![]() |
|
[23.06.1972] Pewna sprawa | Rodolphus, Robert - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [23.06.1972] Pewna sprawa | Rodolphus, Robert (/showthread.php?tid=2702) Strony:
1
2
|
[23.06.1972] Pewna sprawa | Rodolphus, Robert - Rodolphus Lestrange - 16.02.2024 adnotacja moderatora
Sesja rozliczona w osiągnięciu Badacz Tajemnic przez Roberta Mulcibera. Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I List Roberta zaskoczył go. Mieli spotkać się później - wydawało mu się, że ma więcej czasu na to, by opracować plan i wcielić go w życie. Mulciber rzadko kiedy zmieniał plany, chyba że wymagała tego sytuacja: czy to znaczyło, że coś zagraża ich ustalonej kolejności? Ale gdyby tak było, to przecież spotkaliby się w innym miejscu. Kojarzył Chimerę, chociaż nieczęsto do niej uczęszczał. Było to miejsce eleganckie, publiczne przede wszystkim - Robert nie omawiałby z nim ważnych spraw w restauracji. A więc o co mogło chodzić? Tego dnia nocował u Nicholasa. Wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że Rodolphus znalazł się w dziwnym miejscu, jeżeli chodziło o uczucia czy psychikę. Nie wiedział, na czym stoi - grunt osunął mu się spod nóg, a ponieważ Lestrange nie należał do osób, które tolerowały emocjonalne zachwiania, stanął na nogi szybciej, niż być może powinien. Zamknął się w skorupie, zakluczył zamek skrzyni i dotknął stopami ziemi, by móc normalnie funkcjonować. Czy bolało? Owszem, ale nie było innej rady. Wrócił więc do mieszkania tylko po to, by chwycić za garnitur, jeden z wielu, które miał w szafie. Na jego szczęście podczas nagłego wybuchu wściekłości jego mieszkanie ucierpiało wyłącznie w korytarzu oraz salonie. Zresztą skrzaty zdążyły wszystko posprzątać, chociaż brak niektórych mebli przypominał mu o tym, co się wydarzyło. Między innymi dlatego nie chciał tam wracać, ale w tej chwili nie miał wyboru - przecież nie wziąłby nic z szafy Traversa. Sam fakt, że Nicholas zobaczył, że Robert wysłał list do Rodolphusa, już był niewygodny, chociaż przecież Niewymowny wiedział, że współpracują. Mimo wszystko Lestrange nie chciał go wtajemniczać w sprawę bardziej, niż musiał. Rodolphus zjawił się w Chimerze punktualnie. Został zaprowadzony do stolika, przy którym Robert już na niego czekał. Jak zwykle nie wyciągnął ręki na powitanie, ograniczając się do krótkiego kiwnięcia głową. Wyglądał tak, jak zwykle, nie licząc nieco bardziej eleganckiej prezencji. Miał być może odrobinę podkrążone oczy, ale poza tym nie wyglądało na to, by cokolwiek w życiu Rodolphusa się waliło. Ot, nieprzespana do końca noc. - Robercie - to była jego forma powitania. Zwykle nie dodawał nawet tego, ale z Robertem było inaczej. W otoczeniu Lestrange'a było niewiele osób, które "zasługiwały" na tak wylewne jak na niego powitanie. A z każdym dniem było ich coraz mniej. Rodolphus usiadł, nie dopytując o co chodzi i co to za sprawa, o której Mulciber pisał w liście. Wiedział, że gdy przyjdzie czas, mężczyzna sam mu powie, o co chodzi. RE: [23.06.1972] Pewna sprawa | Rodolphus, Robert - Robert Mulciber - 16.02.2024 Miała na imię Marie Abbott i liczyła sobie zaledwie 21 lat. Była osobą, z powodu której przyszło im odwiedzić restauracje Chimera. Ubrany elegancki, szary, prążkowany garnitur, starannie dobrany do niego, jasny golf i brązowe buty, Robert nie wyglądał bynajmniej w sposób, do którego Rodolphus był przyzwyczajony. Dawno temu przestał korzystać z tego typu garderoby. Odkąd opuścił Ministerstwo Magii, w