![]() |
|
[31.07.72, wieczór] Z bratanicą dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [31.07.72, wieczór] Z bratanicą dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu (/showthread.php?tid=2688) |
[31.07.72, wieczór] Z bratanicą dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu - Brenna Longbottom - 13.02.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz tajemnic IV Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Brenna po powrocie do Warowni z Nokturna, a konkretnie z podziemnych ścieżek, miała ochotę po prostu paść na łóżko i iść spać, najlepiej na najbliższy rok, licząc, że może w tym czasie wszystkie problemy same się rozwiążą. Planowała natomiast coś zupełnie innego - czyli najpierw dać kuzynce wyleczyć twarz, a potem wpaść do Dory i poprosić o pomoc w poszukiwaniu informacji o mitycznych wyspach, a także stworzeniach i zaklęciach mogących sięgnąć cudzego strachu i pragnień. Dora wiedziała o magii znacznie więcej niż Brenna, może będzie w stanie pomóc? Zamiast tego jednak usłyszała z pewnym zdziwieniem o orkiestrze, o trzynastolatkach pukających do progu, o wielkim ciastku, pokrytym słodkim lukrem, o długach w jakimś burdelu i o pogróżkach wobec Morpheusa. Zostawiła mu więc na biurku liścik, a potem poszła przebrać się z ubrań, które przesiąkły nieprzyjemnymi woniami Nokturna i wciąż szybki prysznic. I bardzo, bardzo starała się myśleć wyłącznie o dziwnych wyspach i mrocznej magii, a nie o tym, że Heather uszkodziła sobie nogę, i jakim cudem pewien auror aportował się dokładnie na Nokturnie, i czy przypadkiem jak pójdzie pokazać tę obitą twarz kuzynce, nie powinna przy okazji prosić o sprawdzenie, czy na pewno nie ma żadnych klątw albo, ehem, ehem, magicznych więzi do przerwania. Ale odpowiedź sprawiła, że ostatecznie Brenna nie poszła ani do Danielle, ani do Crawleyówny. Zamiast tego, z wciąż wilgotnymi włosami, i policzkiem, który przybrał wyjątkowo twarzowe odcienie fioletu i czerwieni, wparowała prosto do pokoju wujka. Z accio na ustach. - Sprawdziłeś chociaż, czy na pewno czegoś do tego nie dodano? - zapytała, chwytając porwane magią ciastko i spoglądając na nie podejrzliwie, spod zmarszczonych brwi. – Kiedyś ktoś przysłał… komuś czekoladki z całym wiadrem amortencji w środku – powiedziała, nie chcąc przyznawać, że chodziło o Derwina, bo wymawianie jego imienia byłoby tutaj bardzo złym pomysłem. – Oboje wiemy, że możesz zjeść najwyżej jedną trzecią – oświadczyła, wkraczając do pokoju i odkładając ostatecznie to ciastko z powrotem na biurko tego, który nie bał się nawet bogów i chyba był bliski zapadnięcia na śpiączkę cukrzycową. Ale chyba się powstrzyma, prawda? Nie był dzieckiem. Nie był, prawda? Nie musiała mu tego ciastka tak naprawdę zabierać przemocą, bo to byłoby bardzo niegrzeczne i niepotrzebne? – Jest ktoś, kto mógłby zrobić ci taki durny dowcip? – spytała prosto z mostu, bo zwyczajnie się m a r t w i ł a. Gdyby to był ktoś, kto Morpheusa dobrze znał lub naprawdę lubił i chciał się tylko powygłupiać, nie przesyłałby mu ciastek. Może to ciastko było pogróżką. Na dodatek do tej karteczki. Wolała więc wybadać, na ile sprawa jest poważna i czy na listę rzeczy do zrobienia