![]() |
|
1972/lato/czerwiec/5 - Przy okazji chciałbym pozdrowić moją mamę, oraz sześć kotów - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: 1972/lato/czerwiec/5 - Przy okazji chciałbym pozdrowić moją mamę, oraz sześć kotów (/showthread.php?tid=2611) |
1972/lato/czerwiec/5 - Przy okazji chciałbym pozdrowić moją mamę, oraz sześć kotów - Mavelle Bones - 03.02.2024 Był łowcą i polował na ofiary. Szczególnie interesował go oczywiście określony typ ofiar: taki, który przyniesie potencjalnie największe zyski. Był w końcu Prawdziwym Dziennikarzem i dostał za zadanie napisanie Artykułu Na Temat Aktualnej Sytuacji Politycznej. Najlepiej takiego z wypowiedziami znanych czarodziejów. Na takich więc polował przede wszystkim. Kogo obchodziłby na przykład jakiś Francuz ze śmieszną bródką, którego nazwiska nikt nie zna i który ma nos jak kartofel? Sam Hopkins pożałował, że do niego podszedł już trzydzieści sekund po zadaniu pytania, a potem karteczkę, na której zanotował odpowiedź, bez żalu wrzucił do kosza. Czy wypowiedź miejscowej sklepikarki była tym, co mogłoby poruszyć rząd dusz? Oj, szczerze w to wątpił (chociaż tę zanotował, tak na wszelki wypadek, gdyby nie zdobył niczego lepszego - zrobił też błąd w nazwisku, ale kto by się tym przejmował). Szczególnie interesowali go jednak właśnie ci Znani. Kojarzeni przez innych. Których zdjęcie mogło zwiększyć sprzedaż, a wypowiedź być potem powtarzana z ust do ust… Problem polegał na tym, że naprawdę popularni czarodzieje rzadko poruszali się ot tak ulicą Pokątną czy Aleją Horyzontalną i dość często nie byli zainteresowani rozmową z przypadkowym dziennikarzem. Zwłaszcza że ostatnio konkurencja w pisaniu artykułów o aktualnej sytuacji politycznej była bardzo ostra, wszyscy zaczęli wypytywać ludzi na ulicach, i przez to ci jakby coraz mniej chętnie udzielali komentarzy… A przecież (zdaniem Sama) każdy powinien być szczęśliwy, że jego nazwisko trafi do gazety, prawda? Może dlatego Sam Hopkins aż tak się podekscytował, kiedy zobaczył Mavelle Bones. Kobieta nie należała może do elity, nie była ogółem tą najbardziej rozpoznawalną w magicznej socjecie, ale ostatnio miała swoje pięć minut z racji na to, że została Zimną. Sam natknął się na jej zdjęcie i nazwisko w jednym z wydań Proroka Codziennego i pomyślał, że może sama w sobie nie była dość popularna, aby stać się głównym tematem artykułu, ale… mógłby wpleść zdanie albo dwa z jej wypowiedzi do tekstu. „Panna Mavelle Bones, która trafiła do Limbo, uważa, że…” Tak, to na pewno uatrakcyjniłoby jego tekst i spodobało się naczelnemu! A gdyby jeszcze udało mu się porozmawiać z którymś z pozostałych Zimnych? Najlepiej jeszcze, aby każdy z nich wyraził zupełnie inną opinię. Samuel rozmarzył się na chwilę, wyobrażając sobie, jakie byłoby to piękne (choć nawet on, lubiący ulegać takim fantazjom, wiedział, jak bardzo jest to nieprawdopodobny scenariusz). Fantazja pochłonęła go na tyle mocno, że Mavelle omal mu nie uciekła – nie mógł sobie na to pozwolić, to znaczy nie mógł jej na to pozwolić, bo niestety w zasięgu wzroku nie było ani jednej osoby poza nią, którą w ogóle by rozpoznawał. – Przepraszam bardzo!!! – zawołał, ruszając za nią biegiem. Dopadł jej i pochylił się, nieco zdyszany, próbując złapać oddech. – Sam Hopkins, dziennikarz Proroka Codziennego – przedstawił się, wyprostował i posłał jej zniewalający (przynajmniej we własnym mniemaniu) uśmiech. – Przygotowuję artykuł na temat aktualnej sytuacji politycznej. Przede wszystkim w aspekcie tego, co stało się podczas Beltane, straszna tragedia. Przeprowadzam sondę uliczną, aby poznać opinię zwykłych czarodziejów w tym aspekcie. Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby tylko zechciałaby mi pani odpowiedzieć na parę pytań. Problem w tym, że Bones – w przeciwieństwie do Lestrange i Bulstrode’a, zdecydowanie nie chciała skupiać na sobie blasku fleszy ani generalnie spojrzeń kogo się tylko dało. Sława, jaka przyszła wraz z Beltane była bardziej niż niechciana i co za tym idzie – naprawdę starała się nie wychylać, pozwalając aurorom grać pierwsze skrzypce. Tak, można rzec, że chowała się w ich cieniu, ale jak się okazywało – wciąż nie przepadła z kretesem w pamięci czarodziejskiego społeczeństwa. Co zapewne oznaczało, że naprawdę nie obejdzie się bez pewnych zmian wizerunkowych z nadzieją, że jak ktoś będzie szukał brunetki, to nie skupi się na takiej jednej blondynce, która się nieopodal przechadzała… … a co za tym wszystkim szło, bynajmniej nie ucieszyła Hopkinsa swoją odpowiedzią. - Nie, żadnych pytań, proszę dać mi spokój – odparła krótko; wprawdzie zatrzymała się, gdy ewidentnie została zawołana, ale gdy tylko do jej uszu dotarło „dziennikarz” oraz „Prorok Codzienny”, ruszyła z miejsca przyspieszając przy tym kroku. No nie, tak być nie mogło, żeby upatrzona ofiara miała się Samowi Hopkinsowi wymknąć! Choćby nawet kosztem jeszcze większej zadyszki i konieczności opróżnienia kilku szklanek wody za jednym zamachem Artykuł! Miał do napisania artykuł i już sobie wyobrażał, jak będzie wyglądał!!! A ona mu tu psuła wizję, to niedopuszczalne, nie-do-pu-szcza-lne!!! Więc nie, nie dawał za wygraną, może jednak mu się uda wyszarpnąć parę niebacznie rzuconych słów, które to da się wykorzystać… - Ależ panno Bones, naprawdę nie zajmę pani dużo czasu – nalegał, dreptając za nią – Chciałbym tylko wiedzieć, czytelnicy zresztą też, jak to było naprawdę? Czy uczyniono wszystko, co można było, aby zapobiec tej tragedii na Beltane? Czy Ministra Jenkins zdawała sobie sprawę z zagrożenia? - Tak, nie zajmie mi pan czasu, bo nie będę z panem rozmawiać – skwitowała, jeszcze przyspieszając kroku – Zresztą nie mam na to czasu. - To może porozmawiamy później, kiedy panna będzie miała czas? Możemy się umówić w kawiarni i pani mi wszystko opowie! Wizyta na mój koszt! – zarzekał się, chwytając się chyba każdej możliwej opcji, żeby tylko osiągnąć swój cel. Co za uparta…! Jak można nie chcieć udzielić dziennikarzowi wywiadu; żeby to jeszcze była jakaś podrzędna gazeta! Ale nie, był reprezentantem samego „Proroka Codziennego”, już samo to powinno wzbudzać zainteresowanie wszelkie chęci do współpracy! Bones zatrzymała się gwałtownie, co obudziło promyk nadziei w sercu mężczyzny. Przekonał ją? Szybciutko uniósł pióro, żeby zapisać każde słowo, ale, ale… och, ten jej wyraz twarzy! - Panie Hopkins – kobieta cedziła każde słowo z osobna, najwyraźniej będąc już zirytowaną zabiegami o zdobycie choćby strzępu wypowiedzi do artykułu. A w zasadzie to jeszcze nie zaczął tak naprawdę wiercić dziury w brzuchu… Póki co prezentował raptem niewielką próbkę swoich możliwości! - Czy w tej waszej redakcji nie uczą was jakiejś kultury? Wydawało mi się, że wyraźnie powiedziałam, żebyś mi pan dał spokój, nie mam zamiaru rozmawiać ani z panem, ani z jakimkolwiek innym dziennikarzem, choćby nawet oferowano mi wszystkie skarby świata! - Ale nasi czytelnicy naprawdę są zainteresowani, co panna ma do powiedzenia! – wypalił, nie dając się zbić z pantałyku. Ani zostać z tyłu, bowiem brygadzistka niemalże natychmiast pokazała mu plecy, najwyraźniej uznając, że to jest koniec rozmowy. Albo raczej „rozmowy”, bo ciężko nazwać to dialogiem z prawdziwego zdarzenia, a co dopiero wywiadem, z którego mógłby ulepić artykuł! - Muszę dopełnić dziennikarskiego obowiązku i