![]() |
|
[czerwiec 1958]...a latem bluszcz oplącze Ci serce - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [czerwiec 1958]...a latem bluszcz oplącze Ci serce (/showthread.php?tid=2703) |
[czerwiec 1958]...a latem bluszcz oplącze Ci serce - Samuel McGonagall - 16.02.2024 czerwiec 1958
Londyn Jeden list zmienił wszystko. Bezpieczny las został zamieniony nagle na obrzydliwe, przerażające miasto. Wędrując uliczkami Pokątej, jego matka na samym początku kupiła mu "schludne" ubrania, które uwierały go i drapały, ale nie chciał się skarżyć i być większym problemem, niż już był. Łatwo było zadowolić wymagających rodziców w znajomym środowisku i rutynie, kiedy doskonale wiedziało się, który krok był tym błędnym, które słowo było słowem za dużo. Ale tutaj...? Gdubił się od narastających emocji irytacji i bezradności, nadmiaru bodźców, zapachów i smaków. Tylko wizyta u pana Ollivandera była miła, jego głos i aparycja pozwoliły jako tako przejść przez proces doboru różdżki. Teraz przyciskał do piersi pudełko, myśląc o tym co to znaczy rzucać zaklęcia i dlaczego giętki i miękki kasztan był tak niezwykły z włosiem z ogona testrala. Testrale przecież lubiły kasztany, tak przynajmniej czytał w książce swojego dziadka. Jego mama była milcząca i zacięta. Miała cały czas niezadowoloną minę i Samuel musiał sobie Wielokrotnie powtarzać, że to nie jego wina, że mama nie lubi Świata i Systemu, a on przecież do nich nie należał, był częścią rodziny, był jak siejka dwóch dębów splecionych ze sobą gałęziami i korzeniami. Mieli już wszystko, ale zostało trochę czasu do odjazdu pociągu. Padła propozycja słodyczy, wyjątkowo rzadka okoliczność, bo w lesie najsłodsze były jagody zerwane prosto z krzaczka. Może to kwestia sentymentu, historia o tym, że lukrowane ciasteczka z kolorowymi okruszkami dziadek kupował mamie, jeśli byli w Londynie, przyniosła pozytywne skojarzenie. Mógł też rozpiąć kołnierzyk i ściągnąć wełnianą, drapiącą kamizelkę. Mógł słuchać opowieści, że są cztery grupy w tej całej szkole, że każda ma inne zwierzę patrona. W drodze do magicznej cukierni wymieniał z pamięci encyklopedyczną wiedzę na temat węży i borsuków. Gdy dotarli na miejsce, opowiadał o krukach i krukowatych w ogóle. Mama była zadowolona i nic, absolutnie NIC nie zwiastowało zbliżającej się tragedii. Pośród wszystkich słodkości nie wyczuł czegokolwiek dziwnego. By lepiej oddać rzeczywistość: nie wyczuł nic odbiegającego od normy, skoro wszystko od niej odbiegało. Ten jeden dziwnie mdlący, pudrowy zapach był jednak z nim gdy jadł ciastko, a potem gdy wyszli na ulicę. Na moment się zamyślił, na moment odwrócił, a gdy znów chciał zwrócić się do matki, opowiadać jej dalej o gnieździe i okresie lęgowym... Jej już nie było. Czy to test? – zdarzało im się tak bawić w lesie. Otarł rękawem twarz z lukru, słodki smak zmieszał mu się z mdłym, dominującym już zapachem kadzidła. Zawsze mieli wcześniej omówione zasady, zawsze wiedział co robić. – Mamo...? – zapytał niepewnie, cicho jak po przekroczeniu progu sklepu z różdżkami. Odkaszlnął i spróbował jeszcze raz, zaczynając iść.– Mamo?