powinna wpisać także szukanie nadawcy dziwnej wiadomości. Translokacja RE: [31.07.72, wieczór] Z bratanicą dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu - Morpheus Longbottom - 13.02.2024 Brenna zastała wujka siedzącego na swoim fotelu, z kostką lewej nogi opartą o kolano prawej, stukającego kciukiem o dolną wargę. Ze marsem na czole wpatrywał się w miejsce, którego magicznie zabrała ciasto, czyli stolik obok fotela. Mężczyzna trzymał widelczyk do deserów w zaciśniętej pięści opartej o podłokietnik. Napięcie zdradzały głównie zbielałe kości na jego knyciach oraz zacięty wyraz twarzy. Był tak głęboko zamyślony, że dopiero głos bratanicy wyrwał go z zadumy. Nie wyglądał, jak ktoś, kto nie boi się bogów. Raczej jak ktoś głęboko strapiony własnymi decyzjami życiowymi. Ciasto nie zostało napoczęte, ale nie wyglądało już tak pięknie, jak na początku tego dnia. Lukier i śmietaną rozpływały się bez lodówki, cała konstrukcja chybotała się i rozjeżdżała, trzymając się jedynie na słowo honoru cukiernika, a dodatkowe accio sprawiło, że górna warstwa biszkoptu spadła z kremu na brzeg talerza, na którym leżał deser. Dzień w słońcu i poza chłodzeniem zdecydowanie nie służyły wypieków i z napisu ciężko już było odczytać, o co właściwie chodzi, jeśli nie znało się treści.To, co trafiło w ręce Brenny już straciło całkowicie swoje apetyczne walory i wydawało się przecukrzonym monstrum. — Nawet nie spróbowałem. Nie chcę tego jeść, tym się nie przejmuj. Przemawiała przeze mnie brawura, ale policzyłem, że nawet z magicznymi eliksirami, po takim skoku na własne zdrowie, mógłbym nie pojawić się na potańcówce. A bardzo chcę iść. Bardzo długo ważył swoje przypuszczenia. Mógł to być jakiś zazdrosny kochanek Ambrosii, który dostrzegł coś, czego nie powienien podczas ezoterycznej konsultacji Morpheusa z właścicielką Ataraxiii na Nokturnie. To pasowało, jednak było półtora miesiąca temu, w rzeczone urodziny. Musiał to być ktoś, kto znał ten detal z jego życia. Wątpił, aby to był zazdrosny Neil, nie miał powodu, w końcu Morpheus postawił sprawę ich relacji jasno. Słowa słowami, ale może przecież chciał odstraszyć... Kogo? Jego myśli popłynęły ku Septimie i tego, że nie chciał, aby pomyślała, że chodzi do burdeli, nawet jeśli to, co wyprawiał, niewiele się różniło, po prostu nie płacił za usługę, a poddawał się chwili. To samo przecież. W końcu też była jedna rzecz, na którą padł wzrok Morpheusa. List od Vakela, ułożony nadal w przegródce z nieodpisanymi wiadomościami, chociaż zdecydowanie wysłał mu wyjca. Zrobił to na trzeźwo. Trzeźwo i głupio. No, prawie trzeźwo, na dodatek pod impulsem rozmów nad bimbrem z Norą i Erikiem. — Czy będzie dla ciebie dużym zaskoczeniem, jeśli powiem, że wydaje mi się, że jest to związane z ostatnią paniką o końcu świata? RE: [31.07.72, wieczór] Z bratanicą dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu - Brenna Longbottom - 14.02.2024 - Sądząc po twojej minie, stoczyłeś ze sobą prawdziwą bitwę - stwierdziła Brenna, spoglądając to na Morpheusa, to na ciastko. Jej nie kusiło jakoś specjalnie - pewnie dlatego, że była okropnie rozpieszczona smakołykami Nory, a i po tylu godzinach przysmak nie prezentował