![]() |
|
[04.06.72] Bla bla bla? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24) +--- Wątek: [04.06.72] Bla bla bla? (/showthread.php?tid=2546) |
[04.06.72] Bla bla bla? - Florence Bulstrode - 10.01.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty Scenariusz Sumy: Natrętny duch Florence Bulstrode często miała do czynienia ze śmiercią. Nie była żołnierzem. Nie żyła w kraju i czasach, w których codziennie ginęliby sąsiedzi czy krewni. Jej bracia i niegdyś ojciec mieli zawód dość niebezpieczny, ale też było to niebezpieczeństwo, do którego po prostu się przyzwyczajałeś i akceptowałeś jego istnienie. Ale była uzdrowicielką, i w Klinice Munga każdego dnia umierali ludzie: czasem tacy, których medycy nie zdążyli uratować, czasem tacy, którzy umrzeć po prostu musieli. Śmierć, żałoba, rozpacz tych, którzy umierali i tych, którzy tracili bliskich, stanowiły więc nieodłączną część codzienności Florence. Może dlatego cmentarz, wprawiający niektórych w zadumę, innym zaś nieprzyjemnie przypominający o tym, że wszystko się kończy, w niej nie wywierał żadnych specjalnych emocji. W końcu każdy dyżur przypominał jej, że zmierzają do tego miejsca i choć gdyby straciła kogoś naprawdę bliskiego, cierpiałaby na pewno, to już dawno oswoiła się z tą myślą. Przebywanie na cmentarzach zwykle nie sprawiało jej problemu, chociaż tutaj, w Little Hangleton, zwykle czuła się nieco niekomfortowo. To miejsce, tak jak całe miasteczko, zdawało się nosić ślady po czarnej magii. Florence niekiedy zastanawiała się, czy ta atmosfera jest efektem jakichś bardzo starych wydarzeń, czy też tego, co działo się tutaj obecnie. Uzdrowicielka wędrowała pomiędzy alejkami nekropolii w Little Hangleton nieśpiesznie – tak jak miała w zwyczaju, bo Florence bardzo rzadko gdzieś się spieszyła, chyba że spieszyć absolutnie się musiała. Szła zresztą ostrożnie, bo choć obcasy jej butów były niewysokie, łatwo było potknąć się na nierównym gruncie. Wiatr szarpał poły szarej spódnicy i ku pewnej irytacji Florence nieco zmierzwił jej fryzurę: żałowała teraz szczerze, że zebrała włosy w kucyk, zamiast zdecydować się na kok albo przynajmniej w warkocz. Poza tym wiatrem pogoda dopisywała: na niebie znajdowały się zaledwie pojedyncze chmury, a temperatura sprawiała, że Florence było całkiem ciepło nawet w koszuli z krótkim rękawkiem. W rękach kobieta niosła nieduży bukiet kwiatów. Sama nie była pewna, dlaczego je przynosi. Może dlatego, że wiedziała, że to sprawia przyjemność ciotce, może bo nie chciała, bo grób krewnego był całkiem „goły” (choć zwykle nie przejmowała się „tym, co ludzie powiedzą”), a może był to ukłon… wobec samej siebie. Ot potwierdzenie, że pamięta, bo wątpiła, by umarłych interesowało, ile kwiatów dost… – Mnie nikt nie przynosi kwiaaaatów. Florence drgnęła, zatrzymując się na głos. Dłoń nie powędrowała do różdżki, bo był pogodny dzień, w pobliżu cmentarza kręcili się ludzie, a jej zwyczajnie nie przyszłoby do głowy, że ktoś próbowałby ją tutaj zaatakować. Nie w pierwszej chwili. Dopiero druga myśl, jaka wkradła się do jej głowy po początkowej konsternacji na ten płaczliwy głos, dobiegający jakby spod ziemi brzmiała, że chyba pomyśleć o tym powinna. Beltane w końcu pokazywało, że żyli w niespokojnych czasach. – To takie niesprawiedliwe. Za życia urabiałem sobie dla nich ręce aż po łokcie, a oni nawet nie przyniosą mi kwiatka! Widmowa sylwetka wyłoniła się powoli z pobliskiego nagrobka. Najpierw głowa – należąca do mężczyzny, zapewne gdzieś pomiędzy pięćdziesiątym a siedemdziesiątym rokiem