Secrets of London
Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent (/showthread.php?tid=2517)

Strony: 1 2


Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent - Vakel Dolohov - 03.01.2024

Prawa Czasu przy Alei Horyzontalnej
V. Dolohov & L. Prewett

Dzisiaj rano, kiedy zmierzał do klatki schodowej, przez którą musiał przejść, chcąc przedostać się do swojego gabinetu, gdzieś nieopodal drzwi do ich biblioteki, w półmroku lipcowego poranka, mignęła mu twarz Annaleigh. Nie przywitał się z nią, przynajmniej nie słowami - kiedy tylko blond czupryna znalazła się w zasięgu jego wzroku, Dolohov zrobił minę, jakby mu ktoś dodał do herbaty za dużo cytryny i chwycił ręką za ciężką firankę osłaniającą znajdujące się nieopodal okno. Przeraził się jej obecnością, chociaż żyli razem już sześć, czy siedem lat... Sześć, czy siedem? Samo to, że nie potrafił tego dookreślić, wywoływało w nim potrzebę panicznego drapania się po rękach, bo nic tak go przecież nie definiowało go jako osoby jak obsesja na punkcie upływu czasu. I teraz co? Wystarczyło spojrzeć na tę mordę przebrzydłą i nie widział już wcale liczb opisujących rzeczywistość, tych wszystkich zależności, wszystko, co znał i kochał, padało na kolana przed obliczem kobiety, z którą relację trafnie opisał Peregrin dwa miesiące temu. Trzymała go na smyczy. Teraz to widział - tę beznadziejność sytuacji, w jakiej się znalazł i bezilność, która nagle wydała mu się być całkowicie obcą. Na nikogo innego tak nie reagował. Był człowiekiem o twardym charakterze, zaborczym, dominował innych w każdym możliwym i osiągalnym aspekcie egzystencji. Spuścił na moment oczy, a później zacisnął palce pięści i z zadartym podbródkiem ruszył do przodu. Annaleigh cofnęła się z lekka wstecz, a później wzruszyła ramionami. I tak też się spotkali. Nie zamieniwszy ze sobą choćby słowa.

A jednak mocno to przeżył.

Bo kiedy spoglądał w te oczy pełne zdumienia i ciekawości... nie widział cyfr. Widział ją śmiejącą się, odpowiadającą coś jednego ze stojących wokół mężczyzn na ostatnim przyjęciu charytatywnym, w jakim wzięli udział z woli jej pani matki. I widział co każdy by sobie pomyślał - że zaczął myśleć o niej ciepło, ale to nie była prawda - całe ciepło jakie w sobie posiadał, może bardziej jego resztki, przelał już na swoją córkę i niejasną relację z asystentem, a Annaleigh - nie chciał jej tutaj mieć, ale też nie potrafił się jej pozbyć. Nie przez wzgląd na wewnętrzną potrzebę otulania się jej obecnością, lecz to jak zdążył sprzedać swoje życie - dobrego człowieka wzdychającego czasem z tęsknotą do spokoju, jakie dawało mu domowe ognisko. Jakże miał to teraz wymienić na najprawdziwszą z prawd - że się to domowe ognisko nie liczyło dla niego wcale? Przed tym felernym małżeństwem część magicznej socjety znała go jako kogoś bardzo szczęśliwego, ale też „niebezpiecznego”, bo nie gardził wcale chwilowym pocieszeniem w cudzych objęciach, a wiązać się na stałe nie chciał. Ci, co mieli o tym wiedzieć, wiedzieli o jego krzywych skłonnościach, ale wtedy jeszcze nikt się tym publicznie nie chwalił, bo się Dolohov wychował w czasach, kiedy za bycie gejem pakowali cię (w najlepszym przypadku) do Lecznicy Dusz. Dziś każdy, kim by się zainteresował w taki sposób, kojarzył go jako wspaniałego męża tej chudej szkapy i ojca, co dbał o córkę świeżo po francuskiej szkole. Jak to odkręcić? Jak? Dało się? Jakby się ktoś dowiedział, że on i Peregrin, para jebanych jasnowidzów, godziła się na to frajerstwo przez lat sześć czy siedem, to byłoby największe i najbardziej bolesne ośmieszenie jego życia, nawet jakby ją za to wzięli na stryczek, nic mu już nazwiska nie odbuduje, a on miał na własnym punkcie niezdrową obsesję.

Był więc, delikatnie mówiąc, w złym nastroju. A jak mu Trelawney powiedział jaki gość odwiedzi Prawa Czasu w następnej kolejności - ten młody syn Edwarda, co go spotkał przy okazji pojedynku na Arenie nieopodal, Vakel mimowolnie westchnął w taki rozpaczliwy sposób. Wrócił myślami do tego wcześniej wspomnianego przyjęcia - to tam wylicytowali mu stworzenie precyzyjnego portretu. Ktoś mu chyba szepnął coś o tym, że Laurent był kawalerem na wydaniu, a on przytaknął i coś tam odpowiedział, nie pamiętał już nawet co, bo był zbyt skupiony na swoim samotnym asystencie trzymającym kieliszek szampana nieopodal stolika z deserami. Wyraźnie pamiętał młodego Prewetta tylko i wyłącznie z tego wozu zaprzęgniętego w przerośnięte kuce, bo na wszystkie jego ulubione gwiazdozbiory - jeżeli on też był tak żenujący w jego wieku, to już teraz zapali świeczkę nad losem swojej duszy.

I faktycznie zapalił teraz świeczkę - taką aromatyczną, chcąc stworzyć w gabinecie przyjemny nastrój. Mógłby dedykować ją sobie, gdyby tylko zdolny był do minimalnego krytycyzmu względem własnych, młodzieńczych działań. Nie potrafił jednak spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że był od Laurenta dużo gorszy i do tego tak skrajnie zarozumiały, że nie docierał do niego żaden bodziec od wszechświata mający go przywrócić na tory samoświadomości.

Mając jeszcze trochę czasu, oddał się lekturze najnowszego wydania Proroka.

~ ✶ ~

Kiedy Laurent przekroczył próg przedsionka prowadzącego do Praw Czasu, w wejściu powitał go Peregrin. Zaprowadził go do pomieszczenia, w którym przebywał Dolohov. Uprzejmy, spokojny mężczyzna był czymś głęboko zajęty i kiedy tylko Prewett znalazł się w środku, szybko wrócił do pracy. W tym samym momencie, w którym drzwi za jego plecami się zamknęły, wokół poniósł się śpiew kukułki. W centrum gabinetu Dolohova znajdowało się biurko, zaraz przy nim fotel dla gości, chociaż na tym etapie można było nazwać go fotelem Trelawneya. Tuż nad nim - nie dało się chyba być bardziej ekscentrycznym niż celebryta z okładki Astrolabium - wisiało tak wiele zegarów, że ciężko było je policzyć bez wgapiania się dłużej. Każdy z nich pokazywał inną godzinę, minutę, sekundę - to był kompletny chaos, w którym ciężko było dostrzec jakikolwiek sens.

Sam Dolohov stał przy oknie, z dłońmi splecionymi za plecami. Uśmiechnął się do Laurenta, witając go uściskiem dłoni i krótką formułką z serii „zapraszam do zajęcia miejsca na sofie”. Wyglądał nienagannie - schludny, pachnący, odziany w dopasowany, czarny garnitur z miniaturowymi, wyhaftowanymi ręcznie gwiazdozbiorami, z daleka wyglądającego jak nieregularny wzorek. Nie należał do grona ludzi mogących poszczycić się wyjątkową urodą, ale dobrze podkreślał swoje atuty - wyglądał dobrze, dojrzale - miał jedne z tych oczu, co się w nich można doszukiwać życiowych mądrości i wiedziało, że prędzej czy później uda się odnaleźć w ich głębi odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania. W tym przekonaniu wyjątkowo pomagała jego sława.

- Bardzo mnie cieszy, że udało się uzbierać pełną sumę... - gadał coś o tej akcji charytatywnej, lał wodę, jak to miło z ojca strony, bo chciał przecież uchodzić za filantropa, ale w gruncie rzeczy gdzieś miał te sierotki i ich azyl. Rocznie przeżerał tyle kamieni szlachetnych, że mógłby za sumę z ich sprzedaży zapewnić im godne życie. Gdyby tylko zechciał. A nie chciał. Wpłacał te pieniądze kiedy widział w tym jakiś interes dla siebie. Na przykład zrobienie na złość Malfoyowi. Poderwanie Erika Longbottoma, albo innego przystojniaka po stronie biednych i uciśnionych. W tym przypadku - spokój od upierdliwej teściowej.

Jak już skończył, a oni oboje siedzieli naprzeciwko siebie - Laurent na tej wspomnianej wcześniej sofce, a Dolohov w swoim fotelu, nieco niższym, żeby nie górować nad gośćmi, ale w przypadku blondyna nie był to aż taki problem, bo różniło ich góra dwanaście centymetrów, Vakel odezwał się wreszcie na temat niewywołujący w nim odruchu wymiotnego. Przez moment chciał nawiązać do tego pojedynku, co go razem „oglądali” (no dobrze, razem odwracali od niego wzrok), ale Louvain... wiadomo, jeszcze raz nazwie się wujkiem Lyssy, to przeklnie jego linię krwi na sześć następnych pokoleń, a Philip... uhh. Zarost jeszcze by zniósł, ale latanie na kijku - o matulu, dwa palce w gardło. Mógł kłamać. Dobrze kłamał. Ale mógł też zignorować ich nic niewartą egzystencję i płynąć dalej.