się już tak apetycznie, jak jakiś czas temu. Postanowiła pominąć dyplomatycznym milczeniem, że zasadniczo do potańcówki zostało parę dni i Longbottom zapewne doszedłby do siebie po zjedzeniu tego ciasta. Wolała, żeby go nie ruszał. I żeby ktoś je sprawdził odpowiednim zaklęciem, czy na pewno niczego do niego nie dodano. - Cieszę się, że chcesz iść. I mam nadzieję, że ci się spodoba - powiedziała. Bardzo chciała, żeby, do licha, bawili się dobrze chociaż przez chwilę. Tak dla odmiany wobec tych wszystkich razów, gdy prosiła, żeby schodzili z nią na Nokturn, wybierali się na podejrzane wyspy albo gdzieś się włamywali. – Zabrać to, żeby nie wodziło cię już na pokuszenie? - zapytała, wskazując przy tym na talerzyk. Zmarszczyła lekko brwi na ten "koniec świata". Tak naprawdę Brenna trochę to przegapiła – wiecznie ktoś wróżył koniec świata, zwłaszcza po Beltane, gdy Voldemort wdarł się do limbo. Słyszała już szepty o gniewie bogów, o tym, że widma rozplenią się z Kniei na cały świat, a nawet uwagi, że rośliny jakoś dziwnie zaczęły się zachowywać. Kilka dodatkowych plakatów umknęło jej uwadze. Wprawdzie jacyś młodsi Brygadziści rozmawiali o tej sprawie, ale Brennę wysyłano raczej do sprawdzania włamań, pobić, morderstw niż do spraw związanych z końcem świata – może z obawy przed tym, że niechcący taki sama sprowadzi, jeżeli już zamieszać ją w temat nadchodzącej apokalipsy. Nie słyszała też o sympozjum Vakela. Nie negowała jego talentu, ale nie miała ani czasu, ani siły na interesowanie się występami naukowymi kogokolwiek, kto nie był jej dobrym znajomym. – Mówiąc szczerze, tak, trochę mnie to zaskakuje – stwierdziła, zajmując najbliższe miejsce, w którym mogła usiąść, bo zanosiło się, że rozmowa jednak chwilę potrwa. Zwłaszcza, że chciała jeszcze zrelacjonować mu po krótce, czego dowiedziała się o wyspie. – Mam podobno bardzo bogatą wyobraźnię, ale trudno mi znaleźć związek między elementami takimi jak ciastko z lukrem, śpiewający trzynastolatek i koniec świata. Czy powinnam się martwić, że ktoś naprawdę ci grozi, iść go szukać i skopać mu tyłek, czy to jednak jest jakiś durny dowcip? – zapytała wprost. Nie chciała naciskać na pełne wyjaśnienia, jeżeli wujek nie wpakował się w żadne kłopoty, ale sytuacja… no, była co najmniej dziwna. RE: [31.07.72, wieczór] Z bratanicą dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu - Morpheus Longbottom - 20.02.2024 — Mam jeden trop, kogoś, kto wrócił do mojego życia kilka dni temu... może nie wrócił. Ale... ponownie zaistniał i mogę go podejrzewać, wolałbym jednak, żebyś to sprawdziła, w wolnym czasie oczywiście. Kto zamówił ten tort. I naciskam na wolny czas. To nic poważnego, poza kilkoma plotkami, które zaraz umrą, bo na potańcówce na pewno coś się wydarzy. Wiesz, jak to jest ze stodołami i sianem — Zaśmiał się milcząco, tylko drgnienie powietrza wypuszczane przez nos, co w porównaniu do jego pełnego okazywania radości zabrzmiało nieco żałośnie i niesamowicie smutno. Odłożył swoją broń, trzymany na sztorc widelec. Pokręcił głową na pytanie, czy Brenna ma zabrać tort. Zamiast tego wziął go z jej rąk, podszedł do otwartego okna, sprawdził, czy nie ma nikogo i zamachnął się z całej