![]() |
|
[27.06.1972] Sanity I need for today - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [27.06.1972] Sanity I need for today (/showthread.php?tid=2623) |
[27.06.1972] Sanity I need for today - Ambrosia McKinnon - 04.02.2024 Rosie siedziała po turecku na krześle ustawionym za ladą lokalu bratowej i obserwowała Persephonę leniwym spojrzeniem, kiedy ta kończyła właśnie opowiadać historię jednego z posiadanych przedmiotów jakiemuś klientowi. Mężczyzna wydawał się całkiem podekscytowany, chociaż trzeba było mu przyznać, że starał się przynajmniej pozornie trzymać emocje na wodzy, ale McKinnon widziała, jak uśmiecha się czasem, albo gestykuluje zbyt zamaszyście, ledwo trzymając ręce przy sobie. Zawsze fascynowało ją trochę, jak wielki wachlarz osobistości przewijał się przez uliczki i lokale Śmiertelnego Nokturnu, począwszy na książkowych wręcz typach spod ciemnej gwiazdy, którzy przypadkiem chyba tylko wypełzli z Podziemnych Ścieżek, a kończąc na osobach, które roztaczały dookoła sobie wręcz pluszową energię i pasowały do ponurej atmosfery jak pięść do nosa. Co było całkiem zabawne, biorąc pod uwagę, że tak bardzo często kończyły wizytę na tej ulicy - w którymś z zaułków, z rozkrwawioną twarzą lub innym obrzydliwym zaklęciem. Blondynka podniosła głowę, do tej pory złożoną na dłoniach opartych na blacie, kiedy wreszcie drzwi skrzypnęły, a jegomość znalazł się za nimi. Ostatni klient dnia znalazł się na ulicy, a zamek szczęknął, kiedy właścicielka zamknęła go, kończąc na dzisiaj działalność. Uśmiechnęła się do Perse, prostując się na krześle, wyraźnie wyrywając z marazmu, który ogarnął ją, kiedy słuchała jeszcze chwilę wcześniej prowadzonej w lokalu rozmowy. - No, więc w lipcu mnie nie będzie i dlatego trochę boję się, że Hades mi zdewastuje gabinet jak mnie nie będzie, nawet jak obiecał, że tego absolutnie nie zrobi. Krótko, może tydzień, dwa, ale wszystko jeszcze wyjdzie w praniu. Dlatego jakbyś zajrzała może parę razy, to bym była wdzięczna, bo ty wiesz jak go ustawić. Z mamą to się tylko niepotrzebnie pożre o jakieś głupoty. RE: [27.06.1972] Sanity I need for today - Persephona Degenhardt - 15.02.2024 Byłaś już zmęczona tym dniem, tymi nudnymi osobami. Czasami zdarzało ci się gościć kogoś ciekawego, ale ty nie lubiłaś ludzi. Wolałaś często przebywać w samotności niż w towrzystwie tych nudnych, podekscytowanych osób. Ostrzegałaś, że większość tych przedmiotów ma tak mroczną przeszłość, że nie zdołałaś z nich ściągnąć klątwy, ale oni i tak je zabierali, i tak je kupowali, a potem wracała do ciebie zapłakana rodzinka, że naraziłaś ich ukochaną osobę na jakiegoś złośliwego pecha. Miałaś sporo kłopotów przez ten biznes, ale był on dla ciebie mimo wszystko remedium na tęsknotę za Hadesem, który nadal nie mieszkał z tobą, który nadal miał łatkę uciekiniera, bo zamiast znaleźć dla was miejsce mieszkał na kanapie u siostry. Megajra siedziała na zapleczu i bawiła się swoimi lalkami, miała tam wszystko czego potrzebowała. Książki odpowiednie dla jej wieku, kilka z nich niekoniecznie były pierwszej moralności, ale nie przejmowałaś się. W twojej rodzinie nie ograniczało się wiedzy, a woja córka musiała wiedzieć o świecie wszystko, więc pozwalałaś jej bawić się w zaklinaczkę, w osobę, która była podła, bo świat również był