Secrets of London
[listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy (/showthread.php?tid=2724)

Strony: 1 2


[listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Brenna Longbottom - 18.02.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz tajemnic IV
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty

Scenariusz Millie: Nastał czas ciemności

Po szybach niemagicznej knajpki spływały krople, a deszcz bębnił o parapet. Londyn tego poranka zdawał się szary, brzydki, chłodny i jakiś smutny - a może tylko tak zdawało się Brennie, bo tego listopada nosiła w sobie szarość i nerwowość, zupełnie nie pasujące do tej dawnej Brenny.
Kryła je jednak bardzo starannie. Tym staranniej im bardziej ponure stawały się twarze innych pracowników Departamentu, kiedy napływały informacje o nowych napaściach. Wiedziała zresztą, że to minie - nie dlatego, że wojna skończy się szybko (nie skończy się: wiedziała o tym doskonale, Albus Dumbledore nie zwoływałby ludzi, gdyby nie uznał, że sprawa jest poważna), a bo ludzie nauczą się funkcjonować w tej nowej, wojennej rzeczywistości. Znów zaludnią się bary przy Pokątnej, znów będą organizowane przyjęcia, ludzie znów będą się śmiali, bo taka już była natura ludzka.
Ona więc uśmiechnęła się i teraz, kiedy Moody stanęła w drzwiach knajpy.
- Cześć, Mills - przywitała się, unosząc dłoń, chociaż ciężko było Brenny nie zauważyć. O tej porze i w taką pogodę to miejsce było nieomal puste, poza nimi w środku była tylko kelnerka, przysypiająca za ladą - a Brenna wybrała najdalszy stolik od lady, położony tuż pod oknem - i jakiegoś ponurego jegomościa pod oknem. I między innymi dlatego ostatecznie postanowiła poprosić o spotkanie Millie właśnie tutaj. Paskudna pogoda utrudniałaby rozmowę gdzieś na powietrzu, w domu Longbottomów roiło się od ludzi, a w magicznym Londynie istniała z kolei za duża szansa, że ktoś usłyszy coś, czego nie powinien. Brenna za to wątpiła, aby ktoś ze zwolenników Voldemorta planował pojawić się o siódmej nad ranem w jednej z mniej reprezentacyjnych dzielnic niemagicznego Londynu, aby zamówić w knajpie przypalone kiełbaski i niezbyt dobrą kawę. Zresztą o kolano pod stołem podpierała różdżkę i ledwo Moody usiadła, Brenna wyszeptała zaklęcie, mające nieco zagęścić powietrze w pobliżu stolika. Ot utrudnienie podsłuchania – wprawdzie ledwo na kilka minut, to jednak powinno wystarczyć.
– Pozwoliłam sobie zamówić kawę i dla ciebie, żeby nie czekać na zamówienie, ale jeżeli wolisz coś innego… – powiedziała Brenna, wskazując na dwie filiżanki, które przed chwilą przyniosła kelnerka.


RE: [listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Millie Moody - 19.02.2024

Kiedy zapisywała się do BUM-u, to było tak naturalne i banalne, jak pojawienie się w Hogwarcie. Kroczyła ścieżką swojego brata, chociaż on wdrapał się tą ścieżką na szczyt, ona dopiero planowała tam się wdrapać... może za jakiś czas. Tak czy inaczej Brygada Uderzeniowa Ministerstwa była doskonałą fuchą. Stała wypłata, sami kumple ze szkoły, kawa, pączki i spokojna robota posypana trochę adrenalinowym crunchem.

Aż do teraz.

Atmosfera wisząca w powietrzu, była tak gęsta, że dało ją się kroić nożami. Bardzo nie chciała czytać gazet, ale musiała to robić, nawet ślepy zauważyłby rosnące nastroje, polaryzowanie społeczności, coraz wyraźniejszy podział na my i oni i to ze względu na coś tak abstrakcyjnego jak niezależne od ludzi wybory ich rodziców.

Uważała, że to absurd, ale ludzie zabijali się o większe gówna niż to.

