[18.10.1967r.] Testament Ojca | Robert & Richard - Richard Mulciber - 03.01.2024
adnotacja moderatoraSesja rozliczona w osiągnięciu Badacz Tajemnic przez Roberta Mulcibera.
18 października 1967r.
Posiadłość Mulciberów
Informacja o śmierci Francisa Mulcibera obiegła całą rodzinę. Oficjalnie podano, że choroba go zabrała. W ostatnich latach, było widać, że umysłowo nie było z nim najlepiej. Richard w posiadłości zjawił się na dzień przed wydarzeniem. Jakby coś przeczuwano. A może zaplanowano? Tylko on i Robert byli w posiadłości Mulciberów w Londynie (pomijając skrzaty), mieli wszystko pod kontrolą. A ich dzieci przebywały w swoich szkołach, najstarsze Richarda już pracowało. Śmierć ojca była ulgą, uwolnieniem. Nie tylko dla Richarda, ale przede wszystkim dla Roberta. Na czas przygotowań do pogrzebu, Richard musiał wysłać trzy sowy z wiadomościami. Jedną do Ministerstwa Magii w Norwegii, o przedłużenie wolnego, z powodu pogrzebu w rodzinie, zaznaczając o śmierci swojego ojca. Od razu mu wolne przyznano. Druga sowa poleciała do Instytutu Magii Durmstrang, o wolne dla jego dzieci. Trzecia do najstarszego dziecka już pracującego, aby poinformować o sytuacji w rodzinie, licząc na stawienie się. Nie może być tak, że nie pożegnają swojego dziadka. A rodzina musi pokazać się w jednym miejscu, w komplecie. To były wyjątkowe sytuacje. Prawdopodobnie Robert mógł zrobić to samo w sprawie swojej córki. Z żonami problemu takowego nie mieli, gdyż w tym czasie obaj bracia byli wdowcami, wychowując samotnie nastoletnie jeszcze dzieci.
Uroczystości pogrzebowe odbyły się siedemnastego października. W obecności najbliższej rodziny Francisa. Dzieci i jego wnuków. Dalszej rodziny i tych, którzy z nim utrzymywali jakieś kontakty. Czy to dawne z Ministerstwa Magii, czy obecne związane z handlem. Nie wiadomo, czy ktokolwiek zarejestrował obecność brata zmarłego i jego rodziny. List został im wysłany. Ale czy dotarł?
Dnia następnego odbyło się odczytanie Testamentu przygotowanego za życia przez Francisa Mulcibera, w którym miały wziąć udział tylko jego dzieci, córka i synowie. Nie wszystkich jego treść zadowoliła. I najpewniej w milczeniu, bracia wrócili do swojej posiadłości.
W salonie czekały na nich ich dzieciaki. Najpewniej wykorzystując szansę na rozmowy młodzieżowe. Na pewno też były ciekawe czy dziadek coś przepisał im ojcom. Gdy tylko wrócili i zdjęli wierzchnie odzienie, Richard, ubrany w czarny garnitur z krawatem i białą koszulą, zjawił się w salonie, widząc całą gromadkę, wyczekującą informacji. Rzekł im tylko:
- Pakujcie się. Jutro wracamy do domu.
Wydał proste polecenie. Na razie nie zdradzając szczegółów testamentu, z jakim przyszło im się zapoznać. Musiał to przegadać jeszcze z Robertem, co z tym zrobią. Na dodatek miał potrzebę zapalić. Wyjął paczkę papierosów, wyciągnął jednego. Spojrzał na młodzież tak, jakby wzrokiem miał ich zaraz przegonić z salonu. Bowiem widział, że jakoś mozolnie się zbierali do jego polecenia. A nie lubił się powtarzać. Chwilę później, pomieszczenie mieli puste, a Richard zapalił papierosa. Z gabinetu na razie żaden z nich nie zmierzał korzystać. Prywatne rozmowy mogli nawet odbyć w bibliotece.
To czego dowiedział się młodszy Mulciber z Testamentu, było z jednej strony do przewidzenia, że nie dostanie nic. Bądź minimalną część majątku jakiegoś, aby nie czuć się pokrzywdzonym. Jakby ojciec chciał tym zaznaczyć, że w jakimś stopniu jeszcze go jako syna akceptował. Jednakże miało się ochotę go przekląć, jak kurwa śmiał narzucać jakieś pośmiertne zastrzeżenia, gdyby zrobili coś, co by jemu nie odpowiadało.
RE: [18.10.1967r.] Testament Ojca | Robert & Richard - Robert Mulciber - 05.01.2024
Śmierć ojca była prawdziwym wybawieniem. Temu nie dało się w żaden sposób zaprzeczyć. Żyjąc z nim pod jednym dachem, przez długie lata Robert pozostawał od Francisa zależnym. Zarazem go pod pewnymi względami podziwiał jak i szczerze nienawidził. Te drugie uczucie, w ostatnim czasie coraz bardziej przybierało na sile. Stopniowo wypierało wszystko inne. Teraz, kiedy ojca zabrakło, zastąpiła je... jakby pustka? Nie był w stanie jednoznacznie tego określić. Nazwać.
