Secrets of London
[20.06.1972 wieczór|rynek Doliny Godryka] Bez ludzi i raj się znudzi - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [20.06.1972 wieczór|rynek Doliny Godryka] Bez ludzi i raj się znudzi (/showthread.php?tid=2715)



[20.06.1972 wieczór|rynek Doliny Godryka] Bez ludzi i raj się znudzi - Samuel McGonagall - 17.02.2024

20.06.1972 wieczór

rynek Doliny Godryka


Poturbowana, poraniona Dolina Godryka, otulona szumnym cieniem przeklętej Kniei, próbowała zachować pozory normalności. Lato rozkwitało, to już nie była pobudka życia, a jego pełen rozkwitu taniec. Zbliżała się najkrótsza noc w roku i... Samuel nie zamierzał się na nią wybierać, a na pewno niezbyt dosadnie. Może się pokręci, może zgarnie garniec miodu i schroni się w przyjemnym cieniu bukowiny, żeby przypadkiem nie trafić na jubilatkę, która zwykła obchodzić to święto w Dolinie właśnie.

To brzmiało jak dobry plan.

Na razie dla odmiany korzystał z mugolskiego spontanicznego jarmarku. Jego ogłoszenia trafiły również do niemagicznej części społeczności i tak to się stało, że jeden z jego pracodawców — wyborny piwowar Jeremi z żoną, zaprosili go tego wieczora na małą potańcóweczkę pod gołym niebem i inne zabawy kupców i wytwórców Doliny. Ustawiono kramy w okrąg, rozwieszone kolorowe girlandy i lampiony, trzech grajków ze skrzypcami, cytrą i bębnami ustawiła się pod parawanem i rozpoczęły się tańce.

Samuel, przyjmując zaproszenie, wdepnął w pułapkę, bowiem Jeremiaszowi zależało na tym, aby spowinowacić swoją środkową córkę z dobrym rzemieślnikiem, co może spodnie ma podarte, ale fach w ręku i dobrze mu z oczu patrzyło. Zupełnie nieświadom tego mężczyzna, rozglądał się po straganach z glinianym naczyniem, szczególną uwagę przywiązując do glinianych figurek kaczek i niedźwiedzi. Wymieniał uprzejmości z tymi, których znał, witał się z tymi, których jeszcze nie znał. Rozpoznał kilka twarzy należących do czarodziei, ale skinęli sobie tylko głową. Dla nich to pewnie była wycieczka krajoznawcza "pośród mugoli", dla Sama nie było zbyt wiele różnicy. Człowiek to człowiek.

Plotka głosiła, że tego dnia ma przyjechać wędrowny teatr, który co prawda występować miał jutro, ale kto wie – może uda się jakiegoś kuglarza namówić na żonglerkę lub spluwanie ogniem. Nastroje były pozytywne, leczące niedawno zadane rany. Samuelowi udzielało się to, a kubek wybornego stouta niewątpliwie pomagał w przełamaniu lodów.


RE: [20.06.1972 wieczór|rynek Doliny Godryka] Bez ludzi i raj się znudzi - Effimery Trelawney - 18.02.2024

Miękkie niebo, kłaniające się do skalanej złocistymi wstęgami ziemi, rozlewało na swoich połach wczesny zmierzch, szykując się do najkrótszej tego roku nocy. Budziło uśmiechy, zaklęte gdzieś pośród westchnień miałkich i solidnych na przemian, a ostatnie tchnienie słońca czyniło z wszechrzeczy nie tandetny blichtr, a lśniący przepych. Wszystko było tak absurdalnie zjednane, karykaturalnie wręcz opiewane, pozbawione logiki, a bogate w te mary, które szukały marzeń nad arkanami chmur. Obłoki wszak, pędzone niespiesznym wiatrem, wędrowały po nieboskłonie, przysłaniając co rusz ognistą kulę, która chowała się powoli za horyzontem. Dolina Godryka, zraniona i okraszona tym całym złem, które zebrało się na jego łąkach, potrzebowała wytchnienia.

Tak jak i ona, odziana w letnią, białą sukienkę, kończącą się nad kolanem, zdobioną ażurem – loki zaś, opadały swobodnie falą na ramiona i plecy, okraszając drobną, alabastrową buzię nimbem. Bystre spojrzenie błękitnych tęczówek, otulonych welonem jasnych rzęs, sunęło po obecnych, gdy zaciskała dłonie na materiale sukienki.

Było w tym coś fatalistycznego, bolesnego i ukazywało te jątrzące się rany, które nie miały okazji się zagoić. A jednak na wargach lawirował nieprzejednany uśmiech – tak, jakby miała zażegnać to kłujące fatum. Przełknęła ślinę odrobinę ciężej, wpychając na proscenium myśli tchnienie, jakoby była tu, aby dobrze się bawić. Alastor wysłał ją na wakacje do Doliny niekierowany zbytkiem egzaltacji, za to z pewnością czerpiąc żywo z troski.

Potrzebowała tego. Potrzebowała oddechu od londyńskiego bruku.