– serce mimowolnie ruszyło niekontrolowaną galopadą. Ruszył biegiem przed siebie ulicą, którą szedł, rozglądając się za znajomą sylwetką. Usłyszał po lewej kroki, kobiece obcasy uderzające o chodnik. Odbił tam, potem znów i znów, ściany kamienic były coraz ciaśniejsze... – MAMO!? – udało mu się uwolnić gardło, krzyknął w końcu przerażony i obrócił się wkoło własnej osi. Nagle dotarło do niego, że to nie jest ta sama ulica a jakaś inna. Próbował odtworzyć drogę, ale zdało się, że trafił do jakiegoś dziwacznego, miejskiego labiryntu, że nie wie, nie ma pojęcia, po czym zorientować się gdzie i dlaczego jest. Przebiegł znów kilka metrów, nawołując zrozpaczony. Wkoło nie było nikogo, żadnych ludzi, żadnych sklepów, żadnej nadziei... A ściany... ściany były coraz bliżej, coraz ciaśniej, coraz ciemniej... Odbijając się od nich, płacząc i nawołując coraz słabiej błądził tak przez dobrych kilkadziesiąt minut. Aż w końcu, gdy mgła się rozwiała, zdał sobie sprawę z tego, że jest w ciemnym zaułku zatopiony w śmieciach porzuconych przez... kogoś. Wilgotne i śmierdzące odpadki lepiły się do jego skóry, a on był sam, z bólem głowy, nie mając pojęcia co tak na prawdę się wydarzyło. Przez wąskie wyjście z zaułka dostrzegł witrynę sklepu zielarskiego, a zmartwiałe serce zabiło z nadzieją. Otumaniony umysł skojarzył, że tu chyba dzisiaj był. Spróbował się dźwignąć i wyjść do światła... [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=I7yNO57.png[/inny avek] RE: [czerwiec 1957]...a latem bluszcz oplącze Ci serce - Bard Beedle - 20.02.2024 Barda prowadzi Morpheus Longbottom Chociaż wyróżniano ulicę Pokątną, aleję Horyzontalną oraz ulicę Śmiertelnego Nokturnu, tak naprawdę nie były to jedynie trzy proste, które krzyżowały się, a sieć uliczek, cała magiczna dzielnica, splątana ze sobą przejściami, zaułkami, prowadzącymi na zaplecza i podwórka. Im dalej od głównych arterii mrowiska miejskiego, tym węższe były alejki, tym mniej osób, tym ciemniej, im bliżej Nokturnu. Zwykle czarodzieje nie panikowali w tych miejscach, nawet tam, gdzie raczej nikt przeciętny nie zachodził, a gdzie wszelaki margines znaczył swoim zepsuciem mapę miasta. Ulice, jak ulice, brukowane drogi i mury, drzwi do klatek schodowych, łuki bram i gargulce rzygowników. Jednak dla obcych musiał to być prawdziwy labirynt. Nawet zimą buty dla Samuela nigdy nie były tak niewygodne. Twarda, nienaturalna powierzchnia, kocie łby, na których łatwo skręcić kostkę lub płaskie płyty z granitu, wszystko ostro ciosane, bolesne dla stóp, które nienawykły do kroczenia miastem. Gdy po lesie mógł iść wiele mil, biegać, wspinać się na drzewa i jeszcze przepłynąć jezioro, skórzane buty, jeszcze nie złamane, uwierały. — Samuel? Sam! — usłyszał głos swojej matki za sobą, ale gdy odwrócił się, była za nim ściana. Przecież... przecież stamtąd przyszedł. Wszedł coś mokrego, w coś śmierdzącego. Rynsztok. Wszystkie zapachy powielił gorąc letniego słońca, gnicie resztek wylewanych przez okna, smród kocich i ptasich odchodów. Coś zatrzepotało w powietrzu, ale podnosząc głowę do góry, było tylko szaro-niebieskie, brudne niebo, zasnute