Pod skórą czuła, że Brenna ściąga ją do tej kawiarenki nie po to, by poplotkować o dupach i tabelkach mistrzostw w quiditchu.

– No co tam? – zapytała, zajmując miejsce naprzeciwko, rzucając spojrzenie na podwójne espresso. Pewnie bez miodu, wątpiła żeby w takiej kanciapie mieli miód. Ściągnęła kaptur z głowy, roztaczając wokół siebie ostrą woń kadzideł i fajek zmiękczonych listopadową wyspiarską dżadżawicą, której szanujący się londyńczyk nawet nie zauważał.

– Kawa ok, moje trociczki przestały działać, więc jak podłe by to nie było, to nie będzie tak podłe jak mój obecny stan. – Przetarła przekrwione oczy. Cienie malowniczo rozkładały się na bladej skórze, choć złociste oczy nie straciły na bystrości spojrzenia. Przekrzywiła głowę wykrzywając się nieco. Coś chrupnęło w jej szyi nieprzyjemnie. Zaraz potem rozpoczęła rytuał wywijania sobie palców na drugą stronę i ziewnęła, nie kłopotając się zasłonięciem sobie buzi. Chociaż coraz bardziej zbliżała się do trzydziestki, zachowywała się cały czas tak, jakby miała dziesięć lat mniej na karku. Były powody, dla których nigdy nie awansowała na detektywa, nawet jeśli cały czas się upierała, że to jej wybór.


RE: [listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Brenna Longbottom - 19.02.2024

– Piękny, listopadowy poranek – odparła Brenna na to pytanie „co tam”, i chociaż słowa same w sobie w zestawieniu z pogodą, z tą szarugą, z ponurą atmosferą listopada w świecie czarodziejów brzmiały ironiczne, to w głosie Brenny nie było sarkazmu, a uśmiech posłany Millie nie był może wesoły, ale na pewno przyjazny.

Moody nie musiała mieć w sobie krwi jasnowidzów ani otworzyć Trzeciego Oka, aby domyślać się, że pewnie nie chodziło o jakieś towarzyskie spotkanie. Gdyby Brenna chciała wyciągnąć ją na wspólny posiłek, zrobiłaby to pewnie podczas lunchu, a pogadać o jakichś zupełnych głupotach mogłyby w jakimś przyjemniejszym miejscu – jak jakiejś kawiarni na Pokątnej albo nawet w kuchni Longbottomów, gdzie skrzatka Malwa co rusz podstawiałaby im pod nos ciasteczka z marmoladą.

– Na sen? – spytała, sama sięgając po swoją filiżankę. Wolała herbatę – cóż za wstyd, jak na policjantkę – ale w taki poranek jak ten, wczesną porą, gdy na zewnętrz wciąż jeszcze nawet nie pojaśniało na dobre, mocna, czarna i gorzka kawa stanowiła wybawienie. Zwłaszcza, że Brenna potrzebowała mieć teraz umysł jasny, a nie przytłumiony sennością. – Obawiam się, że nie poprawię ci dzisiaj humoru – stwierdziła z pewnym zamyśleniem, spoglądając najpierw na kelnerkę i jegomościa w kącie, a potem za szybę, jakby po raz kolejny upewniała się, że nikogo nie ma w pobliżu: i to mimo tego, że zaklęcie otoczyło je na kilka minut ciasnym kokonem, utrudniając podsłuchiwanie. – Widziałaś ostatni bilans ataków? – zapytała retorycznie, bo nawet jeżeli Moody go nie widziała, to wszyscy w ich Departamencie gadali tylko o tym. Już nikogo nie interesowało nawet otwarcie nowej paczkarni na Pokątnej czy burzliwe rozstanie znanej, biurowej pary aurorów… – Działają skutecznie. Za skutecznie, żeby mogli to robić, nie mając informacji z wewnątrz Ministerstwa – powiedziała, z pewną ostrożnością. Nawet nie wywołaną nieufnością – skrajnej paranoi Brenna jeszcze się nie nabawiła, a to była Mills z rodziny postrachu czarnoksiężników.
Po prostu czasem trudno było znaleźć właściwe słowa. Nawet takiej gadule jak ona.


