Secrets of London
Lato 1972, 17 czerwca // End of beginning - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122)
+--- Wątek: Lato 1972, 17 czerwca // End of beginning (/showthread.php?tid=2769)



Lato 1972, 17 czerwca // End of beginning - Umbriel Degenhardt - 22.02.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Louvain Lestrange - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Chata na skraju niczego
Briell & Lou

Był szalony, ale to wiedzieli już wszyscy, którzy mieli z nim styczność przez dłuższy czas niż pięć minut. Tego, czego ci wszyscy nie wiedzieli, było to, że był w tym szaleństwie nie tylko wprawiony, ale i uzdolniony - doprawdy nikt w historii rekrutów mających siać zamęt w imieniu Lorda Voldemorta nie był w to aż tak ideologicznie zaangażowany, ani tak... dobry w tym co zrobił. I absolutnie, niezaprzeczalnie Degenhardt udowodnił dzisiaj, że zasłużył sobie na miano potwora.

Stali właśnie z Lestrangem w chacie chroniącej ich dwójkę przed silnym wiatrem wiejącym od strony wzburzonego morza. Była to noc, chociaż mieli spotkać się za dnia, w jednej z nieszczególnie uczęszczanych przez czarodziejów dzielnic Londynu.

- Wysłałem ci wiadomość - nadał ją kilkanaście godzin temu, jakąś godzinę po czasie z kolejnej z zaplanowanych akcji, po których mieli omówić dalsze plany, ale Umbriel w tejże wiadomości wszystko odwołał i wskazał najbardziej odizolowane miejsce spotkania, jakie tylko znalazł - bo gdyby nas zobaczyli razem, wpisaliby cię na listę podejrzanych. Ten tłuk, który miał nami dyrygować, nie żyje. - To powiedziawszy, zaciągnął się papierosem. - Zdechł, bo ja go zabiłem. - Jego słowa nie były groźbą, wybrzmiało w nim kompletne zniechęcenie. Nie mógł więc bać się reakcji Lestrange'a. - Nie wiem, czy to on, czy ten drugi w masce dał na nas cynk Ministerstwu, ale na miejscu pojawili się Aurorzy, więc wolałem go po prostu dobić, żeby im wszystkiego nie wypaplał. Ale moją gębę zobaczyli na pewno, więc nie zdziwi mnie, jak mnie zobaczysz jutro na listach gończych. - Chociaż niemożliwe było, aby zachował przy tym aż tak zimną krew, Degenhardt nie wyglądał na szczególnie przerażonego wizją bycia poszukiwanym. W gruncie rzeczy to czuł się tak, jakby to stało się już dawno temu. Powinno być mu żal swojej żony - ale ona nie straci go jutro, otwierając poranne wydanie Proroka Codziennego, ona straciła go w 1970 roku, kiedy miał wybór zagrać lub nie zagrać koncertu w Luminares i zdecydował się usiąść przy fortepianie, jakby nie był w pełni świadomy grania dla tłumu zwolenników Czarnego Pana w dzień ich triumfu. - Jeżeli będą go chcieli kiedyś wymienić na jakiegoś zakładnika, to łgają. Sam widziałem, jak wydaje swoje ostatnie tchnienie.

Poszli tam we trójkę, wrócił sam, jeden Degenhardt. Drugi nie żył. Trzeci pewnie chował się teraz gdzieś, gdzie Degenhardt miał go nie dorwać, chociaż jego uczestnictwo w tymże przedsięwzięciu nie było do końca jasne.

- Czy ja mam go znaleźć?

Przerwał ciszę, którą sam stworzył niezręcznie wypowiedzianym pytaniem. A później zrobił minę, jakby sobie o czymś przypomniał i wyciągnął z kieszeni czarną, płócienną torbę, którą wręczył Louvainowi. W środku znajdował się wielki kawałek odłamanej kości, jaką to mieli mu przynieść przy okazji, jeżeli uda im się sforsować zamek magazynu miejsca, na które napadali. To był ten przypadek kiedy dla nich był to po prostu bezwartościowy szmelc - dla znawcy klątw miał być jednak jakimś nieocenionym składnikiem, ale... na tym znała się jego siostra, a nie którykolwiek z nich. Degenhardt nie miał nawet pojęcia, jakiego zwierzęcia jest to kieł i szczerze wątpił, aby Lestrange miał o tym nawet minimalnie szerszą wiedzę. No ale oboje byli tylko elementami większej układanki kogoś... kogo Umbriel nie miał jeszcze okazji poznać, ale szczerze, z całego swojego zepsutego serca, wspierał go w tym bezsensownym chaosie.


