[24 czerwca 1972] Theon & Camille - Theon Travers - 05.01.2024
adnotacja moderatoraSesja rozliczona przez Camille Delacour - Piszę, więc jestem
24 czerwca 1972
Theon & Camille
Udało mu się przetrwać dwa kolejne dni. Z pomocą eliksirów przepisanych przez Camille, był nawet w stanie przespać całą noc. Pierwszą oraz drugą. Dzięki temu na kolejnym spotkaniu prezentował się zupełnie inaczej. Lepiej. Podobnie też się czuł. Nie brakowało mu sił oraz chęci do życia. Humor również miał znacznie lepszy. Na miejscu zjawił się o czasie. Tym razem nic mu w tym nie przeszkodziło. Nie był więc zmuszony do tłumaczenia się ze swojego braku punktualności. O ile faktycznie cokolwiek mogłoby go do tego tłumaczenia się zmusić. Zwłaszcza w tym konkretnym przypadku.
Upewniwszy się, że dotarł pod właściwy adres - dwukrotnie sprawdził dane znajdujące się na wizytówce - zapukał do drzwi. Cierpliwie czekał aż ktokolwiek zareaguje. Sama Camille? Albo może ktoś, z kim kobieta pracowała? Kiedy drzwi się otworzyły, przywitał się.
- Tym razem postarałem się nie spóźnić. - odezwał się, decydując się na te właśnie słowa, zamiast wybrać jedną z bardziej tradycyjnych opcji. Ubrany był w granatową koszulkę polo z kontrastującymi, pomarańczowymi kołnierzem oraz końcówkami rękawa, do której dobrał ciemne spodnie i lekkie, idealne na tę porę roku buty. Niczym szczególnym się nie wyróżniał. Może za wyjątkiem wzrostu, ale do tego człowiek kiedyś musiał się po prostu przyzwyczaić.
Zaproszony do środka, musiał się nieznacznie schylić podczas przechodzenia przez drzwi. Te były dla niego odrobinę zbyt niskie. Kilka kolejnych centymetrów nikomu by nie zaszkodziło. W przypadku nielicznych pacjentów, dodatkowo poskutkowałyby zdecydowanie większym komfortem.
- Długo czasu nam to zajmie? I czy tym razem na pewno nie będziemy musieli wszystkiego przekładać? - nie bawił się w grzecznościowy small talk, zamiast tego z miejsca przeszedł do tematu. Ledwie tylko znalazł się w środku i ponownie wyprostował. Obydwoje zjawili się tutaj w konkretnym celu i można było założyć, że chcieli możliwie najszybciej zająć się sprawą. Pozbyć się problemu.
Czekając na odpowiedź, rozejrzał się z zaciekawieniem po pomieszczeniu, w którym się znaleźli. Zakładał, że skoro tym razem podała mu inny adres, musiał to być jakiś prywatny gabinet. Należący do samej Camille? To wydawało się mało prawdopodobne, skoro na wizytówce znajdywało się inne nazwisko. Może więc z kimś współdzielony? Wspólny? Składało się na niego jedno czy kilka pomieszczeń? Były ona odpowiednio wyposażone? Czy faktycznie znajdywały się tutaj narzędzia, których Delacour potrzebowała, aby dać radę złamać klątwę?
To ostatnie interesowało Theona w szczególności.
RE: [24 czerwca 1972] Theon & Camille - Bard Beedle - 05.01.2024
Jej znajomej nie było w budynku. Tym razem udostępniła Camille całą przestrzeń i to już dobę wcześniej, by blondynka mogła się przygotować. To było w niej najlepsze: nie zadawała pytań. Po prostu sprawdzała grafik, patrzyła czy terminy ze sobą nie kolidują i zamykała swoją szafę, jednocześnie zasłaniając tę część pokoju, w której pracowała. To było wygodne zarówno dla niej, jak i dla samej Delacour. Dzięki temu mogła wyrysować na ziemi odpowiedni krąg i runy, sprawdzić czy wszystko miała na swoim miejscu. Tak jak Theon sprawdził dwukrotnie adres na wizytówce, tak Camille kilkukrotnie sprawdziła, czy wyrysowany krąg był poprawny, a świece rozstawione zostały na swoim miejscu. Zdobycie ich nie było łatwym zadaniem, szczególnie w tak krótkim czasie. Będzie musiała podziękować kilku osobom i to bardziej niż słownie.
- Jestem ci bardzo wdzięczna - Camille uśmiechnęła się kącikiem ust, gdy otworzyła Theonowi drzwi. Zrobiła krok w bok, powiększając przejście tak, by Travers mógł wejść do środka. - Widzę, że ci się spieszy. Pośpiech nie jest jednak dobrym doradcą, Theonie.