Może nie chciał tego robić?
Był milczący, kiedy wraz z Richardem wracali do rodzinnej posiadłości. Razem. We dwoje. Pogrążony w myślach. Nieobecny? Raz za razem odtwarzał w swojej głowie, to co dane było im usłyszeć. Nie spodziewał się takiego obrotu wydarzeń. Nie oczekiwał, że ojciec podejmie właśnie taką decyzje. Wszak w jego oczach nigdy nie był lepszy. Z całą pewnością nie zasługiwał na takie wyróżnienie.
A jednak je otrzymał.
Pozbył się ciepłego płaszcza oraz butów, kiedy znaleźli się wewnątrz budynku. Selar przyjęła podane okrycie wierzchnie, zaopiekowała się odzieżą. Mogli wejść do kolejnych pomieszczeń. Skierować się do salonu. Może napić? Nie był pewien tego, co powinno teraz nastąpić. Nie wiedział, na co sam miał ochotę. Nie był w stanie określić, czego potrzebował. Pozwolił, żeby to Richard przejął nad wszystkim inicjatywę. Pozbył się dzieciaków. Załatwił im dwóm nieco prywatności. Teraz niewątpliwie potrzebnej.
- Poczęstujesz? - skinięciem głowy wskazał na paczkę papierosów. O ile na co dzień preferował cygara, to teraz niekoniecznie chciało mu się ruszać cztery litery. Zapalić natomiast potrzebował, o czym przekonał się ledwie tylko do jego nozdrzy dotarł charakterystyczny zapach. Niekoniecznie przyjemny, ale nigdy mu jakoś szczególnie nie przeszkadzał. Bywały gorsze rzeczy niż smród papierosów.
Kiedy brat poczęstował go papierosem, zaciągnął się, starając jednocześnie zebrać myśli w głowie. Zostali sami. Mogli pewne rzeczy wreszcie omówić. Na spokojnie. Choć sam testament był jasny, nie pozostawiał miejsca na wątpliwości, musieli porozmawiać o tym, co się z nim wiązało.
- Naprawdę zamierzasz wracać już jutro? - wreszcie odezwał się, zaczynając od informacji, którą o dziwo zarejestrował. Można było mieć co do tego pewne wątpliwości. Uzasadnione. Robert wszak zdawał się raczej nieobecny. Odległy. Najwyraźniej jednak nie był na tyle odległy, żeby nie zarejestrować tego, co działo się w najbliższym otoczeniu.
W tym przypadku - mowa o salonie.
- Nie ma możliwości, żebyś zatrzymał się tutaj na dłużej? - pytanie, może prośba, której nie wypowiedział na głos. Bo przecież nie przyzna się do tego, że w obecnej sytuacji potrzebowałby jego tutaj, na miejscu, obok siebie. Okoliczności się zmieniły. Francisa nie było. On, Robert, musiał teraz wziąć na siebie wszystko, co z tą zmianą się wiązało. Nie był na to gotowy, choć przecież powinien się tego spodziewać.
Zwłaszcza w świetle tego, co razem z Richardem zrobili. Czego wspólnie dokonali.
O ile można było potraktować to jako pewnego rodzaju osiągnięcie.
RE: [18.10.1967r.] Testament Ojca | Robert & Richard - Richard Mulciber - 05.01.2024
Testament był zaskoczeniem. Mogli również zakładać, że żaden z nich nie dostanie nic. Że ojciec miał przepisane na kogoś zupełnie innego. Albo, że testamentu nie było wcale i mogliby dostać majątek i dom ze sklepem do podziału na ich całe rodzeństwo. Dla Richarda było przewidujące. Ale względem Roberta było zaskakujące.
Przez całą drogę milczeli, a Robert zdawał się być ledwo obecny. Nadal chyba próbując oswoić się z tym co usłyszał. Richard nie widział powodu, aby tutaj zostawać na dłużej, skoro wszystko było jasne. Lecz dał sobie i dzieciakom ten dzień luzu, aby przedyskutować jeszcze kilka spraw z bratem.
Zapach papierosa musiał chyba pobudzić mózg brata do funkcjonowania, skoro odezwał się z pytaniem o poczęstowanie. Richard wyjął paczkę papierosów z opakowaniem zapałek i podał bratu. Odebrał swoją własność, kiedy starszy zapalił. Znów wtedy zapanowała chwila ciszy. Richard zaciągnął się i podszedł do ławy, gdzie spała popielniczka, aby strzepnąć popiół. Włożył papierosa do ust i rozpiął swoją marynarkę. Usiadł na fotelu, luzując krawat. Wtedy usłyszał pytanie. Może Robert nie chciał poruszać tematu przy ich dzieciakach, które Richard wygonił na górę do pakowania się? Na pewno ucieszyłby się z wieści, że mogą zostać jeszcze kilka dni. Ale szkoła nie będzie na nich czekać. Podobnie praca.
W kolejnym pytaniu, Richard usłyszał w głosie prośbę. Westchnął, zaciągnąwszy się ponownie. Panowała w tym domu teraz dziwna cisza. Pustka. A jednocześnie wolność. Ulga. Dla Roberta może być to nieco trudny okres, aby do tego się przyzwyczaić. Młodszy brat Pomógł mu rozwiązać ten problem. Jako jeden z ich dwojga obecnie jeszcze utrzymywał trzeźwość umysłu.