RE: Lato 1972, 17 czerwca // End of beginning - Louvain Lestrange - 24.02.2024

Zawsze znajdzie się większa ryba. Nie przypuszczał jednak, że znajdzie Briela akurat w tym konkretnym morzu. Morzu Czarnego Pana, które miało niebawem zalać Londyn, a potem cały kraj. Kiedy po raz pierwszy miał okazję usłyszeć jego muzykę przy okoliczności otwarcia galerii Loretty, do głowy by mu nie przyszło, że kiedyś dojdzie do takiego spotkania jak dziś. Fakt, jego "melanż kolorów osobowości" podprogowo mógł podpowiadać, że Degenhardt to dobry materiał nie tylko na muzyka, ale pojeba również. Z drugiej strony, wokół społeczności galerii nigdy nie brakowało bohemy, a wśród niej degeneratów i odszczepieńców. Niewielu jednak było zdolnych do wstrząśnięcia duszami swoich odbiorców własną sztuką, a mając za bliźniaczkę popularną malarkę, Lou potrafił na tym etapie oddzielić prawdziwe ziarno od plew. Niełatwo było chwycić i wyrwać serce zblazowanych bogoli w tym metaforycznym sensie.

Kapitał kulturowy. Gdyby miał wskazać co najbardziej wybija Umbriela na tle pozostałych z jego profesji, to właśnie to. I nie chodziło stricte o muzykę, choć była narzędziem którym nie posługiwał się nikt poza nim w szeregach psów gończych Lorda Voldemorta.

- Dobre nawyki.- spuentował nienachalnie. Choć poczuł ukłucie zaskoczenia w żołądku informacją o zabójstwie współtowarzysza zleconej misji, odpowiedział mu sarkastycznym humorem. Amoralne i brutalne, jednak zapobiegawcze i skuteczne. - Martwy niczego więcej nie spieprzy. - przytaknął z uznaniem. Sam Lestrange nie czuł nawet drobnych sentymentów wobec swoich zleceniobiorców, nawet ucieszył się, że w komorze losującej zwyrodnialców spod mrocznego znaku zwolniło się trochę miejsca. Byli potrzebni, ale tylko do czasu wykonania swojego zadania, bo potem oprócz tego, że psuli powietrze, to wiedzieli już za dużo. Nikt kto zabija za pieniądze, nie był godny uznania, a wśród suburbia Nokturnu nie wierzył nawet, że ktokolwiek mógł szczerze wierzyć i być oddanym ideologi nowego porządku. Tam gdzie silni wobec słabych, słabi wobec silnych, nie było miejsca na głęboko zakorzeniony kompas moralny.

Czasem jednak zdarzały się wyjątki takie jak pan fortepianista. Jemu akurat wrażliwości i skłonności do wyższych wartości nie mógł odmówić, co radykalnie zwiększało jego wiarygodność. Potem jednak, po kolejnych jego słowach zmarszczył brwi, zaciągając rękawiczki wyżej na dłoniach. Nie podobało mu się, że dał się zdekonspirować. Jednak teraz już nic na to nie poradzą, dobrze, że usłyszał to wcześniej, niż mógł to przeczytać. Gdyby dowiedział się o tym dopiero po ich spotkaniu, oznaczałoby to wyłącznie kłopoty.

- Zamierzasz się ukrywać, czy wyjeżdżasz? - wyrzucił, zaniepokojony nieoczekiwanym rozwojem spraw. Dla niego to też był kłopot, ostatecznie przecież, nie ufał mu bezgranicznie. Był dobry, może nawet cholernie dobry, ale nie doskonały. Zawsze mógł go wydać, by ocalić usta przed dementorem.

Zaśmiał się na wzmiankę o wymianie. Poprzedni, ten tłuk, był wart mniej, niż złamany knut. Na cóż go wymieniać? Liczyli się wyłącznie ci z wewnętrznego kręgu, cała reszta czy tego chciała, czy nie, miała swoją datę ważności. To wojna, a oni potrzebowali maszynki do mięsa. - Naturalnie. Znajdź, dobij i wrzuć dominację na transparent. Brzmiało to bardziej jak porada, niż kolejne zlecenie, bo w głowie Louvaina powoli zaczęła kiełkować się nowa idea. Odebrał płócienną torbę, zaglądając powściągliwie do środka. Zacmokał cicho pod nosem w geście udawanego zadowolenia, a torbę schował pod peleryną. On zaś odwzajemnił się podobnym gestem. - Miało być na trzech, ale skoro wyszło jak wyszło... - rzucił, uśmiechając się zadziornie, wyciągając przed sobą brzęczącą od galeonów saszetkę. Z niewielkiej robótki, Briel, przez sprytne cięcie kosztów zarobił właśnie całkiem sporo pieniędzy.