- Panie Prewett, korzystał pan już kiedyś z usług jakiegoś portrecisty? Numerologa, astrologa - wybaczy mi pan wścibskość, ale zawsze mnie ciekawi, cóż ludzie wiedzą o sobie, zanim do mnie przyjdą. - Jeżeli wyczuł, że pytanie nie leży w sferze jego komfortu, to machnął szybko ręką.

Pomiędzy nimi znajdował się stolik, na którym zwykle stała szklana kula lub koszyk na karty do tarota. Dzisiaj znajdowała się tam tylko taca z dwiema filiżankami parującej herbaty, cynamonowe ciasteczka i... zabawka do ściskania. Taka na antystresowa.




RE: Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent - Laurent Prewett - 03.01.2024

Czuł się spokojnie. Nad wyraz spokojnie. Nawet wizja spotkania Dolohova, który prezentował sobą szczyt szczytów, nie była przytłaczająca i nie była spinająca jego myśli mocną klamrą podobną do tej, którą kobiety łapały swoje niepokorne loki. To brzmiało tak po prostu, tak normalnie, w całym poplątaniu jego życiorysu, żeby odwiedzić TEGO wróżbitę. Chociaż to wcale nie było "takie po prostu" i brzmiało to w jego głowie echem. W tych wypocinach rodziło z bólem pytanie "dlaczego". Co różniło ten dzień od wszystkich poprzednich, w których szedłby spięty, zdenerwowany. Żołnierz podczas swojej musztry, noszącej drogi, wyjściowy garnitur jak swój bagnet na karabinie. Tymczasem, oto dziwna myśl, która go zajęła zamiast stresu - czy to błogosławieństwo, że trzeci dzień mam okazję do... spotkania kogoś starszego. To była ironia, taka zagmatwana, wbita niby gwóźdź do jego atłasowej trumny leżącej przed jego nogami. Żeby ktoś miał łatwą robotę. Czysty strzał. Potem trup prosto do drewna, drewno do ziemi - problem rozwiązany. Jego słabość do starszych mężczyzn była równie wulgarna, co fakt, że w ogóle miał słabość do mężczyzn. Ironia polegała na tym, że każdy z tych panów w przeciągu tych trzech dni miał tworzyć zupełnie inną plątaninę emocji. Po wczoraj było jednak dobrze. W końcu spokojnie. Odcięto jego nitki ducha od ciała i pozwolono odrobinę unieść się nad ziemię. Mógł potrząsnąć skrzydłami i słyszał na nowo szelest lotek między białym puchem. To koiło. Pomagało. Dawało choć trochę ukojenia, kiedy dopasowywał to do rozmowy z Perseusem. Ach, kolejna piękność, którą mógłby wlepić w ramkę na ścianie. Tragiczne, że w tym wszystkim, jak zaczął pływać, rozpaczliwie poszukiwał stabilności. Czegoś bardziej prawdziwego niż woda, która była jego drugim domem. Czegoś, co by go przekonało, że tutaj może postawić obie nogi. Nie trzymać jednej w falach na brzegu.

W takim (płynnym) nastroju przekroczył próg Praw Czasu. Nie taki spięty, jak spięty był przy ich spotkaniu na turnieju. Przywitał się z asystentem z miłym uśmiechem, przyodziany w ciemny grafit z dodatkami błękitu. Szczególnie w drobnej, złotej biżuterii z kamieniami szlachetnymi, która go zdobiła. Drobnostki, delikatność, ale dobrze dopasowana do stroju i urody młodzieńca. Szczególnie jego oczu, w których falowały oceaniczne fale. Drzwi zamknęły się za nim w tym abstrakcyjnym gabinecie, gdzie jego oczy rozbiegły się po otoczeniu z ciekawością. I zatrzymały w swoim lekkim poczuciu niepokoju na zegarach. Obsesja. To jedno słowo oddawało niespokojny dreszcz na widok wszystkich tych wskazówek, gdy jego głowa szukała informacji, czy przedstawiały czas różny w strefach czasowych, czy może były przypadkowe. To była jednak chwila, bo zaraz podszedł do niego sam Dolohov - figura zajmująca czas i przestrzeń, która swoją sylwetką przysłaniała okno na świat. Uśmiechnięty, dystyngowany. Niepasujący do kompletnie nieeleganckiego wspomnienia, kiedy wyrżnął twarzą na tamtym pojedynku. Mądrze było do tego nie wracać, pozwalało... zachować twarz. Uścisnął mu dłoń, z wyczuciem. Jego dłoń była aksamitem prześlizgującym się po skórze, kiedy próbujesz ująć pościel między swoje palce. I tak też prześlizgnęła się w tym uścisku. Wcale nie nijako. Wcale nie konkretnie. Potem się zaczęło. Formalne przywitania, small talk, gadanie... Laurent przestał słuchać. Odbiegł gdzieś myślami, wyłączył się, chociaż nie chciał. Chociaż to było niegrzeczne. Szybko się zreflektował, ale był ten moment jego słabości, gdzie ten spokojny głos tego człowieka, monotonny, podziałał na niego jeszcze bardziej odprężająco niż powinien. Szczególnie, że obecność Dolohova wcale nie była odprężająca. Chyba po prostu malutki Laurent jakoś mieścił się w tym pokoju i nie musiał rozpychać z ego tego człowieka.

- Portrecisty? - Powtórzył, żeby dać sobie chwilę czasu na zastanowienie. Oczywiście było to pytanie retoryczne, zresztą zaraz odpowiedział. - Nie. Ani astrologa, ani numerologa. Czy te sztuki są potrzebne do tego, żeby poznać samego siebie? Gwiazdy mogą mieć wiele do opowiedzenia, ale samoświadomość przychodzi przez mądrość badania własnych zachowań, odruchów. Obserwacji. - Skupił się już na swoim rozmówcy, bo wcześniej rzucał tylko grzecznościowe formuły, przytaknięcia, że tak, och jak to dobrze, że pieniądze się przyjęły, że dziatki będą bezpieczne... a wewnętrznie jego zoo kochające mamonę gniotło go, że tyle galeonów wypłynęło z jego zasobów. Naprawdę nie lubił, gdy złoto go opuszczało. Miał z tego powodu lekkie wyrzuty sumienia, ale mówił sobie, że mógł mieć tą jedną wadę... prawda? - Tym nie mniej jestem bardzo ciekaw, czego mógłbym się dowiedzieć ze wspomnianych dziedzin. - Nie chodziło o to, że był ignorantą. - Wydaje mi się jedynie, że bez pewnego pułapu samoświadomości można mniej wyciągnąć z astrologii i numerologii niż się powinno.




RE: Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent - Vakel Dolohov - 07.01.2024

- Nic nie jest nam potrzebne do poznania samych siebie, natomiast wiele rzeczy może okazać się pomocnych przy próbie określenia naszego potencjału. Wszechświat na nas wpływa, to nieuniknione, ale ostateczne decyzje podejmujemy my sami.

Obraziłby się, gdyby wiedział, że ktokolwiek uznałby jego głos za monotonny. Wypracowany przez niego ton należał do jednego z największych dzieł, z których Dolohov był niebywale dumny. Doskonały mówca - tymi słowami chciał być określany i tak sobie utkał życie, aby czarować wypowiedziami nawet tych, którzy podchodzili do jego osiągnięć z niezrozumiałą (przynajmniej przez niego) dozą sceptycyzmu.

Kiedy siedział w tym swoim fotelu, Dolohov wyglądał na kogoś, kto idealnie pasuje do miejsca, w którym się znalazł. Całe to otoczenie zostało wykreowane tak, żeby człowiek czuł się tu rozluźniony, ale aby nie zapominał o autorytecie wróżbity siedzącego naprzeciw. Mężczyzna nijak nie kojarzył się z dowcipnymi zabawami z sabatów, które w większości przypadków się nie sprawdzały, chociaż w młodości nawet on rozkładał tam swoje stoisko i wróżył z ręki (ale Laurent był wtedy pewnie malutki?). Był zawieszony aparycją gdzieś pomiędzy tym celebrytą znanym z bycia absolutnie wszędzie a jakimś takim mugolskim profesorem, który zbierał i zbierał kolejne informacje, przetwarzał je i pozostawał tylko ten jeden znak zapytania w jego egzystencji - czy pod jej koniec dokona jakiegoś przełomu, czy pozostanie kimś, kto wiedział bardzo dużo, ale ostatecznie nie odkrył niemal nic?

