Secrets of London
[28/12/1970] Pierwsze ataki Śmierciożerców || Erik & Millie - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [28/12/1970] Pierwsze ataki Śmierciożerców || Erik & Millie (/showthread.php?tid=2747)

Strony: 1 2


[28/12/1970] Pierwsze ataki Śmierciożerców || Erik & Millie - Erik Longbottom - 20.02.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty

—28/12/1970—
Główna ulica, Aleja Horyzontalna
Erik Longbottom & Millie Moody



To był jeden z tych wieczór, kiedy Londyn zdawał się całkowicie pokryty białym puchem skrzypiącym pod butami. Śnieg prószył z nieba, tworząc miękką poduszkę na dachach, chodnikach i drzewach. W powietrzu unosił się zapach palonego drewna i napojów korzennych, a z rozświetlonych ozdobami lokali dobiegały okrzyki bawiących się gości i klientów. W oknach sklepów i domów migotały światełka, a ludzie ubrani w ciepłe płaszcze, szaliki i czapki przemierzali szybkim krokiem ulice miasta.

Było już grubo po dwudziestej pierwszej, gdy Millie Moody i Erik Longbottom przenieśli się z patrolem z Ulicy Pokątnej na sąsiadującą z nią Aleję Horyzontalną. Pogoda, jak można było się domyślać, nie dopisywała. Stolica Anglii poddała się w tym roku siłom Matki Natury, zmieniając się w skute lodem i pokryte grubą warstwą śniegu miasto. W magicznej dzielnicy i tak było lepiej niż w mugolskiej. Niemagowie nie mieli dostępu do całej listy zaklęć rozgrzewających, a solenie ulic zdecydowanie zajmowało im dłużej niż czarodziejom.

Żadne ułatwienia nie sprawiały jednak, że patrol w taką pogodę był jakkolwiek przyjemny. To i tak lepiej niż wypad na Nokturn, pomyślał z przekąsem detektyw, naciągając na siebie mocniej gruby sweter i sprawdzając zapięcie zimowej peleryny w kolorze szarym, sugerującym ich przynależność do rządowych sił bezpieczeństwa. Policzki i nosy pary Brygadzistów były zarumienione od zimna, a każdy oddech tworzył małe chmurki w powietrzu.

Wybacz za ten nagły przydział, Mills — odezwał się, poprawiając kaptur munduru. Przekrzywił głowę, co by spojrzeć na swą towarzyszkę i zaraz zaczął mrużyć oczy, gdy padający śnieg począł atakować jego przystojną, acz nieogoloną twarz. — Miałem zabrać ze sobą Thomasa, ale coś mu nagle wypadło. — Nie wiedział, czy faktycznie miał kryzys w rodzinę, czy jednak chodziło o randkę. Poza tym wolał nie dopytywać. — Mam nadzieję, że twój brat się nie obrazi.

Gdyby nie nagłe wezwanie Millie, Longbottom pewnie musiałby zabrać kogoś z młodzików, a oni byli... Niezbyt zdatni do służby w tym okresie. Część dochodziła do siebie po intensywnych świętach, inni mieli własne obowiązki służbowe lub dopiero się wdrażali. Dostępność panny Moody spadła mu jak z nieba. Kto wie, może nawet załapie się na jakąś ostatnią premię w tym roku? W końcu, co gorszego od niezapowiedzianego patrolu mogło się wydarzyć w życiu Brygadzistów, gdy zostały trzy dni do hucznego sylwestra?

Przygotowałaś już sobie jakieś postanowienia noworoczne? — Wyciągnął z kieszeni pogniecioną paczkę papierosów i wsunął jednego do ust. — Chcesz jednego? — Uśmiechnął się półgębkiem, w razie potrzeby użyczając koleżance jednej fajki, po czym sam odpalił swoją, rozkoszując się dymem atakującym jego gardło. — Mogliśmy gorzej dziś trafić.

Kontynuowali spacer przez Aleję Horyzontalną. Ruch na ulicy powoli się zmniejszał, czasem mijały ich pojedyncze osoby lub rozgorączkowane pary liczące, że uda im się zrobić ostatnie zakupy i nie pocałują klamki licznych sklepów rozsianych w dzielnicy. Erik obejrzał się przelotnie za młodą parą, gdzie ojciec niósł na rękach cztero- lub pięcioletniego chłopca. Ktoś tu się zmęczył zakupami. Naprawdę mogło być nieciekawie, a jest nawet... znośnie, pomyślał z zadowoleniem Erik. Żadnych bójek, żadnych burd, przedmioty nie latały z okien, a męty z Nokturnu zdawały się trzymać swojego rewiru. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Jeszcze.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=cJeSRrr.png[/inny avek]


RE: [28/12/1970] Pierwsze ataki Śmierciożerców || Erik & Millie - Millie Moody - 22.02.2024

Mildred zgodnie ze swoim imieniem, powinna być siłą łagodności, lub łagodną siłą po prostu. Trochę jak tarotowa karta Mocy – rudowłosa niewiasta z sążnistym cycem, miziała pod gardłem wielkiego lwa. Kobieta pogardzała każdą talią, w której rozbuchani artyści jako Moc wciskali Samsona biorącego się za bary ze zwierzęcym przeciwnikiem bo nie o to kurwa w tym chodzi. Z drugiej strony, na dziewczynę nie powinni wołać Mild, tylko właśnie Dred, bo mało w niej było kruchej kobiecości.