zasadzie nie miał takiej potrzeby. Mógł postawić na rzeczy mniej oficjalne, wciąż jednak prezentujące się porządnie. Nienagannie? Teraz jednak, z jakiejś przyczyny, zdecydował się na nowo skorzystać z tego, co przestało być dla niego codziennością. Nie wydawał się przy tym czuć mało komfortowo. Nie można było o nim powiedzieć, że nie pasował do obrazka. Do tego miejsca. Na miejscu pojawił się odpowiednio wcześniej, zajmując zarezerwowany stolik. Obok krzesła, na ziemi, postawił aktówkę. Mogło to zainteresować Lestrange’a, który miał możliwość dostrzeżenia jej z większej odległości. Co takiego znajdywało się jednak w środku? Jaka sprawa ich przyciągnęła w to miejsce? To wszystko miało wyjaśnić się już za chwilę. Czekając na swego partnera, Robert miał przed sobą na stoliku jedynie wysoką szklankę, w której znajdywał się jasny płyn. Przejrzysty. Czy była woda? Można było zaryzykować taki wniosek. Nie zdecydował się zamówić niczego więcej. Z tym czekał na swojego towarzysza. Cierpliwie? Zerkał od czasu do czasu na zegarek. - Lestrange. Doskonale. – odpowiedział, kiedy ten wreszcie zjawił się na miejscu. Obrzucił go uważnym spojrzeniem. Zlustrował. Niby wszystko było w porządku, ale te oczy… - Zakładam, że za Tobą ciężka noc? – skomentował. Niby w ramach luźnej rozmowy, ale dla kogoś, kto Roberta znał, oczywistym było, że za tymi słowami kryło się coś więcej. Niekoniecznie odpowiadało mu to, w jaki sposób Rodolphus się prezentował. Tylko dlaczego? Jaki krył się za tym powód? Mogli na spokojnie się przywitać. Porozmawiać. W lokalu ruch był raczej przeciętny, ale dla obsługujących sale kelnerów nie brakowało pracy. Na spokojnie można było założyć, że zanim zainteresują się ich stolikiem, upłynie co najmniej kilka minut. - Rozluźnij się, pomyśl że to tylko zwykłe spotkanie. – strofował go? Pouczał? Możliwe. W końcu był jednak Robertem Mulciberem. Poza tym, przebywając w Chimerze, zajmując się tu pewną sprawą, powinni byli prezentować się naturalnie. Wyglądać w miarę normalnie. Wtopić się w tło. Dla własnego dobra. Dla dobra całego przedsięwzięcia. RE: [23.06.1972] Pewna sprawa | Rodolphus, Robert - Rodolphus Lestrange - 16.02.2024 Skoro Robert wymagał od niego nienagannego ubioru, sam zapewne miał zamiar się tak prezentować - nawet jeżeli jego obraz w umyśle Rodolphusa zazgrzytał z tego powodu, to Lestrange nie dał po sobie tego poznać. Głównie dlatego, że Robert pasował do Chimery zarówno prezencją, jak i zachowaniem. Nawet gdy spotykali się mniej formalnie, szło odczuć że Mulciber przykłada ogromną wagę do tego jak się prezentuje i w jaki sposób odbiera go otoczenie. Rodolphus miał tylko odrobinę podobne podejście: z reguły sam nie pozwalał sobie na luźniejszy styl nawet w domu. Tak bardzo wszedł w wizytowe spodnie i koszule, że stały się integralną częścią jego samego, a jego szafa wyglądała absolutnie nudno i jednakowo. Z nielicznymi wyjątkami jeszcze bardziej formalnego ubioru, tak jak ten który miał na sobie. - Można tak powiedzieć - ni to przytaknął, ni zaprzeczył w odpowiedzi na pytanie Roberta. Lustrował go spokojnym spojrzeniem - jeżeli się stresował, to nie było tego po nim widać. Wydawał się być bardziej zaciekawiony niż zdenerwowany, nawet jeżeli faktycznie miał za sobą nieprzespaną noc. - Jestem rozluźniony. Odpowiedział, unosząc nieznacznie brew. O co mu chodziło? Spotkał się z nim po to, by się go czepiać? Pokazać mu, że wie o nim więcej niż ktokolwiek inny? To stąd te słowa o spięciu i nieprzespanej