- Patrząc prawdzie w oczy - wiele w naszym życiu zależy od tego, w jakich okolicznościach się urodziliśmy. W zamożnej, czy zubożałej rodzinie? Jako mugolskie dziecko pasterzy zamieszkujące górską wioskę gdzieś daleko za Żelazną Kurtyną, albo jako potomek znamienitej rodziny czarodziejów, z silnym potencjałem magicznym zapisanym głęboko w genach. Nikt, kto się przynajmniej minimalnie orientuje w społeczeństwie, nie powie mi, że rodzimy się z równymi szansami. Nie w świecie, w którym jedne dzieci wyciągane są na piedestał, a drugie rodzą się na ulicy i są karane za wybranie ścieżki przestępczej lub żebractwo, chociaż niekoniecznie dana jest im jakaś alternatywa. To są oczywistości, ale tego jest więcej. Pan urodził się w Brytanii, w kwietniu. Można bez cienia odwagi założyć, że już w okresie niemowlęctwa dużo czasu spędził pan na dworze. Niech pan zamknie oczy i się w to wczuje. Świeże powietrze przecinane wiosennym deszczem, słońce wysuwające się zza chmur, śpiew ptaków. Ale gdyby urodził się pan w grudniową noc gdzieś głęboko w Rosji - nie użył nazwy „Związek Radziecki”, co raczej nie budziło dużego zaciekawienia, wszak w Anglii roiło się od uciekinierów z tych stron, rosyjskich oligarchów i ich potomków, którzy uciekli od rewolucji bolszewickiej i nie pałali szczególną sympatią do komunistów - powietrze gryzłoby od dymu kominów, przez większość dnia byłoby ciemno, matka wystawiłaby pana w kołysce na dwór po to, żeby się pan zahartował, bo jak się pan nie zahartuje w niemowlęctwie, to później będzie pan wiecznie chory. I to są pierwsze bodźce, jakich doświadcza się poza jej brzuchem. Dużo osób macha ręką i mówi - jakież to ma znaczenie, skoro nic nie pamiętamy z okresu niemowlęctwa, ale przecież jako małe dzieci pamiętaliśmy. To się w nas zapisało tak samo jak wszystkie lęki i najbardziej skrywane, nawet przed nami samymi potrzeby duszy. Te pierwsze bodźce, ciepło słońca spływająca na rumiane policzki, lub gryzący je mróz skraju świata - nietrudno jest uwierzyć w to, że wyryły w nas jakieś ścieżki, nauczyły nas pierwszych w życiu lekcji. Teraz trzeba iść o krok dalej - przyznać się przed sobą, że wszystko, co nas otacza, posiada energię. Ah, energia! To dopiero temat na czasie, w świetle ostatnich wydarzeń z Beltane rzecz jasna. Siła krążąca w nas, budująca rzeczywistość, napędzająca cykl roku. - Pierwszy raz w tej wypowiedzi uśmiechnął się, chociaż wszystko to wypowiedział dość ujmująco, gestykulując i plotąc to wszystko tak, jakby opowiadał coś niebywale ciekawego, a nie wstęp do pamfletu równającego z ziemią wszystkich astrologów, którzy nie wiedzieli tak dużo jak on. - Nie wytłumaczę tu panu w jedno spotkanie wszystkich zawiłości fizyki i nie uznaję też tego za konieczność, ale gwarantuję panu, że nawet niemagowie zdają sobie sprawę z siły, jaka drzemie w planetach. Sam w sobie księżyc - jak wiele tajemnic potrafi skrywać - on również ryje w nas te potencjalne ścieżki tak jak to słońce i światło tak jak to zimno i ciemność, jak bogactwo i bieda, miłość matczyna i jej braki. Ludzie zwykli ignorować go tylko dlatego, że przez większość czasu nie da się tego poczuć.

A jednak kiedy robiło się naprawdę źle, wszyscy czarodzieje odwracali swoje twarze ku niebu. To tam właśnie szukali wstawiennictwa, jakby nagle wszystko, co powiedział, co musiał udowadniać latami głębokich i żmudnych badań, było największą z oczywistości - czymś zapisanym w prawach natury jak oddychanie. Banda debili i hipokrytów. Nie wstydził się takiego myślenia.

- Mówi pan: bez pewnego pułapu samoświadomości można wyciągnąć z astrologii i numerologii mniej, niż się powinno. Ja mówię: w rozumieniu takich zjawisk nie pomagają nam ani nasza psychika, ani natura. Oh nie, one tutaj tylko mieszają. Cóż to jest za skomplikowany temat! Nasz umysł nie jest doskonały, zapisano w nim poszukiwanie powiązań pomiędzy tym, co już znamy - mamy więc zdolność nadawania znaczenia i odszukiwania konotacji pomiędzy rzeczami tak wielce nieistotnymi... - Odetchnął głęboko. - Pytam zawsze pełen ciekawości o dotychczasowe doświadczenia moich klientów, bo zwykli oni porównywać moje wypowiedzi do szarlatanów specjalizujących się nie w nauce, a w zimnym odczycie. - Tak to zaakcentował, jakby był to termin, który powinno się znać. - Oszuści po prostu uwielbiają korzystać z takiego efektu Forera lub Barunma, panu być może znanego jako efekt horoskopowy, ich wróżby to ogólniki, czajenie się jak drapieżca na zwierzynę. Zaczynają od oczywistości - od rzeczy, które można przypisać tak naprawdę do każdego i zaczynają tworzyć te połączenia, najczęściej pozytywne, one do nas trafiają najszybciej. Dla słabego umysłu to sytuacja beznadziejna. Bo jeżeli ktoś nie wie osobie nic, uzna ten opis z gazetki za najświętszą z objawionych prawd i będzie traktował ją jako swój niepodważalny opis, a ktoś bardziej świadomy może przez to przekreślić prawdziwe, naukowe dokonania. - Jego dokonania, oczywiście.


RE: Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent - Laurent Prewett - 07.01.2024

Wszechświat i wpływ na człowieka. Tak. Taak. Były rzeczy, nad którymi nie mieliśmy kontroli. Zwykłych pech, albo po prostu zrządzenie Losu. Przeznaczenie. Zwał jak zwał. Ponoć nie dało się zmienić tego, co już było nam przypisane. Słowa o tym, że decyzje jednak podejmowaliśmy sami były jakoby tego zaprzeczeniem. Prawdę mówią Laurent choć nie miał powodu, żeby nie wierzyć w sztukę wróżenia, jasnowidzenia czy astrologii to nigdy nie przywiązywał się do nich bardzo. Chyba zaszkodziłoby mu przyklejenie się zarówno do jednej jak i drugiej odpowiedzi, choć były bardzo skrajne. Nie chciał opaść na łąkę pod sosnowym zagajnikiem i myśleć, że przecież nie ma na nic wpływu. Decyzje podjęte były jakoby wypisane, niczego nie dało się zmienić. Przewidziano wszystko. Ustalono wszystko. Ustalono też to, że się poddasz. Żałosne - tak by powiedział Edward. Nie chciał też przykleić się do kart i szklanych kul, nie chciał spoglądać w gwiazdy i wołać do nich po odpowiedzi. Chciał żyć. Jak każdy zupełnie przeciętny obywatel chciał żyć dobrze, wygodnie, chciał dobrze zarabiać, być kochanym i nie martwić się o to, co dzieje się dookoła. Odciąć się od zła i żyć gdzieś z boku. Zamiast tego pakował swoje dłonie co rusz w jakieś tarapaty. Chyba autodestrukcyjnie.

Szarlatani się na tym świecie zdarzali. Nawet bardzo często. Ktoś pokroju Dolohova odstawał jednak od szarlataństwa w świecie, w których prezentowana przez niego wiedza była weryfikowana nie tylko przez klientów, ale i przez tych, którzy również studiowali podobną tematykę. Może nawet identyczną. Laurent nie robił w tym celu researchu, choć branie wszystko na czystą wiarę, co próbowali ci wcisnąć, było nawet czymś gorszym od naiwności, którą sobą prezentował częściej niżby chciał. Było głupotą. Głupotą też było podważanie wszystkiego, co się usłyszy. "Przekonaj się sam" - tak najlepiej powiedzieć. Tylko nie daj się wciągnąć w to mistyczne miejsce pełne wrażeń, bo łatwo było wtedy odpłynąć. Zaczynała działać autosugestia. Bardzo nie chciał być ofiarą takich praktyk, a Ginny, która mu ostatnio wróżyła, pokazała mu odrobinę więcej poza całkowicie neutralnymi wróżbami. I przede wszystkim - niekoniecznie były one dobre. Twarz Dolohova była znana z okładek gazet. Nawet jeśli wykazywało się ignorancją wobec dziedziny, jaką się posługiwał (Laurent po prostu nie miał czasu wkładać dłoni we wszystko, tak sobie to tłumaczył) to po prostu - się go znało. Niekoniecznie z dawnych lat sabatów. Wtedy chyba naprawdę był zbyt mały. Lub zbyt przejęty zmianą swojego życia, kiedy przeszedł z biedy do luksusów. Ceną za to była tylko śmierć. Niewielka, niektórzy by powiedzieli. Kiedy tak siedział (rzeczywiście daleko odbiegają głosem od monotonii, ale Laurent ma spierdoloną autorkę) i spoglądał na Vakela, który odbiegł od trywialnych tematów i zaczął całkowicie poważny monolog niedosłownie wskazujący palcem Laurenta, zachęcając go do dialogu wewnętrznego, zamieniał się w Króla Obsesji. Jak w bajce Alicji z Krainy Czarów, ale nie byłby chyba Kapelusznikiem. Kotem? Nie. Królową Kier? Tylko zamiast Królowej był Król, kier tu nie pasował - może Król Pik? Siedział na jednym fotelu, a jednak wypełniał swoją osobowością całą przestrzeń. Laurent miał mieszane uczucia do takich ludzi. Uważał na nich, bo zarówno przyciągali swoją siłą, jak i potrafili zmiażdżyć człowieka swoją osobowością. Parę celnych słów i Laurent już byłby skulony pod ścianą. Jeśli tylko przyszłoby się otworzyć.

Co jest cenniejsze - zbierać wiedzę, czy przekuwać ją w coś nowego? I czy coś nowego powstałoby, gdyby nie zbierana wiedza? Ludzie często zapominali. Odkrywali stare wynalazki i teksty na nowo. Odkopywali je z zakurzonych woluminów i zachwycali tym, co napisali ludzie setki lat przed nimi. Albo dowiadywali się, że to, co uznawali za fenomenalnie nowoczesne i odkrywcze miało swoje zalążki i podstawy wieki temu. Po prostu pozwolono temu opaść w zapomnienie. Albo ktoś uznał, że to szaleniec i lepiej go skrócić o głową, czy lepiej - wiedźma. Te zaś wspaniale rozpalały średniowieczne ogniska.