Odpowiedziała, starannie zamykając za mężczyzną drzwi. Zabezpieczyła je prostym zaklęciem i odwróciła się do niego, lekko przekrzywiając głowę. Ile czasu to zajmie... Ciężko było powiedzieć.
- Nie wiem. Dwa kwadranse? Może mniej. Czyżbyś był umówiony? - błysk w jej oku sugerował doskonale, że mimo powagi sytuacji zachowanie Traversa odrobinę ją bawiło. Taka rozrywka w nudnym świecie - rzadko kiedy mogła sobie na to pozwolić. A Theon był wdzięcznym obiektem badań. Niecierpliwy, porywczy, brakowało tylko, żeby zaczął przebierać nogami z tej ekscytacji. Nie śmiała się jednak z niego: pozwoliła sobie na tę drobną uwagę zaledwie raz, dłonią wskazując mu drzwi naprzeciwko.
Gabinet składał się z korytarza oraz dwóch par drzwi. Theon w tej chwili widział tylko jedne, bo połowa części wspólnej przedzielona była kotarą. Sama Camille wyminęła Traversa i skierowała się do drzwi naprzeciwko, które otworzyła i zachęciła mężczyznę gestem, by wszedł do pomieszczenia zaraz za nią. Nie było tam żadnych mebli poza kilkoma niskimi szafkami, na których ustawiono grube, gałązkowe kadzidła. Na środku pokoju wyrysowany był okrąg z runami, wokół którego Camille ustawiła tuzin świec. Nie płonęły. Czekały aż Theon wejdzie do środka.
- Nie przerwij kręgu, proszę. Jak już wejdziesz do środka, to nie musisz nic robić, chyba że poczujesz się wybitnie źle. Możesz odczuć niepokój, łamana klątwa może cię także zaboleć, ale nie będzie to fizyczny ból - powiedziała spokojnie, wyciągając różdżkę. Kiwnęła nią, dając znak mężczyźnie, by wszedł w krąg. - Odczujesz coś w rodzaju nagłego poczucia straty. Będzie to jednak chwilowe i nie daj się temu uczuciu omamić. Pod żadnym pozorem nie wychodź z kręgu. Jeżeli chcesz, możesz usiąść. Będę chodzić wokół i przecinać pasma klątwy - a przynajmniej tak to może wyglądać z twojej perspektywy. Jeżeli zrobi ci się niedobrze: zamknij oczy.
Mimo iż de facto wydawała polecenia, to głos miała przyjemnie ciepły i łagodny. Kojący wręcz, obiecujący swoim tonem, że wszystko pójdzie dobrze i po ich myśli. Nic nie musi robić, po prostu niech siedzi lub stoi w kręgu. To ona będzie tu odwalać brudną robotę.
- Może cię kręcić w nosie od kadzideł, ale nie będę mogła otworzyć okna. Muszę być w stanie zobaczyć, wyczuć to, czego mam się pozbyć - dodała jeszcze, podchodząc leniwym krokiem do szafki. Była wyspana - na ten dzień wzięła także część wolnego. Dzięki temu mogła skupić się w całości na przerwaniu tego, co łączyło Theona ze Stellą. Tak jak już mu mówiła: to nie będzie łatwe zadanie. Lecz doświadczenie, praktyka i teoria, podpowiadały jej, że będzie dobrze. W gruncie rzeczy nie było to aż tak skomplikowane, miewała już gorsze przypadki. Klątw, których nie byli w stanie złamać w kilka osób w Mungu, na ten przykład. Złamanie tej nie powinno jej sprawić większych problemów.
RE: [24 czerwca 1972] Theon & Camille - Theon Travers - 07.01.2024
Funkcjonowanie z klątwą, nawet jeśli ta nie była szczególnie kłopotliwa, nie mogło być czymś przyjemnym. Chęć możliwie najszybszego pozbycia się problemu nie powinna więc nikogo dziwić. A już zwłaszcza kogoś takiego jak Camille, która pracując w Mungu, musiała przez te wszystkie lata spotkać się z wieloma różnymi przypadkami. Mniej i bardziej zapadającymi w pamięć.
- A budzenie się i zasypianie z klątwą, nie jest najprzyjemniejszym przeżyciem. - po prostu musiał się lekko odgryźć. Inaczej zapewne by się tu, w tym miejscu udusił. I padł trupem prostu do stóp blondynki. Tak już miał. Delacour zapewne zdążyła już pewne rzeczy zaobserwować, w jakimś stopniu go poznać. Wyrobić sobie na temat Theona jakąś opinie. Zapewne niekoniecznie najlepszą. - Nie tym razem, po prostu chce mieć to wreszcie z głowy. - kolejne słowa wypowiedział już nieco innym tonem. Łagodniej? Może nawet przepraszająco? Samo przepraszam jednak z jego ust nie padło. Być może wcale nie znajdywało się ono w Theonowym słowniku?