Powiedz mi, dlaczego niebo skłania się ku ziemi; powiedz, dlaczego lawirujemy pośród tych okropieństw jak sputniki, pozwalając membranie pamięci okryć całunem to, co się stało; dlaczego spośród tych wszystkich chichotów losu, akurat ten musiał opaść barchanową płachtą na nas.

Wzięła głęboki wdech.

Zauważywszy pośród ciżby bawiących się, znajomą czuprynę, co skierowało jej kroki. Kąciki jej ust zadrżały, jakby jeszcze szukała kurażu, jednak przed nim pojawiła się już z osjanicznym uśmiechem.

Pan Samuel? – zawołała, wyciągając ku niemu chuderlawe ramiona.

Gdy otuliła go nimi, poczuła zapach lasu i tajemnicy; obiecanego i zakazanego jednocześnie.

Przyszedł pan na zabawę? Będzie to nietaktowne, jeśli zaproponuję panu swoje towarzystwo? – zaświergotała, odsuwając się odrobinę.

Bo tego przecież potrzebowała – towarzystwa, wytchnienia i pochłonięcia. Nigdy nie szukała uciech w cudzych ramionach, tym razem było nie inaczej, ale tym razem potrzebowała kogoś, kto wyciśnie z niej wszystko, co złe; wszystko, co w umyśle nimfy leśnej spłonęło.




RE: [20.06.1972 wieczór|rynek Doliny Godryka] Bez ludzi i raj się znudzi - Samuel McGonagall - 18.02.2024

To ta broda.

Był pewien, że dodaje mu wieku, bo wszyscy mężczyźni będący jego rówieśnikami golili się, a ich skóra lśniła gładka, jak pupcie niemowlaków.

On był jednak zdecydowanie człowiekiem praktycznym i niechętnym do brzytwy. Zarost przydawał się zwłaszcza zimą, a wiosną i latem... cóż, brakowało mu zdecydowanie wprawy. Zresztą, chociaż nie było mu to niezbędne do życia, gdzieś ukryta, zaszyta w jego genetyce krew Blacków sprawiała, że było mu przyjemnie w chwilach takich jak ta. Gdy niemalże jego rówieśnica mówiła do niego Pan. Gdy i jemu zdarzało się być z prawdziwym Panem na Ty.

– Panienka...? – uniósł brew, próbując w głowie odgrzebać, jak urocza nimfa ma na imię. Elf, przypominała mu swoją szczupłą posturą i wiecznie nieobecnym spojrzeniem elfa. Kilkukrotnie spotkali się na jarmarkach, dziewczę spędziło raz kilka dobrych minut, oglądając z wielką uwagą każdą zwierzęcą figurkę, którą miał na stanowisku. – Dawnośmy się nie widzieli... to było rok temu? A może pół w okolicy Jule? Nie spodziewałem się tu zobaczyć panienki... Ale okazja jest całkiem niezła. Mają nawet dobre wino, chodźmy, woli panienka białe czy czerwone? panienkowanie było bezpiecznym wybiegiem, gdy nie pamiętało się czyjejś godności poza "elfie dziecię", które odkopał ze swoich niezbyt spiesznych umysłowych zwojów.

I ruszył, niemalże naturalnie, do jednego ze straganów, gdzie rzeczywiście można było uraczyć się winem.
– Na dłużej czy tylko na jutrzejsze Litha? Pragnie panienka rytuałem połączyć się z kimś na dłużej niż noc poszukiwania kwiatu paproci? – pytanie było nie na miejscu, ale Samuel cały czas się uczył, co było, a co nie było na miejscu. Miał ładną twarz, szlachecką pod toną włosów, ale obycie... totalnie odklejone. On by się nie obraził, gdyby ktośgo zapytał, czemu więc miałby zakładać, że jego słowa byłyby nietaktem?


RE: [20.06.1972 wieczór|rynek Doliny Godryka] Bez ludzi i raj się znudzi - Effimery Trelawney - 28.02.2024

Lukrowane promienie słońca igrały z alabastrem jej skóry, z bielą nieskazitelną sukienki ażurem umykającej nad kolanem, z jasnymi, błękitnymi oczami, w których szalały obfite w pioruny burze, aby po chwili przejść w niezachwianą stateczność spokojnej toni morskiej; błękit nieba zamknięty w jednym, krótkim wzroku, po którym szybowała biała wata cukrowa.

Letnia pora obfitowała w zieleń listowia i barwne elegie kwiatów, którym wtórowały świerszcze, igrając w gęstwinach traw. Jej stosunek do pory ciepłej, sennie bezsennej, pozostawał skrajnie romantyczny do tej pory; wiedziała, że wówczas dzieją się rzeczy magiczne i obfitujące w piękno i to nie świąteczna jemioła wprawia w miłosny nastrój – to gęstwiny zielonych traw, kojący szum drzew podrygujących pod władaniem wiatru, milczące, acz tchnące błękitem niebo sprowadzały istnie urokliwą atmosferę. Może gdyby nie była tak egzaltowaną romantyczką, może wówczas spozierałaby ze swojej postury elfa ze zgoła inną, lepką pragmatycznością.