nocy? Czy wiedział o tym, co zaszło dnia poprzedniego w jego mieszkaniu? Nie powinien, jedyną osobą która o tym wiedziała, był Nicholas. A nie podejrzewał, by Travers miał w zwyczaju rozpierdalać szczegóły z życia prywatnego swoich znajomych po całym Londynie. Robert znał go na tyle, że powinien wiedzieć, że to co teraz sobą prezentował, było rozluźnieniem i spokojem. Obca osoba mogłaby pomyśleć, że ma kija w dupie, co po części było prawdą, ale Mulciber pewnie już zdążył wyłapać te drobne zmiany w postawie Rodolphusa które zdradzały, czy ten jest zdenerwowany, czy nie. - Zwykłe spotkania zwykle są poprzedzone przynajmniej dobą od ustalonej daty - zauważył, chociaż bez cienia pretensji. Nie miał w tej chwili nic innego do roboty, bo wszystko powoli toczyło się swoim torem. Co innego mógł robić? Siedzieć Nickowi na głowie? Krążyć po Londynie bez celu? Zostać na nadgodzinach? Po części to zaproszenie, chociaż tajemnicze, było jakby wybawieniem. Pytanie na ile Robert przypadkiem wstrzelił się z terminem spotkania, a na ile wiedział, co zaszło wczorajszego popołudnia w jego życiu. - Zresztą z tobą żadne spotkanie nie jest zwykłe. Zauważył nieco leniwym tonem, wzrok przesuwając lekko w bok, na krzątających się przy stolikach kelnerów. Obserwował otoczenie niemal odruchowo, lustrując wystrój i zachowanie obsługi, zanim powrócił spojrzeniem do Mulcibera. Jeżeli ten myślał, że Rodolphus zacznie go wypytywać o powód spotkania, to się pomylił. Nauczył się, że w przypadku Roberta lepiej czekać - jak zechce, to powie. Nawet jeżeli to będzie trwało nieznośnie długo. RE: [23.06.1972] Pewna sprawa | Rodolphus, Robert - Robert Mulciber - 16.02.2024 Znał go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, iż to w jaki sposób funkcjonował na co dzień, tego konkretnego dnia może okazać się niewystarczające. Potrzebował Rodolphusa, który będzie bardziej rozluźniony. Odpowiednio przystępny. Czy to jednak było możliwe? Czy zaproszenie na to wyjście akurat młodego Lestrange było dobrym pomysłem? Nawet jeśli nie, na zmianę zdania było już trochę zbyt późno. Trzeba było działać z wykorzystaniem tego, co znajdywało się na wyciągnięcie ręki. - Zachowaj komplementy na później. – skomentował ostatnie słowa chłopaka, sięgając po szklankę. Upijając ze dwa łyki wody. Nieduże. Odstawił ją zaraz z powrotem na stół. Z zaczęciem właściwej rozmowy, miał jednak pewien problem. Musieli prezentować się naturalnie, ale sporą przeszkodą było w tej sytuacji to, że on sam przez te lata zdążył zardzewieć. Robert niewiele czasu spędzał w towarzystwie innych ludzi, unikał też pokazywania się w miejscach publicznych. Niektórzy mogliby zapewne stwierdzić, że w ciągu tych 10 lat strasznie zdziwaczał. - Powiedz mi, proszę, jak tam mają się sprawy z Twoją narzeczoną? Wielka szkoda, że nie mogła nam towarzyszyć. Macie jakieś wspólne plany na najbliższe dni? – zapytał. Temat wybrał niekoniecznie najwygodniejszy, ale czy znając już trochę Roberta, Lestrange nie powinien się domyślić, że nie miało to związku z ich ostatnim spotkaniem? Istotnych spraw nie zwykł przecież poruszać w miejscach publicznych. Nie chciał, żeby cokolwiek dotarło do niewłaściwych uszu. Wolał zachować większą ostrożność. – Moja kochana Henrietta, niestety nie mogła nam towarzyszyć, wciąż czuje się słabo. Wielka szkoda, kobiety zawsze pozytywnie wpływają na oficjalne spotkania. Wystarczy tylko sama ich obecność. O czym on właśnie pierdolił? Co robił? Pytań było coraz więcej, odpowiedzi