- Na jak długo mam zostać?
Zapytał. Rozumiejąc widocznie sytuację. Bądź domyślając się powodu.
- Dzieciaki muszą wrócić do szkoły. Jeżeli potrzebujesz abym został, załatwię sobie więcej wolnego.
Nie zdarzyło się jeszcze aby zostawił brata w potrzebie. Za wcześniejszą pomoc, Richard był wstanie dla Roberta zrobić wszystko. Niezależnie od tego, jak brzmiały jego prośby czy polecenia. Tak i teraz, wesprze go w tej pustce. Pomoże mu się w tym odnaleźć. Mieszkanie z ojcem pod jednym dachem mogło być trudne. Tak samo jak przyzwyczajenie się do jego braku. Richard już dawno się od tego uwolnił. Szkoda, że wcześniej nie rozwiązali tego problemu. Wszystko jednak ma swój czas.
RE: [18.10.1967r.] Testament Ojca | Robert & Richard - Robert Mulciber - 06.01.2024
Łatwo było podjąć pewne decyzje. Łatwo przyszło zająć się pewnymi sprawami. Problem pojawiał się natomiast w momencie, kiedy przychodziło człowiekowi zmierzyć się ze wszystkimi konsekwencjami. Odnaleźć w nowej, odmiennej rzeczywistości. Niekoniecznie zgodnej z tym, czego się oczekiwało; na co się liczyło. Mogli razem z Richardem pozbyć się Francisa, ale zmusić go do tego, aby postąpił zogdnie z ich oczekiwaniami? To nigdy nie znajdywało się w zasięgu żadnego z braci.
- Powiedziałbym, że na stałe, ale po dzisiejszych rewelacjach, to raczej mało prawdopodobne. - zareagował na pytanie brata. Richard potrafił całkiem nieźle odczytywać to, co siedziało w jego wnętrzu. Czasami było tak, jakby bliźniak słyszał słowa, których Robert nie wypowiedział na głos. Przekleństwo, a zarazem błogosławieństwo.
Skinął głową, jak najbardziej rozumiejąc to, że dzieciaki potrzebowały wrócić do szkoły. Sam Richard również zdążył przez te lata ułożyć sobie życie w innym miejscu. Miał pracę. Miał własny dom w Norwegii. Nie mógł oczekiwać, że teraz to wszystko tak po prostu zostawi. Porzuci? Zwłaszcza w świetle tego, co w swoim testamencie zawarł ojciec.
Francis musiał mieć ostatnie słowo nawet teraz - po swojej śmierci.
Tylko czy kogokolwiek to jeszcze dziwiło?
- Masz ochotę się napić? - zapytał, samemu nie mając nic przeciwko temu, żeby sięgnąć po coś mocniejszego. Może po szkocką? Ojciec miał całkiem spore zapasy alkoholu. Mogli z tego skorzystać. Dla niego nie powinno to stanowić teraz żadnej różnicy.
Nie czekając na odpowiedź brata, z odpalonym papierosem w dłoni, podszedł do barku, skąd wyjął dwie szklanki. Chwilę zastanawiał się nad tym, po którą butelkę powinien sięgnąć. Wreszcie sięgnął po pierwszą lepszą butelkę z brzegu. Padło na irlandzką whisky. Odkręcił. Napełnił szklanki. Ostrożnie, żeby przypadkiem nie rozlać.
- Wiesz, myślałem, że kiedy go wreszcie zabraknie, będziemy mogli żyć normalnie. Jak rodzina. - podzielił się tym, co od jakiegoś czasu krążyło mu po głowie. Miał pewne oczekiwania, może marzenia? Te jednak, tradycyjnie, zdawały się znajdywać poza zasięgiem jego rąk.
Dawno temu powinien był nauczyć się, że to nigdy nie jest szczególnie łatwe.
- Wydawało mi się, że dużo się zmieni, a zamiast tego... - urwał, przykładając do ust papierosa. Zaciągając się. Czy na pewno chciał to powiedzieć? Czy aby na pewno chciał podzielić się tym odczuciem? Wrażeniem, które od kilku godzin go nie opuszczało? Wydawało mu się, że wraz z pozbyciem się ojca, samego siebie umieścił w kolejnej klatce. Jedno więzienie zmienił na kolejne. Nie zyskał wolności, której oczekiwał. Zamiast tego musiał przyjąć na swe barki kolejną rolę. I nie miał pewności czy aby na pewno była to rola, którą chciał pełnić.
