![]() |
|
[22.06.72 r.] Kawiarnia Wave | Camille & Margaret - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [22.06.72 r.] Kawiarnia Wave | Camille & Margaret (/showthread.php?tid=2533) |
[22.06.72 r.] Kawiarnia Wave | Camille & Margaret - Margaret Mulciber - 06.01.2024 adnotacja moderatora
Sesja rozliczona przez Camille Delacour - Piszę, więc jestem 22.06.1972
Nie była fanką takich zachowań. To nie jest pierwszy raz, gdy ktoś na ostatnią chwilę potrzebuje kupić kadzidła czy świece. Tak, jakby przeprowadzenie rytuału było rzeczą, którą można sobie zrobić bez żadnego przygotowania. Najwyraźniej ludzie o tym zapominali, że do tej sztuki potrzebne jest nieco więcej niż machnięcie różdżką i wypowiedzenie inkantacji. Mimo wszystko to w ich gestii było przyjście do sklepu i wybranie z gotowego asortymentu dostępnego w magazynie. Przecież Margaret nie stworzy tuzina świec w przeciągu zaledwie minuty. Niektórzy to rozumieli, przepraszając za swoje zachowanie, dopłacając dodatkową sumę w ramach zadośćuczynienia. Inni natomiast chyba nie do końca rozumieli drugą stronę i starali się wywołać presję, tak jakby stres miał pomóc w tworzeniu kadzideł. Ekspresowe zamówienie. Cicho westchnęła w myślach, zmierzając wolnym krokiem do kawiarni. Stresowały ją takie sytuacje, bo nigdy nie wiadomo, na kogo trafi się po drugiej stronie. Co jak znowu to będzie ktoś niemiły? Z jednej strony nie przejmowała się ludźmi, a raczej ich zdaniem, ale z drugiej... to zawsze jest pogorszenie już i tak słabego dnia, gdy trafi się na nieodpowiednią osobę. Po niedługiej wędrówce dotarła wreszcie do miejsca spotkania. Była i tak chwilkę przed czasem, który ustaliła w wiadomości, a przecież pozwoliła kobiecie przyjść znacznie później, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Przez te parę miesięcy, już praktycznie liczonych w latach, w rodzinnym biznesie zrozumiała, że z początku trzeba być miłym dla klientów i iść im w pewnym stopniu na rękę. Szczególnie gdy Ci wspominają o stałych dostawach, a Twój biznes musi się odbić po dość słabym maju i utracie kilku zamówień. Po przejściu przez drzwi skłoniła głową w kierunku jednej z pracujących tu kobiet, odwdzięczając się jej niewielkim uśmiechem, gdy ta pokierowała ją w stronę wolnego stolika znajdującego się pod boczną ścianą kawiarenki. - Nie, dziękuję bardzo. Czekam na kogoś - odpowiedziała spokojnym tonem, gdy została zapytana o zamówienie. Nie zamierzała tutaj długo siedzieć, więc i nie było sensu kupować żadnej kawy czy innego deseru. Chyba że wymagać będzie tego jej rozmówczyni. W końcu jest z rodu Delacour, a oni, podobnie jak pewnie inni Francuzi, lubią się lenić, gadać o głupotach i siedzieć przy ciastku. Być może ta opinia nie była do końca obiektywna, ale tylko taką posiadała. Oby się to szybko skończyło. Powiedziała sobie w duchu, przygotowując się psychicznie na spotkanie z nieznajomą, ściskając w rękach znajdujący się na udach niewielki pakunek. RE: [22.06.72 r.] Kawiarnia Wave | Camille & Margaret - Bard Beedle - 06.01.2024 Było ich dwie - Camille również nie lubiła być stawiana w takich sytuacjach. Pech chciał, niestety, że mimo prawie czterdziestki na karku, Delacour wciąż tkwiła pod butem swoich rodziców. Matki głównie, chociaż jej ojciec również potrafił dolać oliwy do ognia: zwykle w sytuacjach, w których kompletnie by się tego nie spodziewała. Lecz powodem, dla którego blondynka