Ruszył za Camille do pomieszczenia, w którym - tak założył - miało się wszystko odbyć. Uniósł lekko ku górze brwi, kiedy zorientował się, że te w zasadzie nie było wyposażone. Umeblowane? Bo i czym było tych kilka, niskich szafek? Nie skomentował tego jednak. Odezwał się dopiero w momencie, kiedy w głowie pojawiło się pierwsze pytanie.
- Powinienem coś zrobić, jeśli poczuje się wybitnie źle? - zapytał, zakładając iż zapewne warto byłoby na taką ewentualność coś ustalić. Może jakieś konkretne słowo? Gest? Coś, co dałoby Camille do zrozumienia, że cały proces należało przerwać? O ile tylko przerwanie procesu łamania klątwy wchodziło w grę. Nie znał się na tym.
Nie czekając na odpowiedź, zrobił kilka kroków w stronę wyrysowanego kręgu, do którego następnie wszedł, starając się przy tym nie przerwać linii. Dokładnie tak jak mówiła Delacour. Nie chciał wszystkiego nagle skomplikować. Utrudnić. Zależało mu na tym, aby wszystko potoczyło się sprawnie i względnie bezproblemowo. Nie chciał do Camille wracać, ani też szukać innego medyka specjalizującego się w klątwach.
Nie to, żeby blondynka ani trochę mu nie przypadła do gustu.
Zgodnie z instrukcjami, zdecydował się usiąść. Po turecku, dłonie umieścił na kolanach. Przymknął na moment oczy. Westchnął. Czyli to było już? Teraz? Wreszcie to wszystko miało się skończyć? Nie był do końca pewien jak się z tym czuł. Czy na pewno chciał zrywać tę więź? Zrezygnować z tego, co...
Ogarnij się, to nie jest prawdziwe - upomniał samego siebie. Bo przecież taka była prawda. Nie czuł tego nigdy wcześniej. Nie powinien też czuć teraz. Nie do niej. Nie do Stelli. Żadnemu z ich dwojga nie mogło to wyjść na dobre. Musiał tylko wytrzymać tych kilka minut, pozwolić Camille działać. A później.. później już będzie mógł zostawić to za sobą.
- Zaczynamy? - zapytał, spoglądając na kobietę. Kolejne instrukcje, ostrzeżenia go nie interesowały. Jedynie efekt. Sprawne działanie. Konkrety.
RE: [24 czerwca 1972] Theon & Camille - Bard Beedle - 07.01.2024
Oczywiście że musiał skomentować - nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. Znała go kilka dni, a to było ich trzecie spotkanie: każde było stosunkowo krótkie i nie mogłaby powiedzieć, że poznała Traversa na tyle, by uważać że go zna, lecz zdążyła zaobserwować pewien schemat, który pojawiał się w jego zachowaniu. Mogłaby go określić jako duże dziecko, które zawsze musi mieć ostatnie słowo, nawet jeśli tym słowem będzie pyskówka. Jeżeli jednak odbierała go negatywnie, to nie dawała tego po sobie poznać. Starała się trzymać należyty dystans, swoje opinie na temat Theona wkładając gdzieś między opinią o wczorajszym obiedzie, a dzisiejszym śniadaniem. Nikomu na dobre nie wyjdzie, gdy zacznie je wygłaszać, nikogo też one nie interesowały - po co było więc je uzewnętrzniać?
- Tak. Podnieś ręce, wtedy przerwę - powiedziała, zerkając na niego. Nie powinien wychodzić z kręgu, ale też nie chciała naciskać, jeżeli faktycznie będzie źle. - To jednak nie powinno się stać. Z tego co rozmawialiśmy kilka dni temu wszystko poza tą klątwą jest u ciebie w porządku. Medycznie w porządku.
Ona również nie byłaby sobą, gdyby nie pozwoliła tej drobnej uszczypliwości wypłynąć na wierzch. Zamaskowała ją jednak delikatnym uśmiechem, jak zwykle zresztą, sprawiając wrażenie że wcale nie chciała mu nadepnąć na odcisk. Ale prawda była taka, że Travers należał do tego grona osób, które wybitnie Camille irytowały w pewnych momentach i nawet ona nie potrafiła oddzielić tej irytacji od profesjonalizmu, a przynajmniej nie zawsze.
