![]() |
|
[11.1968 ~ Rose Noire] The darker the night, the brighter the stars. - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [11.1968 ~ Rose Noire] The darker the night, the brighter the stars. (/showthread.php?tid=2743) |
[11.1968 ~ Rose Noire] The darker the night, the brighter the stars. - Murtagh Macmillan - 20.02.2024 Listopad 1969
Klub Rose Noire Murtagh & Laurent Istniał czas, w którym włamanie się do czyjegoś umysłu sprawiało mu trudność. Nie aspekty techniczne - mogło się wydawać, że Macmillan urodził się z naturalnym darem w tym kierunku - a raczej moralność używania tej sztuki. Istniał czas, kiedy zdawało mu się, że wnikanie w czyjś umysł odzierało z godności nie tylko ofiarę, ale także i jego. Czyniło go podatnym na atak w odwecie, czyniło go intruzem, który niechciany jak pasożyt wnikał do myśli i duszy. Bał się, że tą ciemność, która go otaczała w pierwszych sekundach po rzuceniu czaru, przeniesie do umysłu swojej ofiary. Zakazi nią i spaczy, pozostawiając czarną smugę - pamiątkę po swoim nikczemnym czynie. Od tego czasu minęło wiele dni i wiele włamań. Z każdą kolejną ofiarą Murtagh coraz wyraźniej dostrzegał, że osoby, które inwigiluje często nie są wiele lepsze od niego samego. Nosiły w sobie ukrywane, wstydliwe wspomnienia haniebnych czynów i odrażających myśli. Robiły rzeczy, którymi otwarcie gardziły, przekonane, że nigdy nie zostaną z nich rozliczone. Kiedy to zrozumiał, poczuł, że w tym co robi jest drugie dno, misja, znana tylko jemu i głosowi jego przodka, zasiadającemu w jego umyśle. Miał być mrocznym katem, sędzią tych, którzy pozostawali bezkarni wobec wszystkich innych. Nie miało znaczenia, że używał swoich umiejętności na rozkaz, że po prawdzie nie był wiele lepszy od szlam i szlamojebców czy po prostu od zwykłego rynsztoku moralnego, który tak wyniośle postanowił rozgrzeszać i sądzić. Wiedział, czuł to w duszy, że zasługuje na coś lepszego i większego niż służba Szefom i Baronom. Mógłby - stanie się - stać się jednym z nich, jeśli tylko będzie wystarczająco zdeterminowany. A tymczasem będzie wykonywał swoje polecenia i rozkazy, czekając na odpowiedni moment. Kiedy Dante poprosił go, żeby sprawdził pewien trop podejrzeń, które zagnieździły się w jego myślach w stosunku do jednego z "pracowników", Murtagh skinął głową. Nie musiał wiedzieć kto to, żeby się zgodzić. Nie miało to znaczenia. Był gotowy zniszczyć każdego, jeśli tak właśnie Dante sobie zażyczy - to właśnie bezkrytyczna lojalność pozwoliła mu się tak zbliżyć do mężczyzny i awansować w klubie. Kiedy baron mówił szczekaj - szczekał. Kiedy mówił gryź - gryzł. A gdy mówił wyciągnij brudy - wyciągał. Nie sprawiało to, że Macmillan był popularny wśród współpracowników czy ludzi Nokturna ale sprawiało, że się go obawiali. Zdążył już wyrobić sobie pewną reputację jako Grzechotnik - zawistna bestia, której smycz mocno trzymał Dante i pozwalał mu kąsać tych, którzy zaszli mu za skórę. Włamywanie się do cudzych umysłów kiedyś było trudne, choć teraz przychodziło mu już naturalnie. Włamywanie się do pomieszczeń było w porównaniu dziecięcą zabawą. Zamek jednej z sypialni w Klubie ustąpił z lekkim chrzęstem a Macmillan wszedł do pomieszczenia, rozglądając się po nim z zainteresowaniem. Lubił wiedzieć więcej o swoim obiekcie, zanim przystąpił do przesłuchania. I chociaż kojarzył