zmierzała teraz w stronę kawiarni, była matka. Jej matka, która zmusiła ją do udzielenia pomocy synowi swojej dobrej znajomej. Co z ciebie za pożytek, jeżeli nie poradzisz sobie z tak prostą klątwą w kilka minut? Innym w szpitalu pomagasz codziennie, to dlaczego nie pomożesz temu uroczemu chłopcu, synowi mojej drogiej przyjaciółki? Po co wydawaliśmy tyle pieniędzy na twoje wykształcenie? Delacour prychnęła na samo wspomnienie wyjca, którego dostała kilkanaście dni temu. Bo pani matka nie mogła wysłać normalnego listu, o nie. Wiedziała, że jej głos, spotęgowany magicznie, przyniesie dokładnie taki efekt, jaki chciała. Stłamsi ją, zmusi do podjęcia rękawicy i wysłania Traversowi wiadomości. Do złożenia obietnicy. Nie zamierzała jednak się tłumaczyć przed Margaret. Do rozmowy z nią zamierzała użyć innych metod. Pieniądze były jednym z lepszych sposobów, ale... Obietnica stałej współpracy, kontrakty, znajomości czy nawet przysługi: to znaczyło więcej niż galeony. Miały większą wartość i prawie nigdy tej wartości nie traciły. Blondynka przeniosła niebieskie spojrzenie na zegarek, zapięty na jej lewym nadgarstku. Była dwie minuty przed czasem. Camille nienawidziła się spóźniać - spóźnienie traktowała jak brak szacunku do drugiej osoby. Szkoda, że nie każdy podzielał jej zdanie, ale przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że świat nie był idealny, podobnie jak ludzie wokół. Sama nie lubiła, gdy marnowało się jej czas, dlatego też nigdy nie marnowała czasu innych. Z cichym westchnięciem pchnęła drzwi kawiarni i wsunęła się do środka. W kawiarni nie było zbyt wiele osób - kilka par i jedna kobieta, siedząca samotnie przy stoliku. To musiała być Margaret, opis pasował do tego z listu. - Dzień dobry - Camille przysunęła się do kobiety, posyłając jej lekko spięty, ale zdecydowanie ciepły uśmiech. Jeśli Mulciberówna obawiała się, że i tym razem trafi się jej typ spod ciemnej gwiazdy, ktoś nieuprzejmy, chamski - mogła odetchnąć. Delacour była niska i drobna, co w połączeniu z klasyczną urodą oraz uśmiechem dawało obraz osoby raczej uprzejmej niż wyniosłej i niesympatycznej. Nie przyszła również ubrana w garsonkę, co zdradzało, że raczej nie była z tych sztywnych osób, które każde spotkanie biznesowe traktowały jako okazję do stłamszenia rozmówcy, pokazując swą wyższość przy pomocy ubrań szytych na miarę, kosztujących majątek. Odziana była w proste, materiałowe spodnie w jasnym odcieniu beżu i błękitną bluzkę z rozszerzanymi rękawami 3/4. Na ramieniu miała torebkę, skórzaną, brązową i niewielkich rozmiarów. Zaraz też zawiesiła ją na oparciu krzesła, które sama zajęła, uprzednio wyciągając w stronę kobiety rękę. Nie wyglądało na to, by miała traktować ją z góry tylko dlatego, że jej płaciła. - Dziękuję, że zgodziłaś się ze mną spotkać i przepraszam, że musiałaś czekać. Zaczęła, milknąc jednak gdy kelnerka po raz kolejny podeszła do stolika. - Białą kawę poproszę. Ja stawiam, to będzie chociaż część rekompensaty za tak niespodziewaną, nagłą prośbę - nie lubiła rozmawiać z kimkolwiek bez możliwości zebrania myśli, a picie czegokolwiek pozwalało na robienie niewymuszonych, naturalnych pauz, pozwalających się skupić podczas rozmowy. A na picie wina było zdecydowanie zbyt wcześnie. Nie wymagała również, by Margaret za siebie płaciła. Zachęciła ją do złożenia zamówienia, cierpliwie czekając, aż ta się zastanowi, chociaż grunt