Zrobiło mu się za to bardzo nieswojo, kiedy temat wszedł na kwestię urodzenia i... świeżego powietrza. Jakby to było coś pięknego, jakby był wspaniałym dzieckiem, które przyszło na świat pośród jedwabiu i złota. Nie przyszedł. Starał się jednak nie poruszyć dalej, nie zmieniać pozycji, poza tym fałszywym drgnięciem i napięciem mięśni, nad którym próbował zapanować. Cofnięcie się tam, gdzie słońce było ciepłe? A może tam, gdzie śmierdziała zgnilizna? Nie było to celowe ze strony Vakela, w końcu - skąd mógł wiedzieć? Czy to było w ogóle istotne dla tego spotkania? Nie zamierzał go poprawiać. Nie było czym się chwalić. Nawet nie lubił o tym rozmawiać z kimś bliskim, co dopiero obcym. Czy można było mówić o czymś takim jak zawodowe trzymanie tajemnicy w przypadku Vakela? W tym miejscu? Pewnie tak. Inaczej nikt by sobie go tak nie cenił. Tak czy siak Laurent mistrzem kłamstw nie był, więc drobna reakcja i tak przemknęła dając w tym momencie znak, że coś jest nie tak. I ze niekoniecznie Vakel trafił. Zgadzał się jednak z tym, że ludzką ignorancją było już sądzenie, że to, co działo się w tych wczesnych latach nie miało znaczenia i że nie miało odniesień do dna doczesnego. Nie wszyscy muszą się z tym zgadzać, ale z faktami też nie da się dyskutować. Co najwyżej można je wypierać i wierzyć w swoją wizję rzeczywistości. Niektórym takie funkcjonowanie ułatwiało trwanie. Więc może to i lepiej? Nie zawsze przekłuwanie bezpiecznej strefy bańki mydlanej było dobrym wyborem.

Czy jeednak to wszystko była kwestia energii? Teraz, w przypadku Zimnych, rzeczywiście mówiło się o niej więcej. Laurent jednak nie przerywał jego wywodów. Słuchał. Lubił poznawać rzeczy nowe i nowych się dowiadywać. Lubił, kiedy ktoś mówił z pasją i polotem. Ile było w tym człowieku pasji, a ile wyuczonych regułek mógł tylko zgadywać, a wątpił, czy byłaby to dobra odpowiedź. Spójrzmy... W końcu zgadywać lubił. Stawiać teorie na temat ludzi przed sobą, żeby potem je konfrontować z rzeczywistością. Zazwyczaj robił to na głos. Reakcje człowieka w końcu bardzo dużo o nim opowiadały, czasami słowo mogło przynieść zaprzeczenie i kłamstwo, ale pierwsza reakcja? Ta kłamała tylko wtedy, kiedy ktoś był wprawiony w boju świata kłamstw, złudzeń. W roli aktora. Laurent więc postawił teorię, że ten człowiek miał pasję, teraz została jakaś obsesja i resztki tego światła, które kiedyś posiadał. Może jeszcze wślizgiwało się resztkami sił przez ledwo uchylone okno.

- Pewni ludzie prezentują sobą klasę zawodów, jaki wykonują. - Odparło spokojnie na słowa o tym, że niektórzy porównują jego pracę do szarlatanów z ulicy. Dziwne? Chyba nie. Ludzie wierzyli w to, co było bardziej na wyciągnięcie ręki. Upadali pod wpływem nieświadomości tego, jak działa ludzka psychika i jak łatwo nią manipulować. Dlatego uważał, że samoświadomość pomagał. Jednak jeśli Vakel uważał inaczej nie czuł się na miejscu i w kompetencji, żeby zaprzeczać. Może w tym, co miał do przekazania, rzeczywiście to tylko przeszkadzało? Bo jeśli tak to Laurent będzie trudnym klientem. Upierdliwie-dociekliwym. Choć... postara się nie. - Uważam pana za takiego reprezentanta. Jestem świadom, że w dziedzinie numerologii, wróżenia i jasnowidzenia figurują oszuści, jak zresztą pewnie w każdej pracy, jaką człowiek wymyślił. Nie porównuje jednak ludzi siedzących przy krawężniku ze stolikiem i kulą do wróżenia do osób pana pokroju. - To była straszna abstrakcja, lecz cóż - człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce. - Efekt horoskopowy jest czymś, co budziło moje obawy i co sprawia, że zawsze poddaje takie wróżby znakowi zapytania. Nie jest grzechem wątpić i szukać odpowiedzi. - Cogito ergo sum. Myślę, więc jestem. Scio nihil me scire. Wiem, że nic nie wiem. - Sądzę jednak, że pan jest osobą, która odpowiedzi przynosi. Tak jak wspominałem o prezentowaniu sobą wysokiej klasy, wręcz ikonicznej. - Czy to było głaskanie z włosem? Och, no trochę komplementów nie zaszkodzi... Laurent nawet się uśmiechnął delikatnie w kierunku Vakela, zakładając nogę na nogę. To wrażenie pływania i nieobecności zostało całkowicie przecięte. Siedział teraz skupiony. Uważny. Jak przed przeciwnikiem.




RE: Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent - Vakel Dolohov - 20.02.2024

Nie przejął się jego drobnym drgnięciem, chociaż wyraźnie je zauważył. Nie był psychologiem, nie musiał wypytywać go o detale życia, nie uważał też, że musiał wyjątkowo trafnie wyciągać jak z rękawa ciekawostki o jego egzystencji, wszak poczynił tutaj jedynie mało odważne założenie. Poza tym czy to nie czyniło takich sytuacji cholernie niezręcznymi? Nie musiałeś wiedzieć kiedy umarła czyjaś matka, aby odczytać jego liczbę drogi życia. Dolohov podał mu myśl, która zakorzeniła się w jego łbie, zmusił go do myślenia, do zakręcenia się trybików, do odszukania w swojej przeszłości potwierdzenia lub zaprzeczenia jego słów, do ubrania ich w dodatkowe emocje. Wszechświat na nas wpływa, to nieuniknione, ale ostateczne decyzje podejmujemy my sami. Zdarzało mu się pisać, aby zrzucić wszystko na księżyc, ale nie dało się zrzucić wszystkiego na gwiazdy, tak samo jak nie można było powierzyć całej swojej opowieści jednej scenie z dzieciństwa. Niezaprzeczalnie jednak - im więcej treści, tym pełniejszy obraz. Był święcie przekonany, iż to właśnie po to ludzie do niego przychodzili. Ta myśl wtopiła się w jego duszę, zaraz połączy się z innymi myślami, wryje się w nią jak kwas. Fakt odkopania tam czegoś, co niekoniecznie pasowało do obrazu wiosennej sielanki, nie był do końca błędny (bo i nagadał się o biednych żebrakach, jak i nie on nadał charakter porom roku), a przypadkowe otarcie się o rzecz mocno osobistą pomagało w budowaniu mapy skojarzeń. Jeżeli chciałeś kogoś czegoś nauczyć, musiałeś dać mu to odkryć samodzielnie. I nie, w głosie ani zachowaniu Dolohova nie było monotonii. To nie był człowiek cichy ani spokojny, to nie był człowiek, którego obecność przechodziła bez echa - on dominował. On ludzi pożerał. Nie jak wampir energetyczny, ale jak człowiek potrafiący podporządkować innych w każdym aspekcie życia - miał nieposkromiony wręcz apetyt na władzę, wpływy i wiedzę, a jego wrogowie, w większości przypadków nigdy nie dowiadywali się tego, jak beznadziejnym przypadkiem tchórza potrafił okazać się w krytycznym momencie, bo widząc go, instynktownie schodzili mu z drogi. Dolohov wibrował energią nieskończoności, analizując jego biografię, można było dojść do wniosku, że zawsze podejmował właściwe decyzje (choć nie było to do końca prawdą) - jego liczbą drogi życia była ósemka i nie bez powodu ósmą kartą tarota była moc. Był kimś o silnej osobowości, kimś upartym i ambitnym, zdeterminowanym do osiągania sukcesów w wybranej dziedzinie - człowiekiem wręcz skazanym na sukces, zdobywającym kolejne szczyty, jednocześnie niosącym na barkach brzemię tyrana. Bo te delikatne dłonie wróżbity, to były dłonie kogoś, kto chwytał mocno i ustawiał ludzi tam, gdzie chciał ich mieć. Wszystko, czemu udało się z nich wydostać, miało na swojej powierzchni ślady jego pazurów. Nie kontrolował siebie - za to obsesyjnie kontrolował otoczenie. Gryzł, szarpał i dusił - był burzą, ogniem trawiącym miejsce uderzenie pioruna i deszczem obmywającym spaleniznę, dającym ulgę i przynoszącym w tym miejscu nowe życie.

Był i czuł się kimś więcej niż zwykłym człowiekiem.

I co najważniejsze, nie potrafił przegrywać.

Był prawdopodobnie najtrudniejszą istotą do kochania, najbardziej egocentrycznym bucem, jakiego można było sobie wyobrazić, a jednocześnie nie potrafił egzystować bez wpatrzonych w niego rzędów oczu i kąpania się w wiecznym blasku chwały. Nie chodziło tu tylko o aspekt bycia spełnionym. Dolohov dosłownie umarłby bez swojej bezgranicznej sławy - rodzinne klątwy uczyniły go kimś uzależnionym od pieniędzy, w przeciwnym wypadku zamieniłby się przecież w stertę popiołu.