RE: [listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Millie Moody - 19.02.2024

Millie ze względu na swój oryginalnie zepsuty zegar biologiczny, nie miała problemu jedzeniem czy piciem o najróżniejszych porach dnia i nocy. Nie miała problemu z przyjmowaniem dzikich dyżurów, gdy wszyscy inni wymiękali. Zakładała, że pewnie nie dożyje w ten sposób trzydziestki — cóż, była szansa, że niedługo całkiem mogłaby się przekonać, jak to będzie żyć z trójką na karku.

Jak dotąd było to życie intensywne, czasem zjarane, z paczką przyjaciół, która zamiast tłuczków okładała bandziorów i magicznych pojebów. Zajmowała się tym czym w szkole, wypatrywaniem okazji i szybkim przemieszczeniem się do niej. Za głupia zbyt leniwa na awans, lubiła wykonywać polecenia (chociaż nigdy by się do tego głośno nie przyznała), i narzekać na nie przy każdej jednej okazji.

Ale teraz było inaczej. Teraz nie było tutaj żadnych rozkazów.

– Kret – niemalże splunęła, finalne t uderzyło twardo w podniebienie z pełnią nienawiści. Dla dziewczyny był to najgorszy gatunek człowieka, ten któremu się ufa i powierza życie tylko po to, by obudzić się ze sztyletem między żebrami. Jej oczy zwęziły się, palce zacisnęły na kubku, jakby zaraz miała zamiar go zgnieść. Nie chodziło o nią. Chodziło o Alastora. Był ważną figurą (w oczach Mildered najważniejszą), którą niejeden złol bardzo chętnie by strącił. – Wiesz kto? – zapytała tak, jakby jedno słowo Brenny wystarczyło, by teleportowała się do tego chuja, a następnie zabrała go na wycieczkę w jedną stronę na biegun północny. Bez różdżki.


RE: [listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Brenna Longbottom - 19.02.2024

- Możemy podejrzewać. Ale to na pewno nie jest jeden kret, Mills - powiedziała Brenna. Zdawała się zaskakująco spokojna, jak na temat tej rozmowy, choć w istocie od spokoju była dość daleka. Gdzieś w środku była rozedrgana, pełna zmartwienia o rodzinę, o przyjaciół i o wszystkich ludzi, którzy nie zasługiwali na to, by spotkała ich krzywda, a których krzywda z pewnością spotka. Uśmiechała się do znajomych i z tyłu głowy miała myśl: po której staniesz stronie?
Uniosła filiżankę do ust i upiła łyk kawy, nim odstawiła naczynie na blat, pomiędzy nimi.
– A nawet jeżeli będziemy wiedzieć, kto takim jest, zdobycie dowodów i rozegranie tego legalnie nie będzie łatwe – podjęła, cichym głosem, mimo czaru, który chwilę wcześniej rzuciła na okolicę ich stolika. Mówiła z przekonaniem, chociaż tak naprawdę to w dużej mierze wynikało z faktu, że jej ojciec wierzył w Dumbledore’a – ona więc też była skłonna w niego uwierzyć, i ta wiara podszyta była dodatkowo wspomnieniami z Hogwartu, gdy Albus zdawał się najpotężniejszym czarodziejem na świecie.
Poza tym naprawdę przeczuwała całą sobą, że Ministerstwo to po prostu za mało.
– Dlatego Ministerstwo to za mało. Obawiam się, że jeżeli zostawi się wszystko w tych rękach… to skończy się jak z Grindewaldem, który tak cholernie daleko zaszedł, bo miał swoich zwolenników niemal wszędzie.
I ostatecznie tym, który go pokonał, był Albus Dumbledore. A wcześniej szyki czarnoksiężnika raz po raz krzyżowali nie pracownicy niemieckiego, amerykańskiego czy brytyjskiego ministerstwa, a zebrani przez niego ludzie. Tyle że wtedy zebrał ich trochę za późno, tym razem zaś zaczął działać natychmiast.
– Pytanie, czy jesteś zainteresowany, aby działać też p o z a Departamentem – dokończyła cicho. Nie, nie podawała na razie szczegółów: bo póki nie wiedziała, czy Mills jest zainteresowana, podawać ich absolutnie nie powinna.
Nie każdy chciał się mieszać.
I nie każdy zdawał sobie sprawę z tego, że tym razem zagrożenie jest naprawdę realne.