- Tak. Postaraj się zrelaksować, chociaż wiem, że to trudne. Spróbuj zająć myśli, wróć do tego co jadłeś, gdzie byłeś. Odtwórz wszystkie swoje kroki dzisiejszego dnia, dzięki temu nie będziesz skupiał się na wyobrażeniach - doradziła, a następnie machnęła różdżką. Kolejne świece zapalały się w określonej kolejności, podczas gdy ona podeszła do szafki z kadzidłem i je również podpaliła. Ono jednak w przeciwieństwie do świec, nie zapłonęło żywym ogniem. Zaczęło się tlić, wypuszczając gęsty, szaro-biały dym. W pomieszczeniu czuć było intensywną woń palonego knotu oraz ziół, ciężkich i drażniących. Nie wyglądało jednak na to, by Camille to przeszkadzało. Obeszła krąg, szepcząc słowa inkantacji. Płomienie świec zadrżały, a dym skręcił nagle i przestał unosić się w górę. Miast tego zmienił kierunek i pomknął w stronę Theona, otaczając go z każdej strony. Gęstniał, falował, wpychał się pod ubranie, dotykał jego skóry. Nie wciskał się jednak do nosa, Travers mógł mieć uczucie, jakby opadła na niego pajęcza sieć - niewidzialna, ale wyczuwalna, nieprzyjemna ale do zniesienia. Delacour machnęła różdżką, nie przerywając wypowiadania kolejnych słów, a jej oczy nieco zaszły mgłą, podobną do tego dymu, który otaczał Theona. Widziała nie-widząc całun, otaczający całą jego sylwetkę. Widziała grube teraz pasma, rwące się każde w inną stronę. Machnęła różdżką, jedno pasmo przerwało się bezgłośnie i rozpłynęło w niebyt. Theon mógł poczuć ukłucie niepokoju, bardzo niekomfortowe, ale również nie było to nic, z czym by nie mógł sobie poradzić. Camille obeszła krąg po raz kolejny i ponownie machnęła różdżką. Kolejne pasmo pękło, a ona skręciła nadgarstek i wypuściła z kadzidła kolejne porcje dymu, które zmieniły kierunek z góry w przód, by na powrót owiać Traversa. Płomienie świec wydłużyły się, przestały falować. Całun, otaczający Theona, powoli się rozpływał, ale ona wiedziała że to nie jest koniec.
Musiała metodycznie obchodzić krąg z mężczyzną w środku, nie przerywając szeptania zaklęcia. W kółko tego samego. Przecinała kolejne grube pasma, już nie nici. Zgrubiały, szarpały się, nie chciały odlepić się od jego duszy. Niekiedy Theon czuł, że traci coś bezpowrotnie, że nigdy tego nie odzyska. Że być może to był błąd, że powinien to przerwać. To uczucie stało się jednak nieznośne, nie do wytrzymania. I już, gdy jego umysł podpowiadał mu, by wstać i po prostu odejść... wszystko się skończyło. Mógł odnieść wrażenie, że coś pękło - mógł nawet to usłyszeć w głębi swojej duszy, chociaż na zewnątrz nie było takiego dźwięku. Dym z kadzidła na powrót leciał w górę, płomienie świec znowu falowały, a Camille przestała mówić. Była blada, wyglądała również na zmęczoną. Na jej czole pojawiło się kilka kropelek potu. Delacour opuściła różdżkę, pozwalając ręce zawisnąć swobodnie wzdłuż ciała.
- Uczepiło się ciebie okropnie, ale już po wszystkim. Jak się czujesz? Nie chce ci się wymiotować? - zapytała, łapiąc oddech. A przecież z zewnątrz nie robiła nic innego poza chodzeniem w kółko, gadaniem do siebie i machaniem różdżką. Jednak w środku czuła, że mocno nadwyrężyła swoje siły. Musiała niezwykle starannie przeciąć każdą nić powiązania ze Stellą - nie wszystkie zebrały się w większe pasmo. Ale udało się.
RE: [24 czerwca 1972] Theon & Camille - Theon Travers - 14.01.2024
Gdyby coś było nie tak, miał podnieść ręce. Proste. Nieskomplikowane. Powinien sobie z tym poradzić. Skinął głową w kierunku Camille. Nie miał kolejnych pytań. Blondynka mogła przejść do działania. Podejrzewał, że podobnie jak to miało miejsce w jego przypadku, Delacour chciała mieć to wreszcie z głowy. Zajmowanie się klątwami w czasie wolnym od pracy raczej nie mogło być przecież czymś, co ją szczególnie cieszyło.