siły, wyrzucając go na trawnik. Nie usłyszeli miękkiego, pełnego wyrzutu plaśnięcia, ale widzieli piękny, kremowo-różowy kwiat śmietany z talerzem w centralnej części, który jakimś cudem nie pękł od zderzenia z nieco przydługawym trawnikiem. Czarodziej z zadowoloną miną wpatrywał się w cukierniczego denata, by wrócić na swój fotel, jak gdyby nigdy nic. — Wiem, że nie interesują cię romanse i cała ta otoczka związków, ale powiedz mi, Brenna. Co byś zrobiła, gdy ktoś, kogo nienawidzisz resztkami swojego serca, kto jest przyczyną cierpienia, kto jest dawną miłością, wysyła ci list, który zdecydowanie mówi o uczuciach, jakie jeszcze mogą istnieć? — Morpheus wyglądał na zażenowanego sobą, jakby fakt, że jego słabość ma świadka, dogłębnie go przerażała. Ogromny wstyd spłynął na niego i sprawił, że uszy stały się czerwone, a mina zacięta, prawie jakby miał stanąć do boju, a nie przed prawdą o swoim życiu. Oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach. — Ostatnie, czego potrzebujesz to problemy z moim skomplikowanym życiem romantycznym. Zignoruj ten tort. Chociaż w duchu chciałbym, żebyś mu skopała tyłek. Męski zaimek wybrzmiał nieco pusto w głosie czarodzieja, ciszej. Chociaż bliżej mu było do dzieci swojego rodzeństwa, niż do tego samego pokolenia, to nadal został wychowany w innym świecie, świecie przeżartym ideami męskości, przez większość jego życia afekcja do tej samej płci w zaciszu domostwa stanowiła wykroczenie według prawa, a nawet teraz, zalegalizowana w strefach niepublicznych, nie istniało przyzwolenie społeczne, nie w sferach, w których żyli. Morpheus był za stary na wstyd, a jednak on nadal w nim żył, powód zgnilizny, jaka go toczyła. RE: [31.07.72, wieczór] Z bratanicą dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu - Brenna Longbottom - 21.02.2024 - Pewnie. Zresztą obawiam się, że w Biurze niektórzy mogliby się zdziwić, że postanowiła rozpocząć oficjalne śledztwo w sprawie ciastka... to znaczy... no dobrze, tak naprawdę to nikt by się nie zdziwił, ale uznaliby mnie za dwa razy bardziej walniętą niż uznają do tej pory, więc chyba jednak wolę postawić na wolny czas - powiedziała Brenna. Nie usiadła, ale podparła się lekko o najbliższe krzesło czy biurko i obserwowała, jak wujek idzie wyrzucić to ciastko za okno. - A w tej stodole, obiecuję, nie znajdziesz ani odrobiny siana. Nie to, że nie załapała, o czym naprawdę mówił... Nie próbowała go powstrzymać, skoro miało mu to przynieść satysfakcję, chociaż odnotowała sobie, żeby zejść potem na dół i usunąć je magią, zanim do resztki smakołyka postanowią dobrać się psiaki. - To nie tak, że nie interesują. Obawiam się, że uwielbiam mieszać się w cudze - stwierdziła, a kąciki ust drgnęły jej odrobinę, bo tak jakby knuła różne rzeczy apropos Franka i Alice, i swego czasu Cameron dostał od niej bilety do wesołego miasteczka. - Ja po prostu w dowolnej książce byłabym nie bohaterką romansu, a tą przyjaciółką głównej bohaterki, która stoi obok, kiedy główny bohater prosi ją do tańca - rzuciła, trochę żartobliwie (a trochę na poważnie, bo zasadniczo to była prawda: jej charakter, zajęcia i to, jakie dziewczyny kręciły się w pobliżu sprawiały, że tak przedstawiała