praktycznie żadnej. Mogło to budzić pewne wątpliwości. Obawy. Wprowadzać uczucie braku komfortu. I wiele więcej. Skoro jednak Mulciber wcześniej niczego nie wytłumaczył, musiał stać za tym jakiś powód. Przyczyna. Tylko czy Rodolphus ufał mu na tyle, żeby cierpliwie czekać na wyjaśnienia i grać w tę grę? Zwłaszcza, że nie znał wciąż obowiązujących w niej reguł. RE: [23.06.1972] Pewna sprawa | Rodolphus, Robert - Rodolphus Lestrange - 16.02.2024 Na wzmiankę o komplementach tylko się uśmiechnął kącikiem ust. Jeżeli tak to odbierał... To lepiej żeby faktycznie nie mówił tego, co mu jeszcze przyszło na myśl. Zaraz jednak uśmiech zniknął mu z twarzy tak, jakby Robert sięgnął po metaforyczną gąbkę i po prostu starł go z ust Rodolphusa. A więc jednak. Lestrange westchnął ciężko, ale widząc że ten chce coś dodać, postanowił milczeć. Musiał przemyśleć swoją odpowiedź, bo to nie był dobry pomysł, żeby teraz rozgłaszać wszem i wobec, co się stało, a z doświadczenia wiedział, że ściany miały uszy. Kompletnie jednak nie spodziewał się tego, co zaraz nastąpiło. Kochana Henrietta? Kobiety zawsze pozytywnie wpływają na oficjalne spotkania? Gdyby pił w tej chwili wodę, to zapewne by się zakrztusił. Robert, co ty pierdolisz? zdawało się mówić jego spojrzenie. Czy Mulciber miał właśnie jakiś wylew? Wtedy ponoć ludzie gadali od rzeczy. NIGDY nie słyszał od niego, by mówił o swojej żonie w taki... Czy w zasadzie inny sposób. W jaką grę grał Robert? I czy to na pewno był Robert? - ... - nie bardzo wiedział, jak ma na to zareagować. Zaraz jednak Rodolphus uśmiechnął się, lecz nie był to uśmiech miły. Ten należał do raczej złośliwych, żmijowatych. Lestrange złączył dłonie na blacie stolika i lekko się nachylił, przyjmując zatroskany wyraz twarzy. - Mam nadzieję, że to nic poważnego. Czy cierpi na typowe kobiece schorzenia, pojawiające się w jakimś szczególnym stanie? Czy chcesz mi może coś powiedzieć? Pochodzę z rodziny uzdrowicieli, Robercie, jeżeli Henrietta potrzebuje szczególnej opieki, mogę cię z kimś skontaktować. W jego oczach zaiskrzyły iskierki rozbawienia. Nie da się podejść jak jakiś szczeniak, skoro Robert chciał grać w ten sposób, niech mu będzie. Rodolphus mówił jednak cicho, tak by jego słowa nie dotarły do niepowołanych uszu. On też potrafił odbijać złośliwie piłeczkę, a skoro Robert wywlókł ciężki dla niego temat Black, to nie omieszkał się odgryźć wyimaginowaną ciążą, która zawsze budziła zainteresowanie postronnych - nawet bardziej niż potencjalne zdrady i zerwania. Wyprostował się jednak zaraz po tych słowach i oparł plecy o oparcie krzesła. - Nie mamy żadnych planów, a ja niestety przez ostatnie wydarzenia nie mam już narzeczonej - odpowiedział niedbale, odwracając lekko głowę. Nie widać było po nim, żeby płakał z tego powodu, chociaż tylko Merlin i Matka wiedzieli, jak bardzo cierpiał. Musiał jednak sprawiać pozory, zresztą zakładał że Mulciber o wszystkim wie. Tylko skąd? Nicholas mu nie powiedział, tego był pewny. Musiał mieć inne źródło informacji. - Ale dziękuję, że pytasz. Faktycznie to niezbyt dobry moment na oficjalne spotkania, ale być może tak będzie lepiej. Kobiety mogą pozytywnie wpływać na ich przebieg, ale z tego co mi mówiono - nudzą się, jeżeli temat nie zahacza o ich zainteresowania. Kompletnie nie wiedział o co mu chodziło - czy to był jakiś test, czy może po prostu mu odbiło? Nie spuszczał więc badawczego wzroku z Roberta, chociaż naprawdę ciężko było mu ukryć rozbawienie. RE: [23.06.1972] Pewna