Uśmiechnęła się niepewnie, drżącymi kącikami ust.

Effimery – rozjaśniła, błyskając perłami zębów.

Wypuść tchnienie z moich płuc i powiedz mi jedno; to, co niezachwiane. Dlaczego niebo budzi się do życia o poranku i dlaczego ustępuje tronu nocy. Dlaczego moje uczucia są tak miękkie i kowalne w obróbce, dlaczego cierpię w imię miłości wieczystej i dlaczego moje serce jest tak skłonne do podrygów. Poznaj mnie i zdradź mi.

Ach, kuzyn wysłał mnie na wakacje do rodziny w Dolinie Godryka. Lubię tu przychodzić wieczorami, latem są miłe jarmarki. Można odetchnąć prawdziwie letnim powietrzem, nie to co w Londynie. Dziwne, że jeszcze się nie spotkaliśmy – chadzam polanami dosyć regularnie, lubię otoczenie natury. Pańskie też lubię, oczywiście – dodała, pesząc się odrobinę. – Wino lubię białe – odparła, zmieniając temat.

Poszła za Samuelem do jednego ze straganów, opierając się bokiem o blat.

Nie mam szczęścia do miłości – rzekła, myślami odbiegając do tych wszystkich chłopców, którzy łamali jej serce – Louvain, Theodore, Billy… można było utworzyć z ich sumy całą wartką rzekę życiowych rozczarowań i niepowodzeń.

A pan? – zabrzmiała pytaniem.




RE: [20.06.1972 wieczór|rynek Doliny Godryka] Bez ludzi i raj się znudzi - Samuel McGonagall - 28.02.2024

Wziął dwa kubki, proste, drewniane, wypełnione białym winem i podał jej ciekawy, czy będzie odpowiadał jej jego smak. Kwaskowaty, lekko słodki, kwiatowy na podniebieniu. Tego najbardziej mu brakowało w dziczy, bo choć robił swoje piwo, to jednak wino... w winie było coś poetyckiego, wino przypominało mu baśń, z zamkiem i klątwą, z ukrytą słodką obietnicą, lub cierpką prawdą o życiu.

Był jej ciekaw, szukał w pamięci czy miał okazję... i rzeczywiście, nie z tej perspektywy, ale kiedy jego ciało przyoblekała ptasi frak, gdy wznosił się ponad szczyty drzew... Wtedy zdarzało mu się widzieć swoim czujnym krogulczym ślepiem ludzi, których ciągnął zew puszczy. Dzika, nieujarzmiona jeszcze natura, chroniąca się kolcami i zasadzkami pośród cierni, potrafiła zachwycać słodyczą i miękkością polan takich jak ta, po której zdarzało się sennie tańczyć ku chwale Sylvanusa istotom takim jak Effimery. Kojarzyły się one Samowi z driadami lub nimfami, ale najbardziej... z motylami i ćmami. To proste skojarzenie wystarczyło, by zaczął postrzegać jej ażurową sukienkę jako delikatne, oprószone barwnikiem skrzydła, by dłoń widzieć jak drobną nóżkę owada delikatnie stąpającego po płatkach obiecujących słodki nektar wewnątrz nocnego kwiatu.

– Być może spotkaliśmy się już, uśpieni snem letniej nocy pośród drzew. Knieja to zaborcza pani, ale gdy ktoś odda jej kawałek duszy... Połączony będzie z nią w słodkiej komunii i tęsknić będzie, znajdując się tutaj, kilka metrów stąd. Ja tęsknię, a Ty...? – zapytał wzdychając, a słodycz wina zdała mu się pełną goryczy. Odwrócił głowę od kierunku, gdzie poszumem kusiła linia lasu i uśmiechnął się przepraszająco, pierw do swoich stóp, a potem do ślicznej twarzyczki jego towarzyszki.

– Ja też nie mam się czym pochwalić. Oddałem swoje serce puszczy, lecz teraz jesteśmy rozdzieleni, a ja nie mogę jej obronić. Czy więc kocham prawdziwie, skoro brak mi odwagi i mocy by stawić czoło cieniom? – zapytał zupełnie serio, niepomny trwającej wkoło wesołości, niepomny tego, że mieli zapomnieć o zmartwieniach, a nie drążyć w nich, posypywać solą wciąż świeże rany...

Muzyka zmieniła się, nagle ludzie ruszyli do sceny gdzie stali muzykanci i zaczęto wołać, szukać chętnych do konkursu par. Nagrodą była butelka białego wina, które teraz pili. Czy taki nektar wystarczy na pokusę?

– Co myślisz? – zapytał nagle wskazując na prowizoryczną scenę. – Więcej wina brzmi jak dobry pomysł na dzisiejszy wieczór. – zasugerował dopijając swoje, próbując nie myśleć o krwawiącej leśnej kochance pozostawionej za plecami.