No może z zewnątrz, przy gigantycznym Eriku, prezentowała się jak jego córka, metr pięćdziesiąt w kapeluszu. A przecież była tylko rok młodsza!

– Tonie w raportach, więc wiesz... może nawet nie zauważył, że wyszłam – To nie byĺa prawda, a przynajmniej nie do końca. Biurokracja była wrzodem na dupie ich obojga, niemniej Alastor tak zauważył, że wychodzi, tak zapytał dokąd i nie miał nic przeciwko. Mildred gderała po trosze z przyzwyczajenia, z nieco przekłamanym rozgoryczeniem, bo prawda była taka, że uwielbiała jak jej brat pracuje. Była z niego ekstremalnie dumna i ze skóry własnej wychodziła, by jakoś ułatwić mu to pracowanie, ale w niezbyt oczywisty sposób, bo żyć by jej po tym nie dał. Pozostawiła go więc z parujacym czajnikiem dla nawodnienia i wódką dla odmóżdżenia później. Trudno było tego nie zauważyć. Albo nie uslyszec rabanu w przedpokoju jak glosno wyklinała brak swojego ulubionego, karminowego szalika.

Ale tak, Milles była idealna do nagłych patroli. Brak męża, dziecka, choćby chłopaka, który mógłby niechętnie patrzeć na nieregularny tryb życia... A wszystkich kumpli i tak miała w BUmie, także mniej premia, a prędzej spotkanie towarzyskie – to był powód, dla którego tak często się zgadzała z obligatoryjnym gderaniem, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że jest łatwa. Ot, nudziło jej się.

– Rzucam fajki – odpowiedziała, sięgając po papierosa, na pamięć znając ścieżkę po Longbottomowego cudzesa. Zapaliła sobie go swoją własną, grawerowaną w koło fortuny zapalniczką. Znad jej kciuka srebrzysty sfinks łypał ciekawie na topniejący śnieg. Zaciągnęła się w prawnie i przymknęła powieki. – Gdzie robimy sylwka? Miałam zapytać Alika i zapomniałam. Nie możecie uciec przed moją wróżbą na cały rok! – uśmiechnęła się parszywie i choć rozłożysta blizna po piorunie zdobiła już jej plecy, to ten uśmiech pasowałby do kobiety ze szramą po pazurze przez pół twarzy.

– Umówmy się, kto normalny odpierdalałby bardziej, niż zachlanie ognistą w okresie świątecznym? To najlepszy sezon ogórkowy, za frajer. Ludziska żrą i nie mają siły się ruszać. – cmoknęła zadowolona z siebie, będąc w połowie papierosa stanowczo za szybko. Filtr z pewnością był już przepalony. – A w ogóle to ściągnęłam z Włoch Toscanello Nero i... uważaj Antica Riserva z ryjem Wenus na opakowaniu. Będę testować z papciem Morfim, jak zajrzę do Was na zadupie. Będziesz chciał się dołączyć? Mugolskie, ale kurwa, eksplozja smaków w ryju... Te Nero już rozpakowałam i jadą czekoladą aż miło...

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/6a0ce947652fef065a3ab49b54f53ab3/b65bdaf9192c798f-55/s500x750/6a90dded3c47651881949948a1eee7dd8b9aa059.jpg[/inny avek]


RE: [28/12/1970] Pierwsze ataki Śmierciożerców || Erik & Millie - Erik Longbottom - 22.02.2024

Osobiste miano towarzyszącej mu czarownicy nigdy nie kojarzyło się Erikowi z łagodnością. Może wynikało to z tego, że nigdy nie interesował się zbytnio etymologią imion swoich znajomych, pozostawiając ich interpretacje tęższym i lepiej oczytanym umysłom. Gdyby miał jednak wskazać swoje pierwsze skojarzenia z imieniem Mildred, byłaby to... godność. Mimowolnie wyobrażał sobie dumnie wyprostowaną starszą kobietę w szarych szatach i tiarze, która była gotowa w mgnieniu oka zgnieść wszelkie oznaki sprzeciwu pośród młodzików.