- Osób mojego pokroju? - Uśmiechnął się nieznacznie, w nieco konfliktowy sposób. - Jak wielu zna pan współczesnych jasnowidzów, których dokonania mogłyby równać się osiągnięciom Vasilija Dolohova? - Nie trzeba było być ani wróżbitą, ani numerologiem, można było być płaszczką, która osiągnęła jakże przydatną umiejętność czytania brytyjskich gazet, aby wiedzieć, że odpowiedź na to pytanie brzmiała: zero. A przynajmniej dokładnie takiej odpowiedzi siedzący przed nim mężczyzna oczekiwał. - Nie grzechem jest wątpić, ale odpowiedzi na to pytanie nie trzeba szukać daleko. - Chyba że naprawdę nie miał wyczucia. - Nie istnieją ludzie mojego pokroju, panie Prewett. W tym miejscu stoję tylko ja i nikt inny.

To powiedziawszy... wstał. Nie po to, żeby nad Prewettem górować, ale po to, aby machnięciem różdżki wydobyć z pokaźnych rozmiarów szafy wielką, złotą tarczę z wypisanymi na niej symbolami.

- Aby określić potencjał na podstawie znanych dziedzinie metod, potrzebuję upewnić się, że podane mi dane są możliwie jak najbardziej precyzyjne. To jest istotne, bo w kosmogramie kwestia niektórych zmian to dokładność zaledwie kilku godzin... Potrzebne mi więc są nie tylko data urodzenia, ale i konkretna godzina i miejsce. A także wszelkie dodatkowe imiona, jakie nie zostały wypisane w formularzu zgłoszeniowym. Również imiona nadane po sporządzeniu aktu urodzenia, szczególnie jeżeli jest pan osobą wierzącą.


RE: Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent - Laurent Prewett - 06.04.2024

Gdyby wszystko mógł zrzucić na księżyc - jakie życie prowadziłby dziś?

Ta próba zabójstwa w snach - to tylko księżyc. Te złe decyzje, złe nastroje, upadek moralny i społeczny - gdyby gwiazdy tak mocno nie lśniły, gdyby tak nie kusiły i nie zwodziły, na pewno pomyślałbyś inaczej. Nie poszedłbyś w ramiona człowieka, który wydawał się ostoją, który był Zakazanym Owocem z wiarą, że ta adoracja coś tutaj zmieni, a nie okaże się pułapką dla grzecznego chłopca, który postanowił doznać grzesznych rozkoszy. Na pewno inaczej by to wyglądało, gdyby Wenus tak mocno nie polaryzowała z twoim ciałem, twoim umysłem, gdybyś był mężczyzną co się zowie, takim, jakiego oczekiwał Edward Prewett i którym próbowałeś kiedyś być. Nie udało się? Tak, to na pewno wina Wenus. Mars go zostawił - wiedział, że już nic z tego nie będzie. Nie mógł przeczesać myśli tego człowieka, mógł tylko przeczesywać swoje, a w nich nie było ziarna, które pozwoliłoby obarczać siłę z zewnątrz za swoje własne porażki. Miał tylko siebie samego. Swoje malutkie jestestwo, które uważał za zbyt słabe, a jednocześnie starał się je zbroić jak tylko był w stanie, żeby przetrwało jak najwięcej i utrzymało się na linii, z której nie spadnie. Wszystko, byle balans został zachowany. Z tych wszystkich emocji, myśli, nie szukał tutaj kolejnego miejsca, gdzie ktoś będzie próbował czegoś uczyć - w pewnym momencie mdliło cię na samą myśl, że kolejna osoba będzie się dzielić złotymi myślami, prawiła morały, pokazywała, jakim to jest wspaniałym człowiekiem, żeby tylko wkładać w ręce kolejne porównanie, którego nie chciałeś nawet robić. Vakel, chociaż początkowo nie robił tego wrażenia w bezpośrednim zetknięciu i to nie dlatego, że taki nie był - to Laurent był za bardzo rozkojarzony, skupiony na epitafiach wokół swoich niedoszłych kochanków, miksu złych słów rodziny i manipulacji, tragedii wydarzeń pchających się pod jego dłonie - tak teraz, kiedy tylko się go słuchało, kiedy tylko się na niego spoglądało, rodził pytanie ile osób swoim samym spojrzeniem był w stanie zamieść pod dywan. Ale z takimi ludźmi się spotykał na równym polu, a Vakel nie był Edwardem, żeby przesuwać go na szachownicy z równą łatwością. Nie był też Dante, który przerażał tym, jak daleko może się posunąć, żeby teraz coś udowodnić. Był sławą z gazet, której nie wolno podpaść i z którą trzeba skończyć przynajmniej na pozytywnej relacji... i zdecydowanie zbyt przystojnym i zbyt pewnym siebie mężczyzną, który mógł nadepnąć na bardzo niesprzyjającą strunę twoich własnych upodobań, więc należało trzymać jaźń w bezpiecznych ryzach. A bezpiecznie było tam, gdzie skupiało się na negatywach i nie pozwalało samemu sobie pływać w meandrach własnego umysłu, do czego właściwie prowokował sam Vakel. Na szczęście wybierał te zatoczki, które omijały niewygodny temat i nie muskały nawet tych głębin lazuru. On sięgał po coś gorszego. Tylko czy o wiele gorszego? Laurent teraz zastanowił się, jak to w zasadzie działało, że wystarczyło, że zaczynał odczuwać w sobie to ciepło przy niektórych ludziach, że niektórzy byli jak magnes i Laurent chciał ich do siebie przyciągać... i oni reagowali. Mogli być naprawdę dość daleko, ale reagowali. Był selkie, nie wilą, a mimo to... mimo to...

- Nie punktowałem konkretnie jasnowidzów. - Sprostował. - Punktowałem osoby, które są specjalistami w swoim zawodzie i osiągnęły bezkompromisowy sukces, wybijając się ponad dziesiątki przeciętnych. - W gazetach brzmiał na takiego, który z chęcią przyjmowałby komplementy, ale gazety, jak sam się przekonał, aż za dobrze potrafiły pewne rzeczy przekłamywać, a część narracji tworzona była dlatego, że ktoś chciał celowo być tak pokazywany. Jak chyba z każdą osobą, którą spotkałeś na swojej drodze i która reprezentowała sobą coś więcej niż prostotę przekonań i była księgą, po której chciało się przesuwać palce, a w końcu wsunąć palce w jej stronice, tak i Dolohov był osobą, którą chciało się otworzyć. Poznać. Przeczytać. Bez wiedzy o tym, jak głęboko zakopany został egocentryzm, jak mocno szarpały nim płomienie pożerania tych komplementów, bez elementów układanki, jakie stworzyłyby jego obraz był rzeczywiście jak dziecko we mgle. Z tym, że umysł Laurenta bardziej niż skupiać się na sobie wolał się skupiać na osobie, którą miał naprzeciwko. Perseus potrafił skutecznie skłonić do tego, żeby zachować w tym balans - ale on z drugiej strony wyzwalał tak gwałtowne i silne emocje, że poziom zdrowia w ich odczuwaniu i chłonięciu również z jego strony zupełnie nie istniał. Uśmiechnął się na uzupełnienie danych swojego własnego schowku jak i do pewności, z jaką to powiedział. Powstrzymał się przed zerknięciem na zegary, ale gdyby miał coś dopowiedzieć, to pewnie właśnie szepnąłby, że oprócz niego sam widzi tutaj obecność przynajmniej jednego bytu: Chronosa. A skoro Czas był na miejscu to i obecna musiała być Śmierć. Były sobie nieodłącznymi partnerkami. Nie zawsze byli obok siebie tak bardzo fizycznie, jak namacalny wydawał się tutaj upływ każdej sekundy.

- Zawiodę pana w takim razie, ale moja bardzo konkretna data urodzin może być przekłamana. - Zofia niekoniecznie dbała o to, żeby stawić się do urzędu, spisać jego dane, żeby zakłopotać się, jaki dokładnie był dzień, kiedy urodziła. Może podała Edwardowi dokładną datę, bo akurat śledziła dni zastanawiając się, czy do niej wróci, a może nie spoglądała w kalendarz wcale. - Tym bardziej nie podam panu godziny. - Ta tajemnica zmarła wraz z tą, która go urodziła. - Urodziłem się w Boulmer. - Albo gdzieś obok. Bardzo dużo nieprecyzyjności jak na człowieka, który pewnie chciałby dostać nawet sekundy w podarku. Perfekcjonista? Czy Dolohov był tym słynnym, malowanym przykładem perfekcjonizmu, który bardzo nie lubił niedoskonałości? - W akcie urodzenia znajdzie pan tylko jedno imię matki i jest to imię Zofia. Bez nazwiska. Była selkie. - Sprostował, żeby nie tworzyło się niedomówienie, dlaczego ta kobieta nazwiska nie posiadała i dlaczego się tym zupełnie nie przejmowała - tak jak gubiła się w wielu innych ludzkich sprawach, do których nagle została pchnięta, bo nie mogła zabrać syna do morza. - Jako ojca Edwarda Prewetta. Prawdę mówiąc nie sądzę, żeby Zofia sporządzała taki akt. Pewnie zajął się dopiero tym Edward, kiedy zabrał mnie w wieku 7 lat do Keswick. Dopiero wtedy przyjąłem nazwisko Prewett. Wcześniej, tak jak moja matka, żyłem bez niego. - I to nie było złe życie, prawda? Nie, nieprawda. Był za mały, żeby to dokładnie pamiętać, z jakimi wiązało się to wyrzeczeniami. Nie wiedział do końca, na ile były to ważne dla Dolohova informacje, ale wolał przedstawić pełen obraz, żeby potem nie było wątpliwości, skąd chociażby wynika jego częściowa niewiedza. A na wsiach takich jak Boulmer przekłamywanie aktów urodzenia czy rejestrowanie ich dopiero po 5 latach od urodzenia dziecka, jak akurat ktoś się zdecydował pojechać do miasta, nie było niczym wielce nowym i dziwnym. To było co najwyżej dziwne dla kogoś "czystej krwi".