RE: [18.10.1967r.] Testament Ojca | Robert & Richard - Richard Mulciber - 07.01.2024
Ojca już nie było. Nikt nie będzie mu narzucał nakazów, rozkazów i groził wydziedziczeniem. Mógł wrócić tutaj. Na powrót zamieszkać w tej posiadłości. Słowa Roberta były jakby zaproszeniem brata powrotem do tego domu. Tak. Richard jego słowa przyjął z ukrywanym wzruszeniem. Ale nie był na to teraz gotowy. Spojrzał na niego, nie odpowiadając. Potrzebował czasu. Miał dom. Miał dzieci. Dwójka jeszcze chodziła do Instytutu i chciał, aby ukończyli. Choć problemem przepisania ich do Hogwartu nie powinno stanowić problemu, to jednak czarnej magii się tutaj nie nauczą tak dobrze jak tam. W dodatku Richard miał w Norwegii wymarzoną pracę, której tutaj nie dostanie. Osiadł się jakby na długo, z dala od rodzinnego domu, kiedy ojciec go wyrzucił. Z drugiej strony, nie chciał zostawiać Roberta samego.
- Na stałe…
Powtórzył, jakby chciał wmówić swojemu mózgowi, że są wolni. Nie ogranicza ich nic. Mógłby ponownie zaproponować Robertowi, zamieszkanie u siebie. Ale wiedział, że ten nie lubi tamtejszych warunków pogodowych. Surowa zima przychodząca już jesienią, a odchodząca w połowie wiosny. Ciągłe zamiecie i niskie temperatury. Lata z kolei łagodne, choć nie bywają upalne.
- Tak.
Odpowiedział na pytanie brata, które wyciągnęło go od rozmyślania. Richard oparł się plecami o oparcie fotela, ponownie zaciągając się papierosem. Wszystko jedno jaki alkohol postawi brat. Potrzebują czegoś mocniejszego niż zwyczajna kawa. Czy ten papieros.
- Także tego chciałem. Zamieszkać razem, jako rodzina. Nasze dzieciaki miały siebie na co dzień.
Przyznał, że także miał takie marzenie. Że skoro już musieli zakładać rodziny, to chociaż ich dzieciaki miałyby ze sobą wspaniały kontakt. Wychowywałyby się w tym samym dużym domu. Kamienica miała bardzo wiele pomieszczeń. Pomieściliby się. A gdyby nie, Richard mógłby zamieszkać nieopodal, aby być blisko.
- Wyrzuć to z siebie.
Zauważył, że Robert nie dokończył, co siedziało mu na wątrobie. Nawet jeżeli chodziło o Testament. O Ojca. Jeżeli Richard miał mu pomóc, zostać z nim choćby te parę dni, jak nie tygodni, aby odnalazł się w nowej roli, musiał wiedzieć, co jeszcze go dręczy, wewnętrznie.
RE: [18.10.1967r.] Testament Ojca | Robert & Richard - Robert Mulciber - 11.01.2024
Ojca już nie było, ale czy faktycznie byli wolni? Nie musieli już słuchać jego licznych nakazów, rozkazów, gróźb. Nie musieli mierzyć się z tym, w jaki sposób byli przez niego traktowani. Zarazem jednak... mimo odejścia Francisa, nadal żywe pozostawały pewne reguły. Zasady, które ten im narzucił jeszcze za życia, podtrzymał później w swoim testamencie. Również teraz musiał mieć ostatnie słowo.
Obydwaj z Richardem mieli pewne marzenia. Pragnienia. Może nawet snuli pewne plany dotyczące tego, w jaki sposób będzie wyglądała ta nowa, pofrancisowa rzeczywistość? Robert z pewnością to robił. Po cichu. Ostrożnie. Nieśmiało?
Z niczym się, całe szczęście, nie śpieszył.
- Rozważałem w ostatnim czasie powrót do Ministerstwa. - wyznał bratu to, co ostatnim czasem z wolna rodziło się w jego głowie. Pozwolił sobie na to, żeby zacząć o tym myśleć. Powoli sprawdzać możliwości, jakie w tym przypadku posiadał. Pewne znajomości przetrwały. Koneksje. Nie był pozbawiony szans. Tego był więcej niż pewien. - O ile mi wiadomo, mógłbym spróbować wrócić do Komnaty Badań Sekretów Mózgu. Próbowałem ostrożnie wybadać sytuacje, ale... teraz to wszystko nie bardzo ma sens. - musiał tłumaczyć coś więcej? Obydwoje słyszeli, co zawierał testament. Byli świadomi warunków, króre postawił przed nimi Francis. Mogli się zbuntować, zdecydować się na to, aby postąpić zgodnie z tym, czego sami chcieli, tyle że... obydwaj nie byli już dzieciakami. Odpowiadali za własne rodziny. Ich decyzje miałyby więc tym samym konsekwencje, które odbiłyby się również na innych.
Robert jaki jest, każdy widzi, ale nawet dla niego zawsze istniały pewne granice.
Na jedną z barier zdawał się natrafić w tym momencie.
- Może to i lepiej? - dorzucił po chwili milczenia, pomiędzy kolejnymi pociągnięciami papierosa. - Pomyślałby człowiek, że po tym ostatnim skandalu, Leach usunie się w cień, ale ten karaluch nadal uparcie trzyma się swojego stanowiska. - westchnął. Sam nie do końca wiedział o co w całym tym skandalu dotyczącym mistrzostw świata chodziło, ale jakie to miało znaczenie? Dla niego było jasne, że cała ta sprawa stanowiła dowód na to, że Leach nie nadawał się na to stanowisko. Nie musiał wszystkiego rozumieć. W całym tym cyrku lepiej się odnajdywać.