Czy taki los czekał Millie za dwadzieścia, czy trzydzieści lat, gdy sama zacznie awansować na coraz wyższe stanowiska w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów? Stanie się ostoją spokoju i czuwania, która będzie szkoliła nowe pokolenia Aurorów i Brygadzistów? A może pójdzie w ślady Brenny Longbottom i stanie się bliźniaczą do niej burzą, która pochłonie każde zadanie i zlecenie, jakie tylko wyląduje na jej drodze? Czy takie temperamenty mogły być jednak kiedykolwiek okiełznane w takiej instytucji jak Ministerstwo Magii?

Myślałby kto, że tuż po świętach tych papierzysk powinno być mniej — mruknął z ubolewaniem w głosie. Wolał nie myśleć, jak dużą stertę dokumentów znajdzie na swoim biurku w styczniu, skoro niektórzy już nad nimi siedzieli. Zaciągnął się papierosem, aby po chwili wypuścić obłoczek dymu z ust. — Eh, przynajmniej tu z nami nie marznie. Minimalne pocieszenie, ale pocieszenie.

Och, a więc to był powód, dla którego Moody tak chętnie się zgłosiła? Brak innych zobowiązań... A Erik sądził, że wynikało to z wrodzonej pasji do tego zawodu i chęci sprawdzenia się nawet pod koniec roku. Kto wie, czy nie trzeba będzie łapać jakiegoś złodzieja, który spróbuje ukraść z któregoś baru ozdoby świąteczne? Dobrze, że nie powiedziała mu tego wprost, bo biedaczek by się poważnie zmartwił. Gdzie ambicja której brakowało jemu?

A były w tej bajce mugolskie telewizory i... telefony? — Uniósł wymownie brwi, przypominając sobie naprędce pierwsze z brzegu informacje na temat rozrywek niemagów. — Mam dziwne wrażenie, że już to kiedyś słyszałem. To się chyba nazywa deja vu, prawda? — Zmarszczył czoło, aby zaraz pokręcić głową z uśmiechem. — A bo ja wiem? Brenna zazwyczaj ogarnia tego typu rzeczy.

Erik był od ładnie-wyglądania i dbania o to, żeby wszyscy się bawili. Ewentualnie brał na siebie jakieś dwadzieścia pięć procent obowiązków i powoli załatwiał wszystkie sprawunki. Całkiem nieźle mu to wtedy wychodziło, ale żeby ogarnąć coś kompletnie samemu? Nie był chyba aż tak dobry w organizację. To zawsze było duo; on i siostra.

Oho, wuj znowu zacznie się modlić do Apollina i Dionizosa. Na raz. — Wyszczerzył zęby w nieszczerym uśmiechu, jakby specjalne zamówienie Millie miało sprowadzić na nich wszystkich wielką katastrofę. Z drugiej strony, kiedyś trzeba było przywyknąć do wystąpień Morfeusza. Lub do nich dołączyć. — Biorąc pod uwagę, jak je zachwalasz, to raczej nie będę miał wyboru...

Strasznie cierpiał, a ludzie przecież tylko zapraszali go do wspólnej zabawy, prawda? Pogrążeni w rozmowie mijali kolejne sklepy i lokale, zerkając co rusz kontrolnie do wnętrz ściśniętych obok siebie budynków. W końcu Erik zwolnił kroku przed sklepem z zabawkami. Na wystawie stał hipogryf i smoczognik na biegunach. Przekrzywił głowę, przyglądając się im. Wprawdzie chrześniaczka już dostała prezenty na święta, ale w sumie mógł uprzedzić Brennę i już teraz zacząć planować podarki na następny rok.

Który ci się bardziej podoba i dlaczego? — zapytał nieoczekiwanie, pukając w szybę kłykciem. Hipogryf zamrugał, sprawiając, że Erik momentalnie się cofnął. — Dobra, to jest przerażające.

Millie, wykonaj rzut na Percepcję, aby sprawdzić, czy podczas rozmowy z Erikiem o zabawkach, usłyszałaś jakieś dziwne odgłosy dochodzące z jednej z bocznych uliczek. Niech kości zawsze ci sprzyjają!
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=cJeSRrr.png[/inny avek]


RE: [28/12/1970] Pierwsze ataki Śmierciożerców || Erik & Millie - Millie Moody - 23.02.2024

Och przyszłość dostojnej i władczej damy, była jej wróżona w okolicach piętnastego roku życia. Pedagodzy zwykli mawiać, że z tego się wyrasta i życzyli jej nieokiełznanemu temperamentowi porządnego wędzidła, siodła i w razie konieczności ostróg. Dziesięć lat później już się poddano, a i sama Milles uznała, że nie ma co liczyć na jakiś cud czy maskę, która by przylgnęła do jej twarzy na więcej niż trzy kwadranse. Oczywiście łatka "zdolnej, ale leniwej" pozostała. Przed swoimi przełożonymi (okej, nie przed Longbottomami, bo oni znali prawdę) zdawała się być niebywale kompetentną istotą, której tylko suma nieszczęśliwych przypadków i złorzeczeń losu czasami wpychała w jakieś dziwne sytuacje, z których trzeba było się tłumaczyć. A tak, była tą samą klnącą, kopczącą jak komin Millie, która potrafiła zapomnieć, że trzymała kubek w ręku i podczas rozmowy oblewała się (kolejną) kawą, albo chowała do lodówki różdżkę.