smogiem i ostre słońce, w wąskiej szparze pomiędzy budynkami, dachówkami. Skrzypnięcie jakiejś bramy brzmiało niemal jak wyrok śmierci. Przytłaczały go dźwieki, stukot obcasów. Musiał biec, biec, ale gdzie? Nie ma tu krzewów, nie ma drzew, aby odnaleźć schronienie, tylko hałas i jednocześnie dziwna cisza. Ciągły szum w uszach. Alejki stawały się coraz węższe, jakby zacieśniały się na drobnym ciele podróżnika z pudełkiem. Ktoś się z niego śmiał, jakieś dzieciaki z umorusanymi twarzami i psychodelicznie szerokimi uśmiechami ze zbyt dużą ilością zębów. Sam! Samuel! Gdzie jesteś? Czy to ludzki głos, czy to skrzek ptasi? Ktoś go szukał? Ręka na ramieniu, może to matka, może to ona, może... i głos: — Zgubiłeś się kochane? — I gdyby nie opary, sympatyczna kobieta z dołeczkiem na policzku, która szczerze zmartwiła się małym, zagubionym chłopcem, mogłaby stać się mu ostoją i pomocą, aby odnaleźć Berenikę. Jednak Sam, przepełniony dziwnym dymem, z umysłem skotłowanym paniką i czymś, co zostało mu przemocą wtłoczone do płuc, widział jedynie okrutnego mechanicznego szerszenia, z wyciągniętym żądłem i odnóżami, zbliżającymi się do jego ramion, z kłami, gotowymi pożreć jego miękkie tkanki. Był malutką pszczółką, a ona potężnym drapieżnikiem. Głos zaplątał się o własne struny głosowe w gardle, duszony wizją, gdy szerszeń transformował w kolorową chmurę ciała bez głowy, a uliczki jeszcze bardziej zawężyły się, a przecież się nie ruszał, to gdzie szerszeń, gdzie kobieta, gdzie matka... Ślina napływała mu do gardła, jakby miał coś zjeść, coś pysznego, ale była kwaśna, piekąca w podniebienie, brzuch z nerwów oplatała ciasna obręcz, oczy, rozszerzone, szukały prawdy, której nie było. Tezeusz w labiryncie Minotaura. Gdzie masz swoją nitkę? Zapytał jakiś szczebioczący głos. Poczuł uderzenie ubłoconego patyka w swoje plecy. To tamte dzieci z zębami, z dużą ilością zębów, z błyskiem w oczach, zbyt dużych oczach, oczach owada, czy to są kolejne mechaniczne szerszenie, których zgrzytliwe ruchy pokrytego rdzą mechanizmu wżynały się w mózg. Smród oleju i rozkładu, który niczego nie nawozi, a tylko pęcznieje chorobą, toczącą miasta od wieków. Mechaniczne cykanie zegarowych serc, automatonów, siekających wszystko, co żyje. RE: [czerwiec 1957]...a latem bluszcz oplącze Ci serce - Samuel McGonagall - 20.02.2024 Nigdy, przenigdy nie miewał takich koszmarów, nie wiedział jeszcze wtedy, że ten odciśnie na nim swoje piętno do końca jego dni. Obcość, nienaturalność tego miejsca. Kamień. Metal. Usłyszał krzyk. Dźwięk wbił mu się w uszy, w mózg, w serce istnienia. Zakrył uszy, ale cały czas ten wrzask – nieludzki wrzask świdrował jego jestestwo. Nie zdawał sobie sprawy, że to było jego gardło, jego płuca, które w ostatnim geście rozpaczy, postanowiły wyrwać się z zamrożenia i wezwać jakąkolwiek pomoc. A może to krzyczała jego bezradność, którą chciał wypchnąć z serca, móc znów się ruszać, znów żyć teraz, gdy był na tym pozbawionym światła i zielenie cmentarzu zapomnianych duchów lasu. I chciał. Pragnął. Cała energia skumulowana w małej piersi zadrżała w żyłach i pomknęła głównymi