właściciela pokoju z widzenia - jak wszyscy w Rose Noire - to miał zasadę wedle której nigdy nie zbliżał się do "towaru" Dantego niezależnie czy mowa była o faktycznym towarze, czy o ludziach. Jeśli jednak miał chłopaka złamać, pomocnym było znać jego słabe strony. Może miał rodzinę, do której tęsknił? Może kochał skrycie kogoś? Może oszczędzał marne grosze, które otrzymywał, żeby kiedyś uciec i założyć... Cukiernię? Tego właśnie Macmillan próbował się dowiedzieć przeglądając zawartość pokoju i czekając, aż Laurent wróci. W końcu usiadł na jedynym w pomieszczeniu krześle, założył nogę na nogę i odchylił głowę, opierając plecy na oparciu. Ubrany był od stóp do głów w czerń, poza srebrno-zieloną broszą z wężem, przypiętą na klapie marynarki. I choć jego strój przypominał bardziej biznesmena niż bodyguarda, to wszystko było w nim funkcjonalne. Rękawiczki chroniły przed zabrudzeniem dłoni. Buty, skórzane lecz miękkie i wygodne, pozwalały na szybkie i precyzyjne ruchy. Spodnie, prasowane w kant, ukrywały kaburę na różdżkę i mięśnie jego ud. Do skórzanego paska przytroczone były pokrowce z dwoma sztyletami. Czarny golf leżał na nim niczym druga skóra, zaś marynarka dopełniała całego zestawu. Wyglądał niczym Anioł Śmierci - piękny w ten niepokojący, morderczy sposób. RE: [11.1968 ~ Rose Noire] The darker the night, the brighter the stars. - Laurent Prewett - 25.02.2024 Pokój był jak wiele innych w Rose Noire. Nie wyróżniało go zupełnie nic z prostej przyczyny - to nie było miejsce, w którym Laurent spał, żył i funkcjonował. To było miejsce tylko i wyłącznie zarabiania na ukrycie bólu, jakim był głód za narkotykiem, który trzymał go tutaj na smyczy. Na którym trzymał go Dante, szepcząc do uszka, jak wiele rzeczy wyda się, jeśli tylko szepnie parę słówek jednej czy drugiej osobie. Wszystko to przez to, że przez chwilę człowiek chciał się pobawić. Przez chwilę chciał udać, że nie jest sobą, że może być niegrzecznym chłopcem wyrwanym z ramion jakże grzecznej rodziny. Pogubiłeś się, pobłądziłeś, poteem wszystko już... poszło, poleciało. Spadło na ziemię, bo ciężko jest złapać dzbanek lecący ze stołu, kiedy został potrącony. Dla Laurenta był to wielki błąd, przypadek. Dla Dante starannie zaplanowane potrącenie. Zmuszało skupienie uwagi na tym, co będzie, gdy stłucze się szkło. Odwracało uwagę na to, co mogło dziać się na blacie stołu, jeśli tylko da się okazję do zmian. W sypialni tej więc nie było niczego wielce szczególnego. Charakterystyczny wystrój nie ujawniał niczego nowego - dodatkami błękitu oraz morskich akcentów nawiązywał do prostego faktu, że Laurent był selkie. Tutaj nie było to wielką tajemnicą - było atutem, który się sprzedawał. Biel - białe szaty, w które zawsze się ubierał, też nie odstępowały od znajomych norm. Lukrecja, jak znany był w tym miejscu, przypominał anioła - i na takiego się kreował. Murtagh nie znalazł niczego osobistego. Żadnych zdjęć, żadnych pamiątek, żadnych rzeczy, które mogłyby pomóc zebrać ostrą szpileczkę do wbicia w ciało. Nic, co inni ludzie normalnie sprowadzaliby do miejsca, w którym spędzali swój czas. Głównie dlatego, że Laurent wcale nie bywał tutaj często. Ta sypialnia nie była na jego wyłączność. A może jednak..? Był tutaj tomik wierszy Byrona. Ale to nic "osobistego", ledwo wskazującego na zainteresowania. Co jednak znaleźć mógł