– Mam tak cały czas – rzuciła zaskakująco lekko, na wspomnienie o deja vu. – To mózg świruje, jak jest za bardzo zmęczony. Wiesz, brak snu. Ja tego nie ogarniam do końca, bo gdyby mój mózg tak bardzo rozpaczał na brak snu, to mógłby z łaski swojej przestać napierdalać o jednej takiej drace, w którą się wplątałam na czwartym roku, prawie miotłę mi skonfiskowali i wiesz, mogłam powiedzieć wtedy coś innego, ale nie... dziś przychodzi mi do głowy sto różnych opcji dialogowych, zamiast spania. Zaraz... o czym to ja... – wątek uciekł na moment, złociste oczy na prędce przeskanowały swoje myśli i wymienione słowa. – A tak, zmęczenie. Mam w domu kilka zajebistych chińskich trociczków. Jadą trochę smoczą siarką, ale śpię po nich jak dziecko. Zero snów, trzy godziny w kieszeni i to bez kaca rano. – zachwalała, zakładając, że absolutnie nic im tego dnia się nie wydarzy. 

Gdy doszli do sklepu zabawkowego, początkowo nie chciała w ogóle tam przystawać. Nie było ich stać kiedyś na zabawki, a i teraz nie mogła sobie na nie pozwolić, wyżej stawiając w swojej piramidzie potrzeb używki niż krypną przytulankę czy... och kolejka, była taka piękna i zawsze, zawsze, zawsze chciała taką dostać na święta zamiast pijanego ojca i zupy na prędce ugotowanej z resztek poznajdowanych w różnych częściach domu.

Ale te wagoniki... Patrzyła, jak przemieszczają się po wypchanej złotem i światełkami wystawie, jak zaczarowane figurki machają gdy malutkie wagoniki przemykały tuż przy nich. Oczy jej lśniły, wielkie jak dwa galeony. A gdyby tak jednak przyoszczędzić, ile to mogło kosztować, na pewno nie za dużo. Mogłaby kupić małe modele i pomalować je samemu bo NAPEWNO starczy jej cierpliwości i talentu, żeby małym pędzelkiem malować uśmiechy na twarzach bobasków trzymanych przez kilkucalowe matki. A ten konduktor, taki piękny, wysoki brunet... Kiedyś ścigała się na swojej miotle z hogwarckim expresem, ostatecznie teleportując się na stacje kilka staj przed wielkim finałem, bo coś jej wleciało do oka i...

...hałasy w zaułku? Co? Tylko świst lokomotywy, jednostajny stukot kół o szyny.

– Myślisz, że Alik pozwoliłby mi taką rozłożyć w naszym salonie...? – zapytała rozmarzonym, pozbawionym butnej maski głosem, z nosem niemalże przyklejonymdo wystawowej szyby.


na percepcje

[roll=Z]

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/6a0ce947652fef065a3ab49b54f53ab3/b65bdaf9192c798f-55/s500x750/6a90dded3c47651881949948a1eee7dd8b9aa059.jpg[/inny avek]


RE: [28/12/1970] Pierwsze ataki Śmierciożerców || Erik & Millie - Erik Longbottom - 23.02.2024

Młody Longbottom miał to do siebie, że w każdym widział potencjał na rozwój i zmianę na lepsze. Nawet gdyby nie kojarzył Millie ze szkoły, a tylko i wyłącznie z pracy w Ministerstwie Magii, to i tak stosowałby co do niej tę zasadę. Mogłaby wpaść w najdziwniejsze kłopoty i wyślizgnąć się z ich objęć w jeszcze bardziej wątpliwy sposób, a i tak pochwaliłby ją za to, że tak dobrze sobie radzi i co najwyżej wskazał, co należy robić, aby w przyszłości unikać podobnych problemów.

Najlepsze riposty zawsze przychodzą po czasie. Podobnie jak zwiększona pewność siebie — skomentował bezwiednie, robiąc dłuższe pauzy między słowami, starając się nadążyć za tokiem myślenia panny Moody. — Trociczki? — Zamrugał zdziwiony, bo miał wrażenie, że pierwszy raz słyszał o czymś takim. — To jakieś... Tabletki? Świeczki zapachowe? — Wbił spojrzenie w wystawę sklepu. — Przydałoby się to mojej siostrze. Mam ochotę czasem własnoręcznie ją uśpić

Żachnął się z niezadowoleniem. Przez to, jak pracowita i pełna życia była Brenna, miał wrażenie, że sam robił za mało ze swoim życiem. W trakcie, gdy on zbierał się godzinę do zrobienia jednej rzeczy i miał znacznie wolniejszy tryb życia, ona funkcjonowała za troje lub nawet czworo ludzi. I nic nie zapowiadało, aby miała zwolnić. Czasem miał wrażenie, że on sam był ostatnią blokadą, jaką miała. Opinia rodziców pewnie z każdym mijającym rokiem odsuwała się coraz bardziej na drugi plan, a dziadek... Choć czasem straszny, też nie mógł mieć nad nią pełni władzy.