uciekał spod jej stóp, a czas płynął nieubłaganie. Im dłużej rozmawiały, tym większa szansa, że znowu będzie musiała przełożyć spotkanie z Theonem - a kto wie, jak to by się skończyło? Facet był porywczy i chociaż nie podejrzewałaby go o agresję, to wolała nie drażnić go bez potrzeby. Zwłaszcza że mu obiecała, a ona obietnice traktowała nad wyraz poważnie. RE: [22.06.72 r.] Kawiarnia Wave | Camille & Margaret - Margaret Mulciber - 07.01.2024 Margaret nawet nie zdążyła się ponudzić, gdy już dosłownie po chwili w drzwiach zjawiła się panna Delacour. Może to i dobrze, bo nie lubiła siedzieć bezczynnie w nieznanym jej miejscu, w którym stale odczuwała zagrożenie, a może nie tyle zagrożenie, co po prostu dyskomfort wywołany wszystkimi ludźmi znajdującymi się wokół. Trwając w wyraźnym napięciu i skupieniu, starała się zaobserwować wszystko to, co Camille ukazywała sobą i swoim zachowaniem. W końcu poznajemy człowieka już od pierwszych sekund, gdy na niego spojrzymy, a zdolność obserwacji była jedyną rzeczą, którą Margaret mogłaby się poszczycić. Luźny ubiór. Nowoczesny. Tak wygląda najnowsza moda? Piękny kolor bluzki. Współgra z jej włosami. Choć mnie by chyba nie pasował. Młoda Mulciber była raczej w tyłach z najnowszymi trendami i ubiorem kobiet, które w ostatnich latach odchodziły od standardowych sukien czy starodawnych ubiorów, wybierając coś lżejszego, bardziej komfortowego. Sama jakoś nie odnajdywała się w spodniach i nowoczesnych krojach, a większość jej szafy ze spokojem mogłaby nosić nawet jej babcia. Pewnie mogłoby to implikować, że Camille należy do bogatej gałęzi rodziny Delacour. Czy oni właściwie mają gałęzie? Może... Jak Mulciberowie. W sumie to Margaret nie wiedziała. Oczy jej zawiesiły się teraz na torebce. Ładna. Ale jak tam zapakować wszystkie potrzebne zioła i kadzidła? Bardzo niepraktyczne. - Ach, tak, tak. - Wytrąciła się wreszcie z transu, podczas którego oceniała swoją przyszłą rozmówczynię. Chyba trwało to zbyt długo, bo ta już zdążyła się przywitać, wyciągnąć rękę i przeprosić za swoje nawet niespóźnienie. Odłożyła trzymany pakunek w dłoni i wstała, na tyle, na ile mogła ze stolikiem przeszkadzającym jej w jakimkolwiek ruchu, łapiąc kobietę oburącz za jej dłoń, witając ją ukłonem głowy i rzuconym niedbale uśmiechem. - Zdaje się, że jesteśmy punktualnie. - Odpowiedziała dość... nieumiejętnie na jej przeprosiny. Pewnie powinnam powiedzieć, że wcale się nie spóźniła i zachichotać... Tak chyba robią koleżanki na spotkaniach. Tylko one w sumie nie są koleżankami. Usiadła i gdy kelnerka podeszła, miała już poprosić o to, aby nie zamawiać jej kawy, ale... Ale w sumie nie wymówiła słowa, patrząc wpierw na Camille, a potem na kelnerkę, która chyba czekała na to, aż ona coś zamówi. - Tak, ja też. To samo. - Rzuciła po chwili niepewności. Ech. - Właśnie. - Położyła wreszcie trzymany pakunek na stole i przesunęła go oburącz bardziej na środek w stronę Camille. Wyglądał on raczej prosto. Był czarnym, tekturowym pudełeczkiem o długości 20 cm i szerokości kilku. Na środku miał niedbale zawiniętą wstążkę. - Prezent od rodziny Mulciber. Trzy kadzidełka mające wspomagać wizje artystyczne. Osobiście nie używałam, ale niektórzy artyści je u nas zamawiają. - Nie wiedziała, jaki prezent spożytkować Camille. Jednak Delacour kojarzą się jej z rozmarzonymi artystami. Śpiewakami czy innymi malarzami. - Nie wiem, czy ci się