sprawa | Rodolphus, Robert - Robert Mulciber - 16.02.2024 Zbyt wiele wymagał? Oczekiwał? Nie chciał wszystkiego za bardzo przyśpieszać, chciał tutaj stworzyć - przynajmniej dla obserwujących ich ludzi - iluzje zwykłego spotkania. Biznesowego. Pomiędzy ludźmi, którzy chcieli porozumieć się w pewnych kwestiach. Pojawiając się w restauracji razem z Lestrange, ryzykował sporo. W innych okolicznościach, nie zdecydowałby się na ten krok. Wysłałby go do Chimery z kimś innym. Tyle tylko, że reguły zgodnie z którymi grali, uległy zmianie. Na pewne rzeczy nie mógł już sobie pozwolić. Musiał się dostosować do nowej rzeczywistości i starał się to robić. - Na ten moment otoczona jest najlepszą możliwą opieką, dziękuje jednak za tę propozycję pomocy. Z pewnością będę o tym pamiętał. - ton głosu zwyczajny, wyraz twarzy czy postawa ciała się nie zmieniły. Kiedy jednak mówił o tym, że wszystko zapamięta, jakby coś przemknęło przez jego spojrzenie. Coś dało się dostrzec w jego oczach. Robertowi niekoniecznie podobało się to, w jaki sposób na to wszystko odpowiadał Lestrange. Nie podobało mu się to, w jaki sposób niewymowny włączył się do tej gry. Nie miał narzeczonej? To była dość interesująca wiadomość. W jaki sposób miał to interpretować? Z pewnością będą musieli do tego tematu wrócić, kiedy okoliczności będą nieco bardziej sprzyjające. Obecnie nie znajdywali się w odpowiednim miejscu, moment też nie był do tego najlepszy. Poza tym - do Chimery ściągnęła ich inna sprawa. Znacznie ważniejsza, choć o tym Lestrange jeszcze nic nie wiedział. Nie miał pojęcia. Wszystko miało nastąpić w swoim czasie. W odpowiednim do tego momencie. - Sprawy biznesowe zaś faktycznie, bywają czasem strasznie nudne. - nawiązał do jego słów, pochylając się w kierunku aktówki. Zamiast jednak podnieść ją z ziemi, wyprostował się, wrócił do poprzedniej pozycji. Przerwał mu kelner, który podszedł do ich stolika. Stosunkowo szybko udało mu się znaleźć dla nich czas. - Dobry wieczór, witamy w Chimerze. Czy są już państwo gotowi, żeby złożyć zamówienie? Dzisiejszego dnia polecamy souvlaki z sosem jogurtowym. - kelner brzmiał na znudzonego, może był też trochę zmęczony? Godzina była wczesna, ale restauracja pozostawała otwarta od kilku dobrych godzin. Z notesem i długopisem w ręku, był gotowy żeby przyjąć zamówienie. Wszystko mniej lub bardziej starannie zanotować. Jako że dotąd nie zdecydował się zajrzeć w kartę, sięgnął po menu, jedną z dwóch wersji, które znajdywały się na stronie. Niespiesznie zapoznał się z kolejnymi pozycjami. Czy to miało jakieś znaczenie? - Dolmades w wersji wegetariańskiej, do tego... woda. I może jeszcze horiatki. - zakończył, odkładając menu na stół i spoglądając na Rodolphusa. Skinięciem głowy dał mu znać, że teraz jego kolej. Niech coś zamówi. Będą mogli ze wszystkim ruszyć dalej, do przodu. RE: [23.06.1972] Pewna sprawa | Rodolphus, Robert - Rodolphus Lestrange - 16.02.2024 Zauważył ten błysk w oku. Był jak miód na jego spękane serce, jak przytulenie na zakończenie parszywego dnia. Jak uścisk kochanki po pełnym spięć i spotkań etacie. Gdy widział irytację u innych, czuł że żyje. Zbytnio zagłębił się we współpracę z Robertem, zbytnio mu nadskakiwał, podtykając wszystko pod nos - zdążył zapomnieć, jak piękne to było uczucie. Odpowiedział mu uśmiechem zupełnie do niego niepodobnym - tak niewinnym, że gdyby Mulciber go nie znał, pomyślałby, że Lestrange to faktycznie dobry chłopak. Tyle tylko, że dobre chłopaki oglądały świat zza