Czy by pozwolił...? — Pokiwał pary razy głową, zawieszając głos. — Pewnie sam chętnie by taką położył. Chłopak potrzebuje trochę rozrywki. Najlepiej takiej, która zakłada coś więcej niż pracę i bar. — Uśmiechnął się półgębkiem. — Poza tym, jak będzie miał jakiś problem, to możesz spróbować dogadać się z Bonesem. Może pozwoli ci ją rozłożyć w swoim gabinecie.

Drobny żart, chociaż sam był w sumie ciekawy, jak daleko można by popchnąć ich szefa przy odrobinie perswazji i miłym uśmiechu. Tak samo, jak swoja towarzyszka nie zwrócił zbytniej uwagi na odgłosy dochodzące zza rogu. Nie było krzyków, wisków i lamentów, więc chyba wszystko musiało być w porządku, czyż nie?

Ach, te dziecięce marzenia! Wystarczy na chwilę im ulec, a zaraz człowiek zapomina o otaczającym go świecie, czyż nie? Twoje oczy podążały za lokomotywą mijającą miniaturowe wioski, wzgórza i mosty. Pociąg zatrzymywał się na równie malutkich stacjach, aby magiczne mechanizmy u jego podstawy na powrót zaczęły klikać, wznawiając podróż.

Mimowolnie wracasz myślami do swoich licznych wizyt na peronie 9 i 3/4. W jak wielu z nich towarzyszył ci twój brat, ciągnąc za wami wózki z niedopiętymi kuframi i torbami? Jakie uczucia ci wówczas towarzyszyły? Tęskniłaś za przyjaciółmi, znajomymi z dormitorium czy nauczycielami? To w przedziale Ekspresu do Hogwartu spotykaliście się po raz pierwszy, czy już w magicznych dzielnicach Londynu, takich jak Aleja Horyzontalna?

Początkowo zignorowałaś szmery dochodzące z bocznej uliczki. Wprawdzie było już późno, jednak tu i ówdzie dalej można było spotkać przypadkowych przechodniów. Może pracownicy zamykali lokal i wracali do domów? A może było to coś zupełnie innego... Dźwięki nabierają na intensywności, zdaje ci się, że słyszysz, jak ktoś potyka się na oblodzonym chodniku. Czy jednak zwraca to twoją uwagę? Wykonaj rzut na Percepcję. Możesz rzucić dwukrotnie. Niech kości zawsze ci sprzyjają!
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=cJeSRrr.png[/inny avek]


RE: [28/12/1970] Pierwsze ataki Śmierciożerców || Erik & Millie - Millie Moody - 23.02.2024

– Tak myślisz? – zapytała pełna nadziei na wzmiankę o tym, że Alastorowi też mogłaby się spodobać taka kolejka, z nosem bardzo jednoznacznie przyklejonym już do szyby. To był idealny pomysł. Szkoda tylko, że Święta za pasem (och to byłoby takie cudowne do tej pizzy układać tory, biec na piętro po jakieś stare zabawki, układać wyliniałe, zielone poduszki jako wzgórza, tę starą plamę na drewnianej podłodze potraktować jako jezioro...

Westchnęła. Już teraz musiała jechać na pożyczonym hajsie, ale tak jakby postanowić sobie uciułać, przyoszczędzić i kupić oczywiście nie sobie tylko Alastorowi, z adnotacją, że jak pójdzie to układać z jakąś wywłoką... Nie, nie trzeba będzie dawać takiej notki, pannice, które wybierał jej brat były "zbyt dorosłe" na takie rozrywki. A siostrze nie odmówiłby, prawda... Tylko pewnie przypięłaby się im do dupy Effie. Ale było jeszcze dużo czasu, by to zaplanować. Był cały rok.

– A wiesz Erik, jak tak pytasz, to chyba mam – "postanowienie noworoczne". Tak miała skończyć tą wypowiedź, ale w końcu, W KOŃCU!, zastrzygła uchem i momentalnie odwróciła się z chmurnie ściągniętymi ciemnymi brwiami. Jej rysy momentalnie wyostrzyły się, ręka powędrowała na różdżkę. Nie. Różdżka już była wyciągnięta.

Złociste oczy spojrzały na Erika i kiwnęła mu głową na zaułek, by i jego policyjne zmysły oceniły poziom podejrzaności. To mógł być pijak, ale włoski na karku Milles zjeżyły się, nadrabiając cenne stracone minuty. W takich miejscach, ciemnych zaułkach ludzie zwykle jednak zachowywali się ostentacyjnie głośno. To właśnie takie szemrane dźwięki, stłumione... to one stawiały na baczność patrole.