życia, u czarodziejów niekiedy ciężko było stwierdzić, potem ramiona, dość szerokie, z opiętym na nich surdutem, wreszcie korpulentna sylwetka. Florence zmarszczyła lekko brwi, odruchowo cofnęła się o krok i omal nie wpadła na pobliski grób. Duchy nie mogły wywołać paniki w kimś, kto spędził siedem lat w Hogwarcie i przywykł do tego, że idąc na eliksiry słyszał podzwaniania łańcuchów Krwawego Barona, pytał niekiedy o drogę Szarej Damy albo widział, jak rezydent Gryffindoru odchyla głowę, by przestraszyć pierwszorocznych (czy raczej zrobić na nich wrażenie). Nie wspominając już o Jęczącej Marcie, przez którą większość dziewcząt biegało do łazienki na pierwszym albo na drugim piętrze, byleby nie wysłuchiwać jej zawodzeń albo nie zostać ochlapaną wodą. Mimo to nie był to widok tak całkiem codzienny nawet w życiu czarodziejki. – Wie panna, kim jestem? No wie? – Obawiam się, że nie mam pojęcia – odparła ze spokojem, odzyskując równowagę i prostując się, by spojrzeć na ducha chłodno. Ton, jakim nazwał ją panną, wcale ale to wcale się jej nie podobał. A Florence nie lubiła znosić lekceważenia, nawet w wykonaniu kogoś, kto już nie żył. – Właśnie!!! – krzyknął dramatycznie mężczyzna. – A tak absolutnie nie powinno być, absolutnie. Byłem jedną z najznamienitszych osobowości w okolicy! Pomagałem wznosić Little Hangleton! Byłem bliskim przyjacielem państwa Gauntów i gościłem w ich rezydencji! A moja rodzina nie zadbała o to, aby pamięć o moich dokonaniach przetrwała… – Przykre – skwitowała Florence, bardzo uprzejmym tonem. – Życzę panu miłego popołudnia – oświadczyła stanowczym tonem, po czym obróciła się na pięcie i skierowała ku grobowi, do którego zmierzała od samego początku. Niestety, nie było jej dane spokojnie tam dotrzeć. Duch bowiem wygrzebał się z nagrobka i polewitował za nią. – Ależ panna nie może mnie tak zostawić – oświadczył twardym tonem. – Panna musi posłuchać historii o moim życiu, mojej śmierci i o moich wielkich zasługach, a potem ponieść ją dalej, tak by moje imię zostało zapamiętanie… – Muszę? – spytała Florence, przystając jeszcze na moment, by zmierzyć go spojrzeniem. – Szanowny panie, ja. Nic. Nie. Muszę. – Nie dam pani spokoju, póki mnie pani nie wysłucha! – oznajmił mężczyzna podniesionym tonem, gdy ona znów się odwróciła i skierowała pomiędzy nagrobki. – Będę za panną chodził i powtarzał „bla bla bla”. W przypadku tego Berkeleya to doskonale zadziałało, chociaż był tylko trzecim synem, i w dodatku bardzo nieudanym. Słyszy panna? Bla bla bla. Będę za panną chodzi… – Unosił się – sprostowała Florence bardzo zimnym tonem, nawet się na niego nie oglądając, i chyba na moment zbijając przy tym ducha z tropu. Zaraz jednak odzyskał rezon i udzielił uniwersalnej odpowiedzi, doskonałej w takich warunkach, mianowicie… – Bla bla bla! – stwierdził, a jego policzki posrebrzały, zapewne od gniewu. Florence niekiedy zastanawiała się nad tym, jak energia pozostała w duchach działała, skoro były w stanie rumienić się, złościć, płakać – wszak wszystko to było zwykle efektem zachodzących w ciele procesów. – Bla bla bla. Chce panna słuchać tego blablania, czy woli może usłyszeć wspaniałą historię mojego życia? Urodziłem się w Londynie, w rodzinie szanowanych czarodziejów. Moja matka była spokrewniona z samymi Paverallami, chociaż niegodni krewni się jej wyrzekli i nie chcieli przyznać prawa do dziedzictwa. Byłem jednym z siedmiorga braci i wszyscy przyznawali, że tym najbardziej utalentowanym. Pierworodnym, który najlepiej czarował, posiadał najprzystojniejsze