krat. - Służę pomocą i liczę, że niedługo spotkamy się w szerszym gronie, gdy tylko Henrietta poczuje się lepiej - powiedział niemal jadowicie słodko, co zupełnie do niego nie pasowało. Mówił wyuczonym tonem: zapewne tym, który rezerwował na spotkania z rodziną i ich przyjaciółmi, by pokazać się jako przykładny czarodziej, pracownik Ministerstwa Magii, który jest dobrze wychowany i zna ten taniec niedopowiedzeń, przeplatany podrygiwaniami półprawd i dobrych manier. Czy planował bardziej podkurwiać Roberta? Być może, ale na ten moment w zupełności wystarczyło mu jego spojrzenie. Miał dość bycia ostrożnym i pilnowania każdego słowa w chwili, gdy Mulciber wystawiał go na takie przedstawienie. Nie miał jednocześnie zamiaru go prowokować specjalnie, gdy rozmawiają o poważnych rzeczach. Ale teraz... Teraz to była jakaś farsa, dziwna gra której reguł nie rozumiał. Tańczył więc według własnych zasad, tak jak podczas przyjęć u Lestrange'ów. Nie umknęło mu, że nachylił się do aktówki, lecz przerwał swój ruch w pewnym momencie. Kątem oka dostrzegł kelnera. Był zmęczony? Znudzony? Może za nim też była nieprzespana noc? A może pracował na kolejną zmianę, mimo że pomiędzy nimi powinna być przerwa? Rodolphus podejrzewał, że w tak eleganckich miejscach dobrze bawili się wyłącznie goście. I niezbyt obchodziło go to, czy chłopak był już 12, czy 16 godzin na nogach. Nie należał jednak do tego gatunku ludzi, którzy wyżywają się na obsłudze. To by źle wpłynęło na jego wizerunek. - Zdam się na pańskie polecenie, niech będzie souvlaki z sosem jogurtowym i woda - powiedział, nie zerkając nawet na menu. Rzadko kiedy zamawiał coś po przestudiowaniu menu, zwykle zdawał się na polecenia obsługi - nie widział sensu by zaprzątać swoje myśli wyborem posiłku. A że był wszystkożerny, najwyraźniej w przeciwieństwie do Mulcibera, to czemu nie? Również nie zamówił alkoholu, wczorajsza whisky wystarczy mu na następne kilka tygodni. Planował dzisiaj wrócić do mieszkania Nicholasa i po prostu zasnąć, być może nie bez wspomagaczy, ale na pewno bez alkoholu w jego krwi. Powrócił spojrzeniem do Roberta, gdy tylko kelner się oddalił. Już się nie uśmiechał - wrócił jego normalny wyraz twarzy. Co miał w tej cholernej aktówce? To mogło być wszystko, nawet nie miał zamiaru zgadywać. RE: [23.06.1972] Pewna sprawa | Rodolphus, Robert - Robert Mulciber - 16.02.2024 Potrafił zachować spokój. Przez lata zdołał nauczyć się tego, w jaki sposób należało radzić sobie z sytuacjami takimi jak ta obecna. Dzięki temu, wyprowadzenie go z równowagi nie zaliczało się do zadań prostych. Gdyby zakończyło się to sukcesem, Rodolphus mógłby zapewne uznać to za jedno ze swoich większych osiągnięć. - Postaramy się zorganizować takie spotkanie. Moja małżonka będzie niewątpliwie szczęśliwa, mogąc się z Tobą spotkać. - zamiast okazać swoje niezadowolenie w sposób bardziej widoczny, jawny, kontynuował maskaradę. Zabawę? Nie, żadna zabawa nie miała tutaj miejsca. Przedstawienie również nie było odpowiednim określeniem. W tym wszystkim musiało znajdywać się drugie dno. Kelner przyjął zamówienie. Wszystko starannie zanotował. Skłonił się nieznacznie. - Na jedzenie będzie trzeba poczekać około 20 minut, wodę podamy za chwilę. - poinformował, ruszając do kolejnego stolika. Zostawił ich samych. Mogli wrócić do wcześniejszej rozmowy. Zająć się sobą. Tylko czy rozsądne było sięganie po aktówkę, skoro za chwilę miał podejść do nich ktoś z zamówioną wodą? Kilka kolejnych minut, to różnica prawie żadna. Sięgnął po szklankę, wypił resztę znajdującej się w niej wody. Jako że przyszedł wcześniej, miał tę przewagę, że wcześniej zdążył zamówić sobie coś do picia. Nie musiał teraz czekać. - Przygotowałem papiery, mam przy sobie wstępną umowę. Jedna partia, to 50 świec, tak jak wcześniej rozmawialiśmy. Jeśli chciałbyś teraz na to spojrzeć, wszystko znajduje się w aktówce, mogę podać. Aczkolwiek nie ma pośpiechu. - znów wszystko brzmiało od rzeczy. Papiery. Umowa. Zamówienie. 