyszli z pociągu. — Zaparł się o dźwignię i otworzył drzwi do następnego wagonu. Przeszli metalową kładką, pod którą widocznie przesuwały się tory, otoczeni tylko gumowym rękawem w harmonijkę, pozwalającym na bezpieczne przejścia, przynajmniej w teorii. Opuszczając wagon dla perfektów, porzucali spokój ich ciszę, chociaż nie było aż tak dużej różnicy, jak mogło się wydawać, nie na tym etapie podróży. Większość uczniów rozmawiała przyciszonymi głosami między sobą, sporo osób przysypiało z głowami opartymi o zagłówki foteli. Przestrzeń wypełniały typowe zapachy podróży, jedzenia, trochę potu, ale głównie samego pociągu i tworzyw, którymi został wyłożony, dla wrażenia komfortu podróży.

Douglas, zamykaj to okno! — zawołał, otwierając zamaszyście przedział. W zasięgu wzroku Vakela pojawił się Puchon i Ślizgon, stojący na fotelach przy otwartym oknie, którzy próbowali coś przez nie wyrzucić. Chłopacy, z miną złodziei przyłapanych na gorącym uczynku, wciągnęli do środka... tłuczek, który szarpał się w ich rękach.

To jego wina — zabrzmiało unisono z dwóch gardeł, na co Morpheus tylko westchnął. Machnął swoją różdżką i zamroził w miejscu i czasie piłkę do Quidditcha.

Czyj to tłuczek?

Milczenie.

Dobrze, w takim razie pozostaje mi tylko konfiskata. Rodzice właściciela będą mogli odebrać go podczas zimowych ferii z gabinetu woźnego — Morpheus wyciągnął rękę po tłuczka, na co Ślizgon zrobił się bardzo, bardzo blady.

Proszę... Nie! To z autografami Harpii! Ojciec nie wie, że go mam! Zabije mnie!

Morpheus wywrócił oczami. Coś w głosie, może w zwrocie o ojcu ruszyło jakąś strunę w sarnookim Longbottomie.

Przechowam go, przynieś go do wieży Krukonów po kolacji.

Popłynęły podziękowania, które w sumie zignorował. Morpheus, odkąd został prefektem, zrozumiał, co jest takiego pociągającego we władzy i jak ciężko jest być osobą dobrą, gdy strach i terror jest dużo łatwiejszym i prostszym narzędziem. Przeszli dalej, kolejne wagony, uczniowie, kliki, ekipy w kolejnych wagonach. Podział na przedziały sprawiał, że dało się obserwować mikro komórki społeczne tworzące się pośród studentów, jak pod szkiełkiem laboratoryjnym; kiełkujące romanse, przyjaźnie, zaufanie. Ciało uczniowskie Hogwartu stanowiło kompletne środowisko, z różnorakimi rolami do wypełnienia. Vakel Dołohov był gwiazdą, ku której unoszono spojrzenia, a Morpheus Longbottom stabilną kolumną jońską, tutaj jestem i tutaj pozostanę.

Ostatni wagon, gdzie znajdowała się bagażownia, używana do transportu przesyłek konduktorskich i nadanych paczek dużych rozmiarów, zamknięta zaklęciami i na klasyczną kłódkę, mały składzik ze środkami czystości oraz zaopatrzeniem wózka z przysmakami, który teraz stał zabezpieczony klamrą do ściany. I drzwi. Drzwi, wychodzące na końcowy pomost, otoczony barierką, z którego dało się obserwować umykającą ciemność. Rzeczywiście, w przedziale nieco pachniało palonym tytoniem, a w ciemności platformy ktoś próbował ukryć żarzącego się papierosa.




RE: [1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus - Vakel Dolohov - 25.02.2024

Nie, on nie robił sobie z niego dowcipów. Został wybrany prefektem, bo miał o wiele silniej niż większość Krukonów w jego wieku rozwinięte umiejętności społeczne, ale to wcale nie znaczyło, że należał do osób grających zgodnie z narzucanymi mu zasadami. Wręcz przeciwnie - bardzo lubił testować granice. Nie był oczywiście kimś złym ani nie chciał świadomie działać na przekór innym - po prostu... miał naprawdę upierdliwy charakter.

