Secrets of London
[2 sierpnia 1972] Violence makes me horny / Loretta i Murtagh - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [2 sierpnia 1972] Violence makes me horny / Loretta i Murtagh (/showthread.php?tid=2722)



[2 sierpnia 1972] Violence makes me horny / Loretta i Murtagh - Loretta Lestrange - 18.02.2024

2 sierpnia 1972
Little Hangleton
Loretta Lestrange i Murtagh Macmillan



Jej zamiłowanie do okrucieństwa nie miało nic wspólnego z uwielbieniem do potworów Felliniego. Pławiła się w krwi swoich ofiar, a najpiękniejszymi kwiatami były dla niej rdzawe róże posoki formujące się na posadzce; nic nie wprawiało jej w taką ekstazę, jak krzywdzenie – zakrawało to wręcz o obsesyjne podniecenie, któremu nie mogła się nie sprzedać. Chciała ranić, chciała być dominantą wszechświata i nade wszystko – chciała triumfować. A cóż smakowało słodziej od błagającego o litość, rychło trupiego oblicza?; zawierała w sobie mrok, którego nie była w stanie wyartykułować i choć istniała jako skalana pogodą ducha panna o przyjemnym, filuternym uśmiechu wciśniętym na ustach, więziła w sobie demony, których nie potrafiła poskromić.

W momentach takich jak ten, budziła się w niej żądza krwi – o tyle żarliwa i brutalna, że zawsze puentowała się zwłokami leżącymi u jej stóp. Była niepowstrzymana, niewpisująca się w żadne ramy bycia złą. Jej okrucieństwo przebijało wielokroć wielu zbrodniarzy, a ona, schodząc z tej ekstatycznej fazy, była w stanie tylko wzruszyć ramionami, poskramiając tę bestię, którą więziła na przestrzeni lat.

Bo ludzie się jej bali, gdy budził się w niej demon.

Tylko on patrzył na nią z żywą fascynacją i podziwem, gdy krzywdziła; tylko on nie bał się tej fali nieposkromionego gniewu, który bulgotał w niej pod alabastrową skórą. Podziwiał ją i adorował, a to wystarczyło, aby chciała go trzymać przy sobie usilnie. Lubili myśleć, że są dłonią sprawiedliwości; że nie czynili nic plugawego, ponieważ oczyszczali świat ze słabych jednostek, marnych podmiotów. Nie istniało nic ponad, nie istniało nic mniejszego – mieli misję.

A fakt, że nieludzko podniecał ich widok krwi, schodził na odrobinę dalszy plan.

I gdy stali tak, odziani jedynie w czerń, z maskami osnuwającymi prawdziwą tożsamość, położyła mu dłonie na barkach, zaciskając palce odrobinę za mocno.

Pocałunek przed i pocałunek po.

Złożyła więc na jego wargach obietnicę, rzeczowy pocałunek – krótki i faktyczny, nim zsunęła maskę na swoje oblicze.

Pora się zabawić, kochany – rzekła z głosem tak chłodnym, jakby sam sztylet z niego wyzierał.

Stukot jej obcasów zwiastował duszną obecność, bałagan osobowości i tę przeklętą żądzę, która aż łaskotała ją w klatce piersiowej. Pod maską, wykwitł piekielnie parszywy uśmiech, wtapiając się w delikatnie zmrużoną, piwną toń tęczówek.