Secrets of London
[11.03.1972] Wiosna, wiosna... | Robert & Richard - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [11.03.1972] Wiosna, wiosna... | Robert & Richard (/showthread.php?tid=2766)



[11.03.1972] Wiosna, wiosna... | Robert & Richard - Robert Mulciber - 22.02.2024

11 marca 1972
Kamienica Mulciberów, Robert & Richard


Obsesja. Potrzeba, którą odczuwał Robert w stosunku do kontrolowania poszczególnych aspektów własnego – i nie tylko – życia, w oczach niektórych osób, mogła nosić znamiona wręcz obsesji. Drobiazgowość. Tempo działania z reguły nieśpieszne. Szacowanie ryzyka. Dbanie o to, aby te nie osiągnęło nazbyt dużych rozmiarów. A do tego jeszcze planowanie… w zasadzie wszystkiego. Każda jedna rzecz, każde podejmowane działanie, miało wyznaczony czas oraz miejsce. A także zasady, których należało się trzymać. Dla innych dziwactwa, dla Mulcibera natomiast jasne reguły gry, dzięki którym mógł działać w jak najbardziej dla siebie komfortowych warunkach.

Komfort miał znaczenie przeogromne.

Podobnie jak bezpieczeństwo.

Początek wiosny, nie bez powodu wielu kojarzył się z porządkami. Pewną odnową. A zarazem cyklicznością. Wszyscy wiedzieliśmy, że ten moment nastąpi, a wraz z nim zajdą zmiany – takie, do których należało się dostosować. O ile Robert nigdy nie był człowiekiem religijnym, głęboko wierzącym, to pewnego rytmu zwyczajnie się trzymał. Po prawdzie, to cholera jedna wie dlaczego wyglądało to akurat w taki sposób. Było to kolejne przyzwyczajenie, wyniesione z dawnych czasów? Możliwe. Wysoce prawdopodobne. A zarazem, w tym konkretnym przypadku, mało istotne.

Znaczenie miało jedynie to, co stanowiło efekt tego trzymania się rytmu pór roku.

Mianowicie, wraz z początkiem wiosny, w kamienicy Mulciberów przeprowadzano gruntowne porządki. Pozbywano się tego, co stawało się zbędne, było zbyt niszczone. Niektóre rzeczy poddawano renowacji. Kontrolowano też stan wszelkich zabezpieczeń. Zarówno magicznych jak i tych zwyczajnych. Czasem dających się nie mniej we znaki. Któż by się tego spodziewał?

Nieczęsto zdarzało się, aby podczas tego procesu, Robertowi towarzyszył brat. Mieszkający na co dzień w Norwegii, Richard miał na głowie własne obowiązki. Sprawy. Pracę i rodzinę. Choć starszy z bliźniaków nie miał oporów przed tym, aby prosić tego młodszego o pomoc, to starał się nie robić tego w takich przypadkach. Decydował się na ten krok jedynie w sytuacji, kiedy uznawał to za najlepsze, możliwe rozwiązanie. Wyższą konieczność?

Zwał jak zwał.

Stańmy na to, że gdyby nie kolejna dostawa materiałów, kolejne zaplanowane spotkanie, Richarda by tutaj nie było. Skoro jednak znalazł czas na wizytę w Londynie, zamierzał spędzić tutaj kilka najbliższych dni, mógł towarzyszyć Robertowi w pracy. Wspierać go w pewnych kwestiach, z którymi sam również radził sobie nie najgorzej.

Nie, żeby większością tych prac mieli zajmować się własnoręcznie. Z pomocą własnych różdżek. Nie mieli takiej potrzeby.

- Zostały jeszcze dwa pomieszczenia do sprawdzenia i będziemy mogli określić iloma rzeczami należy się zająć. – brzmiał na nieco tym wszystkim zmęczonego, ale miał do tego pełne prawo. Działali od wczesnych godzin porannych. Ledwie zdążyli tylko zjeść śniadanie i zamienić kilka słów. Robert nawet nie zdążył, tak zwyczajowo, zapoznać się z najnowszym wydaniem Proroka Codziennego.

A przecież ten na niego czekał. Tak jak zawsze. Tak jak każdego dnia.

- Dopisz jeszcze tę komodę i idziemy dalej. – poinformował, kierując się do wyjścia.




RE: [11.03.1972] Wiosna, wiosna... | Robert & Richard - Richard Mulciber - 22.02.2024

Posiadłość Richarda w Oslo, nie była tak wielka jak kamienica rodzinna w Londynie. Nie musiał aż tak wielkiego oka przykuwać do porządków i bezpieczeństwa. Choć również i zawsze o to dbał. Podstawa głowy rodu swojej rodziny, aby zapewnić jej bezpieczeństwo. Zasady. Ustanowione poniekąd przez siebie.

Znajdując czas, kiedy u niego w pracy było spokojniej, mógł na te kilka dni pojawić w domu rodzinnym w Londynie, aby pomóc bratu w dość dużych porządkach kamienicy. Wiosennych. Wzmocnić czy nałożyć zabezpieczenia. Cokolwiek od niego potrzebował. Przy okazji, dostarczając materiały.

Znając się z Robertem od kołyski, był przyzwyczajony do jego dziwactw, zachowania i drobnostkowego pilnowania wszystkiego. Nie raz i jemu na coś zwracającego uwagę. Może Robert, bardziej był spaczony pod tym względem od Richarda? Tylko bardzo cierpliwy pod tym względem mogli wytrzymać i zrozumieć starszego z bliźniaków.