Wysłuchał jej kolejnych instrukcji. Miał spróbować odtworzyć swój dzień. Zająć myśli czymś innym niż to, co działo się tu i teraz. W tym gabinecie. Tylko czy oderwanie się od tego było możliwe? Zwłaszcza, kiedy do nozdrzy dotarł ten specyficzny zapach kadzidła. Nie był to jego pierwszy kontakt z tym cholerstwem. Wręcz przeciwnie. W przeciwieństwie do Camille, nie nauczył się jednak tego ignorować. Nie zwracać uwagi.
Może to dlatego, że nie był jakimś niewrażliwym na zapach kadzideł mutantem...
Zaczęło mu się nieco kręcić w nosie. Chwilę po tym kichnął. Zignoruj to, Theon. Zignoruj. Powtarzał sobie w myślach. Znasz wytyczne. No znał. Oczywiście, że tak. Camille mu je przedstawiła. Może więc faktycznie powinien się do tego zastosować? Co robił rano? Co jadł na śniadanie? Na talerzu leżały dwie kiełbaski. Obok nich było ugotowane na twardo jajko. Całości dopełniały warzywa. Pomidor. Papryka. Ogórek. Były też dwie bułki. Do tego ketchup oraz niewielka ilość majonezu. W szklance znajdywał się sok pomarańczowy. Kiedy jeszcze mieszkał w rodzinnej posiadłości, ten zawsze był świeżo wyciskany, lepszy, ale jak to się zwykło mawiać? Masz coś za coś. Po wszystkim odstawił naczynia do kuchni. Nie tracił czasu na sprzątanie. Nieistotne, że mógł w tym celu skorzystać z magii. Śpieszył się, był umówiony. Obiecał matce, że postara się być punktualny. Przed wyjściem z mieszkania nawet posłał do Tarah sowę, informując, że spotyka się z Camille. Matka starała się nad tym wszystkim czuwać. Chyba nie do końca wierzyła, że...
- A-psik! - kolejne kichnięcie, które poprzedziło to samo uczucie kręcenia w nosie. Niezbyt przyjemne. Czy w tym kadzidle, świecach, było coś co działało na niego w taki sposób? Na moment otworzył oczy. Zauważył wędrujący w jego kierunku dym. Gęstniejący, otaczający go z każdej strony. Było to trochę niekomfortowe. Może gdyby nie był świadomy, gdyby nie widział...
Zamknął oczy. W myślach powtarzał sobie, że to tylko kilka kolejnych minut; że da sobie z tym wszystkim radę. Może to zignorować. Przecież nie mogło to być czymś, co znajdywałoby się poza jego zasięgiem. Camille zaś, niezależnie od tego co na jej temat myślał, na tego typu rzeczach się po prostu znała. Wiedziała co robi.
Ale czy na pewno? Nie znasz jej? Cichy głosik. Zwątpienie? Niepokój, który zdawał się narastać. Obawa? Ale czego się obawiał? Straty? Straty bezpowrotnej? Chciał się podnieść. Przez moment chciał się wyrwać z tego cholernego kręgu. Co on tutaj w ogóle robił? Dlaczego tu był? Gotów był się poruszyć. Wyprostować. Po prostu poddać temu uczuciu. Walczyć.
Walczyć z Camille?
Wreszcie wszystko ustało. Pojawiła się natomiast pewna dezorientacja. Co miało miejsce? Czy on faktycznie to wszystko czul? Powoli otworzył oczy. Zamrugał. Nabrał powietrza w płuca. Błąd. Zaczął kaszleć. Resztki dymu dały mu się we znaki. Kiedy się uspokoił, spojrzał na blondynkę. Medyczkę. Blada, zmęczona. Coś właśnie mówiła?
- Nie. Wymiotować nie. - zaprzeczył. Nie czuł potrzeby przyozdobienia jej podłogi, albo co gorsza butów, tym co jadł na śniadanie. Aż tak źle z nim nie było. Jedynie co, to czuł się po tym wszystkim wciąż nieco otumaniony. Jakby nie do końca kontaktował.
Spróbował się podnieść. Odrobinie niezgrabnie. Nieporadnie? Miał z tym pewien problem. Przy próbie podniesienia się, poczuł jak mu się trochę kręci w głowie. Wiruje. Może zrobił to zbyt szybko? Powinien zwolnić? Był nieco bardziej ostrożny? Nic takiego nie padło jednak z ust blondynki. Mógł sam sobie zakładać.
RE: [24 czerwca 1972] Theon & Camille - Bard Beedle - 15.01.2024
Słyszała jego kichnięcia, ale nie zwracała na to uwagi. Odrobinę ją to rozpraszało, ale udało się dokończyć zerwanie więzi. Wymagało to od niej wiele wysiłku, lecz poradziła sobie - na jej szczęście Theon nie próbował uciekać, nie wymiotował i nie był agresywny. Miała dużo szczęścia, bo ludzie potrafili różnie reagować, a ona nie bardzo miała ochotę zmieniać zakładany plan i go unieruchamiać, byleby tylko dokończyć rytuał. Wszystko by się opóźniło, a i ona musiałaby jeszcze bardziej nadwyrężyć swoje siły, by utrzymać Theona w bezruchu.