aortami do najdalszych zakątków dziecięcego ciała. Popłynęła zielenią, zapachem mchu, poszumem puszczy, kruszoną w palcach zaschniętą gliną, czarnoziemem pachnącym płodnością ziemi. Tentent stada jeleni, oślizgła skóra błotoryi wysuwająco walecznie jęzor w akcie obrony, pisk domagający się pożywienia piskląt, które w akcie stworzenia przebiły twarde ochronne skorupy i pragnęły wzrastać, by móc wzlecieć. Jakież było to okrutne, że klątwa zaszyta w jego dna wybrała to co umiłował najbardziej. Jakie to było piękne. Ziemia zadrżała, a bruk przegrał w tej nierównej walce. W promieniu dwóch metrów wzbiły kolczaste pędy, wzbiła trawa, wzbiło życie domagające się zauważenia. Agresywne gałęzie w akcie zemsty dewastowały ściany kamienic przylegających do zaułka, wbijały się zaborczo w ciasne cegły, część z nich twardniała potwierdzając tym akt posiadania miejsca przez zastanie. Kwiaty, rozkwitały, piękne, barwne i groźne, pełne toksyn i nienawiści do tych, którzy pragnęli ich śmierci i osadzenia w kryształowych trumnach ku własnej uciesze. Sam trwający pośród tego znów upadł na kolana, otumaniony, pozbawiony sił. Jego palce zatopiły się w ziemi, do której w końcu miał dostęp, jego ubranie w strzępach osłaniało rany zadawane na oślep przez łaknące światła rośliny, które i jego chciały zachłannie zagarnąć dla siebie. Wpatrywał się w broczące w ziemi dłonie, sparaliżowany, zamknięty w zielonym więzieniu. W bezpiecznym kokonie. Twarze zniknęły. Poobijane, poranione ciało nie bolało. Jeszcze. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=I7yNO57.png[/inny avek] RE: [czerwiec 1957]...a latem bluszcz oplącze Ci serce - Bard Beedle - 22.02.2024 Mechaniczny ul zawrzał. Zrobiło się jeszcze głośniej, gdy metalowe czułka wysyłały wiadomości między sobą, zgrzyt obcych głosów, zbyt wielu chropowatych, zardzewiałych mechanizmów. Grupa gołębi zerwała się z dachu w ogromnej chmarze miejskiego sierocińca, osamotnionych i porzuconych przez ludzi ptaków, gdy ich rolę przejęły bardziej uniwersalne sowy. Gładko tylko rozwijało się kwiecie, wyrastały kolejne źdźbła traw spomiędzy bruku, a przyspieszone przywracanie świata do natury kruszyło tynki i wynikało w zaprawę między cegłami. Kwietny kokon otulał Samuela, niczym ramiona matki, a duszność oczyszczona tysiącami chlorofilowych filtrów, łagodziła dziwne objawy halucynogenne. Kwiaty kwitły, a ludzie panikowali. Jakaś kobieta zabrała swoje dziecko, podnosząc je w ramiona i uciekając w popłochu przed tym, co powinno być codzienne, naturalne, przed zielenią rozlewającą się dookoła nastoletniego chłopca. Nowe płuca Londynu, malutka iskierka tak na prawdę, przerażała bardziej, niż mrok Nokturnu oraz kryjących się pod nimi ścieżek. A jednak zbierali się ciekawscy, pośród zacieśniających się uliczek, pośród majaków wyrósł szpaler gapiów, z nakręconymi sercami, które nie czują już nic od dawna oprócz uporczywego przymusu poruszania się do przodu, nowsze modele bardziej z tytułu, w kolorach udających dzikie ptactwo w okresie godowym, bardziej subtelnie, jakby przystanęli poprawić poluzowaną śróbkę w nadgarstku, a nie przyglądać