RE: Lato 1972, 17 czerwca // End of beginning - Umbriel Degenhardt - 25.02.2024

Degenhardt nie do końca pojął, czymże zasłużył sobie na te słowa uznania, ale nie skomentował tego otwarcie, bo obnażyłby się z tego, że jakkolwiek głębiej o tym myślał, a jemu wyjątkowo pasowała ta sztywna maska obojętności okalająca jego oblicze. Oczywiście, że nie zamierzał Louvaina niczym zastraszać, brak w tym było choćby krzty sensu i minimalnych chęci, pianista po prostu bardzo intensywnie kultywował uczynienie swojego wizerunku czymś kojarzącym się z martwością. Bycie zwiastunem śmierci brzmiało dziecinnie i oklepanie, kiedy czytało się o tym w książce lub na którejś ze stronic porannej gazety, a on sam dobrze zdawał sobie z tego sprawę - mimo swojej karykaturalności miało to w sobie jakąś nieopisaną poetyckość, jaką mocno cenił.

- Zostaję - odpowiedział krótko, raz jeszcze zaciągając się dymem. Sympatia, jaką darzył rodzeństwo Lestrange nie uczyniła go nagle nadmiernie wylewnym, bo nie o to chodziło w sztuce, żeby o niej głośno opowiadać. Ludzie mieli zauważyć to sami - mieli wkrótce pojąć, że Umbriel Degenhardt wcale nie zrezygnował z groteskowych występów na salonach - on uczynił z nich całe swoje życie i uważał to za piękne. Śmierć była piękna - ciężar emocji z nią związanych, strach i melancholia. Jego zmęczone serce tworzyło sztukę dla delikatnych i wrażliwych dusz - takich, które doceniały poezję idącą za każdym kolejnym ciosem wymierzonym w normalność. Jego sztuka była więdnięciem. Jego sztuka była tonięciem w szkarłacie, larwami pożerającymi poległe ciała pośród gnijących liści i martwych, uginających się pod ciężarem wiatru wierzb. Była potworem goniącym cię po ciemnej alejce Nokturnu. Była obrzydliwym dźwiękiem łamiących się kości. Była czymś, od czego odwracali wzrok najokrutniejsi bogowie.

- Mam tu jeszcze dużo do zrobienia. - Uśmiechnął się niezręcznie. Jedyną ucieczką, jaką planował była jego własna śmierć - planował jednak uczynić ją wyjątkowa, była przecież zwieńczeniem całości, ostatnią z nut... Jego siostra by to zrozumiała, ale czy potrafiłby zrozumieć to Louvain? Czy dostrzegłby w tym coś poza faktem, że Degenhardta doszczętnie pojebało? - Jak skończę, mogą zeżreć mnie robaki. - Nie zaskoczył go pewnie nieszczególnym przywiązaniem do swojego kruchego żywota. Nigdy nie rozumiał tych, co się tego trzymali pazurami, jakby istniało coś takiego jak wieczność... Prawdę mówiąc, nie wiedział nawet, co miałby robić ze swoją egzystencją, kiedy skończą mu się pomysły na kolejne piosenki. Gdyby miał grać w kółko to samo, to... oh ironio - wydawało mu się, że od takiej pętli oszalałby zupełnie.

- Nie interesuje mnie jego egzystencja, póki to nie jest coś, czego ode mnie oczekujesz. Jeżeli jednak ma sprawić tejże wielkiej sprawie jakiś problem... - Uniósł brew w górę, w taki pytający sposób.

- Jak mi przykro - skomentował jego słowa i uśmiech tak bezosobowo i bez emocji, jak tylko się dało. Odebrał te pieniądze w spokojny sposób. Niektórzy ludzie mieli zwyczaj takimi sakiewkami rzucać, jakby rzucali je psu. Z jakiegoś powodu uwłaczało mu to tak bardzo, że pozwalał im lądować na ziemi i stał w bezruchu tak długo, aż osoba rzucająca zdecydowała się na podniesienie jej z ziemi i wręczenie jej w normalny sposób. Jeżeli nie umiała wykrzesać sobie chęci, pomagał w tym, ale był tym głęboko rozczarowany. - Mówisz tak każdemu? - W pytaniu wybrzmiała czysta ciekawość, nie krytyka. - Gdybym był kimś niespełna rozumu, zabijałbym swoich towarzyszy celowo.