RE: Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent - Vakel Dolohov - 18.07.2024

Zdaniem Dolohova nie dało się go ze specjalistami w innych dziedzinach zmierzyć jedną miarą, nie dążył już jednak tego tematu, bo się przecież nie będzie kłócił z własnym klientem, a już tym bardziej z kimś, kto swoją wizytę w Prawach Czasu wygrał w ramach aukcji charytatywnej.

- Oh zawieść tymi słowami da się jedynie tych numerologów, którzy nie przekroczyli granic zastanej wiedzy, a widząc nowe pozycje, jakie opublikowałem już po ich studiach, nie zdecydowali się na jej pogłębienie. Nie rzucam moich słów na wiatr. Prawa Czasu są owocem ciężkiej pracy i geniuszu, jakie przekułem w swoją sławę, zawitał pan do gabinetu portrecisty ekstraordynaryjnego i ja tę datę urodzenia wygrzebię choćby z dna morza, albo nie nazywam się Vasilij Dolohov. Nie znaczy to jednak, że liczby zapisane w akcie urodzenia stają się bez wartości jeżeli chodzi o pana portret. Wręcz przeciwnie - ustawimy to miejsce jako istotne w pana biografii, ponieważ przyniosło pana życiu nową energię. Widzi pan, energia działa w taki sposób, że przyciąga tę samą energię. Gdyby pana imię sugerowało negatywne realizowanie się w pana codzienności, każdy numerolog doradziłby panu zmianę imienia, lub dodanie do niego kilku liter. Możemy w ten sposób nią manipulować, odnosi się to również do energii dnia urodzenia, którą jesteśmy przepełnieni przez promieniowanie planetarnych układów, można się raczej domyślić, że nie będzie to tak lekkie jak w przypadku imienia, ale to fakt - później możemy to naciągać. Lubię nazywać to zjawisko makijażem liczbowym. Urodził się pan z pakietem energetycznym, a później wyruszył w podróż - nadaje się nam kierunek, nie cały scenariusz na życie. To liczby sprawiają, że nasz świat kręci się wokół własnej osi i wokół Słońca, panie Prewett. To energia płynąca bezpośrednio z natury, tworząca nasz świat, wibruje falami o różnym natężeniu, a my - ludzie - nadaliśmy jej miano, używamy cyfr i znaków, żeby móc ją jakoś zidentyfikować, nazwać, opisać zjawiska zachodzące wokół nas i w nas. Tak jak budowniczy używają ich do sprawienia, że stawiany przez nich budynek nie runie w dół od drżenia i uderzeń wiatru, tak ja korzystam z nich, aby opisać wibracje ludzi, których przychodzi mi obserwować.

Jasnowidz wstał z miejsca, które do tej pory zajmował, żeby przejść się po pomieszczeniu. Na ten moment nie zbliżał się jeszcze do konkretnego miejsca, ale widać po nim było, że wstał w jakimś konkretnym celu, a nie jedynie, aby rozprostować kości. I faktycznie - kiedy kończył następną wypowiedź, bardzo swobodnie zbliżył się do jednej z wielkich szaf stojących z tyłu pomieszczenia, wciąż jednak mówił skierowany twarzą do swojego gościa. Mówienie do ściany lub mebla uznawane było przecież za nieuprzejme, a na coś takiego nie pozwalało mu nawet uchodzenie za ekscentryka. Poza tym gorzej się go wtedy słyszało.

- Pana obserwowałem przez kilkanaście minut podczas pojedynku na Arenie i na ten moment mogę powiedzieć dwa proste fakty. Po pierwsze - jeżeli jakikolwiek astrolog dotychczas powiedział panu, że jest pan bykiem, to zasługuje na odebranie mu uprawnień do wykonywania zawodu. Po drugie - imię i nazwisko nadał panu ojciec. Laurent to imię pioniera tryskającego męską energią, początek i koniec wibracji liczbowych, to imię, jakie ojciec tyran nadałby synowi, gdyby chciał, aby ten poszedł w jego ślady. Prewett to nazwisko żniwiarzy, ludzi czerpiących z innych pełnymi garściami, stawiających na swoim za wszelką cenę, nawet jeżeli miałaby polać się tam krew. - A Laurent przyleciał na Arenę w karocy ciągniętej przez przerośnięte kucyki, ubrany jak na młodzieżowe przyjęcie. Staroświecki Dolohov od razu skwitował to z córką jako absolutny, odrzucający wręcz brak gustu. Lubił piękne rzeczy, klejnoty i chociaż nie mówił o tym głośno to tak - oceniał ludzi po wyglądzie. Tylko durnie mówili, żeby tego nie robić - tak wiele dało się przecież wyczytać z tego o tym, jakim ktoś był człowiekiem. To czy był wychudzony, czy gruby. Jak się ubierał. Czy dbał o zęby? - Pan jest szóstką, dwójką albo trójką, w astrologii symbolizowałby pana żywioł powietrza. Już samo to zawęża nam zakres dostępnych dat. Zapraszam pana tutaj, jeżeli lubi pan przyglądać się tego typu konstrukcjom i obliczeniom - powiedział i oczywiście uważnie zanotował jego reakcję. Bo to czy Laurent podniesie się z miejsca, zechce tu podejść i spojrzeć na urządzenie tak wielkie, aby nie dało się go przysunąć do foteli (no dobrze - dało się, ale oboje byli koszmarnie wychudzeni, a Peregrin nie wejdzie tutaj tylko po to, żeby mu przestawić stolik), miało ogromne znaczenie.

Dolohov nie potrafił nie widzieć w nim swojego odbicia. Niestety było to jego odbicie z czasów bardzo, bardzo odległych, zanim życie zweryfikowało jego wybujałe marzenia o czekającym gdzieś tam w przyszłości szczęściu. Ten młody chłopak wciąż tkwił gdzieś w środku - wczoraj popełnił jeden z najpewniej najgorszych błędów własnej egzystencji i cały wieczór przepłakał w łóżku jak skończony dureń, nie potrafiąc pogodzić się z tym, do czego doprowadził zwykłą nieuwagą. Wczoraj rozdrapał najgorszy ze strupów na swoim ciele - ten z wypisanym na sobie imieniem Morpheusa - nawet zachowując powagę i profesjonalizm, w środku jego duszy rozgrywała się wciąż burza z wczoraj, fale uderzały o skały, które okazywały się o wiele bardziej kruche, niż myślał i... mimowolnie wracał myślami do Hogwartu. Do ciepła, jakiego nie dał mu nikt inny, do smaku ust zaspokajających go na tyle, żeby wreszcie przestał czuć ten cholerny głód, a dzisiaj... Dzisiaj, bez niego, wydawało mu się, że nie zaspokoi go nigdy, nawet gdyby pożarł cały świat. Nie pamiętał już, jak to jest rzucać grochem o ścianę i cały czas wierzyć w swój sukces - w dobre zakończenie dające mu to, czego chciał - prawdziwej, ciepłej i szczerej miłości pozwalającej mu poczuć się zauważonym. Współczesny Dolohov nauczył się nie brać tego pod uwagę i podbijał serca ludzi w znany sobie sposób - zdobywał wielbicieli, nie kochanków. I w tym momencie pokazywał Prewettowi, w jaki sposób tych wielbicieli zdobywał. Zanurzając palce w ciemnej szafie i wysuwając wielki, złoty mechanizm przedstawiający układ słoneczny wznoszący się nad płaską mapą.

- Boulmer pod Longhoughton - powiedział cicho, ustawiając na mapie element przypominający wielki cyrkiel, a później poruszył dłonią, w nieco charakterystyczny sposób, w jaki liczyli w pamięci ludzie, którzy przywykli do robienia tego na abakusie. - Poszedł pan do Hogwartu z rocznikiem, z którym powinien pan iść, mając datę urodzenia wpisaną w akcie? Bez żadnego problemu? - Oh problem na pewno miał. Problem ze swoją rodziną, ale nie o tym teraz mówił. - Mam teorię, ale nim ją potwierdzę, niech pomyśli pan o sobie. Nie musi mi pan tego mówić, niech pan po prostu wygrzebie ze swojej duszy ostatnie rozterki, z którymi się pan zmaga. - Jeżeli Laurent podszedł do urządzenia, Dolohov pozostał przy stoliku, jeżeli nie - podszedł od niego. Następnie wyciągnął talię tarota i przetasował je z gracją, żeby ułożyć w wachlarz i zaprezentować je blondynowi. - Niech mi pan tego nie mówi, a jedynie sięgnie po dokładnie tyle, ile podpowiada panu serce.

Sprawiedliwość, Cesarzowa, Kochankowie, Umiarkowanie. Nie oczekiwał innych odpowiedzi, ale nie powie nic, jeżeli Laurent wylosuje inne karty.