się pierwszemu dziecku z ciała, krwi i kości. Bliżej zaś bardziej nachalne modele, przeciętne. Zbyt ciekawe. Ktoś odciągał przerażonego szerszenia, gdy macki roślin oplotły jedni z jego trzeszczących odnóży. Gulgoczący potwór pojawił się przed ostoją zieleni. Zaklęcie i część zniknęła, uwalniając szerszenia. — Bry... Żenio. Terstwa... — przerywanym, metaliczny głos zaanonsował i zaczął rzucać destrukcyjne zaklęcia na powstałą anomalię. Kroczek po kroczku smoła, beton, bruk, wracały na swoje miejsca, niszcząc wszystko, co piękne, miękkie i naturalne. Zieleń przegrywała z mocą mecha odzianego w fioletowy płaszcz zagłady. Wielki, przerażający stróż ludzkiego prawa, mający za nic zgniatane pod ciężkimi buciorami stokrotki. Sam! Sam! Samuel! Jak paznokcie tnące po ścianie, znajomy głos próbował przebić się przez pożogę rozkwitu oraz mamiące opary. Jakaś postać, ni to kobieta, nie to ptak, o szponach i skrzydłach, białej sukni z piór, z dziobem ale twarzą, znaną twarzą z jedyna prawdziwa osoba, nie mechaniczna, przepychała się do przodu zbiorowiska, zaczepiając lotki i zostawiając puch na osobach dookoła. Jej koloryt został zbrukany przez smołę i potargany metalowymi częściami, ale jak natura, nadal trwała. Zawsze zwycięska, ponad wszelkimi przeciwnościami. Przerażeni rozlało się po ptasiejtwarzy, jeszcze większe, niż dotychczas, ale prędko zmieniło się w chłodną maskę determinacji. — To mój syn! Proszę nie robić mu krzywdy! — Sokole szpony dotarły do nieukończonego kokonu i zaczęły go rozszarpywać, aby uwolnić jasnowłosą główkę i silne, chłopięce ciało od duchoty parnego listowia, które samo zaczęło zatruwać swojego żywiciela i twórcę. Wyciągnęła go znajomym gestem pobudki, gdy należało wstać, aby zebrać o świcie ziela do eliksirów, a noc jeszcze się czerniła. Ten stanowczy ruch, pełen miłości, ale też rozkazu pobudki. Już kobieca dłoń przetarła czoło młodzika, odsuwając z twarzy grzywkę. — Sam, Sam, mów do mnie. Co się stało. — pytała, ale w gruncie rzeczy nie potrzebowała odpowiedzi, bo już ją miała. Jej syn nie mógł iść do Hogwartu przez klątwę. Mieli wymówkę. Nic nie musiało się zmieniać. — Musimy biec kochanie, proszę, mów do mnie. RE: [czerwiec 1958]...a latem bluszcz oplącze Ci serce - Samuel McGonagall - 29.02.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=I7yNO57.png[/inny avek] Bodźce dochodziły do niego z pewnym opóźnieniem. Był zdezorientowany i rozkojarzony. I bardzo, ale to bardzo zmęczony. Sił starczyło na to, by błękitna tęczówka zalała mu oko, gdy źrenica punktowo skupiła się na białych delikatnych kwiatkach ściśniętych w rozłożyste baldachy. Wyglądały swojsko, niewinnie. Cicuta, blekot, wodna wsza, a w końcu dumny szalej jadowity... Kłącza i łodyga silnie trująca, mimo przyjemnego smaku. Żadnego ostrzeżenia, a przecież... przecież nie było tu wody, która mogła przynieść nasiona tego śmiercionośnego selera. Choć w myślach o tym zdziwieniu znajdował ukojenie, mózg nadal pozostawał w szoku. Zabrał ręce od biało-zielonej pułapki, obejmując się ciasno, czekając bezmyślnie na to, co zaraz nastąpi. Mechaniczna pomarańcza, szerszeń