RE: Lato 1972, 17 czerwca // End of beginning - Louvain Lestrange - 26.02.2024

A czym w zasadzie miał być poruszony? A niech się żrą, bo na warstwie prusaków naprawdę nie zależało mu na tym, kto wyjdzie z tego cało, a w kto w częściach. Kiedy ten mówił o tym tak obojętnie, wzbudzał jego ciekawość i uznanie. Przecież w gruncie rzeczy takich cech oraz postaw od niego oczekiwał. Emancypacja psychozy, pod maską skrajnej obojętności i wyciszenia emocji. To jest to przed czym ulice padną na kolana.

- Kamień z serca. - unosząc jedną brew, ironicznym gestem chwycił się za lewą pierś. Nie zdziwiłby się, aż tak bardzo gdyby faktycznie zamierzał rozpłynąć się w powietrzu. Gdyby to był ktoś inny, jakaś podrzędna szumowina, pewnie wyperswadowałby jak niedorzeczny jest to pomysł, że jego okres ważności, znaczy misja dla Czarnego Pana jeszcze się nie skończyła. Potem wykręcić z takiego ile się da, mamiąc go kolejnymi obietnicami lepszych pieniędzy, większych przywilejów i wszystkiego czego pragnął usłyszeć, byle naraził życie oraz wolność dla kilku brudnych spraw. Na szczęście Briell miał w sobie na tyle chłodu, by nie dać strachu pozbawić się racjonalności i wystarczająco determinacji, by ciągnąć te karawanę terroru dalej. Potrzebował go tu na miejscu, nie uciekającego po szczurzych norach.

- Lepiej żeby nażarły się truchłem naszych wrogów, niż Twoim. Wszyscy na tym bardzo skorzystamy. - odparł na te jego ponure oświadczyny. Nie bał się śmierci, to jasne. Wewnętrznie Louvain zacierał już ręce, na samą myśl o tym jakie korzyści mogło to dla sprawy przynieść. Jeśli to nie tylko czcze gadanie oczywiście, chociaż powątpiewał żeby Degenhardt był skłonny do podkoloryzowania swoich słów, by mu się przypodobać. A kiedy wspomniał o tym, że ma jeszcze dużo do zrobienia przytaknął mu milcząco, bo on również był takiego zdania.

- To pchła, która może nabrudzić. Jeśli go spotkasz, nie wahaj się... Tchórzy nie traktujemy o wiele lepiej, niż zdrajców. - nakreślił stan rzeczy. Szkoda marnować czas i środki na poszukiwania niedobitka, ale nie warto o nim zapominać, bo nawet takie drobiazgi potrafią czasem odbić się czkawką. - Nie. - odpowiedział na jego pytanie momentalnie, niejako kopiując jego zimną postawę. Wyprostował się i przyjrzał się na moment nieco dokładniej postawie Ubriella, jakby skanował jego postać. - Żaden jeszcze nie przeżył tyle co Ty... - dorzucił z szyderczo-zadziornym uśmiechem, przerywając te udawaną postawę. Lestrange przed nim nie miał żadnej konkretnej roli do odgrywania, dlatego mógł bawić się formą. Nie musiał przed nim niczego udawać, a stosunki pracy w ich układzie przemawiały na jego korzyść jeśli chodziło o otwartość w stylistyce. Po prostu zadowolony był, że na tym etapie wiele sugerowało, że trafił na szmalcownika idealnego. To była dobra inwestycja dopuszczając fortepianistę do bliższej współpracy te kilka lat temu. Nie było co ukrywać, że to Loretta najmocniej naciskała na wybór właśnie jego, gdyż na tamten moment muzyk w dodatku bez warunków fizycznych draba, zwyczajnie nie wpisywał mu się utarty schemat cyngla jaki miał w w swojej głowie.

- Ale wracając do wielkiej sprawy... - zaczął marszcząc czoło, a wzrok wbił gdzieś poza chatę w której się spotkali przez kilka wybitych desek gdzieś w rogu ściany. - Myślę, że to odpowiedni moment na poszerzenie naszej współpracy. Jestem w stanie włączyć Cię w struktury organizacji, oczywiście jeśli się zgodzisz. Krzyżując ręce za plecami, wypiął nieco klatkę do przodu, bo zaczynanie rozmowy na tematy Przymierza, od niedawna powodowały u niego przypływ dumy i momenty wzniosłości. Przetasowanie okazało się być dla niego bardzo owocne, więc nie było się co dziwić, że dzięki spełnionym ambicją rósł w oczach. W końcu miał okazję na wykorzystanie w praktyce obowiązków lewej ręki, składając ofertę pierwszej poważniejszej rekrutacji. - Musiałbyś tylko zrobić coś jeszcze, bo choć w moich oczach jesteś na to gotów, to ktoś ponad nami musi to potwierdzić. Błysk w jego oku bardzo dobrze oddawał to co właśnie mu zasugerował. Może mówił nieco enigmatycznie, jakby grali w kalambury, to wciąż ten typ przed nim był jebanym psycholem i nigdy nie zakładał z góry jego czystych intencji. To co mu proponował wykraczało poza umowne granice na jakiś zwykli podejmować współpracę, chodziło o coś znacznie poważniejszego, niż ich partykularne interesy.