- Mogę iść o zakład, że pod koniec roku szkolnego będę wyższy od ciebie - powiedział, zadzierając przy tym podbródek do góry. Jasne, że to był żart, typowy tekst rzucany dzieciakom, ale on odpowiedział całkowicie poważnie. Jak ktoś, kto bardzo, ale to bardzo chciał zapowiedzieć - prędzej czy później znajdę się w o wiele wyższej pozycji od ciebie. Wiedział, że każdy z jego braci około szóstego roku stawał się najwyższym chłopakiem na roczniku i nie spodziewał się po sobie niczego mniej, no bo dlaczego by miał? Tylko jemu kompletnie nie chodziło o wzrost. I niby go słuchał, pokiwał głową, ale... ani trochę nie interesowały go jego obowiązki. Ani te młoteczki, ani otwarte okno, ani tłuczek latający po przedziałach. Interesował go za to Morpheus, wpisujący się w klimat nakazywania innym robienia tego, czego od nich oczekiwał... o wiele bardziej niż Dolohov się tego po nim spodziewał. Jak się nad tym zastanowił, to nie wiedział do końca, dlaczego miałby nie spodziewać się tego po kimś, kto zaprezentował mu się słowami o dzieciach młodszego rodzeństwa. Nimi też musiał tak zarządzać, przynajmniej to chłopaczyna sobie wyobraził, towarzysząc mu w tych działaniach.

Nawet nie kiwając palcem, aby mu w tym jakoś szczególnie pomóc. Właściwie jedynym, co  zrobił, poza leniwym zbadaniem wzrokiem tego, o czym mu powiedziano, było zmierzenie spojrzeniem przypadkowej dwójki uczniów. Szli korytarzem wybitnie szybko, ale kiedy zobaczyli Vakela nagle zatrzymali się i przełknęli ślinę. A później uniósł brew i zawrócili, porzucając jakiś misterny plan, bo dobrze wiedzieli, że Dolohov już wiedział, co zamierzali zrobić. On z jakiegoś powodu zawsze wiedział i to dlatego wyrabiał sobie coraz silniejszą renomę kogoś znającego każdy twój kolejny krok i bardzo w tym onieśmielającego. Longbottom.

- Czy wiesz, że - zaczął nagle, przedzierając się z nim ramię w ramię przez zastawiony bagażami wagon, mrużąc oczy, kiedy wydawało mu się, że jeden z nich nie był owinięty pasem - mugolscy astronomowie powiedzieli, że da się usłyszeć, jak czarna dziura śpiewa? I być może to, co ona śpiewa, jest przez nią śpiewane od przynajmniej dwóch miliardów lat? - Przeniósł spojrzenie na tego papierosa. - W obliczu takich informacji problemy tego rzędu zawsze wydawały mi się trywialne. - Zwłaszcza że przecież palili wszyscy. Absolutnie wszyscy. W urzędach, na uniwersytetach, w kawiarniach, pociągach, restauracjach. Dlaczego nie tutaj? Czy ktokolwiek sądził, iż dało się zbawić kogokolwiek od nałogu? Nie. Był pewny, że chodziło o porozrzucane niedopałki. Był też całkowicie przekonany o losie takiego papierosa - kiedy słyszałeś dźwięk otwierających się za tobą drzwi i wiedziałeś, w jakie kłopoty mogłeś wpaść, wyrzucałeś go szybko na tory, a później wiatr znosił go pomiędzy drzewa, na wysuszoną trawę. To nie były problemy, o których powinien myśleć tak intensywnie w wieku piętnastu lat. Nie powinien też pewnie znać takich słów jak trywialne. Ale on je znał i ich używał, tak samo jak zastanawiał się nad takimi scenariuszami mimo woli.


RE: [1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus - Morpheus Longbottom - 26.02.2024

Trzymam za ciebie kciuki, w takim razie — stwierdził nastolatek na wspomnienie o wzroście, wyczuwając jakieś kompleksy. Najlepszy, największy. Nie widział ani odrobiny cichej pokory w małym wieszczu, ale nie szukał również zbyt dokładnie. Gdyby wieszał jego plakat nad łóżkiem, może wtedy na siłę by coś odnalazł. Nie robił tego jednak, po pierwsze dlatego, że jego towarzysz niedoli podróży po pociągu jeszcze ich nie miał, a po drugie, Morpheus pałał swojego rodzaju pogardą do ulicznych wieszczy i robienia z siebie spektaklu. W tym czasie starszy Krukon już prawie osiągnął swój wzrost, w którym miał się zatrzymać, bardzo pośredni, ale jemu to odpowiadało.