- Poczekaj, bo upadniesz. Zamknij oczy - powiedziała, ocierając grzbietem dłoni swoje czoło. Blondynka od razu skierowała swoje kroki w stronę okna. Chwyciła za klamkę, by ją przekręcić i otworzyć okno na oścież. W pomieszczeniu nie panował mrok, ale wciąż było dużo ciemniej niż na zewnątrz. Ona sama zacisnęła powieki, żeby światło słoneczne nie poraniło jej nieprzyzwyczajonych oczu. W pokoju zrobiło się odrobinę mniej duszno, gryzący dym z wciąż palonego kadzidła oraz świec ulatniał się w ślimaczym tempie. - Pomogę ci.
Jeszcze tego brakowało, żeby Theon jej się tu wywrócił i nie daj Merlinie na płonące wciąż świece. Gdy tylko blondynkę uderzyła ta myśl, odsunęła kilka z nich i wyciągnęła do Traversa rękę. Zgasi je później.
- Chyba wstałeś za szybko, to może być efekt kadzideł. Powoli, nie spieszy ci się to nie ma sensu się nadwyrężać- Delacour trzymała go pewnie, chociaż bardziej skupiała się na asekuracji, gdyby Theon miał przypadkiem się zachwiać i upaść. W duchu liczyła, że to się nie stanie, bo chłop był od niej wyższy o co najmniej głowę, o jego ciężkości nie wspominając. Ale służyła mu ramieniem, gdyby zrobiło mu się słabo. Pilnowała też, żeby w razie czego chronić przy upadku jego głowę, bo gdyby uderzył w twardą podłogę, to byłoby naprawdę źle. - Kręci ci się w głowie?
Był bledszy niż zwykle. Ciekawiło ją dlaczego tak mocno zareagował na zerwanie więzi. Istniała opcja, że ta konkretna była bardzo mocna, ale możliwe, że jednak Travers nie do końca wiedział, jak reaguje na poszczególne zioła. Zaduch, który był obecny w pokoju, również mu pewnie nic nie ułatwił. Może lepiej by było, gdyby się położył z nogami w górę. Kilka minut powinno wtedy wystarczyć, by wrócił do siebie.
RE: [24 czerwca 1972] Theon & Camille - Theon Travers - 22.01.2024
Wśród swoich bliskich, Theon miał osoby, które zajmowały się łamaniem klątw. Choćby matkę czy wuja Sebastiana. Niekoniecznie dotyczyło to co prawda klątw nałożonych na ludzi, ale pewne kwestie wciąż pozostawały niezmienne. Travers pytał, ale mimo tych pytań jakąś wiedzę w temacie posiadał. Ogólne rozeznanie. Nie starał się jednak wyskakiwać z tym przed szereg. Popisywać się przed Camille. W zasadzie nawet nie chodziło mu coś takiego po głowie. Skupiony był na tym, że przez tego rodzaju proces - zdejmowania, łamania klątwy - przechodził po raz pierwszy. Nie było to szczególnie przyjemne, ale koniec końców udało się doprowadzić całość do końca bez większych ekscesów.
A może nawet bez żadnych ekscesów?
Był w trakcie podnoszenia się z ziemi, kiedy blondynka zwróciła mu uwagę na to, aby chwilę jeszcze odczekał Cóż. Miało to miejsce o co najmniej jedną chwilę zbyt późno. Nieco chwiejąc się, przyjął jej pomoc, kiedy ta nadeszła.
- Jasne. Zaraz powinno ustąpić. - możliwe, że w pierwszym momencie nieco zbyt mocno zacisnął dłoń na wyciągniętej ręce. Ramieniu? Nieświadomie, zapewne znajdywał się jeszcze pod wpływem efektu kadzideł. Kiedy tylko się zorientował, poprawił się. Rozluźnił ten uścisk, posyłając kobiecie przepraszające spojrzenie. - Jest lepiej. Prawie dobrze. - zawroty głowy mijały. Powoli, stopniowo. Wszystko zdawało się wracać do normy. Zajmować właściwe sobie miejsce.
Wreszcie puścił kobietę. Odsunął się od niej. Dla pewności oparł się jeszcze o szafkę. Tak na wszelki wypadek - gdyby coś miało nagle okazać się nadal nie tak. Nie zamierzał się tutaj przewracać i inne takie. Dostarczać Delacour dodatkowych przeżyć.