pragnący wbić w niego tryby odchodził w niepamięć, podobnie jak wykrzywione, śmiejące się z niego potwory. Miał w sobie poczucie, głęboko zakorzenioną myśl, że rośliny go uratowały, że to Knieja upomniała się o jego duszę i ochroniła go przed demonami czającymi się na londyńskich ulicach. Tylko głos, głos matki sprawiał, że nie był tego taki pewien. Dawno nie słyszał, żeby była aż tak przerażona. Jej zapach, kocie futro przetkane szelestem lotek otuliło go niespodziewanie miłością i Samuel był pewien, że za moment zaśnie. Poczuł, jak błogosławione rozluźnienie opada jego ciało, przez które przepłynęło tak wiele energii, tak wiele, by pobudzić do życia zaklęte w zszarzałej, zatrutej ziemi życie. Jego blada twarz zroszona była potem, uniósł trzęsącą się dłoń, by wczepić się bezładnie w jej kamizelkę. – Znalazłaś mnie...– drżące słowa padły razem z oddechem, pełne wdzięczności i bezwarunkowej miłości. Pewnie by płakał, gdyby miał na to siły, a może właśnie to robił, może łzy rosiły mu policzki rozmazując czerń uwolnionej gleby i czerwień krwi. Nie miał nawet siły czuć się winnym, że nie spełni jej kolejnej prośby. Tylko pokiwał głową, choć nie wiedział, czy rzeczywiście to zrobił. Zamknął oczy i może się uśmiechnął. – Nie lubiłem tych ubrań mamo. – powiedział nagle, wciąż ledwie słyszalnie, próbując znaleźć jakiekolwiek pocieszenie dla rozdygotanej kobiety, której łomot serca słyszał przecież pod swoim uchem. Tymczasem stojący nad nimi mężczyzna, widząc zaistniałą sytuację, momentalnie użył różdżki... nie po to jednak, by spacyfikować winowajcę i tulącą go do siebie kobietę, a po to, by transmutować swoją chusteczkę w miękki, pachnący psią sierścią koc, którą natychmiast ich okrył opiekuńczym gestem. Zaraz potem kucnął przy nich, z wyczuciem nie kładąc dłoni na ramieniu zdesperowanej kobiety. –Panno McGonagall? – zapytał ów człowiek, który z pewnością nie był mechanizmem pragnącym chłopięcej duszy, a jego głos tym razem brzmiał dziwnie znajomo. Samuel zdołał pomyśleć, że to takie dziwne, słyszeć znajomy głos w tak obcym, nieprzyjemnym miejscu. – Jeremiah Longbottom. Z Doliny. Zaopiekuję się Wami, pani synem i panią. Proszę oddychać, jest pani w szoku, ale wszystko jest już pod kontrolą...– Przemawiał łagodnie, kojarzył mu się z tonem, którego jego ojciec zwykł używać do ciężarnych hipogryfów. Chłopiec bywał z matką w Dolinie, ale nie kojarzył ani imienia ani nazwiska. Tylko głos. I pies. Ktoś, kto miał psa, nie mógł być złym człowiekiem prawda? Ktoś, kto mówił w taki sposób? W głowie mu się kręciło i zdał sobie sprawę, że jego ciało jest coraz bardziej wiotkie. Chciał o tym powiedzieć, chciał zareagować, ale nie zdołał. Po prostu zapadł się w czerń objęcia sokolich piór. RE: [czerwiec 1958]...a latem bluszcz oplącze Ci serce - Bard Beedle - 07.03.2024 Berenika była dziką córką swojej matki, która biegała boso po ostrych kamieniach i przeklinała jej swoim silnym głosem. Marzyła o gwiazdach i o spokoju w podniebnym locie, a nie o dymie i dramacie Londynu, zagubionym synu, którego musiała wyciągać spośród zniszczonego bruku i z otoczenia gapiów. Miała