RE: [listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Millie Moody - 20.02.2024

Jej twarz miała naprawdę brzydki pogardliwy grymas, na wzmianki o dowodach. Dla niej wystarczającym dowodem było słowo tym, którym ufała ponad wszystko. Tym, którzy byli mądrzejsi od niej, cisnęli awanse, ale też wielokrotnie pokazywali jej, że są kurewsko sprawiedliwi i nigdyby nie dali oskarżenia na kogoś, gdzie wątpiliby, żę był winny.

Mills nigdy nie była osobą praworządną, chyba że trzeba było wypełnić odpowiednie testy i broszury, żeby dostać się do Brygady Uderzeniowej. Miała kompletnie inne priorytety w swoim życiu i jej latarnią wskazującą właściwy kierunek impetu, miejsca, w którym miała się pojawić i jebnąć (choć umówmy się, ofensywa nigdy nie była jej mocna stroną, ale dobrze, no chociaż tak metaforycznie jebnąć, już nie przyznawajmy głośno, że jej umiejętności doskonale sprawdzały się jako support dla całej ekipy, a obrażeń z tego wychodziło niewiele). Bezradność prawodastwa, zakute głowy... ach ileż to słuchała narzekać Alastora na opieszałość "góry", na to że czasem oni kogoś łapali, a potem odpowiednio pociągnięte sznurki, odpowiednio wysokie kaucje sprawiały, że wielka opowieść o bohaterstwie stawała się cyniczną zabawą w policjantów i złodziei. Niekończące się koło.

– No kurwa, jasne, że chce. – odpowiedź może przyszła zbyt łatwo. Dziewczyna była naburmuszona, roziskrzona, chciała działać już teraz natychmiast. Zniknęły resztki bezsennej nocy, pod alabastrową skórą kotłowała się burza, pioruny, które potrzebują tylko punktu i nie ważne jakim zygzakiem, ale dolecą do niego i spopielą to co znajdą na końcu.

– Ale... – cień zawahania pojawił się w złocistych Nie obawiała się, że Brenna Wielka Pani Detektyw O Szlachetnym Sercu doniesie na nią, jeśli to był jakiś test. Najwyżej wyłga się, że to były żarty, że ona testowała testującą czy coś. Nie to było problemem.– Nie wiem, co Alik na to... Wiesz, on... on lubi jak wszystko idzie z literą prawa – to była też kwestia tego, że zaufanie między nimi było najdrogocenniejszą rzeczą którą posiadała i nie zamierzała jej nigdy stracić. Choćby świat miał się zawalić, nie wyobrażała sobie świata w którym nie mogłaby polegać na swoim bracie. Nie wyobrażała sobie świata w którym jakimiś decyzjami mogłaby zachwiać jego pewnością w niej. – Musiałabym... nie wiem... nie chcę robić nic, o czym by nie wiedział


RE: [listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Brenna Longbottom - 20.02.2024