powiadomić czytelników, czy w Ministerstwie wiecie, co robicie! Kobieta niemalże zazgrzytała zębami. Z jej perspektywy – facet prosił się o guza, ale (nie)stety jednak nie mogła własnoręcznie nalać mu oleju do głowy. Zwłaszcza że jak by to wyglądało?! Już w wyobraźni widziała ten nagłówek z rodzaju „Brygadzistka atakuje niewinnego”, gdzie „niewinny” to dość dyskusyjna kwestia, bo sobie w końcu grabił, grabił i coraz bardziej grabił… Ale nie, nie upadła jeszcze aż tak nisko, żeby poprzestawiać komuś twarz tylko za to, że był niezwykle upierdliwy i nie rozumiał słowa „nie”. - Jestem pewna, że znajdzie pan lepszego rozmówcę niż ja – warknęła, zdecydowanie tracąc cierpliwość. Ale Hopkins nie byłby sobą, gdyby odpuścił w takiej chwili… Gorzej, gdyby w ogóle się nie odzywała, ale tak miał jakąkolwiek szansę na to, że uzyska jakie zdanie, nieopatrznie rzucone! - Ale was jest tylko czworo – niemalże wykrzyknął. Co za uparta! Czy naprawdę prosił o coś niemożliwego?! Tylko parę słów, których mógłby użyć w artykule! Co jest, nie był przecież smokiem ziejącym ogniem, który miał ochotę pożreć Bones w ramach przekąski poobiedniej! A ta się zachowywała, jakby chwila rozmowy miała wyrządzić jej jakąś krzywdę… nie rozumiał tego ni w ząb! - Naprawdę nie ma odpowiedniejszej osoby od pani!!! - Masz pan dwie, które nie stronią od dziennikarzy – wypaliła i uznając dyskusję za zakończoną, ruszyła dalej. W końcu nie spacerowała sobie po tej ulicy z zamiarem zwykłej przechadzki (lepszy od tego był las i ganiające czworonogi), tylko miała sobie znany cel. I nie, nie planowała zajmować się tym dłużej niż to było konieczne, a ten tutaj wciąż i wciąż najwyraźniej nie przyjmował do wiadomości, że „nie” oznacza „nie”; gorzej jak rzep, co się uczepił psiego ogona, żeby to go tak popieściło…! - No właśnie, nie stronią, już się pokazali, powiedzieli swoje, a pani opinia nadal pozostaje nieznana szerszemu gronu! Więc skąd czytelnicy mogą mieć pewność, że wszyscy Zimni zgadzają się co do aktualnej sytuacji politycznej? Czy Jenkins jest kompetentna? A może należałoby ją obarczyć odpowiedzialnością za Beltane? A może zawinił ktoś z jej kręgu? Panno Bones, tak się nie godzi trzymać czytelników w niepewności! - I co mam powiedzieć? Że w Ministerstwie wszyscy robią, co mogą, aby opanować sytuację? Wyjawić panu tajemnice? Chyba pan śni – prychnęła, chwytając za różdżkę. Nie, to, co planowała, nie było kulturalne, bynajmniej, ale miała też powyżej uszu tego upierdliwca, nie chciała też rozmawiać z jakimkolwiek dziennikarzem, więc… nie. Nie popieściła Hopkinsa zaklęciem, choć kusiło, i to mocno. Po prostu się teleportowała. Bez słowa ostrzeżenia, że coś takiego zrobi, a mężczyzna… … cóż, dziennikarz zdumiony zamrugał kilka razy, jakby nie potrafiąc do końca uwierzyć, że ktoś mu tak uciekł. Przecież ludzie zazwyczaj marzyli o trafieniu do prasy! O ile, oczywiście, nie obsmarowywało się ich na prawo i lewo, ale tutaj… wypowiadanie się na dany temat zwykle sprawiało, że czuli się nobilitowani i tak dalej. Pokręcił głową, dochodząc do wniosku, że trudno, musi się tym razem obejść smakiem, ale, zaraz, co ona takiego powiedziała…? ─── ・ 。゚☆: *.☽ .* :☆゚. ───
Następnego dnia w Proroku ukazał się artykuł, w którym padło zdanie „Panna Mavelle Bones, która trafiła do Limbo, uważa, że w Ministerstwie wszyscy robią, co mogą.” Bones, gdy tylko się zorientowała, iż dziennikarz w ostatecznym rozrachunku – w pewnym sensie – postawił na swoim, tylko przewróciła oczyma, posłała gazetę na stos do spalenia i po prostu o tym zapomniała…… bo jednak nie sądziła, żeby koniec końców ten tekst miał wywrzeć jakiś wpływ na jej życie. Koniec sesji
|