RE: Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent - Laurent Prewett - 18.07.2024

Próba umieszczenia emocji, jakie wzbudzał Dolohov, zaczynał widzieć jako średnio możliwe. Średnio możliwe, by trwało to w zgodzie z nim samym. Dolohov wyłaniał ze statystycznej skały, pozornie jasny i oczywisty, dłuto gładko wchodziło w materiał i wyłaniało kolejne proporcje. Boskie, idealne, doskonałe. Było w tym coś pociągającego - wszystko pociągające. Steatyt był miękki, był idealny do tworzenia nowych cudów, jakie później przyozdobią salony. Ale Vakel miękki nie był. To, co wydobywało się z jasnego wnętrza było jak nakrapiany przez malarza heliotrop. Wspomnienie przeszłości wetknięte w coś podatnego do kopania, do obrabiania. Przypadek, albo może czyjeś dzieło - albo nawet oba - Laurent tego nie wiedział i bardzo wątpił, żeby dane było mu się dowiedzieć. Szczególnie, kiedy sam stawiał się ciągle w postawie defensywnej i im dalej to brnęło tym większego dystansu starał się nabrać. Tylko do czego właściwie? Do tego wróżbity? Do siebie? Tajemnic, które mogą być odsłaniane, chociaż nawet tak nad tym nie pomyślał? Rozważał mnóstwo scenariuszy tego spotkania, a największej oczywistości, w której zbyt dużo prawdy może wypaść jak wnętrzności wysypywały się z przeciętego brzucha jelenia - tego jakoś nie przewidział. Nie ustawiał swoich reakcji względem ciekawostek, jakie mógłby zobaczyć i niechcianych prawd, jakie mogły się na niego wylać.

Coś tu zgrzytało. Chyba jak przy wszystkich samcach takich jak Edward... takich jak Vakel. To chyba było to - Laurent miał wobec tego wersję stroszącą się, w której z jednej strony nie chciał być takim człowiekiem, z drugiej to podziwiał. Być może w przypadku Vakela to była tylko maska, lecz jeśli tak - dopasowana była perfekcyjnie. Nie było widać w niej żadnej nieprawidłowości. Żaden odstający fragment nie kusił, żeby spróbować ją zedrzeć i zajrzeć do środka. Na pewno coś kryło się pod spodem. Nie było na tym świecie większego niebezpieczeństwa od sławy, która wystawiała twoją prywatność na próbę, a z tym - twoje całe życie. Czy przed nim nie stał chodzący ideał? Laurent miał wrażenie, że gdyby nie jego rozkojarzenie bagnem własnego życia to wpatrywałby się w tego człowieka jak w obrazek, kiedy on tłumaczył mu tajniki wszechświata - te tajniki, których sam nie znał. A które go ciekawiły. Jak chyba wszystko - Laurenta łatwo było zaciekawić nawet tym, jak działają zębatki, jeśli tylko osoba o tym mówiąca sama wiedziała, o czym mówi i czuła to sobą. Teraz tylko niektóre słowa zlewały mu się z własnymi myślami. Musiał czasami przywołać się do porządku.

- Energię..? - Nie rozumiał za bardzo. Owszem, wiedział (słyszał), że imiona mają znaczenia, daty mają znaczenia, że ludziom przyświecała im gwiazda, że ścieżka ich życia tłoczona była z pierwszym oddechem. Ile było w tych rzeczach prawdy już pewien nie był - nie zgłębiał tych tematów. Nie zastanawiał się nawet nad tym, że jest Bykiem, ani nad tym, jaką datę urodzenia miał w dokumentach. Tak po prostu był, fact statement. - Ach tak... - To przytaknięcie wydawało się lakoniczne, ale wybrzmiała z niego ciekawość i zaangażowanie w temat, który rozwijał się tak samo jak włóczka, z której później powstaje cały szalik, obrus, pluszowy miś. Taki szalik właśnie tworzył w swoich palcach Vakel Dolohov, czasem ku uciesze tłumów, a teraz ku uciesze Laurenta. Skapywały te krople jego mądrości - a Laurent nawet mimo swojej natury nie pomyślał, żeby te słowa podważyć. W tym człowieku było coś... bezkompromisowego. Pewnie dlatego, że trzymałeś koniec szalika, kiedy on plótł czar słów dalej. - Nigdy nie zastanawiałem się nad zmianą imienia prawdę mówiąc. Wydaje się to... kłopotliwe, delikatnie mówiąc. - Chyba czułby się bardzo nieswojo próbując przekazać teraz swoim znajomym, że on się nie czuje Laurentem, czuje się... Robertem! Albo... cokolwiek innego. Wyobrażał sobie dziwne miny. A już na pewno słyszał kpiące komentarze macochy i Edwarda mówiącego "co ty znowu wymyśliłeś!".

- Swojemu znakowi urodzenia również nie poświęciłem dłuższej myśli. - W odruchu nieco mocniej zacisnął palce na wzmiankę od Edwardzie, ale zaraz je rozluźnił, zmuszając się do rozluźnienia. Nie odbieraj tego personalnie - taka irracjonalna myśl wpadła mu do głowy. Irracjonalna, bo przecież był właśnie u człowieka, który rozgrzebywał wszystko, co najbardziej personalne. Rozbierało go to z jakiejkolwiek pewności siebie, a bardzo starał się ją utrzymać.

Nie zawahał się nawet przez moment, kiedy Vakel go do siebie zaprosił. Nie podobało mu się drążenie tam, gdzie mogło zaboleć (może mężczyzna robił to celowo), ale jednocześnie ciekawość zwyciężała. Och, bogowie, ona w Laurencie zwyciężała nawet kiedy jego życie było zagrożone, a przecież bał się śmierci. Nie było w tym logiki. Tutaj mu jednak nic nie groziło - co najwyżej załamanie nerwowe, jedno z wielu w ostatnim czasie, więc... chyba nic wielkiego. Czy lubił się przyglądać tego typu konstrukcjom - nie wiedział. Miał się za to przekonać, że oj tak, lubił! Bardzo lubił! Z nieskrywaną ciekawością więc zatrzymał się przy konstrukcji, spoglądając przez moment na Vakela czy ma się odsunąć, przesunąć... bo nawet nie wiedział, czego się spodziewać. A kiedy mapa została wysunięta to Laurent otworzył szerzej oczy. Z ekscytacji. Z poruszenia. Piękno, jakie przed sobą widział było aż poruszające, chociaż niewiele z tego, co widział, rozumiał.

- Żadnych problemów, o których było mi wiadomo. - Doprecyzował, odszukując wzrokiem twarz Dolohova. I może nie powinien, bo następne zadanie wcale mu się nie podobało. Rozterki... ich nadmiar był przytłaczający. Wystarczyło napomknięcie, żeby zrobiło się ciężko i nieprzyjemnie. Własna bezsilność, zagrożenia wokół, Śmierciożercy, żal, ta cała niedoskonałość, która tworzyła strach samotności, emocjonalne bagaże doświadczeń, zazdrość, popadanie w rozpacz, która stawała się w jego oczach jakąś dysfunkcją... Nawet nie zdążył tego wszystkiego wyliczyć, kiedy pojawiły się przed nim karty. - Serce mi podpowiada, żeby wziąć wszystkie, ale chyba nie o to w tym chodzi? - Nie znał się na wróżeniu. Nieco o nim słyszał, trochę opowiedziała mu znajoma, ale tutaj nawet nie o wróżenie per se chodziło z tego, co zrozumiał. Patrzył więc na te karty. To, co podpowiada serce. Czyli co? Jak słuchać serca i wyłączyć umysł? Co jak wyciągnie coś złego? Albo jednak za dużo? A może za mało? Przez moment chciał powiedzieć, że woli nie ciągnąc wcale, ale to też nie miało sensu. Sięgnął więc po jedną i spojrzał na wylosowaną kartę Kochanka. Już mu się to nie podobało - nawet jeśli karta była ładna. Westchnął i pociągnął drugą, kładąc na stół Cesarzową, trzecią Sprawiedliwość i przez moment się zawahał... ale wyciągnął i Umiarkowanie na końcu. Tak oto leżały na stole cztery karty. Spojrzał kontrolnie na Dolohova. Dobrze? Źle? Whatever, bo nie ma to znaczenia?




RE: Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent - Vakel Dolohov - 10.08.2024

Zarozumiały mężczyzna stojący przy tej przedziwnej konstrukcji przejeżdżał palcami po różnych haczykach z boku stołu, zapewne zaznaczając te dane, których był całkowicie pewien. W ciągu kolejnej opowieści zaznaczył kilka innych, doprowadzając do ruchu miniaturowych planet, jakie znajdowały się teraz nad mapą. Pomiędzy naciąganiem haczyków, otworzył również małą drewnianą skrzyneczkę, w której znajdował się faktyczny, a nie wyimaginowany abakus, na którym dokonywał obliczeń w pamięci. Staroświeckie liczydło było już leciwe, ale bardzo zadbane i estetyczne. Dolohov wyraźnie otaczał się przedmiotami, które były piękne - szereg kryształów na obudowie tejże skrzyneczki tlił się delikatnym, mlecznym blaskiem.

- Nikt nie nakazuje go zmieniać, warto jednak znać jego wartość. Siłę, jaka w nim drzemie. Laurent to imię dobrane nie bez powodu i można je z tych powodów wykorzystać. To, w jaki sposób brzmi, może stać się silniejsze niż uderzenie pięści. Niech pan kiedyś zwróci uwagę na imiona dobierane przez osoby agresywne, muszące zdobywać swoją pozycję siłą mięśni. Są krótkie. Mało złożone. Korzystają ze skrótów, zdrobnień, takich składających się z małej ilości liter o słabych wibracjach. Ich maski są przeważnie słabe. - Nie wspomniał tak o sobie, najwyraźniej miał inną opinię o własnym pseudonimie, chociaż ośmielił się dodać, że... - Im częściej to imię jest zmieniane, im częściej człowiek musi się ukrywać i nakładać te maski, tym bardziej niestabilną staje się jego osobowość.