Jeśli szło o Brennę, to można by się sprzeczać, czy jest osobą uczciwą, czy wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś potrzebował pomocy, robiła co mogła, aby tej pomocy udzielić. Zaryzykowałaby życie, aby kogoś uratować i miała bardzo mocno zakorzenione poczucie sprawiedliwości. Jednocześnie z czasem zaczęła rozumieć, że "prawo" i "sprawiedliwość" to czasem bardzo złe połączenie, bo to co zgodne z prawem nijak ma się do sprawiedliwości.
I można by się sprzeczać, że nie jej oceniać, co słuszne, a co nie, ale pod tym względem zdawać się na innych mogła nie podczas wojny.
Tyle że pozbycie się takiego kreta otwarcie zaprowadziłoby cię prosto do Azkabanu.
- Odpowiedziałaś mniej więcej równie szybko, co ja - powiedziała Brenna, a jej twarz rozświetlił uśmiech, szczery i tym razem całkiem wesoły, bo ta odpowiedź tak bardzo pasowała do Millie. Brenna obracała się w różnych środowiskach, znała i te doskonałe maniery góry czarodziejskiej śmietanki, i język pięści i przekleństw z Nokturnu, nijak więc się nie przejęła tą kurwą. Sama czasem kurwałaś. - Hej, myślisz, że przyszłabym do ciebie, gdyby to miała być tajemnica przed nim?
Musiałaby być bardzo naiwna. Albo bardzo słabo znać Moody. Brenna podejrzewała, że Alastor mógłby mieć tajemnice przed nią, ale jeżeli Millie jakieś miałaby przed nim, to pewnie wyłącznie, gdyby uznała, że ich zachowanie leży w jego najlepiej pojętym interesie.
– Ktoś ma z nim pogadać – stwierdziła, po czym zerknęła na zegarek. – Może nawet już to zrobił.
Znała Alastora, chociaż nie aż tak dobrze, jak Millie: dzieliła ich większa różnica wieku, pracowali w innych Biurach, dość długo był więc po prostu bratem przyjaciółmi i można było powiedzieć, że nici przyjaźni dopiero się kształtowały – podsycane pierwszymi kanapkami, podrzucanymi niekiedy na biurko Moody’ego. Jej by nie uwierzył, poza tym na pewno nie była dobrą osobą do rozmowy z nim. Ale był całkiem oczywistym wyborem, gdy chodziło o dokonanie rekrutacji.
– Może za słabo go znam, ale podejrzewam, że jak już przestanie wietrzyć podstęp, to się zgodzi.


RE: [listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Millie Moody - 20.02.2024

Nie przygryzła warg, wahając się przed odpowiedzią. Była dobrym graczem, bardzo dobrze wiedziała, jak mowa ciała zdradza.
– No dobrze... – zaczęła mówić nieco wolniej, rozluźniając bardzo świadomie ciało, odchylając głowę w tył, w geście znanym powszechnie jako "ja pierdole ile tu jest teraz papierkowej roboty, komu mam obciągnąć, żeby zrobił to za mnie?", oddychając i dajac sobie czas.

Jedna rzecz, że Mildred działała jak piorun zdobiący rozlegle jej plecy. Działała zanim pomyślała (oczywiście później pięknie to racjonalizując i upiększając w raportach girlandami słów wyjaśniających, dlaczego takie działanie było najoptymalniejszym, najdoskonalszym i przede wszystkim najlogiczniejszym zachowaniem z jej strony. Oczywiście nie oznaczało to, że zamierzała cofnąć swoją deklarację. O nie! On po prostu pozwalała w końcu mózgowi przejąć ster.

Upiła kawę. Grała na czas, nie po to, by celowo marnować poranek Brennie. Jej głowa tego potrzebowała. Uziemić się. Sfajczyć kawałek ziemi, stopić kwarc, zrobić tego pieprzonego fulguryta. Odgarnęła włosy z czoła, ale jej cienkie leiste kłaki i tak wróciły tam gdzie były wcześniej.
– Z czym to się wiąże. Będą jakieś meetingi? Listy zadań? Dodatkowe naloty, poza terminarzem z BUma? Czego ode mnie oczekujesz? – to zabrzmiało oschle, niemal jak oskarżenie, ale tak brzmiała porządkująca sobie rzeczywistość Mills i Brenna wiedziała, że to nie jest wymierzone w nią i jej ofertę.


RE: [listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Brenna Longbottom - 20.02.2024