Zwłaszcza, że ten cyrk związany był z mugolami.
- Słyszałeś w ogóle o tej całej aferze z wygraną Anglii na tych jakiś.. mistrzostwach? Chyba światowych. To dla nich popularny sport, coś jak dla nas quidditch. - dla Roberta quidditch co prawda był średnio interesujący, ale wiedział w jaki sposób postrzegali ten sport inni. Niektórzy czarodzieje wręcz szaleli na jego punkcie. Z racji na swój lęk wysokości, niestety Mulciber nie był w stanie patrzeć, na poruszających się z zawrotną szybkością zawodników. Nie czuł się z tym komfortowo.
RE: [18.10.1967r.] Testament Ojca | Robert & Richard - Richard Mulciber - 12.01.2024
Odejście ojca miało ułatwić życie, funkcjonowanie. Lecz niestety skomplikowało się bardziej niż mogli to sobie wyobrazić. Przez jeden głupi testament. Jakim cudem ojciec zdążył napisać i dostarczyć do odpowiedniego urzędu? Jak mu się to udało? Kiedy to zrobił, że się nie zorientowali? Kiedy ów urzędnik do nich podszedł, po uroczystości pogrzebowej, Richard nie ukrywał zaskoczenia. Tego nie było w planie. Czyżby ojciec coś przeczuwał? Nie miał pojęcia. Warunki Testamentu zmuszeni są przestrzegać, ale mogą też złamać, decydując się konsekwencje z tego wynikające. Czy warto ryzykować? Rozmyślał nad tym jak wracali do domu. Teraz byli w trakcie przegadania tego. Marzenia, nadal pozostawały snem. Nie mogły w pełni się zrealizować.
Richard zalecił bratu wyrzucić z siebie cokolwiek mu na wątrobie leżało. Powrót do Ministerstwa. Wrócić na powrót do Komnaty Badań Mózgu. Mógłby. Ministerstwo znacznie lepiej płaci niż utrzymanie się z samego sklepu i handlu. Richard widział te różnice. Poparłby brata, ale jak sam Robert zauważył, to nadal nie jest możliwe.
- Przez ten pieprzony Testament starego…
Robert nie musiał tłumaczyć. Richard wiedział. Problemem mógł być nadal mugolak na stanowisku Ministra Magii. Sięgnął po swoją szklankę z alkoholem, jeżeli brat postanowił wrócić na miejsce i mu podać. Od razu Richard upił łyk i strzepnął popiół z papierosa do popielniczki.
- Jakim cudem go sporządził, że nie zorientowaliśmy się? Nie dawał Ci jakichś podejrzanych sygnałów w tej sprawie?
Zapytał brata, jako że to Robert mieszkał tutaj od zawsze. Może jednak coś zauważył? Czy może ojciec wykazał się takim sprytem, jakby przewidział, do czego mogą być zdolni jego synowie? Albo jeden z nich? Czy może ten sposób myślał, że zabezpiecza rodzinę? Swoje dzieci? Dlaczego nie pomyśleli o tym wcześniej, aby ojca zmusić do napisania testamentu z korzyścią dla nich obojga? Bez kolejnych zakazów? Bądź do podpisania dokumentu?
Kolejne słowa brata, zwróciły uwagę Richarda. Nobby Leach.
- Może trzeba mu pomóc? Tylko to nie pomoże Ci wrócić do pracy w Ministerstwie.
Westchnął i zaciągnął się papierosem. W sumie zauważył, że już go wypalił, więc zgasił w popielniczce.
- Tak. Słyszałem. Musiałem też nieco o tym poczytać, gdyż zaczepiali mnie w pracy z pytaniami na temat tych Mistrzostw Świata i tego naszego Ministra. Wiedzą, że ja z Anglii pochodzę. Jeżeli faktycznie Leach maczał w tym palce, albo nawet i nie, to nie postawili mu zarzutów? Nie zrobili nic w tym kierunku?
Dopytał. Jak to dokładniej mogło wyglądać od tutejszej strony. W tym kraju i w mieście mówi się prawie codziennie na temat Brytyjskiej polityki. Każda prasa może pisać. Richard miał informacje tylko ze słyszenia i od Proroka Codziennego.
W przeciwieństwie do Roberta, Richard interesował się sportem. Choć nie mógł brać udziału w drużynie szkolnego Quidditha, to chociaż chodził na każde szkolne turnieje, na które mógł. Był kibicem. U niego problemem nie był lęk wysokości, ale utrzymanie równowagi na miotle w powietrzu, jak i w ruchu.
RE: [18.10.1967r.] Testament Ojca | Robert & Richard - Robert Mulciber - 14.01.2024
Problemem był nie tylko testament sporządzony przez ojca, ale też i chaos, który powstał w momencie, kiedy przed kilku laty Mulciberowie opuścili Ministerstwo. Wszyscy co do jednego. Tłumnie. Powrót w jego mury najpewniej był możliwy, ale czy w Departamencie pracowaliby na tych samych zasadach, co wcześniej? To, niestety, wydawało się mało prawdopodobne. Robert nie był idiotą i zdawał sobie z tego faktu sprawę. Gotów też był się poświęcić. Zacząć z niższej pozycji. Wykazać na nowo.