wrażenie, że każdy z nich czyha na nią, chce ukręcić jej kark. Najeżona patrzyła dookoła, spod byka, ciskając gromy na zebranych, nie patrząc im jednak w oczy. Zaczęła szczerzyć zęby, w odruchu, ale musiała najpierw uspokoić swoje młode. Młode, które cierpiało z jej powodu, ponieważ nie postawiła wyraźnej granicy tam, gdzie powinna. — Oczywiście, że znalazłam, oczywiście, kochanie — odgarnęła z jego włosy czułym gestem i przyłożyła suche usta do jego czoła, panicznie rozglądając się dookoła, jej ptasi mózg walczył o ucieczkę, chciała odfrunąć, ale ludzka logika podpowiadała, że nie jest to dobry pomysł. Zwłaszcza gdy usłyszała znajomy głos, kojarzący jej się bezpośrednio z Knieją, który jakby został wyrwany i przesadzony do nowej rzeczywistości. Na logikę, wiedziała, że Jeremiah Longbottom pracował dla magicznej policji, ale bardziej kojarzył jej się z silnym młodzieńcem, który pomagał przy zbiorach jabłek, nosił ciężkie kosze bez koszuli, do którego wzdychała połowa dziewcząt w Dolinie. Jeremiah pachniał przaśnym chlebem na zakwasie, drewnem z tartaku, nie smrodem Pokątnej i miejskim ścierwem. Jemu mogła zaufać. Kobieta była zahartowana zimami w lesie i życiem z cyklem natury, nie miała więc problemu, aby podnieść swojego jedenastoletniego syna. Słodki ciężar miłości, który była w stanie unieść. Z wysiłkiem, ale była. ***
Samuel obudził się w zupełnie obcym miejscu, pośród jeszcze dziwniejszych zapachów. Białym, jakby nagle wszystko otulił śnieg, chociaż ciepło wiosny i świergot ptactwa za oknem zaprzeczały temu. Okno! Ogromne na prawie całą ścianę, było pozbawione firanek, wychodziło na kolejną, nieznaną, miejską ulicę. Bardziej jednak niż to co na zewnątrz, Samuela musiały kłuć zapachy dezynfektorów oraz lizolu. Zapach czystości i spirytusu, którego używał jego ojciec przy zaprawianiu ziół w alkoholu. Chociaż młodzieniec nawet urodził się w gęstej puszczy, nie był głupi, zresztą, jego rodzie by na to nie pozwolili. Mógł szybko się zorientować, że biała pościel, koszula z cienkiego materiału i metalowy stolik, należą do wyposażeń szpitalnych. Drzwi do salki uchyliły się cichutko. Chłopak mógł zauważyć znajomą sylwetkę matki, która stała przy drzwiach, jakby chroniąc dostępu do syna. Wyraźnie zaaferowana rozmawiała z doktorem, który jej coś tłumaczył, a ona przytakiwała. Była spięta, gotowa do lotu, do łowów, ale rytm jej słów nie należał do tych gniewnych, wręcz przeciwnie. W końcu magilekarz pożegnał się z kobietą, a ona w pełni weszła do pomieszczenia, w którym leżał jedenastoletni Samuel. Widząc, że syn się obudził, podbiegła do niego, przyklękła przy łóżku i wzięła jego dłoń w swoje, spracowane ręce. — Doktor podał nam diagnozę, Samuelu. Jesteś już bezpieczny, tylko więcej Kniei zamieszkało w tobie, niż myśleliśmy i... Otrzymałeś dar żywiołów, kochanie, ale dlatego będziesz uczył się w domu. Na całe szczęście mamy już różdżkę, więc już nigdy nie musimy tutaj wracać. Kobieta rozpromieniła się radośnie, minę, której Samuel nie widział od momentu, gdy otrzymał nieszczęsny list. Najwyraźniej teraz wszystko miało się ułożyć. Koniec sesji
|