się sytuacja). Oczy pozostały jednak uważne, bo w tonie Morpheusa pobrzmiewało coś smutnego. - Hm... - mruknęła. Nie odpowiedziała od razu: zdawała się naprawdę zastanawiać nad odpowiedzią, może szukając właściwych słów, a może próbując postawić się w takiej sytuacji. Czy ona w ogóle kogokolwiek nienawidziła - poza Voldemortem, śmierciożercami i Borginami, przy czym z tych ostatnich jedynie niektórych i to za czyhanie na życie jej rodziny? - Postarałabym się zareagować tak, żeby mógł jasno stwierdzić, ponad wszelką wątpliwość: nie jest już w stanie mnie poruszyć, nie ma tu ani miłości, ani nienawiści, jest tylko wspomnieniem, które już nie wywołuje żadnych emocji, cieniem, echem i nic a nic mnie nie obchodzi - stwierdziła w końcu z pewnym namysłem, a potem posłała wujowi promienny uśmiech. - Oczywiście, gdyby chodziło o mnie, bo jeżeli chodzi o ciebie, to bardzo chętnie skopię mu tyłek. Czy wyłapała ten zaimek? Prawdopodobnie. Ostatecznie była gliną. Ba, możliwe, że zrozumiała nagle, że to może być jeden z powodów, dla których Morpheus nigdy nie znalazł żony - że nie chodziło tylko o poświęcenie się pracy. Czy ją zaskoczył? Czy zdało się jej to odrobinę dziwne? Czy potem miała nad tym wyznaniem myśleć? Być może. Longbottomowie byli jedną z najbardziej postępowych rodzin czystej krwi, ale świat czarodziejski był bardziej konserwatywny niż mugolski, a przecież i w tym nie tak dawno temu takie związki były nielegalne. W ich rodach ważna była kwestia dziedzictwa, i nie bez powodu nikt nie przyznawał się do takich rzeczy głośno. Ale on był jej wujem, kochała go i przecież nic się nie zmieniło. Nie tak naprawdę. Nie chciała, by czuł, że ma się czego przed nią wstydzić. RE: [31.07.72, wieczór] Z bratanicą dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu - Morpheus Longbottom - 22.02.2024 — Rzecz w tym, że... — wyciągnął nogi przed siebie i zaczął bawić się łańcuszkiem z czasozmieniaczem, który błyszczał złoto pod jego palcami. Na co dzień Morpehus nosił wisiorek ukryty pod ubraniem, tak że jedynie błysk przy kołnierzyku zdradzał obecność łańcuszka lub mieszał go z innym wisiorkiem, krótszym, tak jak robili to modni naśladowcy tak zwanego stylu boho, trzymając bezcenną zawieszkę z klepsydrą pod ubraniem. Rzadko ruszał się bez tego drobiazgu z domu i pilnował go tak samo mocno, jak sekretu o jego istnieniu. — Rzecz w tym— powtórzył, nie patrząc na Brennę, jakby był zawstydzony dziecinnością swoich uczuć. — Minęło... Dwie dekady, minęły dwie dekady, a ja nie mogę się uwolnić od poczucia straty i... Wiesz Brenno, ja bardzo mocno kocham życie i rodzinę i znajomych i to trwa, trwa. Ostatnio powiedziałem komuś, kto wyznał mi uczucie, że to minie, bo nie umiem się poświęcić dla drugiej osoby. Podszedł do swojego biurka, wyraźnie niespokojny. W tym momencie bardzo było widać różnicę pomiędzy dwójką Longbottomów, tragicznym myślicielem, który analizował za dużo i zadaniową Brenną. Imponowała mu tym bardzo, precyzją swoich analiz oraz skrupulatnością w weryfikacji faktów. Nieustraszona, brnęła w najtrudniejsze miejsca, ale nie w ślepej głupocie. Chociaż jak każdy Longbottom, została skażona pewnego rodzaju brawurą, nawet