lico, wszystkie przymioty charakteru i wyglądu, którymi winien szczycić się dżentelmen… – Bla bla bla poproszę – powiedziała Florence, ponownie przystając. Cierpliwość miewała wręcz anielską, wystawioną wiele razy na próby w szpitalu przez pacjentów, rodziny chorych oraz przez stażystów, a także niekiedy przez młodszych krewnych. Ale wobec tego ducha zaczynała powoli ją tracić. - …nic więc dziwnego, że… słucham?! – Bla bla bla – powtórzyła Bulstrode, mrużąc oczy. – Spytał pan, czy wolę słuchać „tego blablania” czy może usłyszeć historię pańskiego życia. Po tych paru zdaniach wybieram to pierwsze. – Jak panna śmie! – oburzył się duch. Ale Florence już znów się odwróciła, z mocnym postanowieniem nie odpowiadania i ignorowania tego jakże denerwującego i bezczelnego jegomościa. Niestety, choć mogła nie odpowiadać i ignorować, nie mogła po prostu przestać słuchać. Zamknięcie własnych uszu wymagałoby użycia magii, a ona miała ręce zajęte bukietem… – Ja nie odpuszczę! Jestem pewny, że gdy panna usłyszy, jak wielkim byłem człowiekiem i ile wniosłem w historię Little Hangleton, to panna zmieni zdanie. Otóż mając jedenaście lat otrzymałem list z Hogwartu, co dla nikogo nie było zaskoczeniem. Tiara Przydziału oświadczyła, że jestem tak wspaniałą osobą, że mógłbym trafić do każdego z domów, a ostatecznie wybór padł na Hufflepuff ze względu na moją lojalną naturę i oddanie bliskim. W szkole byłem jednym z najpopularniejszych i najlepszych uczniów, wszystkich nauczycieli zaskakując swoimi zdolnościami… Florence nieco mocniej zacisnęła palce na łodygach kwiatów, ale obiecała sobie się nie odzywać. Ignorowała ducha, unoszącego się za nią i opisującego szczegółowo swoje hogwarckie życie – bardzo nudne, nawiasem mówiąc, nawet zdaniem Bulstrode, która w szkole głównie się uczyła, spędzała od czasu do czasu kilka chwil z którymś ze swoich przyjaciół albo czytała książki i ogółem nie przeżywała w szkole żadnych specjalnych przygód. Uprzątnęła z pomnika stare, zeschłe kwiaty, oczyściła za pomocą ukradkowo rzuconego zaklęcia wazon, a potem bardzo starannie ułożyła w nim przyniesiony bukiet. Tak skupiła się na tym, aby kwiatki rozłożyć równo – jej nerwica natręctw nie znosiła odstępstw od normy – że naprawdę przestała skupiać się na słowach ducha. W konsekwencji przegapiła relację z jego egzaminów w Hogwarcie, starań o pierwszą pracę (Ministerstwo karygodnie go potraktował i bez wątpienia to przez nieuczciwego rywala nie otrzymał wymarzonej posady) i tego, jak poślubił pewną pannę (której najwyraźniej łaskę zrobił tym, że zaszczycił ją swoją uwagą). Gdyby mężczyzna był chociaż odrobinę mniej… antypatyczny, Florence może nawet wyjęłaby z bukietu przyniesionych lilii jeden kwiat i zaniosła na jego grób. Teraz jednak po prostu go ignorowała. Skończywszy krzątać się przy grobie, odwróciła się i skierowała po prostu ku wyjściu z cmentarza. A natrętny duch wciąż unosił się za nią… – Ależ gdzie panna idzie! Chyba nie chce panna odejść akurat w tym momencie! Tu następuje najważniejszy moment, w którym moje dzieci wykazują się wielką niewdzięcznością i pokazują, jak bardzo są nierozsądne! – Rzeczywiście, gdyby były choć trochę rozsądniejsze, porzuciłyby wszelkie kontakty z takim rodzicem znacznie wcześniej – poinformowała Florence. Ton miała bardzo uprzejmy, kontrastujący z wypowiedzianymi słowami. A potem przekroczyła bramę cmentarza i z pewną ulgą przyjęła fakt, że najwyraźniej duch nie mógł opuścić tej ziemi: wreszcie został gdzieś z tyłu wraz ze swoim „bla bla bla”… Koniec sesji
[/i] |