Gdyby lata później Morpheus usłyszał słowa Dolohova, odpowiedziałby mu pytaniem skąd wiadomo, że w chwili odkrycia dźwięku, Czarna Dziura po prostu nie postanowiła, że śpiewa od miliardów lat, retroaktywnie zmieniając rzeczywistość. Jednak stojąc w ostatnim wagonie Hogwart Express, na szyi nastolatka nie lśnił jeszcze złoty łańcuszek z czasozmieniaczem, a biochemia jego mózgu jeszcze trwała w prawie naturalnym rozwoju postrzegania świata, wyszczerbionym o patrzenie w przyszłość. Dopiero później, dużo dalej w dorosłość, gdy kończył się rozwój jego kory przedczołowej, wraz ze śmiercią jego matki, kiedy zgodnie z jej życzeniami, nauczył się używania magicznego artefaktu, doświadczył go. Czas? Nieistotna definicja arbitralnych miar bez przełożenia na realia wszechświata. Odbierał świat inaczej już w momencie doświadczenia pajęczych nici przyszłości, a później miało to się zmienić jeszcze bardziej.

Z przepastnych połów swojej szaty Morpheus, wyjął dojrzałą persymonę. Longbottom zdecydowanie nosił przerobiony klasyczny, regulaminowy krój ubrań o wiele kieszeni. Na pierwszy rzut oka wydawała się taka sama, jak reszty, ale wprawne oko widziało, że nie jest tylko zdjęta z wieszaka, ale uszyta na miarę, szwy są idealnie spasowane, a cienka wełna, miękki kaszmir i merynos, lśni satynowym splotem, układając się mięsiście, aż zachęcając, aby jej dotknąć. Koszula nie jest jedwabna, bo to oznaka nowobogackich rodzin, które nie wiedzą, kiedy dobrać jaki materiał i do jakiego wieku. Egipska bawełna, krochmalona, zachwycała. Na dodatek, nie miał osobnego kołnierzyka, aby wymieniać go częściej, niż całość; mógł pozwolić sobie na więcej sztuk odzieży.

Oparł się biodrami o jeden z dużych kufrów, ułożył nasady kciuków na dołku, gdzie wcześniej była szypułka owocu, objął całość długimi palcami pianisty i nacisnął. Owoc pękł na dwie połowy od góry, roztaczając słodki smak, nieco jesienny i nostalgiczny, dookoła dwójki prefektów. Nie zamierzał najwyraźniej ingerować w to, co dzieje się za szybą, ale też nie zamierzał wychodzić z pomieszczenia. Rozerwał miękkie ciało kaki na dwie połowy z satysfakcjonującym chrupnięciem. W tym czasie jego oczy rozmyły się lekko, w łagodnej sile tego gestu, do którego nie potrzebował wiele skupienia; spoglądał do przodu, tylko o kilka sekund, gdy młodszy Krukon mówił.

Skorzystał z luki, jaką tworzyło ich wzajemne jasnowidzenie i gdy wybrzmiewało trywialne z ust gwiazdy socjometrycznej, Morpheus wsadził mu kawałek owocu do buzi. Siłą, jeśli trzeba. Wszystko, aby przestał mielić ozorem.

Kiedy nic nie ma znaczenia, wszystko ma znaczenie. Mówił ci już ktoś kiedyś, że krowa, która dużo muczy, mało mleka daje? — Sam wgryzł się w swój kawałek owocu z zadowoloną miną, czując, jak zapach przekłada się na oszałamiający, soczysty smak dość zwartego miąższu, o gładkości sorbetu i twardej skórki, łupiny trzymającej świat rozkosznego smaku w kloszu niepozornego kształtu. Sok umalował jego usta błyszczącą słodyczą. — Możesz już wrócić, poradzę sobie.

Kolejny gryz i machnięcie dłonią, zbywające. Morpheus Longbottom odprawiał go, jak służącego, którego już nie potrzeba.