Brenna naprawdę rzadko brała do siebie zachowania innych. Zranić ją było trudno i można było tego dokonać głównie wtedy, gdy kogoś naprawdę kochała, i ta osoba zachowała się podle. Nie obrażała się na uwagi, złośliwości ani drobne niegrzeczności, nie dbała nawet o to, gdy ktoś próbował robić jej pod górkę czy wyjątkowo jej nie lubił. Ani trochę nie przyjęła więc pytań czy zachowania Millie jako coś złego – zresztą, kiedy ktoś proponował ci dołączenie do nielegalnej, podziemnej organizacji, ruchu oporu, to pewne pytania były rzeczą naturalną.
Niestety, nie umiała odpowiedzieć na wszystkie. Wszak Voldemort dopiero ogłosił, że uwolni świat od szlam i odda go we władzę czarodziejów czystej krwi. Dumbledore ledwo zaprosił do swojego gabinetu Patricka Stewarda i zaczął powoli rozpuszczać wici, gromadząc wiernych sobie ludzi. A musieli działać ostrożnie.
– Wszystko dopiero się organizuje – powiedziała Brenna, upewniając się, że czar, który rzuciła, nie przestał działać. Rzuciła szybkie spojrzenie ku osobie, która weszła do pomieszczenia, ale to był tylko jakiś robotnik, który ruszył do lady, zamówić śniadanie. – Nasze zadanie… to krzyżować im plany tam, gdzie góra tego zrobić nie może albo nie chce. Zbierać informacje, obserwować, kto może być po tej drugiej stronie albo kto może stać się celem. Gromadzić zasoby, kontakty. Tak naprawdę… to mogę się pewnych rzeczy tylko domyślać. Ale gdybym miała zgadywać, ty, Mills możesz po prostu zostać poproszona na przykład o przetransportowanie gdzieś kogoś, kto musi szybko zniknąć, a nie umie się teleportować. O złożenie jakiegoś raportu w MM trochę później, bo nie chcemy, żeby wiadomość szybko dotarła do niepowołanych uszu. Pewnie prędzej czy później dojdzie też do walki, ale tutaj… to już wiele zależy od naszych szefów. A tym głównym jest dyrektor D – stwierdziła, zniżając nieco głos. To Dumbledore, najpotężniejszy czarodziej w Wielkiej Brytanii, a może i na świecie, ich wszystkich zwołał. Nazwiska jego prawej ręki Brenna wolała na razie nie zdradzać – to już zostanie ujawnione, kiedy Millie zostanie wciągnięta w pełnię struktur…


RE: [listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Millie Moody - 22.02.2024

Słuchała i słuchała, upiła nawet znów kawę i szczerze... zakładała, że to będzie mniej legalne. Więcej – trochę liczyła na większy zastrzyk adrenaliny, choć bardzo możliwe, że z czasem na tej wojnie pojawią się fajerwerki i inne atrakcje.

Ożywiła się znacznie na wzmiankę o teleportacji. Trochę jak dziewczynka, którą ktoś pochwalił za ładny rysunek, co przy postawie drobnej brunetki o mocno dziewczęcej urodzie, nie było takim znowu odległym skojarzeniem. Z kolei wzmianka o liderze odbił się jak grochem o ścianę. Nie to, że nie lubiła Dumbledora. Dla niej po prostu najlepszym czarodziejem wszechczasów był jej starszy brat i nic nie mogło zmienić tego przekonania.

– Zajebiście. Jeszcze mi powiedz, kto jest w środku, poza mną i brackim? Pewnie Erik. Papcio Morfi? Stonks też pewnie chciałaby się przydać, ona była kurwa lepsza ode mnie ze wszystkiego. O! O! I Cain, ten to jest niezły w ogarnianiu czegoś na boku. – Jej myśli odleciały od pozerstwa, ale też trochę od powagi całej sytuacji. Była jak burza, przychodziła nagle i nigdy nie bylo wiadomo/ gdzie piorun jej myśli trafi.

– A będziemy mieć takie fansy szmansy ksywki? Wilczy kieł, albo ooo... Ognista strzała. Albo od nazw ptaków, z pewnością tam na waszym zadupiu macie ich pięć trylionów, to się nie będzie mylić. "Kukułka do sowy, jajka podrzucone, czekamy na wiosne". – może ostatecznie, będzie z tym dużo zabawy? Kawa się skończyła, ale senność przeszła jej zupełnie. – Tylko z logistyką u mnie gorzej co nie? Wiesz, jak jest, ja totalnie nie ogarniam, gdzie można zabezpieczać jajka. Chyba tylko u Was na chacie, to w końcu drugi Hogwart.