Z wyciągniętą różdżką, ruszyła w kierunku załomu, by zorientować się w sytuacji. Może była nadwrażliwa, najwyżej potem obróci to jakoś w żart...


[roll=Z]
[roll=Z]

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/6a0ce947652fef065a3ab49b54f53ab3/b65bdaf9192c798f-55/s500x750/6a90dded3c47651881949948a1eee7dd8b9aa059.jpg[/inny avek]


RE: [28/12/1970] Pierwsze ataki Śmierciożerców || Erik & Millie - Erik Longbottom - 27.02.2024

Sądząc po tym, jak rodzeństwo Moody zachowywało się w swoim towarzystwie, darzyli siebie bardzo ciepłymi uczuciami. Nie wspominając nawet o tym, że dalej ze sobą mieszkali, co samo w sobie było sporym osiągnięciem — na małym metrażu łatwo było o starcie temperamentów.

A zdaniem Erika zarówno Millie, jak i Alastor mieli aż nadto charakteru. Może to dlatego jego własna siostra tak dobrze się z nimi dogadywała? Napędzali siebie nawzajem, a co jak co, Brenna do introwertyczek nie należała. Chaos ciągnęło do chaosu.

Czy te oczy mogą kłamać? — rzucił żartobliwie, zagryzając całkowicie dolną wargę, pochylając czoło i przywdziewając najniewinniejszy wyraz twarzy, na jaki było go stać. Nie robił tego nawet dla reporterów, którzy robili fotorelację z działań charytatywnych Longbottomów. — No właśnie.

Uśmiechnął się pod nosem, gdy kobieta nagle oświadczyła, że jednak miała już coś zaplanowanego na nadchodzący rok. Już miał zasypać ją pytaniami, co takiego chodziło jej po głowie, gdy Millie oderwała wzrok od sklepowej wystawy i zawiesiła go na przejściu do jednej z bocznych uliczek. Erik zmarszczył brwi, jednak też sięgnął po różdżkę; trzymał ją skierowaną w chodnik, co by przypadkiem nie zacząć wymachiwać nią zwykłym ludziom przed twarzami.

Coś się stało, czy... — Nie zdążył nawet dokończyć, bo Moody już ruszyła w tylko sobie znanym kierunku.

Cudownie. Westchnął cicho i ruszył za nią. Co też wychwyciły przeczulone uszy młodej Brygadzistki?

Nie był to żart, o czym przekonałaś się na własnej skórze, droga Milly, gdy tylko zajrzałaś do bocznej alejki. Po obu stronach uliczki wznosiły się wysokie kamienicy mieszkalne, jednak sam zaułek tonął w mroku; w oknach migotało ledwie kilka ozdób z okazji Yule, jakie dane było ci podziwiać w znacznie większej ilości podczas patrolu na Pokątnej. Nawet światła ulicznych latarni zdawały się przygasać, próbując ostrzec ciekawskich, że dzieje się tu coś złego i lepiej omijać ten zakątek magicznego Londynu szerokim łukiem. Na ciebie to jednak nie działało. Przecież była Brygadzistką z krwi i kości, zupełnie jak twój brat.

Parę metrów od ciebie, na zamarzniętym chodniku leżała skulona kobieta. Trzęsła się. Miała długie włosy, które wystawały spod czapki nasuniętej na uszy. Czyżby nałożyła ją w pośpiechu? Po stroju mogłaś poznać, że nie była to żadna wytworna dama czy właścicielka jednego z okolicznych biznesów; kurtka była znoszona i wyglądała, jakby towarzyszyła kobiecie już od dobrych kilku sezonów. Chociaż to obca czarownica przykuwała twoją uwagę, tak nie była jedyną postacią w tej zimowej scenie.

Tuż za nią stały dwie osoby. Ich sylwetki niemalże zlewały się z ciemnością panującą w alejce, jednak coś zmuszało cię, aby ku nim zerknąć — może instynkt? Wytężyłaś wzrok. Mężczyźni czy kobiety, a może jedno takie, drugie takie? Nie byłaś pewna; ciemne szaty uniemożliwiły zidentyfikowanie płci, a naciągnięte na głowy kaptury zdawały się ukrywać twarze w nieprzeniknionej ciemności. Wniosek był jednak dosyć prosty, czyż nie?

To nie była twoja pierwsza noc na ulicy. Słyszałaś plotki, czytałaś w gazetach o podobnych zdarzeniach, może nawet brałaś udział w paru aresztowaniach. Śmierciożercy… Tudzież ludzie, którzy z nimi sympatyzowali. Nigdy nie było wiadomo na pewno i nawet wielogodzinne przesłuchania rzadko kiedy zdradzały nowe informacje.

Proszę, nie — jęczała kobieta, próbując odczołgać się z dala od swoich oprawców.