Naszymi życiami kieruje wiele liczb, z których się składamy, ale numerologowie przez lata stworzyli listę liczb podstawowych, wyliczanych poprzez skracanie wibracji urodzenia i imion nadanych nam przez naszych rodziców. Istnieje liczba drogi życia, będąca ludzką liczbą przeznaczenia. Nasza droga życia to to, jacy naprawdę jesteśmy, nasza natura i nasz rytm. Odpowiada za najdłuższą wibrację w naszym życiu, ale ona nie jest jedyna. Pozostałe liczby, te wyliczane z imienia i nazwiska. Liczba ekspresji określająca naszą fizyczną, mentalną i emocjonalną budowę, talenty. Liczba osobowości odpowiadająca za to, jak jesteśmy postrzegani. Liczba duszy, będąca niczym delikatnie tląca się na niebie gwiazda, najmniejsza wśród swoich sióstr, bo odpowiadająca za najskrytsze potrzeby, pasje i motywacje naszego działania. To liczba marzeń.

Laurent Prewett to według liczby ekspresji osoba, która jest otwarta na miłość, ale nie chodzi jedynie o miłość fizyczną, cielesną. To umiłowanie świata i bliźniego, pragnienie poprawiania swojego otoczenia, zmieniania go na lepsze. Dziewiątka służy ludzkości, cierpi widząc cierpienie, marzy o pokoju i wolności. Ciężko ukryć przed nią swoją krzywdę, ponieważ obserwuje ludzi, rozumie ich, jest wrażliwa i posiada intuicję. To osoba mogąca być idealnym uzdrowicielem lub działaczem społecznym. Będą lgnęły do niej osoby skrzywdzone przez los, oczarowane jej tolerancją i cierpliwością. Ale ona również kryje w sobie swój mrok. Swoją impulsywność, kłótliwość, cierpienie, smutek, samotność, lęk. Wszystko to zduszone pod grubym płaszczem rezygnacji. Szuka ratunku z ciemności przez prowokowanie ekstremalnych sytuacji.

Laurent Prewett posiada swoją maskę, swoją liczbę osobowości - liczbę liderów, przywódców i ojców - utalentowanych, bogatych. To maska człowieka radzącego sobie dobrze w świecie materialnym, ale tylko dlatego, że materia jest jedynie odbiciem innego świata, który jest przez Laurenta Prewetta rozumiany lepiej. To liczba ojców, ale ojciec może być równie szczerym altruistą jak i ojcem tyranem zdolnym do bicia i upokarzania swoich dzieci.

Laurent Prewett skrycie marzy o byciu odbiciem męskiej energii. Chciałby być ogniem, chociaż nim nie jest. Chciałby być światłem, autorytetem. Chce osiągać kolejne cele, cieszyć się tymi sukcesami i nie chce się zatrzymywać. Musi zdobywać, aby pomyśleć o swoim życiu jak o czymś spełnionym. Jeżeli tego nie zrobi, popadnie w letarg, w melancholię, momentalnie straci grunt pod nogami, a wraz z nim poczucie bezpieczeństwa. Wpadnie w wir ciemnych myśli, z którego ciężko się wydostać.

Ale to jest Laurent Prewett. A pan się kiedyś urodził i wibracje tego dnia tworzą przeplot wraz z tym, jak zapewne nazwała pana pana matka. Nic tutaj nie jest oczywiste i na wyciągnięcie dłoni. Oprócz kart. Kart mówiących mi, że nastąpiło to pomiędzy 23 września, a 22 października...


A rok już przecież znali...

Dolohov wciąż „bawił się” abakusem, dokonując obliczeń, ugrzązł w tym na tyle, aby na moment odrzucić wizerunek charyzmatycznego, gadatliwego pioniera, więc kiedy zdał sobie sprawę z komfortu, w jaki wpadł, nieco skarcił się w myślach.

- Wyciągnął pan karty charakterystyczne dla zodiakalnej wagi, ale to nie jest cały kosmogram, za jaki pan zapłacił. Energia każdej z planet, a także księżyca zmienia się wraz z upływem czasu i ma na nas inny wpływ. W ten właśnie sposób dowiem się, kiedy się pan urodził. Odrzucając wszystkie niepasujące możliwości.


RE: Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent - Laurent Prewett - 10.08.2024

Ta kłopotliwa zmiana imienia, która była niby niekoniecznie zalecana... maska, jak to zostało ujęte. Tak, to byłaby maska. Kuszące - założyć taką i stać się kimś innym... jak Fleamont. Ale czy Fleamont stał się kimś innym tylko dlatego, że miał ze trzy imiona? Może nawet cztery - kto wie, jakie pierwsze wybrzmiało z ust jego matki, zanim go porzuciła. Ciekawe, czy dałoby się odnaleźć jego sens w tym miejscu, jego samego, czy w ogóle by mu to pomogło..?

Zmiana imienia była więc maską, ale czy na pewno byłaby to maska, którą chciałby nosić? Z jednej strony brzmiało coś wyzwoleńczego w możliwości obdarcia się z imienia, które przykleił do niego Edward. Z drugiej strony brzmiało to bardzo nędznie, nawet jak na niego. Nawet jak na to, jak małe miał mniemanie w tym momencie o sobie samym, jak się ze wszystkim szarpał i jak nie potrafił odnaleźć drogi przez zbyt głośne, londyńskie uliczki i huczące morskie fale. Żadne miejsce nie było dobre. Ląd, morze - tylko pomiędzy czuł, że był kompletny. Niestety w to pomiędzy niewiele ludzi chciało chodzić. Świat niczyi, świat szarawy - nie tego szukano. Tak jak niekoniecznie chyba szukałeś porcelany, która skrywałaby lepiej niedoskonałości twarzy niż puder na licu kobiety. Udowodniłbyś tylko sobie samemu słabość, obdarłbyś się godności, przyznał do porażki. Czy to nie byłoby jak klęknięcie? Zupełne opuszczenie głowy, przyznanie, że nie jest się w stanie nosić korony, laurowego wieńca na skroniach ze złotych liści, że inni są lepszymi królami, a Edward miał rację w słowach, że nie jest godny bycia jego synem, żeby nie nazywał go ojcem - tych wypowiedzianych w złości. To nie była złośliwość. Skoro urodził się nigdzie, w jakiejś dziurze, norze Anglii, bez nazwiska, nigdy, bo nikt nie znał prawdziwej daty, skoro mogli ciągnąć go przez korytarze szkolne i wrzucać w pokrzywy, skoro dzisiaj stał tutaj, w kraniuszkach jego palców tańczyło tak wiele zwierzeń o uwielbieniu... Laurent Prewett. Osiągnął to wszystko przedstawiając się wszystkim jako Laurent Prewett. I był z tego dumny.

Bardzo chciał zapamiętać to, co Vakel do niego mówił, ale już teraz wiedział, że nie będzie w stanie. O tych gwiazdach, o gwieździe duszy, o... zlewało mu się to wszystko w jedną fascynację, do której rytmu biło jego serce. Tak, biło - stało się bębnem dla rytmu oczarowujących go słów, dla fascynacji. To było nowe. Teraz stało się niesamowite i niezwykłe, kiedy jego bariery instynktownie stawiane przed Vakelem opadały. Pewnie dlatego, że złoto i klejnoty łączyły ludzi, co? Nie zauważył momentu płynnego przejścia, ale przyłapał się na tym, jak mocno zaangażował się w to wydarzenie i w płynące informacje.

Były takie informacje, których słyszeć się nie chciało. Takie, które były obce, bez której to wiedzy spałeś lepiej. Słowa Vakela nie należały do tych, które były obce. Należały jednak do tych, które nie powinny pochodzić z obcych ust. Nie rozumiał - jak? Przed chwilą było mu to mniej-więcej tłumaczone, a teraz i tak wstrząsnął nim szok. Wraz z nim przypadł mu w udziale niepokój. A może po prostu ujęło go to, w jaki sposób to wypowiadał? Jakby ciskał w niego klątwę... nie. Jakby odczytywał klątwę ciśniętą na niego bardzo dawno temu, tylko dlatego, że nazywał się Laurent Prewett. Nie chciał już tych miłości, nie chciał tej empatii, nie chciał myśleć o innych i ich żałować - przeciwnie, był na etapie, gdzie chciał to wszystko rzucić w przepaść, chociaż każdy mówił mu, że to dar, że powinien nosić go jak zbroję, jak miecz i tarczę. Śmieszna sprawa, bo właśnie chciał wypalić i kłócić się o to, że wcale nie jest kłótliwy. Zdusił w sobie ten impuls tylko dlatego, że w porę dotarło do niego, jak idiotyczne to było.

Nie powtrzymał się już za to przed tym, żeby objąć się ramionami i z niepokojem pomasować się po całej długości ramienia. Spoglądał na Vakela bojąc się jego reakcji. A ten mówił to wszystko... i teraz tylko jakby się opamiętał, jakby wcześniej był w jakimś rytmie, w swoim własnym czarze? Ale nie było żadnego negatywu, nie było skrzywień... niczego nie było. Była czysta sztuka badania i determinacji. Determinacja... coś jeszcze. Tam było coś jeszcze... gdzie on to... ach, tak! Oczywiście. Przecież to samo czuł, kiedy jego stopy dotykały morskich fal.