przydadzą, ale... a, i nie używaj ich przed wyjściem na scenę. To znaczy... możesz, ale lepiej zapalić wtedy pojedyncze przez krótki czas. - Słyszała już jedną historię o efektach ubocznych niektórych kadzideł, ale w sumie wolała ich nie opowiadać. - Przepraszam Cię. Właściwie to nawet nie wiem, czy wychodzisz na scenę... A jak możemy pomóc i jak ekspresowe ma być to zamówienie? RE: [22.06.72 r.] Kawiarnia Wave | Camille & Margaret - Bard Beedle - 07.01.2024 Uśmiechnęła się lekko, łagodnie. Camille otaczała aura... Dojrzałej wyrozumiałości? To chyba było najtrafniejsze określenie. Była dużo starsza od Margaret, ale na pewno młodsza od jej ojca. W zasadzie ciężko było powiedzieć, ile miała lat - określenie trzydzieści kilka było tu chyba najodpowiedniejszym. Ni za mało, ni za dużo, tak w sam raz. Chociaż w tym wieku powinny pojawić się na jej twarzy pierwsze wyraźne zmarszczki, to Delacour ich nie miała. Zasługa Potterów? A może zdrowego trybu życia? Jeżeli to drugie, to zdecydowanie nie była artystką. Artyści słynęli z tego, że prowadzili hulaszcze, hedonistyczne wręcz życie, nurzając się w oparach alkoholu i innych używek, co znacząco wpływało na ich wygląd. Ta tutaj przedstawicielka rodu wyglądała jednak zdrowo, stonowanie. Jaki tkwił w tym sekret? - Och, dziękuję - na twarzy kobiety odbiło się szczere zaskoczenie. Nie spodziewała się prezentu - nie po tym, jak (w jej mniemaniu) w dość bezczelny sposób poprosiła o natychmiastowe spotkanie, nęcąc i kusząc Margaret wizją stałych zleceń i pieniędzy. Może nie było to zbyt subtelne z jej strony, lecz nie miała czasu, by bawić się w subtelności. Teraz też go nie miała, ale nie mogła przecież tak po prostu zignorować faktu, że Mulciberówna była... Miła. Z tego co zdążyła się rozeznać, to ród ten nie miał zbyt wielu miłych przedstawicieli. Chłodnych, konkretnych - owszem. Ale tak po prostu życzliwych? Może źle zrozumiała to, co słyszała. A może po prostu ktoś się pomylił? Albo Margaret była wyjątkiem, ślicznym kwiatkiem który się uchował i wyrósł wśród kaktusów. Tak też mogło być. - Nie spodziewałam się prezentu, to bardzo miłe. Rozciągnęła usta w szerszym uśmiechu. Nie wyprowadziła kobiety z błędu, nie powiedziała nic, że nie wychodzi na scenę. Nie chciała, żeby zrobiło się niezręcznie - poza tym dziewczyna niezbyt się pomyliła, bo i owszem, Delacour jak każdy w jej rodzinie miała w sobie talent. Po prostu go nie pielęgnowała publicznie, ale w zaciszu domowym... To co innego. Camille ułożyła delikatnie dłonie na pudełku, wodząc po nim wzrokiem. Nie zdecydowała się jednak go otworzyć, skoro Margeret zdradziła, co jest w środku. Zamiast tego przeniosła na nią wzrok i kiwnęła głową. Zamówienie, tak. - Potrzebuję pół tuzina świec rytualnych na jutro do wieczora, żebym mogła rankiem przygotować rytuał - powiedziała wprost, robiąc nieco zakłopotaną minę. - Nie wiem na ile jesteś zaznajomiona z obecną sytuacją w Londynie, ale wciąż leczymy osoby, które wzięły udział w Beltane i zostały wbrew swej woli związane klątwą. Potężną, naginającą uczucia do drugiej osoby. Sama zostałam postawiona w niekomfortowej sytuacji, w której muszę przygotowywać się na szybko, ale nie mogę zwlekać, bo skutki mogą być katastrofalne. Nie chciała jej zdradzać za dużo, ale musiała nakreślić obraz tego, w co wdepnęła. To nie było jej widzimisię, tu chodziło o dobro kogo innego. Leczymy, Beltane i klątwa jasno wskazywały