Przynajmniej do momentu, kiedy do jego rąk trafił testament. Stawianymi w nim warunkami, Francis zmusił syna do przemyślenia swoich planów. Kolejnych działań. Wszystko skomplikował. Sprawił, że ryzyko stawało się nagle znacznie większe.
Gdyby nagle powinęła mu się noga, znalazłby się na lodzie.
- Nie mam zielonego pojęcia, kiedy i jak się tym wszystkim zajął. Podejrzewam jednak, że nie była to świeża sprawa. - nie dałby sobie za to ręki uciąć, ale czy urzędnik nie wspominał coś o 1964 roku? Albo 1963. Robert nie skupiał się na takich szczegółach. Znacznie bardziej interesowało go to, co testament zawierał, niż to kiedy Francis go spisał. Dlatego też teraz nie chciał z tym wszystkim wychodzić przed szereg. Błyszczeć wiedzą, którą niekoniecznie posiadał. - I nie. Nasze relacje wyglądały jak zawsze, nic nie wskazywało... - urwał.
Może wcale nie miał tutaj racji? Może coś mu umknęło? Rozpatrywał to wszystko od niewłaściwej strony? On, Robert, był przecież jedynym dzieckiem, które wciąż mieszkało w Londynie. Żył razem z ojcem w rodzinnej posiadłości. Był przy Francisie, niezależnie od tego na ile dawali radę się porozumieć. Tylko czy ten zwracał na tego rodzaju kwestie uwagę? Jeszcze kilka godzin temu Robert nie miałby w tym przypadku żadnych wątpliwości. Zaprzeczyłby. Teraz natomiast... teraz nic już nie było pewne.
Wiedział na temat ojca tylko tyle, że nic nie wie.
Tak samo wyglądało to w kwestii jego testamentu.
- Pomóc... Nie wiem nawet jak mam na to zareagować. - pokręcił głową. Richard czasami... w sumie zawsze, Richard zawsze był Richardem. Nie był tak do końca pewien czy brat mówił o tym na poważnie, czy tylko gadał dla samego gadania i nic więcej. Co niby mieli zrobić? W jaki sposób pozbyć się kogoś, kto zdołał zajść tak daleko, tak wiele osiągnąć? Mogli co najwyżej komentować. Dzielić się tym, co na temat Ministra uważali, usłyszeli, albo też sami zaobserwowali.
- Szczerze mówiąc, to nie interesowałem się tym aż tak bardzo. Mógłbym popytać dawnych znajomych, może ktoś od Malfoyów byłby nieco lepiej zorientowany? Aczkolwiek w ostatnich latach dużo osób odeszło z Ministerstwa. Leach zastąpił ich, jakżeby inaczej swoimi ludźmi. To niestety, do pewnego stopnia utrudnia pozyskanie wiarygodnych informacji. - wytłumaczył bratu. Sam miał okazje to i owo na temat tych ludzi Leacha usłyszeć. Ponoć nie do końca znali się na swojej robocie, ale kto takiemu podskoczy, skoro sam Minister stoi za nim murem? No właśnie. To komplikowało sprawy. - Wiem natomiast, że na dniach planują w Londynie jakiś marsz. Może nawet widziałeś w ostatnim numerze Proroka? Nobby matole, Twój rząd obalą kibole. Ponoć wkurzył grupę kibiców skupionych wokół Zjednoczonych z Puddlemere, chyba tak się nazywa ta drużyna, dalej już poszło samo... - pokręcił głową. Czy oni naprawdę mieli Ministra Magii, który jedyne co potrafił, to wprowadzanie coraz większego zamieszania? Aż szkoda było to komentować.
RE: [18.10.1967r.] Testament Ojca | Robert & Richard - Richard Mulciber - 15.01.2024
Zasady najpewniej by się nie zmieniły, gdyby Robert zdecydował wrócić do pracy w Ministerstwie, kiedy u władzy nadal był Nobby Leach. Tamtego roku ojciec niezłą zrobił sensację z masowym odejściem rodziny. Richardowi szkoda było brata, który miał szansę się rozwijać w tym, w czym bywał dobry. Dałby mu pracę w Norwegii, gdyby zdecydował się przeprowadzić do niego. Uwolnić się już tamtej wiosny. Tak jak zrobił to bliźniak i ich siostry. Lecz Robert wolał zostać z ojcem. To był jego wybór. Chciał być mieć kontrolę nad wszystkim na miejscu.
Słysząc odpowiedź, można było spodziewać się tego, że ojciec dużo wcześniej się zabezpieczył. Zaraz po odejściu z Departamentu Tajemnic? Obawiał się czegoś? Przeczuwał? Richard próbował sobie poukładać fakty. Może i nie czas przygotowania był istotny, ale sama jego treść testamentu. Nic teraz z tym nie zrobią. Nie unieważnią Testamentu. Robert kontynuował, nawiązując do swojej relacji z Francisem. Richard upił łyk, zatrzymując wzrok na bracie, który swoją wypowiedź przerwał. Uniósł brew ku górze.