Morpheusa to dotknęło, to wuj widział bardzo dokładnie mechanizmy, którymi czytała ludzi. On wiedział, bo używał Trzeciego Oka. Ona wiedziała, bo świat wystawił całe jej życie na próbę i złożył na barkach zbyt duży ciężar. Wyjął pierwszą lepszą talię kart z brzegu i przejrzał je. Nie tasował, a koszulki znajdowały się od strony dłoni, tak że widział ilustracje. Wyciągnął sześć kielichów i podał je Brennie. Karta przedstawiała dwójkę dzieci, bawiącą się szczęśliwie w ogrodzie. Malunek był z tego bardzo szczegółowych, na dodatek ręcznie malowanych, o drobnych detalach i wykwintnych obrazach zaklętych, tak że poruszały się na kartonikach. Nie używał jej zbyt często. — To jest doskonałe podsumowanie mojego problemu. Wspominam piękno, ale zapominam, jaki to był koszmar. Jaki to byłby koszmar teraz. Nie popełniaj takich porażek miłosnych jak ja, Brenno. RE: [31.07.72, wieczór] Z bratanicą dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu - Brenna Longbottom - 25.02.2024 Brenna była człowiekiem zadaniowym, i sama mówiła, że nie ma w sobie za grosz ani romantyzmu, ani dramatyzmu – że jest boleśnie wręcz przyziemna, by nie użyć słowa, którym z pewnością określiłoby ją wielu: nudna. Niestety, chociaż mogłaby błyskawicznie opracować plan działania odnalezienia nadawcy tortu, rozmówienia się z nim i zagwarantowania, że nigdy więcej nie będzie niepokoił wujka, choćby miała wypowiedzieć temu człowiekowi regularną wojnę – nie umiała zrobić już niczego, aby Morpheusa od tych uczuć uwolnić. Aby faktycznie mu pomóc. Rozbicie nosa Vakelowi (którego imienia rzecz jasna Brenna nie znała, a przynajmniej w tym kontekście) nijak nie rozwiązałoby jego problemów. Przyjęła kartę od Morpheusa i obróciła ją w dłoniach. Szóstka Pucharów. Nie znała tarota dostatecznie dobrze, by w pełni pojąć jej znaczenie: zapatrzenie w przeszłość. Życie wspomnieniami. Początek związku. Niewinność i szczerość. Dopóki jej nie odwrócisz, oczywiście. – Czy naprawdę straciłeś jego, czy tylko złudzenia? – zapytała, przypatrując się sześciu kielichom i dzieciom poruszającym się na karcie. Morpheus brzmiał, jakby gdzieś w nim tkwiły żal i cień dawnej miłości, ale i ogrom nienawiści: nie nienawidzi się kogoś, z kim mogłoby się zbudować naprawdę szczęśliwy związek. Już pomijając nawet fakt, że skoro był to mężczyzna, dla tego związku musieliby poświęcić wiele, jeżeli nie wszystko. Pozycję społeczną, reputację, być może pracę, bo ludzie w Anglii nie byli na tyle postępowi, by nagle Morpheusa nie zaczęto pomijać przy awansach, konferencjach i co ciekawszych wyjazdach badawczych, bo ktoś nie chce z nim współdziałać. Pewnie część rodziny nawet, bo trudno było przewidzieć reakcje ludzi w konserwatywnym, angielskim społeczeństwie. Zwłaszcza te dwadzieścia lat temu. – Nie jesteś potrzebny swojej przeszłości, przyszłości za to bardzo – stwierdziła, wyciągając ku niemu kartę. – Skoro to ją widzisz, patrz w nią, i szukaj tego, kto jest przed tobą, nie za tobą. To najlepsza rada, jaką mogę ci dać, Morpheusie – westchnęła, zapewne sama świadoma, że w istocie jest to rada raczej kiepska. Było to prawie zabawne, że rozmawiała o tym z trójką… a właściwie to z czwórką osób w ciągu zaledwie