Secrets of London
[Lato 1968] I believe in a place you take me / Effimery i Louvain - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [Lato 1968] I believe in a place you take me / Effimery i Louvain (/showthread.php?tid=2723)



[Lato 1968] I believe in a place you take me / Effimery i Louvain - Effimery Trelawney - 18.02.2024

Lato 1968
Południe Francji
Effimery Trelawney i Louvain Lestrange



Pola edeńskie, które rozpościerały się przed jej smaganym promieniami słońca obliczem, miały w sobie wiele z bożej ingerencji – jakby zostały stworzone na podobieństwo raju; letni klimat śródziemnomorski opiewały podmuchy wiatru ze strony oceanu, a słoneczne wstęgi pieściły wysokie trawy upstrzone czerwonymi główkami maków, czyniąc z nich nie tandetny blichtr, a pełną przepychu firanę; tak, jakby znalazła się poza pojmowaniem ziemskim.

Odgarnęła pukle jasnych loków za ramię, odchylając głowę ku niebu – przepastnie błękitnemu, o nielicznych, rwanych bielą obłokach wędrujących po sennym podszyciu. Promienie słońca uwydatniały piegi rysujące się na nosie i policzkach, a biała, ażurowa sukienka, w którą była odziana, była nieznacznie trącana przez losowe podmuchy wiatru. Lato rozłożyście oznajmiło swoją obecność, a ona przecież jeszcze niedawno wypełniała swoją osobowością mury hogwardzkie.

Nie spodziewała się, że ją zabierze tutaj; że nagle znajdzie się pośród francuskich winnic i powolnie przędzonego życia. Wszystko wszak zdawało się być miałkie i niespieszne; jakby życie zatrzymało się na moment, kontemplując tę przestrzeń, która teraz – po ukończeniu szkoły – rozpościerała przed nią gładką przesiekę, pas startowy, otwierający przed nią rozmaitość przyszłości. Teraz jednak liczyła się ta jedna chwila, w której weszła na łąkę, między wysokie trawy, aby po chwili obrócić się ku niemu, a jasne kosmyki opadły jej na oblicze, nie przykrywając jednak rozanielonego uśmiechu.

A więc, czy tak smakowała wolność?

Podeszła ku niemu niespiesznie, jakby wpasowała się w ten klimat leniwego bytowania, czerpania z każdej chwili pełnymi garściami. Uświadomiła sobie o nieuchronności przemijania, tutaj jednak nie miała ona miejsca w żadnym tonie.

Chwyciła go za dłonie, zaciskając na nich mocno palce, aby wspiąwszy się na palce, złączyć ich usta. Smakował winem, słodyczą i letnim brzaskiem, a gdy oderwała się od niego, zmarszczyła urokliwie nos, a na jej wargach rozlał się uśmiech pełen wrażliwej przekory.

Wspomnienia rozlały się między nimi niczym mleko.

Pocałunek zdjęty obietnicą z jej ust, wszechświat zamknięty w jednym geście, ulotne jedne milionowe istnienia, kalejdoskop barw rozlegający się za zasuniętą membraną powiek…

Jest pięknie. Jest tak pięknie, Lou – wydusiła z siebie w końcu, zarzucając mu ręce na barki.

Sennie bezsenna, poczuła się omieciona słodkim zapachem traw i dźwiękiem świerszczy skrzypiących gdzieś pomiędzy gęstym listowiem drzew. Niebo niezmiennie rozlewało się błękitem, najistotniejszy jednak był on. Jego duszna obecność, wargi kurczowo przylegające do niej, uczucie zarysowane wydatnie, jednak wciąż niejako nieśmiałe.

Chciała z nim tu spędzić wieczność i jeden dzień.