- To zawsze tak wygląda? - zadał pytanie, bo cóż... był Theonem, co znaczyło, że był też człowiekiem dość ciekawskim. Często zadawał pytania, interesował się różnymi kwestiami. Camille nie miała okazji tego doświadczyć, nie znali się praktycznie wcale. Jedynie tych kilka listów, towarzyszące temu krótkie spotkania. - Zakładam, że jako specjalista miałaś już styczność z tą klątwą? Kilka razy? Wielokrotnie? - doprecyzował, że to właśnie ta konkretna klątwa go interesowała. Sam padł jej ofiarą, więc w sumie nie było to niczym dziwnym. Można było zrozumieć. - Moja matka, choć była w stanie pewne rzeczy ustalić, od lat zajmuje się klątwami, nie chciała się tego podejmować. Nie specjalizuje się w tym od strony bardziej... medycznej? Wolała więc szukać pomocy gdzieś indziej. - dzielił się z Camille tym, co ta powinna była już wiedzieć. O tym zapewne mówiły listy, o tym też mogła mówić jej własna matka, skoro tak bardzo zależało jej na udzieleniu pomocy zaprzyjaźnionej rodzinie.
RE: [24 czerwca 1972] Theon & Camille - Bard Beedle - 22.01.2024
Camille nie tylko go podtrzymała, ale i użyczyła swojego ramienia, jeśli ten chciałby się o nie oprzeć. Stała spokojnie, chociaż sama była zmęczona, ale nie należała do tego typu osób, które po prostu odwracały się od pacjentów - bo tak zaczęła go traktować od momentu, w którym się do niej zwrócił. Może odrobinę za bardzo nad nim skakała, bo wypełniała również wolę matki, lecz to był szczegół i nie miał żadnego związku z tym, że po prostu wolałaby, by nie upadł i nie rozwalił sobie głowy. Gdy się odsunął, zapewniając że jest lepiej, łypnęła nieco nieufnie w jego stronę, ale widząc że kolory powoli wracają na jego twarz, kiwnęła głową.
- Nie, nie zawsze - przyznała, gasząc powoli wszystkie świeczki. Zamachała ręką, by przyspieszyć opuszczanie dymu z pomieszczenia. - Zawroty głowy są częste, ale mijają po kilku sekundach. Może za szybko wstałeś. Rytuał też trwał dłużej niż zwykle, bo nie było tu... Drugiej osoby.
Wyjaśniła, zgrabnie unikając określeń takich jak wybranka czy kochanka. Byłoby to niewłaściwe i oceniające, a tego się wystrzegała. Druga osoba było bezpieczniejsze i neutralne.
- Tak, miałam. Kilkukrotnie, najwięcej w kilka tygodni po Beltane, ale prawdę mówiąc najwięcej osób zaczęło się zgłaszac trochę później. Nie będę kłamać, że było lekko, bo niemal wszyscy w Mungu zostali postawieni w stan gotowości. W twoim przypadku i tak było lepiej, bo niektórzy potrafili pluć płatkami kwiatów - powiedziała spokojnie, przenosząc wzrok na Traversa. Celowo nie mówiła mu wcześniej o skutkach ubocznych klątwy, żeby go niepotrzebnie nie stresować. Ale jednocześnie zaznaczyła mu przecież, że cokolwiek co odbiega od normy, powinno go zaalarmować na tyle, by od razu się do niej zwrócił. Nie zrobił tego, więc założyła, że jeszcze nie doszło do tak drastycznych efektów. W końcu obiecał, że nie będzie nic zatajał. - Tak, wspomniano mi o tym w listach. Poza tym najbezpieczniej było się właśnie zgłosić do szpitala, do którego udali się prawie wszyscy. Rozumiem, że z pewnych powodów nie chciałeś tego robić, ale wybór kogoś z Munga był najlepszy. W przypadku tej klątwy ludzie reagowali naprawdę różnie, wiele małżeństw się rozpadło i nie da się tego odwrócić. Osoby odpowiedzialne za to, co się stało na Beltane, pewnie chciały osiągnąć taki efekt. Bo wątpię, że chodziło im o to, by ludzie dławili się kwiatami.
Uśmiechnęła się lekko na wyobrażenie śmierciożerców, którzy przecież nawet swoją nazwę wiązali ze śmiercią, którzy planowali by ich ofiary umarły z powodu... kwiatów. To jej nie pasowało w tym całym obrazku, jednak zniszczenie miłości i związków, przywiązanie na siłę do siebie ludzi czy namieszanie w uczuciach - już owszem. Zabawa uczuciami była zawsze okrutna, a to do nich pasowało.