kilku tygodni, gdy chyba była najbardziej beznadziejną osobą do udzielania porad dotyczących miłości. Uśmiechnęła się lekko, kiedy poprosił, by nie popełniała podobnych porażek. – To chyba rzadko jest czyjś wybór, ale myślę, że podobna mi nie grozi. Ona popełniała swoją własną, i to całkiem świadoma, że to robi, niestety: choć przyczyna była podobna, serce niezbyt chciało słuchać rozumu, a rozmiar porażki mógł być jeszcze większy, bo nie odpowiadała tylko za siebie. RE: [31.07.72, wieczór] Z bratanicą dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu - Morpheus Longbottom - 28.02.2024 — Mylisz się, Brenno. Miłość jest wyborem. Nie bierze się z niczego, z powietrza. Kochać to aktywnie decydować, że wybiera się tę drugą osobę. Decydując się na wzrastanie u czyjegoś boku. Są oczywiście namiętności, obsesje, ale to, co idzie za zwykłym zauroczeniem, to właśnie ten wybór. Znam siebie samego i uważam, że nie jestem odpowiednią osobą, aby trwać w związku, dlatego w nie nie wchodzę. Miłość jednak jest dobra. Nie odmawiaj jej sobie, tylko dlatego, że myślisz, że to zauroczenie to za mało — tak pokrętnie myślał o miłości, zwłaszcza w swoim kontekście. Zaprzeczał sam sobie. To jedno uczucie całkowicie komplikowało się w jego głowie. Kochał zbyt mocno i intensywnie, więc odrzucał to daleko, przecież nie umiał kochać. Tylko pożądał. Przegniłe uczucia. Morpheus Longbottom był wymagającą istotą. Nierozsądny, czasami okrutny w uczuciach, całkowicie samolubny. A jednak, gdy kochał, stawał się sługą. Kolorem miłości i gniewu był czerwony. A on kochał Vakela jak Ikar kochał słońce. Kiedy jednak zadawał sobie pytanie, bolesne, co powiedziałyby ich ciała, gdyby zetknęły się na nowo, odpowiedź zdawała się boleśnie prosta i prawdziwa. Nic. Po tylu latach byli całkowicie obcymi ludźmi, którzy wybielali przeszłość i wybierali te wspomnienia, które zostały wybielone wątłością ludzkich wspomnień, z filtrem hipisowskich, różowych okularów w kształcie serduszek. Młodzieńcza radość stawała się patyną, skrywającą bolesną rzeczywistość, w której kryło się dużo cierpienia, również zadawanego samemu sobie. Mówili, że ocenia się osobę po tym, jak mówi o swoich przeszłych partnerach. Longbottom tylko o jednym mówił w sposób nacechowany nienawiścią, bo miłość i gniew mają ten sam kolor. Zapalił świeczkę, której używał do lakowania co ważniejszej korespondencji, a gdy ogień zapłonął na dobre, stabilnie, z przegródek sekretarzyka wyciągnął niepozorny list. Przystawił go do ognia, a następnie podniósł na wysokość swojej twarzy. Ogień zdawał się być opozycją mężczyzny, nie pasował do niego, chyba że błyszczał w jego oczach, czyniąc z nich spektakl brązowo-miodowych przebłysków. W spojrzeniu nie było satysfakcji, którą zwykle wyrażał, która towarzyszyła mu w momencie rzutu ciastem przez okno. Teraz zaciętość przypominała kogoś, kto kończy rozdział żmudnej pracy i pojawia się w nim ulga, że to już ostatnie litery i ostatnie znaki w akapicie, nim odda je do korekty. Zdawał sobie sprawę, że to jeszcze wróci, ale już tylko do poprawy. Zmiana szyku zdań, pogodzenie się z emocjami. W przeciwieństwie do Dolohova, zamierzał być cywilizowany. — Nie szukaj nadawcy