to to, co pochowane było w kieszeniach spodni i płaszcza Laurenta, w którym tutaj przyszedł. Które to ubrania teraz wisiały na jednym wieszaku, zdecydowanie wyróżniając się z tych zwiewnych, misternie tkanych kreacji. W nich klucz, ciężki i spory z godłem rodu Prewett - stojącym dęba koniem. Dziennik - ale nie osobisty, w tym dzienniku pozapisywane i pokreślone były różne magiczne istoty, jakieś wycinki z gazet dotyczące rezerwatów, w tym wycinek mówiący o sprzedaży terenu New Forest, czyi nformacje z wyścigów abraksanów. Projekt obroży i szelków dla jarczuka - piekielnej bestii, jak niektórzy mówili - oraz wycena złożonego zamówienia. Trochę galeonów, rzecz jasna. Rachunek z kawiarni, do której musiał ostatnio zajrzeć na ulicy Horyzontalnej. Laurent nie spodziewał się tego, że KTOŚ będzie na niego czekać. Że znużony przyjdzie z myślą, że może wybrać się do domu, albo uciec najlepiej jak najdalej, żeby nikomu nie pokazywać się w tym żałosnym stanie. Czego jednak się spodziewał i co ciągle stawiało włoski dęba na jego karku to tego, że nie wszystko zawsze idzie dokładnie tak, jak sobie tego zażyczymy. Jak sobie przygotujemy. Niektóre elementy gry wyślizgiwały się z palców jak ten dzbanek. Brzdęk! Przed chwilą cieszyłeś się chłodną, orzeźwiającą wodą, a teraz możesz ją co najwyżej zlizywać z ziemi między drobinkami szkła. Tak to leciało, że kiedy nie jesteś karmiony miłością ze srebrnej łyżeczki to uczysz się ją zlizywać z ostrza noża. Drzwi się otworzyły, a w nich - odziany w biel spływających po smukłym, porcelanowym ciele szat, które za jego plecami układały się tak, że rzeczywiście można było pomyśleć o skrzydłach. Takich ciągnących się po ziemi, które teraz nieco zostały ukrócone przez ruch dłoni Laurenta, który nerwowo złapał szatę, żeby ją przeciągnąć, żeby nie przeszkadzała mu w chodzeniu po tym ciemnym, czerwonym dywanie. Miękkim dywanie. Rose Noire nie było miejscem, w którym można było zaznać brudu, oj nie. To nie było miejsce, gdzie mogłeś przyjść i wziąć dziwkę na bok, zrobić swoje i odejść. Nie. Zwyczajnie niewielu było na to stać. Jednak przyjść dla towarzystwa, zapłacić za to, żeby któraś z tych istot, jakie Dante zabrał w swoje paluszki, zjadła z tobą kolację, użyczyła ci ust - oj tak, to było bardziej w zasięgu wszystkich. Szczególnie w kwestii Laurenta, którego Dante rzadko zgadzał się wydać. Kiedy jesteś kogoś wystarczająco blisko masz na niego wpływ. Jeśli jednak jesteś zbyt blisko osoby, której piekło wyziera z oczu można stracić skrzydła tak samo szybko, jak Laurent teraz pociągnął szatę, żeby nie przeszkadzała mu, gdy wszedł i zamknął za sobą drzwi. Mogłeś też dać się zaskoczyć tak samo mocno, jak Laurent, kiedy obrócił się i podskoczył wręcz, kładąc dłoń na poziomie klatki piersiowej. - Na Merlina... - Przymknął oczy, oparł drugą dłoń na drzwiach, żeby zyskać dla siebie samego równowagę przy zawrotach głowy chwilowych. - Nie zakradaj się tak proszę, Grzechotniku. - Były osoby, których Laurent nie mógłby nie rozpoznać. Bo uważnie obserwował w chwilach trzeźwości otoczenie Dantego. Że zaś te stany trzeźwości od jakiegoś czasu były bardzo często i długie - to i się nauczył. Nauczył na tyle, że postanowił zawalczyć o swoją przyszłość. I o tą rodzinę, którą to podstępne stworzenie, jakim Grzechotnik jest, która mogła być narzędziem szantażu. |