- Zastanawia mnie tylko, dlaczego przyszedłeś dopiero teraz, a nie od razu po? Może klątwa dojrzewała w tobie dłużej z jakichś powodów. Niemniej miałeś dużo szczęścia, Theonie, i mam nadzieję, że jesteś tego świadomy - bo przecież nie wiedziała, że miała przed sobą śpiącą królewnę. Założyła, że z powodu jego przypadłości - obu w zasadzie - klątwa rozwijała się wolniej. - Ale teraz jesteś już wolny. Nie będziesz odczuwać skutków ubocznych tego rytuału i klątwy.
RE: [24 czerwca 1972] Theon & Camille - Theon Travers - 23.01.2024
Zamierzał odczekać chwilę. Upewnić się, że wszystko jest w porządku. Nie chciał się zanadto śpieszyć. Zawroty głowy, które właśnie ustępowały, dały mu wyraźnie do zrozumienia, że pośpiech nie był wskazany. Po rytuale czuł się nieco słabo. Był jakby rozbity. Czy to przed tym wcześniej przestrzegała go Camille? Albo przed czymś podobnym? Nie chciał się na tym skupiać, o tym myśleć, dlatego też próbował nawiązać rozmowę. Był to zawsze jakiś sposób na to, żeby zabić czas. W towarzystwie prawie zawsze minuty mijały szybciej. Podobnie było w przypadku godzin.
- Płatkami kwiatów? – to go autentycznie zaskoczyło. Brzmiało nieco zabawnie, ale łatwo było dojść do wniosku, że musiało być zarazem niebezpieczne dla ofiary. Skoro człowiek pluł, to skądś się to musiało brać. Drogi oddechowe? Przełyk? Można było przez to zginąć? Sam tego nie doświadczył, miał więc dużo szczęścia. Zwłaszcza, że wizyt w szpitalu obecnie unikał.
Czy gdyby doszło do najgorszego, Camille byłaby w stanie mu pomóc?
Czy mimo tego rodzaju objawów, nadal odkładałaby spotkanie z nim na później?
Skupianie się na tym, nie miało obecnie większego sensu. Lepiej było zostawić to za sobą, ruszyć do przodu. Cieszyć się z tego, że więź została wreszcie zerwana.
- Myślisz, że to wszystko stanowiło część planu osób, które odpowiadały za atak podczas Beltane? – zainteresował się. Sam niekoniecznie widział to w ten sposób. Rytuał miał miejsce wcześniej, atak później. Poprzedziły go co prawda pewne przygotowania, ale… jakoś się to Theonowi nie kleiło. Nie łączyło się w sensowną całość. Może, mimo swojego zaangażowania, o czymś nie wiedział? – Jakoś ciężko mi to sobie wyobrazić. Może to po prostu nieoczekiwany skutek uboczy tamtego ataku?
Ciężko było to wszystko jakoś sensownie wytłumaczyć. Bo przecież skutki klątwy powinien był odczuwać dużo wcześniej. Zamiast zająć się nią w maju, trafił do Camille dopiero w drugiej połowie czerwca. W jego przypadku rzeczywiście ciągnęło się to wszystko dość długo. Pozostawało posłużyć się tym samym, czym wcześniej tłumaczyli jego nieobecność bliscy.
- Sprawy rodzinne. Nie było mnie w kraju. Dopiero po powrocie w pełni poczułem działanie klątwy. – wytłumaczył. Tylko czy faktycznie odległość mogła w ten sposób wpłynąć na więź, która łączyła go ze Stellą? Pozostawało mieć nadzieje, że Camille to łyknie. Nie będzie drążyć.
Skinął głową, słysząc że jest już wolny. Może iść? Całość rzeczywiście nie zajęła wiele czasu. Nadal niekoniecznie był w stanie określić jak się obecnie czuje, ale… z czasem wszystko musiało się unormować. Tak zakładał. Grunt, że miał to za sobą. Z głowy.
- Dziękuje Ci, Camille. – uśmiechnął się, wyciągnął w jej stronę rękę. Ot, uścisk dłoni. Nic więcej. Może powinien pomyśleć nad czymś bardziej odpowiednim? W końcu była to ze strony kobiety dość spora przysługa, a i on sam momentami był upierdliwy. – Gdybyś przypadkiem potrzebowała w czymś pomocy, polecam się. – zdecydował się jeszcze na wypowiedzenie tych słów. Nie sądził przy tym, że kobieta kiedykolwiek z tej oferty zdecyduje się skorzystać. Była to zwykła, grzecznościowa gadka. Nic więcej.
Po tych słowach opuścił gabinet, wracając do swojego mieszkania i własnych spraw.
Koniec sesji
|