Pracowite początki dnia od samego rana. Tuż po śniadaniu. Nawet nie dane było Richardowi dokończyć proroka codziennego. Trudno. Z jednego pomieszczenia do drugiego. Notował w zeszycie, w którym mieli dokładnie wszystko zapisywane. Dopisał także wspomnianą komodę. Wyszedł z pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi. Udał do kolejnego, gdzie zajrzał Robert. Sporo ich mieli w tej kamienicy, a tylko we dwoje z córką Roberta mieszkali. Pomijając skrzaty. Było tak dziwnie w większości cicho. Przez to więcej spadło na nich obowiązków. A o rodzinne interesy, jak i posiadłość, trzeba dbać. Zabezpieczenie tej kamienicy też jest priorytetem. Biorąc pod uwagę to, gdzie należał Robert.

Nawet podczas tych prac sprzątających, nie było momentu, aby Richard nie zapalił. Nałóg co jakiś czas upominał się o swoje, więc i teraz też odpalił sobie papierosa. Co poradzić?

Porządkowanie szło im w sumie sprawnie. Nie marnując czasu na rozmowy, a skupiając całkowicie na zadaniu. Młodszy Mulciber odzywał się tylko, jak miał pytania lub swoje spostrzeżenia. Co warto zostawić, co lepiej wywalić. Najwięcej marudnego jego gadania brat mógł nasłuchać się w gabinecie ich ojca. Co roku, jak nie co miesiąc, padało znane "wywal to biurko w końcu".




RE: [11.03.1972] Wiosna, wiosna... | Robert & Richard - Robert Mulciber - 22.02.2024

Dobrze było mieć obok Richarda. We dwoje wszystko szło szybciej. Sprawniej. Pracowało się znacznie bardziej komfortowo. Po prostu wygodniej. Odhaczyli dwa kolejne pomieszczenia. Richard zanotował wszystko, na co należało zwrócić uwagę. Każdą jedną rzecz, którą trzeba było się zająć - zdaniem Roberta. Kiedy dobrnęli do końca, mogli odetchnąć. Odpocząć.

Przynajmniej przez chwilę.

Rzecz jasna niezbyt długą.

Znajdując się - jakżeby inaczej - w gabinecie, Robert zabrał od brata zeszyt. Odłożył chwilowo na bok. Mogli zapalić. Napić się. Mogli cokolwiek. Choćby chwilę porozmawiać. Każdemu należała się chwila przerwy i temu podobne bzdury. Czemu mieliby sobie na coś takiego nie pozwolić?

- Dzięki za pomoc. - odezwał się. Z cygarem w ręku, odpalonym już, mógł się zrelaksować. Zaczerpnąć sił potrzebnych do dalszrj pracy. Tej, którą powinien zająć się samodzielnie. - Samemu zeszłoby mi znacznie dłużej. Nie będę Ciebie zatrzymywał. Z resztą spraw już sobie poradzę. Jutro widzimy się jeszcze w Olibanum. A w środę jestem umówiony z Multonem, który zajmie się częścią zabezpieczeń w domu. Meble trafią w ręce starego Cattermole. Jak zwykle...

Gadał sobie tak bardziej dla gadania. Jakoś tak nieszczególnie miał teraz ochotę siedzieć w ciszy. Z reguły mu to nie przeszkadzało, ale w tym momencie po prostu naszło go na chwilę rozmowy. Może kwestia tego, że wiele czasu spędzał w samotności? Zamknięty w tym wielkim domu, w którym mieszkali we troje. Robert, Henrietta i Margaret...

Wymienili kilka słów, spędzili wspólnie trochę czasu, po czym Richard zostawił go samego. Robert na spokojnie zajął się wówczas napisaniem listów - z prośbą o ostateczną wycenę - oraz analizą tego, co znajduje się w zeszycie. Po zastanowieniu, parę rzeczy skreślił. Tak dla większych oszczędności. Do wieczora wszystko już było ustalone. Zarówno z panem Multonem jak i Cattermole. Wystarczyło tylko zaczekać.

Oczywiście nie bezczynnie, bo również i w tym czasie - w czasie oczekiwania na specjalistów - Robert miał kilka kwestii, które musiał ogarnąć własnoręcznie. Choćby obrazy, tworzenia których to nauczyła go matka. Odpowiednio wcześniej całość skontrolował. Zauważył, że nadeszła pora, aby dawne prace zastąpić nowymi. Na nowo zabezpieczyć wszelkie sekrety, tajemnice, które skrywała kamienica.

W związku z tym, w wolnym czasie, pracował nad trzyma całkiem nowymi obrazami, z których dwa były już ukończone, a trzeci - znajdywał się na finiszu. Jeden przedstawiał Rings of Kerry. Dwa pozostałe... cóż, Robert sam nie do końca wiedział co. Nie miało to dla niego większego znaczenia? Wystarczyło, że stanowiły niemalże wierną kopie prac, które niegdyś stworzyła jego matka. Pierwsza miała zająć miejsce w salonie, druga w gabinecie.

I tam też znalazły się na początku następnego tygodnia. Kiedy wszystkie działania dobiegły końca. Całe te wiosenne, szeroko zakrojone porządki. Kamienica została doprowadzona do odpowiedniego stanu. Meble odnowione. Wszelkie zaklęcia nałożone na nowo. Można było zająć się innymi sprawami. Zostawić to za sobą.

Koniec sesji