- Być może w pełni Ci nie ufał? Albo nawet i manipulował, abyś niczego nie dostrzegł? Mniejsza już o to. Zostałeś z nim, to przepisał Ci wszystko. Lepsze to, niż miałby dostać ktoś inny.
Stwierdził, kończąc jakby wypowiedź za Roberta. Te ich badania nad mózgami, kiedyś mogłyby wykończyć ich samych. Martwiło to Richarda z jednej strony, czy Robert nie wchodził w to za głęboko. Ale może nie. Panował nad wszystkim. To jeden mały szczegół, który mu umknął z tym Testamentem. Ojciec bywał często nieprzewidywalny. Przecież nawet i Richarda zaskoczył swoimi decyzjami niejednokrotnie. Młodszy bliźniak w swoich słowach i głosie brzmiał zwyczajnie, jak to on sam. Nie czuł żadnej zazdrości. Nie liczył na to, że cokolwiek więcej dostanie w spadku jakimś tam. I tak był zaskoczony tym, że jakąś część otrzymał. Robert najwięcej jakby poświęcił, więc należało mu się w nagrodę.
Richard uśmiechnął się kącikiem ust na stwierdzenie brata, nie wiedząc jak odebrać słowa dotyczące Leacha. Wzruszył ramionami, ale nie pomógł mu w tym podjąć decyzji. Mógł obrać to za żart, albo na poważnie. Richard głupi nie był i wiedział, że usunięcie z planszy Ministra Magii pociągnie za sobą szereg innych problemów i konsekwencji, co może doprowadzić do Azkabanu, jeżeli nie gorzej. Zabić, nie byłoby trudno. Albo nawet, zmusić do odejścia z pełnionej funkcji. Ryzyko, które musiałby się ktoś podjąć. Tylko, trwa to zbyt długo. Już jak brat wyjaśnił jak to wygląda w środku, to lepiej sobie odpuścić. Poczekać na dalszy rozwój wydarzeń. A te same się pojawiały.
- Skoro i tak Ministerstwo odpada. Co zamierzasz? Dalej będziesz zajmował się rodzinnym biznesem? Pójdziesz na własną jakąś działalność?
Richard podjął już temat na poważnie. Chciał wiedzieć, co dalej zamierzał Robert. Nawet, jeżeli tego testamentu by nie było i nastąpił podział majątku, Richard najpewniej zrzekłby się własności kamienicy jak i sklepu, ze swojej części. Aby brat mógł mieć pod kontrolą całość, jednego i drugiego miejsca.
Podpytanie Malfoyów, było dobrą opcją. Ale z drugiej strony, szkoda zachodu, jeżeli faktycznie Leach obstawił się na stanowiskach swoimi ludźmi. Dojście do faktów mogących go obciążyć w jakiś sposób, będzie utrudnione.
Jeżeli Richard zdecydowałby się wrócić tutaj na stałe. I gdyby mógł pracować w Brytyjskim Ministerstwie Magii, gdzie panował chaos i nieporządek, z mugolakiem na stanowisku Ministra Magii, zapewne jako auror czy brygadzista, musiałby zapewniać jakieś zaplecze bezpieczeństwa Ministra Magii. Chyba nie dałby rady i też by wtedy odszedł. Na dobre mu ten wyjazd wyszedł, że miał stałą pracę, nie obawiając się jej utraty.
Richard próbował sobie przypomnieć wzmiankę o marszu, z ostatniego numeru Proroka Codziennego. Na którejś stronie widział napis Nobby matole i tak dalej. To się bardzo rzucało w oczy. Kiwał głową, że pamięta. Zjednoczeni z Puddlemere. Znał tę drużynę.
- Wygląda na to, że nasz Minister, bardzo dba o to, aby było o nim głośno. Być widocznym. Ale z drugiej strony. Wstyd dla naszej społeczności.
Odrzekł, wpatrując w swoją szklankę z końcówką alkoholu. Jeden łyk i będzie pusta. Zamyślił się na moment, jakby coś rozważał.
- Wezmę miesiąc wolnego.
Spojrzał na Roberta, jakby podjął już decyzję, odnośnie jego wcześniejszej prośby.
- Pomogę Ci ogarnąć sprawy po ojcu. Spakować jego rzeczy. Pomyślimy co dalej na spokojnie. Mógłbym zostać na stałe. Ale…
Westchnął.
- Mam tam dom. Pracę. Tutaj nie wiem czy dostanę taką co by mi odpowiadała, wykluczając Ministerstwo Magii, widząc i dowiadując od Ciebie, co się dzieje. Chcę też, aby dzieci pierw skończyły Instytut Magii. Może wtedy pomyślę. Nie zmienia to faktu, że na moją pomoc możesz nadal liczyć w każdej chwili. To się nie zmienia, jak do tej pory.
Mówiąc to, Richard był szczery. Może i Robert o tym wiedział, ale bliźniak chciał to jeszcze podkreślić, zapewnić. Chciał, aby wiedział, że nie zostawi go z tym wszystkim samego i jeżeli pojawią się jakieś inne problemy, lub będzie go potrzebował na miejscu, ma pisać. Niezależnie od pory dnia i godziny. To, czego dokonują razem, nawet przynosiło efekty, korzyści. Wzbogacając ich brudne sekrety.