na to, czym zajmuje się Camille. Może śpiewała po godzinach? W każdym razie przyjęła kadzidła, więc nie zmarnują się. Nie wyglądała na kogoś, kto wyrzucał prezenty. - Sześć sztuk mam, ale potrzebuję kolejnych sześciu. Za dwa dni, z samego rana, mam złamać ciążącą nad kimś klątwę. Z tego też powodu chciałabym od razu podpisać z wami umowę na regularne dostarczanie świec i kadzideł raz w miesiącu, żeby uniknąć takich sytuacji. Coraz częściej jestem proszona o podobne przysługi, a nie chcę nikomu sprawiać kłopotu tak, jak teraz tobie. Wolę mieć zapas - nie zmarnują się, to na pewno. Kilka sztuk raz w miesiącu, na początku lub na końcu, powinno wystarczyć. - Na początku na pół roku? Kilkanaście sztuk, zwykle nie potrzebuję ich tak dużo. Możliwe jednak, że po tym czasie będę potrzebowała większej ilości, ale wtedy nic nie będzie się odbywało w tak ekspresowym trybie, jak teraz, zapewniam cię. Przerwała na chwilę, gdy po raz kolejny pojawiła się kelnerka. Kobieta ostrożnie postawiła przed nimi dwie filiżanki z białą kawą. Cukierniczka była już na stole, ale Camille po nią nie sięgnęła. Ostrożnie ujęła filiżankę w dłoń i upiła łyk napoju. - Czy to w ogóle jest wykonalne? Camille nie była niemiła. Bywała jednak stanowcza, zwłaszcza jeśli chodziło o biznes. A przecież to był biznes. Ona zamawiała świece, oni je dostarczali. Na razie nie podpisywały umowy, bo tym zajmował się Robert. Ewentualnie Richard. Nie zdradziła imion, znała tylko nazwisko. Wiedziała, że niedługo będą się z nią kontaktować, więc gdy tylko dopełniły formalności, Camille uścisnęła Margaret rękę i wstała z zamiarem opuszczenia kawiarni. Najpierw jednak podeszła do lady, by uiścić należność za kawy. Zapłaciła i za siebie, i za pannę Mulciber, bo czemu nie. Po namyśle, trochę dłuższym niż zwykle, postanowiła jeszcze wciąć kilka ciastek na wynos. Nie tylko dla siebie - głównie dla koleżanki, z którą teraz miała się spotkać. Ona sama ciastek nie jadła, a przynajmniej nie w takich ilościach i tak często. Była więźniem swojego ciała, a może to ciało było więźniem jej umysłu i oczekiwań, które nałożono na nią jeszcze w dzieciństwie? Przecież musiała być idealna. Szczupła, piękna. Absolutnie nie stara. Bo przecież to była wartość, którą od najmłodszych lat wbijano jej do głowy. Liczyło się to, co sobą reprezentuje - czyli wygląd zewnętrzny, a dopiero potem odpowiednie maniery i wiedza. I chociaż bardzo by chciała, żeby to wiedzę stawiać na pierwszym miejscu, to doskonale zdawała sobie sprawę z tego, w jakim świecie przyszło jej żyć. To poczucie było też tak mocno w niej zakorzenione, że po prostu nie potrafiła inaczej, nie umiała zmienić całkowicie swojego myślenia. Tak więc ciało, w którym tkwiła, było jej klatką. Zapłaciła więc, posłała kelnerce uśmiech i wyszła. Swoje kroki skierowała na Pokątną - tam, gdzie dzieliła niewielką przestrzeń ze znajomą. Ona przyjmowała tam pacjentów za swoimi drzwiami, a Camille wpadała czasem, żeby przyjąć swoich. Zwykle miały ładnie rozpisany grafik. Udostępniały go sobie, więc Delacour wiedziała, że teraz jej znajoma powinna mieć przerwę. Wpadnie, porozmawiają, poprosi o szybkie i nagłe udostępnienie przestrzeni, żeby na pewno nikt się do niej nie dobijał, gdy przyjdzie Theon. Nie martwiła się o tę klątwę, wiedziała że sobie z nią poradzi. Na pewno będzie to wyzwaniem, ale przecież nie z takimi rzeczami sobie radziła. Koniec sesji
|