ciasta, nie chcę wiedzieć. Normalnie bym się nie przejął sytuacją, ale jeszcze do końca... zakładam, że wszyscy nie jesteśmy do końca w dobrym miejscu emocjonalnym, a jeśli to rzeczywiście on... To nie będzie lepszej kary, niż zignorowanie go. List, w którym Vakel opisywał swój sen, pożerały płomienie, a czarodziej czekał, aż ogień zetknie się z opuszkami jego palców, by ugasić ostatni kawałek, narożnik, za który go trzymał, do wosku świeczki, by ten zaraz zajął się ponownie i dezintegrował wiadomość doszczętnie. Na pewno nie należał do egzaltowanego celebryty z manią wyższości. Nie należał do nikogo. — Wybacz, kochanie, że cię tym obciążyłem — ucałował bratanicę w czoło. — Nie martw się mną, a gdy będę potrzebował pomocy, poproszę. RE: [31.07.72, wieczór] Z bratanicą dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu - Brenna Longbottom - 29.02.2024 - Tu chyba się nie zgodzimy. Gdyby była wyborem, nie mielibyśmy tylu nieszczęśliwych zakochań i niezgodnych małżeństw, i nie powstałyby te wszystkie tragiczne dzieła miłosne: przecież wystarczyłoby pstryknąć palcami i uczucie do tej niewłaściwej osoby by minęło jak sen złoty, za to pokochałbyś kogoś odpowiedniego. Uczuć nie wybieramy, wyborem jest tylko, co z nimi zrobimy – skwitowała Brenna, uśmiechając się lekko do wuja. Nie skomentowała ani słów o tym, że nie uważa, by był dobrą osobą do trwania w związku - nie mogła tu wyrokować, zwłaszcza że patrzyła na Morpheusa przez okulary rodzinnego uczucia, ani o tym, że nie powinna sobie miłości odmawiać – nie wszystko jest dla każdego, powiedział całkiem niedawno Frank Longbottom i utkwiło to Brennie w głowie. Niektórym ludziom pewne rzeczy nie były pisane. Jej na przykład za to pisana była bez wątpienia szybka śmierć. Obserwowała w milczeniu, jak Longbottom palił list. Nie pytała: ani o nadawcę, ani o jego treść, bo ta historia zdawała się wciąż dręczyć Morpheusa i Brenna pozostawiała mu decyzję o tym, co i ile chce powiedzieć. A i tak powiedział jej całkiem sporo. Ten gest zaś, choć może błahy, miał pewne symboliczne znaczenie – w końcu mężczyzna ciskał w ten ogień nie tylko papier, ale i wspomnienia i uczucia. Oby obróciły się w popioły i pozwoliły mu ruszyć dalej. – W porządku, nie będę. Przynajmniej na razie – podkreśliła, bo kolejne takie występy już na pewno sprowokowałyby reakcję Brenny. Nie chciała drążyć wbrew woli wuja, ale jeżeli ten tajemniczy ktoś postanowiłby kontynuować walkę, to mógł spodziewać się bezpardonowej wojny. Uśmiechnęła się znowu, kiedy Morpheus ucałował ją w czoło i na moment oparła dłonie na jego przedramionach, spoglądając mu w twarz. – Nie można obciążyć kogoś, kto cię kocha, powiedzeniem mu, co leży ci na duszy – oświadczyła, z odrobiną hipokryzji, której chyba sama sobie nie uświadamiała. A może tylko uświadomić sobie nie chciała. – Jeśli potrzebowałbyś pomocy, niekoniecznie w wyśledzeniu walniętego adoratora, a też pogadaniu, wiesz, gdzie mnie znaleźć – powiedziała, cofając się. A potem pożegnała się i chwilę później zbiegała już po schodach, by pobiec pod okno pokoju wuja i pozbyć się zalegających tam resztek ciasta, zanim któryś z psów postanowi uraczyć się czekoladą. Koniec sesji
|