50 świec, to nie była co prawda szczególnie duża ilość, kwota również, ale skąd ten temat w zasadzie się wziął? Czyżby Robert chciał mu wcisnąć towar, którym handlował? Czy może, pod tymi świecami, kryło się w tym przypadku coś zupełnie innego? - Wypadałoby zapewne pierw coś zjeść. Miałeś już wcześniej styczność z kuchnią grecką? - zapytał. Ot, próba poprowadzenia zwyczajnej, niezobowiązującej rozmowy. Odciągnięcia wszystkiego w czasie, ale też stworzenia pozorów normalności. Musieli spędzić tutaj nieco czasu. Zatrzymać się na dłużej niż kilka minut. Zwłaszcza, że... Rozejrzał się dyskretnie dokoła, próbując ustalić czy na miejscu pojawiła się osoba, na której obecności mu zależało. Nic jednak na ten temat nie powiedział. Zaraz całą uwagę skupił znów na swoim towarzyszu. Miał coś do powiedzenia? RE: [23.06.1972] Pewna sprawa | Rodolphus, Robert - Rodolphus Lestrange - 16.02.2024 Być może wszystko było przed nim - w końcu Rodolphus nie pokazał jeszcze w pełni swojego charakteru. Gdy chciał, potrafił być naprawdę nieznośny: był w końcu młodym człowiekiem, który od najmłodszych lat radził sobie z o wiele starszymi czarodziejami, chłód i dystans nie zawsze były dobrym połączeniem. Czasem najlepiej było być złośliwą mendą, chociaż patrząc na to, o czym mówił w tej chwili Robert: trafił na godnego przeciwnika. Chapeau bas. W przeciwieństwie do Mulcibera Rodolphus zdawał się bawić świetnie. Co prawda nie miał na twarzy durnego uśmiechu i nie śmiał się w głos, lecz w tym trudnym czasie nawet taka namiastka dawnego siebie sprawiała, że w jego szarych oczach pojawiły się jakieś pozytywne emocje. - Zerknę na nią, oczywiście, chociaż dla formalności, w biznesie w końcu ważne jest zaufanie - ach, słodkie pierdolenie i bezczelne kłamstwo, ale czego się nie robiło dla podtrzymania pozorów? - Zgodzę się z tobą, nie powinno się rozmawiać o formalnych sprawach przed posiłkiem. Miałem wyłącznie pobieżnie, dlatego tym bardziej cieszy mnie fakt, że na spotkanie wybrałeś tę restaurację. Kolejne kłamstwo, bo ani go nie cieszył fakt że wybrał tę restaurację, jak i w ogóle sam fakt, że zmusił go niejako do spotkania tak szybko, bez uprzedzenia, i to jeszcze w miejscu publicznym. Ale kim był, by dawać mu reprymendę, zwłaszcza gdy wokół byli ludzie? - Często tu bywasz? - zapytał z pozoru niewinnym pytaniem, chociaż Robert mógłby przysiąc, że kącik ust Rodolphusa uniósł się na ułamek sekundy w górę. Nieczęsto miał okazję, by po prostu podrażnić kogoś durnymi pytaniami, brakło tylko sowy z pytaniem co ma na sobie. RE: [23.06.1972] Pewna sprawa | Rodolphus, Robert - Robert Mulciber - 17.02.2024 W ostatnim czasie zdarzyło mu się wielokrotnie współpracować z różnymi, młodymi ludźmi. Borgin. Rookwood. Avery. Móglby wymieniać długo. Lestrange nie był pierwszym, nieznośnym szczeniakiem, z którym musiał sobie poradzić. W zasadzie, to na tle pozostałych, zdawał się być zaledwie płotką. Nie dawał się Mulciberowi szczególnie mocno we znaki. Nie testował jego cierpliwości. Może