Dopiero wtedy dojrzałaś, że grudniowa biel została skalana szkarłatnymi kroplami krwi. Jeśli do tej pory miałaś jedynie podejrzenia co do tego, co właściwie się tu działo, tak teraz miałaś niezbity dowód. To faktycznie był napad. Pytanie tylko, czy rabunkowy, czy chciano zrobić tej biedulce coś dużo gorszego.

Stój, Brygada Uderzeniowa! — zagrzmiał Longbottom, gdy zdał sobie sprawę, z czym mieli do czynienia.

Moody to miała jednak nosa. Erik zobaczył, że jedna z postaci, nieco niższa od drugiej, zaczęła się wycofywać, jednak zaraz się zatrzymała i... Wycelowała w niego różdżkę. Po plecach mężczyzny przeszedł dreszcz. Robili się coraz bardziej bezczelni. Jeszcze kilka miesięcy temu rozgoniliby taką grupkę w kilka sekund, bo nikomu nie przyszłoby do głowy podnosić różdżki na siły bezpieczeństwa Ministerstwa Magii, ale teraz najwidoczniej nie mieli zamiaru odejść bez walki. Ten świat schodził na psy.

Na reakcję sympatyków Czarnego Pana nie trzeba było dużo czekać. Zupełnie, jakby sama nazwa jednego z oddziałów Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów podziałała na nich jak płachta na byka. Bliźniacze sylwetki odziane w ciemne szaty posłały w kierunku Brygadzistów po jednym ognistym pocisku.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=cJeSRrr.png[/inny avek]


RE: [28/12/1970] Pierwsze ataki Śmierciożerców || Erik & Millie - Millie Moody - 28.02.2024

Powiadają, że tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono. Milles miała wrażenie, że BUmiarska przygoda nabrała teraz tempa, przywdziewając Zakonne fatałaszki. Nowe ciuszki (oczywiście super duper tajne) podbijały stawkę i sprawiały, że adrenalinowy szum był jeszcze smaczniejszy, a spotkania z wrogami (już nie przestępcami) zdawały się bardziej ekscytujące.

Od pierwszych słów Brenny sprzed ledwie kilku tygodni, zakładała, że Ci po drugiej stronie barykady nie będą się cackać. A więc głos zabrzmiał znad niej, wielki włochaty czarny wilk (wewnętrznie oczywiście) ostrzegł, a ona, skromny czerwony kapturek (również wewnętrznie, bo kurtkę miała akurat szaroburą) poprawiła chwyt na różdżce jak rasowy rewolwerowiec w samo południe w absolutnie odmiennym anturażu i chwyciła mocno za chachły swojego partnera w zbrodni jakby była małą dziewczynką szukającą u niego ratunku. Nic bardziej mylnego... To nie byłby pierwszy raz, gdy odwalała taką roszadę, więc liczyła na to, że jej wielki zły wilk nie będzie przez to skołowany. Gdy tylko zobaczyła, jak dwa żołędne dupki unoszą różdżki w geście absolutnie odmiennym od poddania się, teleportowała ich we dwoje na plecy przeciwników.

Erik dał im szanse, teraz niech poczują jego gniew na swoim karku. Czasami nie było lepszego zaklęcia niż lepa w ryj.

[roll=PO]

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/6a0ce947652fef065a3ab49b54f53ab3/b65bdaf9192c798f-55/s500x750/6a90dded3c47651881949948a1eee7dd8b9aa059.jpg[/inny avek]


RE: [28/12/1970] Pierwsze ataki Śmierciożerców || Erik & Millie - Erik Longbottom - 28.02.2024

Z początku nie wierzył siostrze w te opowiastki na temat tajnej grupy, która czuła się zobowiązana do tego, aby ukrócić serie napaści i porwań w wykonaniu czarnoksiężników. Sądził, że coś sobie ubzdurała lub usłyszała o jakiejś straży sąsiedzkiej w jednej z magicznych dzielnic Londynu. Prawda okazała się zgoła inna.

Gdyby nie rozmowa z Norą na parę dni przed świętami, która pokierowała go ku Patrickowi, pewnie dalej byłby nieświadomy tego, jak poważna była ta operacja. Siostra zdradziła mu nieco więcej w trakcie kilku skradzionych chwil prywatności, gdy nie byli otoczeni przez rodzinę podczas świąt. Dołączył. Musiał. Jeśli nie ze względu na rodzinę, to przez to, że społeczeństwo potrzebowało pomocy.

Wiedział, że dzielenie obowiązków między Zakon Feniksa a Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów nie będzie łatwe. Prędzej czy później pojawią się dylematy, komu zdradzić nowo-zdobyte informacje, a co zachować dla siebie. Kogo narazić przez brak możliwości zdradzenia tajnych doniesień, a kogo oszczędzić z poczucia lojalności. Jedno pozostawało jednak niezmienne: bez względu na to, czy był detektywem Brygady, czy członkiem Zakonu, w obu rolach miał ten sam cel. Powstrzymać Śmierciożerców. Jak teraz.