RE: [1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus - Vakel Dolohov - 10.03.2024

Chłopaczyna zmierzył starszego kolegę niewiele mówiącym spojrzeniem, następnie zmrużył oczy i przerzucając ciężar ciała z prawej nogi na lewą, splótł ręce na wysokości klatki piersiowej i westchnął. Naprawdę zamierzał tutaj jeść? Tutaj? Dolohov nie był dzieckiem sadów Doliny Godryka, Dolohov był dzieckiem obiadów w bardzo dużej i bardzo pustej jadalni, w której zazwyczaj stołował się z dala od cudzych oczu. Jakby ktoś mu powiedział, że dzieci Doliny skakały po drzewach, przechodziły po murkach do sąsiadów, podkradały im jabłka i nie myły ich, tylko przecierały je jeszcze brudniejszą koszulką i konsumowały w cieniu rzucanym przez budynek ratusza - ależ to by było dla niego nie do wyobrażenia! Bo on nigdy czegoś takiego nie doświadczył i nie doświadczy, bo by się wzdrygnął gdyby ktoś go zechciał zaciągnąć do takiej zabawy - tak samo jak teraz wzdrygnął się widząc Morpheusa obierającego sobie tę persymonę. Bliżej mu było do tej śpiewającej czarnej dziury, do opowieści starych profesorów, niż do wesołych zabaw, jakich namiastkę liznął niemal wyłącznie z Hogwarcie, kiedy bawił się innymi dziećmi, widząc pomiędzy nimi i sobą olbrzymią wręcz przepaść. Może właśnie dlatego, że w jego percepcji było to takie obce i dziwaczne, a może dlatego, że robił to Longbottom właśnie, Vasilija dało się przyłapać na tym jak wpatruje się w niego zdecydowanie zbyt długo i zbyt intensywnie, nawet jak na to, że znajdowali się tutaj we dwójkę.

A później jego świat zadrżał, ale nie chodziło o to, że pociąg skręcił lub zatańczył na nierównym torze. Jego świat zadrżał i to drżenie miało swój start już w jego fundamentach - w skrajnym pedantyzmie, w chorobliwej wręcz potrzebie otaczania się czystością, bycia tak czystym, jakby ta zewnętrzna czystość miała zmywać z niego wszystkie paskudne grzechy, jakich się już dopuścił i jakich się miał dopuścić wielu w drodze do kariery, jaką sobie wymarzył i po jaką zamierzał sięgnąć. Więc jego twarz się zmieniała. Najpierw był całkiem pewny siebie, wciąż uśmiechnięty odpowiedział:

- Oh, ale zawiało od ciebie powiewem absolutnej nudy.

I faktycznie zmilkł. Najpierw wróciło do niego wspomnienie tłuczka. Wykrzywił się znacząco, wykonał gest jakby chciał wepchnąć Morpheusa w te walizki, ale zamiast tego zachwiał się sam. Kąciki jego ust wywinęły się w dół.

- O-obrzydliwe, dotykałeś tą ręką tej piłki... - mamrotał coś, tonem zupełnie niepodobnym do tego, jak mówił normalnie - najwyraźniej wyjątkowo łatwo było doprowadzić go do totalnej rozsypki, po prostu zwykle jeżył się i stroszył pióra tak mocno, że niewielu podjęło się takiej próby. Chciał wypluć tę persymonę w chusteczkę, ale nie mógł znaleźć jej w kieszeni szkolnego mundurka, panicznie wydusił jeszcze - zaraz się- - zrzygam, chciał dokończyć, ale aż go zmroczyło, kiedy drzwi wagonu otworzyły się, a osoba znajdująca się na zewnątrz bardzo pospiesznym krokiem, niemal biegiem minęła go, a on rzucił się pędem, żeby zająć jej miejsce.

Kiedy wyobrażał sobie siebie spluwającego tym owocem na tory, trzymającego się barierki wątłymi, drżącymi rękoma, Dolohov widział się bardzo, bardzo bladego. Musiał być blady, bo zawsze był blady, kiedy się tak trząsł. Mylił się - policzki miał tak czerwone, jakby dostał od tej sceny wysokiej gorączki. I gdyby wysilił swoje szare komórki, żeby myśleć o czymś innym niż ubabrane sokiem usta Morpheusa, to może i zorientowałby się wtedy, że tu nie chodziło tylko o brud, chodziło o coś więcej, czego nie przeżył nigdy wcześniej i faktycznie było mu teraz straszliwie gorąco, chociaż wrześniowy wiatr targał mu właśnie wcześniej nienagannie ułożone włosy.