zwyczajnie nie miał jeszcze ku temu prawdziwej okazji? - Wydaje mi się, pozwolę sobie to zauważyć, iż do tej pory jeszcze tego zaufania nie nadużyłem. - pozwolił sobie na to stwierdzenie. I może nawet było w tym trochę prawdy? Pewnych granic nie przekraczał, ale trzeba było mu zaufać. Faktycznie uwierzyć, że na coś takiego się nie zdecyduje. Wymagał tego od ludzi, z którymi pracował. Tylko czy faktycznie Robert Mulciber był kimś, komu należało ufać? Zdania były - rzecz w pełni zrozumiała - podzielone. Kiedy tak czekali na zamówioną kolacje, na ich stoliku pojawiły się szklanki z wodą. Zgodnie ze wcześniejszą informacją, ich dostarczenie rzeczywiście zajęło obsludze chwilę. No, może chwile dwie. Niewielka różnica. Pozostawiając ich obydwoje ponownie samych, kelner przy okazji zabrał ze sobą pustą szklankę. - To jedno z moich ulubionych miejsc, jeśli chodzi o spotkania z klientami. Skłamałbym jednak, że odwiedzam tę restauracje szczególnie często. - odpowiedział na zadane pytanie. Następnie wreszcie sięgnął po tą nieszczęsną aktówkę, wyciągając z niej jakieś dokumenty. Kilka kartek papieru, które pierw przejrzał osobiście, a następnie położył na stole, przesuwając w kierunku Lestrange'a. - W zasadzie nie lubię spędzać w tego rodzaju miejscach zbyt dużej ilości czasu. Nie kłamał, rzeczywiście za tym nie przepadał. Lestrange znał go już na tyle długo, że musiał to zaobserwować. Musiał być tego faktu świadomy. Tym bardziej wybór tego miejsca na spotkanie musiał być zastanawiający. Zaskakujący? - Mają tutaj dobre sałatki. Do dolmades wykorzystują faktycznie liście winogron, przez co smakują fantastycznie. - mówił dalej. Nie zwracał przy tym szczególnie uwagi na to, co Rodolphus w tym czasie robił. Jeśli zaczął przeglądać papiery, Mulciber nie zamilkł. Nie zapewnił mu ku temu bardziej komfortowych warunków. Optymalnych? Papiery, które otrzymał, z większej odległości rzeczywiście mogły wyglądać niczym jakaś umowa. Trzymając je bliżej, Rodolphus musiał zorientować się, że oczywiście niczym takim nie były. Zawierały natomiast to, o czym Mulciber nie zamierzał mówić na głos. Nie tutaj. Nie w tym miejscu. Linijka po linijce, pewne rzeczy stawały się jasne. Rodolphusie, na początku wybacz mi to całe przedstawienie. Uznałem, że z racji na to, iż obydwoje musieliśmy znaleźć się w tym miejscu, najlepiej będzie utrzymać pozory spotkania. Biznesowego, bo takie zdarzało mu się tutaj odbywać w przeszłości. W zasadzie wielokrotnie. Tym razem jednak powód wizyty jest zupełnie inny. Wiąże się z Marie Abbott. To ledwie 21 letnia pracownica Ministerstwa Magii. Zatrudniona obecnie, jak udało mi się ustalić, w Departamencie Przestrzegania Praw Czarodziejów. To prosta urzędniczka, obsługująca - tak się składa - między innymi pracowników Biura Aurorów. Będzie naszym celem. Jednym z pierwszych. Starałem się w ostatnim czasie zebrać pewne informacje. Udało mi się ustalić, że Marie spotyka się dzisiaj z krewnymi w Chimerze. Ma się tu spotkać z rodziną, świętują zaręczyny jej brata. Jest to dobra okazja na to, aby się jej przyjrzeć i być może nawiązać pierwszy kontakt. Na kolejnych stronach masz dodatkowe informacje. Zdjęcia. Kilka istotnych uwag na jej temat. Całość powinna okazać się pomocna. Uważaj, żeby się z niczym nie zdradzić. Zwróć mi za chwilę dokumenty pod pretekstem paru poprawek w umowie. Spędzimy tu jeszcze jakiś czas i omówimy wszelkie zmiany w zamówieniu. W międzyczasie postarasz się wpaść na Marie. Porozmawiać z nią. |