Wiedział, że Moody była niezawodna. Miała refleks godny kota, a koordynację oko-ręka wypracowaną niemalże do perfekcji. Zalety pracy w Brygadzie Uderzeniowej i częstych treningów na szkolnym boisku do quidditcha. W krytycznych momentach technika schodziła na dalszy plan, liczyła się skuteczność. A Millie była skuteczna. Nie marnowała czasu na ataki na odległość, czy próbę postawienia tarcz. Zamiast tego, chwyciła Erika za ramię i... przeniosła się parę metrów do przodu, tuż przed nosy ich oponentów.

Teleportacja łączna. Longbottom zmrużył oczy, nieprzyzwyczajony do tak nagłej zmiany miejsca. Ze zwykłą teleportacją mówili sobie po imieniu, ale wieloosobowa? Rzadko kiedy miewał tę przyjemność. Gdy jego umysł próbował nadążyć, jego instynkt przejął kontrolę i skierował ciało ku najbliższemu Śmierciożercy z zamiarem zadania mu ciosu w splot społeczny i pozbawienia go tchu. Oby Millie poradziła sobie równie dobrze z tym drugim.

(Aktywność Fizyczna) Zaatakowanie jednego ze Śmierciożerców x2
[roll=PO]
[roll=PO]

Umówmy się: mogłaś to rozegrać minimalnie lepiej. Balansowałaś na granicy sukcesu i porażki. Owszem, udało ci się przenieść siebie i swego towarzysza poza zasięg ognistych pocisków Śmierciożerców, jednak twój ruch był dosyć ryzykowny. Teleportacja łączna w środku walki i to na dodatek na tak krótki dystans? Dobrze, że zachowałaś na tyle trzeźwości umysłu, aby skupić w sobie odpowiednią ilość energii magicznej, toteż szybki ''skok'' do przodu był co najwyżej... mało komfortowy. Przynajmniej uniknęliście rozszczepienia, a to już coś!

Jak się prezentowała sytuacja na polu bitwy? Erikowi udało się sprowadzić jednego ze Śmierciożerców do parteru, gdy ten został pozbawiony tchu i osunął się na kolana, nie mogąc złapać oddechu. A co z drugim przeciwnikiem? Cóż, ten znajdował się minimalnie dalej, jednak zdawał się... skonfundowany tym, że nagle znaleźliście się tak blisko. Może nigdy nie słyszał o teleportacji łącznej? A może nie spodziewał się, że ta znajduje się w arsenale Brygady Uderzeniowej?

Mimowolnie cofnął się o kilka kroków, po czym... Puścił się pędy w stronę przeciwną do tej, z której nadeszłaś z Erikiem. To by było na tyle, jeśli chodziło o odwagę i lojalność wobec swych sprzymierzeńców. Co zrobisz? Rzucisz się za nim, pozwolisz mu uciec, a może sięgniesz po magię? Jaki masz plan? A może wydaje ci się, że jeden złapany przestępca wystarczy?

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=cJeSRrr.png[/inny avek]


RE: [28/12/1970] Pierwsze ataki Śmierciożerców || Erik & Millie - Millie Moody - 29.02.2024

Lepszy jest wróbel w garści niż gołąb na dachu, Milles wierzyła jednak w siłę argumentów, czy może raczej w argument siły swojego starszego (o rok niecały!) kolegi z pracy. W jej głowie to było pewne, że mieli już jednego do ewentualnego przesłuchania, czas było odłowić drugiego. Oczywiście, wątła istotka nie zamierzała tego robić siłą swoich mięśni, a wyobraźni przestrzennej i latami pranksterskich doświadczeń.

Accio, Wingardium Leviosa, czy nawet urocze Depulso nie dałyby sobie rady z całym człowiekiem, nawet tak wyzutym z ciężaru kręgosłupa moralnego jak jebany śmierciuch. Ale powiewająca szata już nie była taka trudna do okiełznania. Milles zamierzała  zadrzeć jego pelerynę w górę i owinąć wokół głowy dla błogosławionej dezorientacji, a potem doprawić w odsłoniętą żyć ciśniętym w plecy śmietnikiem. Oni nie mieli litości dla pokrwawionej babeczki, ona też nie zamierzała.

A że to może nie było zbyt poważne zachowanie, zbyt honorowe... Ostatecznie, liczyła się skuteczność.

(Translokacja)
Zaatakowanie jednego ze Śmierciożerców x2 Pierwszy na pelerynę, drugi na śmietnik
[roll=PO]
[roll=PO]

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/6a0ce947652fef065a3ab49b54f53ab3/b65bdaf9192c798f-55/s500x750/6a90dded3c47651881949948a1eee7dd8b9aa059.jpg[/inny avek]