Gdyby Richard pozostał przy najstarszym i jednym dziecku, skoro ma już syna, nie musiałby robić kolejnych i problem z przeprowadzką w tym roku nie stanowiłby dla niego problemu. No ale jakoś tak mu wyszło, że dorobił się aż troje. Może celowo tak planował?
RE: [18.10.1967r.] Testament Ojca | Robert & Richard - Robert Mulciber - 22.01.2024
Mogli dywagować nad tym całymi godzinami. Rozważać różne opcje. Brać pod uwagę kolejne alternatywy. Nadal jednak, poczynione tym sposobem ustalenia byłyby bardziej ich podejrzeniami. Pewności nie mogli niestety zyskać w momencie, kiedy obok nich nie znajdywał się człowiek mogący udzielić informacji. Sprostować pewnych kwestii.
O ile Francis w ogóle byłby skłonny im w tym aspekcie pomóc.
- Nie zamierzam nikogo od tego odcinać. - zadeklarował, chcąc na tym zakończyć ten niewdzięczny temat. Finansów. Nieruchomości. Rodziny. Nie czuł się komfortowo już na samą myśl, że całość miała od teraz spaść na jego barki. Nie tak sobie to wszystko wyobrażał. Plany były przecież zupełnie inne. Całość posypała się nagle niczym domek z kart. Może była równie stabilna, co ta konstrukcja?
Kwestia Nobby'ego Leacha... był zorientowany o tyle o ile. Na pewno lepiej niż Richard, który w tym czasie spokojnie sobie żył w Norwegii. Rzecz jasna na tyle spokojnie, na ile mógł żyć ktoś, kto pełnił funkcje aurora. Wybrał sobie ten zawód. Robert wiedział, że to zajęcie nie należało do najprzyjemniejszych. Wiązało się ze sporym ryzykiem.
Zarazem jednak nie dało się odmówić, że wiązał się z tym pewien prestiż.
- Na razie najpewniej będę zajmował się tym samym, skupie się przede wszystkim na biznesie, a z czasem się zobaczy. - przytaknął, nie chcąc za bardzo się nad tym zastanawiać. Podejmować wiążących decyzji już teraz. Kolejne dni zapewne pozwolą mu poukładać sobie to i owo w głowie. Łatwiej będzie ustalić, co dalej. Wykonać kolejne kroki. Może mimo wszystko postanowi wrócić do Ministerstwa? Albo wręcz przeciwnie, znajdzie inne rozwiązanie? Skupi się na innych kwestiach?
Zbyt duży pośpiech prowadził do błędów. Potknięć. Starszy z bliźniaków nie chciał sobie na to pozwolić.
- Ludzie, których wokół siebie zgromadził, nie pomagają mu stworzyć dobrego wizerunku, a wrogów... tych też ma całkiem silnych. Wpływowych. - nie był ślepy, widział co się działo w kraju. Wiedział, że te wszystkie informacje, nie wypływały czystym przypadkiem. Było tego zbyt dużo, co za tym idzie, wnioski wydawały się całkiem logiczne. Nie trzeba było być filozofem, choć do tego Robertowi nie było szczególnie daleko. Czasami lubił sobie gdzieś odpłynąć. - Reszta to już efekt domina.
Podsumował, bo i co więcej mógł dodać na ten temat? I czy w zasadzie... oni chcieli ten temat kontynuować? Rozmawiać o polityce? Zwłaszcza teraz, kiedy należało zająć się wszystkim tym, co wiązało się ze śmiercią ojca. Formalnych spraw z pewnością nie brakowało. Sam testament był pomocny w ich uporządkowaniu, ale niczego za nich nie mógł tak po prostu załatwić. Nadal trzeba było działać.
- To będzie pomocne. - zareagował na słowa Richarda. Te o wzięciu urlopu. Nie dziękował za chęć wsparcia, to nie było w jego zwyczaju. Z pewnością jednak to doceniał. Bardziej niż potrafił to wyrazić. - Niczego takiego od Ciebie nie oczekuje. Miałem pewne nadzieje, ale, Richard... wiem, jak wygląda sytuacja. Żaden z nas nie jest sam. - zwrócił uwagę na to, że przecież również był ojcem. Samotnym ojcem. Miał co prawda jedynie córkę, ale ile to zmieniało? Wciąż był odpowiedzialny za kogoś jeszcze. Margaret potrzebowała ukończyć szkołę. I szkołą tą miał być Hogwart. Przenoszenie jej do innego kraju, zmuszanie do nauki języka, odnajdywania się w nowym miejscu... to nie miało sensu. Może i daleko było mu do ojca idealnego, ale wbrew temu, co można by na jego temat założyć, nie był też tym najgorszym.
A już na pewno sam siebie za takiego nie uważał.
- Z czasem zobaczymy jak wszystko się potoczy. Kto wie co przyniesie jutro? - zakończył temat? Być może. Po prawdzie to po tych wszystkich rewelacjach był odrobinę zmęczony. Bardziej psychicznie niż fizycznie. Starał się jednak tego nie okazywać.
|