podły. W końcu drzwi zostały zamknięte, zamek szczęknął, witrynka została zapieczętowana przed kradzieżami, a ty oparłaś się o blat biurka i spojrzałaś na swoją siostrę jak czasami ją nazywałaś. Nie będzie jej, zmrużyłaś lekko oczy jakbyś bez słów pytała dlaczego. Czasami się o nią martwiłaś, często chciałaś ją chronić, ale nie byłaś w tym tak toksyczna jak twój mąż. Wiedziałaś, że Hades raczej nie będzie zadowolony, ale z drugiej strony czułaś, że mógł zdewastować jej mieszkanie, więc rozumiałaś jej obawy. – Oczywiście, nie ma problemu, mogę tam często wpadać. Będzie miał za to spokojną przestrzeń, aby prosić o wybaczenie swoją córkę – uśmiechnęłaś się zdecydowanie zbyt podle. Potem sięgnęłaś po kilka rzeczy, które miały ci pomóc w zrobieniu świeczek dla Ambrosi oraz kadzidełek. – W jakim kolorze chcesz te świeczki? I jaki zapach kadzidełek cię interesuje? – mogłaś dla niej zrobić wszystko, prawda? RE: [27.06.1972] Sanity I need for today - Ambrosia McKinnon - 16.02.2024 - Jadę do Francji - oznajmiła, wyłapując w spojrzeniu Persephony pytanie, które nie musiało wybrzmieć w mowie. Rosie znała to spojrzenie; zwyczajnie nauczyła się reagować na wszystko to, co zostawało w osobie jej siostry niedopowiedziane. - Zdecydowałam, że należą mi się małe wakacje. Odpocznę na wiosce, pojeżdżę wozem i pogram sobie w karty. Wygrzeję się promieniach lipcowego słońca, zamiast patrzeć jak angielska pogoda płata figle - uśmiechnęła się nawet leciutko, kiedy to mówiła. Początek czerwca był ładny i obiecujący, ale potem przyszły chmury, które co jakiś czas przysłaniały słońce. - No i chciałam porozmawiać z Alexandrem w cztery oczy. - powiedziała jeszcze, niby nie spuszczając z energicznego tonu, jednak dało się wyłapać, jak do tonu zakrada się odrobina wstydliwości. Czasem czuła się zwyczajnie głupio, kiedy miała czas złapać chociaż krótki oddech i zastanowić się nad tą relacją. Albo raczej czuła się zażenowana tym, jak niektórzy mogli na to patrzeć. Tak samo jednak jak wzbraniała się przed rzuceniem imienia Mulcibera w rozmowie z Hadesem, tak nie miała z tym większego problemu przy jego żonie. Podejrzewała, że Persephona już dawno zorientowała się, że Rosie gra w jakąś grę, długodystansową i skomplikowaną, ale też taką na której niezwykle jej zależało. Nie chodziło tutaj tylko o miłość życia, bo ich uczucie wydawało się szorstkie i wzburzone niczym wzbierające przed burzą morze. Chodziło o wywiązanie się z obietnic i przepowiedni, których nawet złamane serce nie mogło unieważnić. - I syna - dodała, chociaż nie była pewna czy mały Charon w ogóle był w stanie stanąć przed tak karkołomną decyzją jak wybaczenie ojcu. Chociaż w sumie jakiemu ojcu, skoro pewnie prędzej by tym mianem określił Stanleya, swojego chrzestnego. - Hmm... coś lekkiego? Jest lato i pewnie jeszcze dogrzeje nam okropnie, więc ładnie by to kontrastowało z ogólną atmosferą ciepłoty i wilgoci, bo przecież na pewno będzie i gorąco i będzie padać - wyjaśniła, grzebiąc pod ladą za kartką papieru i piórem. - A kolor... jest mi wszystko jedno. Najlepiej coś ciemnego w odcieniu. Czarne, czerwone, zielone... - a potem zaczęła coś rozrysowywać na wyciągniętym świstku papieru. - Będę miała do ciebie jeszcze jedną prośbę, ale to nic pilnego. Odebrałabym po powrocie. Zaraz ci rozrysuję... |