RE: Lato 1972, 17 czerwca // End of beginning - Umbriel Degenhardt - 27.02.2024

Obserwował jego teatralne gesty, nie wtórując mu równie wyszukanymi scenkami, ale nie darował sobie płytkiego, choć wiele znaczącego w przypadku Umbriela uśmiechu. Kamień z serca, powiedział. Pomijając to, że ciężko tu było mówić o jakimś szczególnym emocjonalnym przywiązaniu jednego do drugiego, to żeby coś takiego miało przynajmniej mikroskopijnie prawdziwy wydźwięk... no tak, trzeba by mieć serce. A tutaj rozmawiała przecież dwójka morderców. Degenhardt upadł już tak nisko, że zarzucanie mu posiadania nadmiaru ciepłych emocji było wręcz ujmowaniem skrzętnie pielęgnowanemu wizerunkowi kompletnego świra, a Lestrange... cóż, wydawał mu polecenia. Jeżeli to ci drugi mieli rację, będą się kiedyś smażyć razem w najniższym kręgu piekła. Umbriel nie wierzył jednak ani w chrześcijańskie dyrdymały, ani w celtyckie obrządki, ani (chociaż patrząc na historię rodziny... powinien chyba zacząć) w opowieści z mroźnych krain, z których pochodził. To wszystko to były przecież bajki dla tych, którzy bali się zaakceptować to, że po ostatnim tchnieniu nie było już...

Nic.

Był tam tylko rozkład. A później już nic. Tylko to, co udało się człowiekowi zapisać na kartach swojej biografii.

- Jak skończę, Louvainie - odezwał się, nieco wcinając mu się pomiędzy wypowiedzi - możesz uznać tychże wrogów za nieistniejących. Nie odpowiem jednak za tych, których zrobisz sobie, kiedy ja będę już gryzł piach.

A na dźwięk słów, jakoby szukać go specjalnie nie miał, ale przy okazji zabić go mógł... skinął tylko głową. Naprawdę niewiele zmieni już w jego życiu jedno ciało w przód i w tył. A później wyszczerzył się, na ten (przynajmniej w jego odbiorze) żart Louvaina, że żaden jeszcze tyle nie przeżył. No bo właśnie dlatego nie przeżyli, bo współpracowali z Degenhardtem... haha... Pewnie tylko on mógł uznać to za aż tak zabawne, aby na moment zrzucić maskę kogoś, kogo rodzice zapomnieli nauczyć mimiki. Nie ugryzł się za to w język, bo faktycznie darzył go sympatią. Osoby pokroju bliźniaków Lestrange niejednokrotnie oświetliły mu dzień podczas nudnych bankietów. To byłoby kłamstwo powiedzieć, że nigdy nie słyszeli jego śmiechu.

- Zamierzasz zaprowadzić mnie przed oblicze swojego Mistrza? - Czarnego Pana? Degenhardt nie ukrywał, że uznawał postać Lorda Voldemorta za intrygującą, do tego stopnia, aby napełnić go weną na długie dni. Nigdy nie potrzebował piąć się w żadne struktury, iść w górę po jakichś szczeblach, nigdy nie upijał się władzą... Chciał inspirować i być inspirowanym, nie podążał za Louvainem ze względów ideologicznych, a przez szansę na realizację własnych celów trwając w jego cieniu. Rodziło to w nim jednak pewne obawy. Oboje z Louvainem byli cholernie uparci - zgrzyty pomiędzy nimi nie miały aż takiego znaczenia, ale bycie w szeregach najpotworniejszego czarnoksiężnika tego stulecia? Man kan inte lära gamla hundar sitta. - Cóż miałbym zrobić? - I chociaż to pytanie jeszcze nie wybrzmiało, Degenhardta zastanawiało, czy w takim układzie miałby wciąż odpowiadać przed nim.


RE: Lato 1972, 17 czerwca // End of beginning - Louvain Lestrange - 02.03.2024

Serce miał, coś przecież pompowało krew w jego żyłach, nie implant, ani żaden magiczny wihajster. Skłamałby jeśli stwierdziłby, że jest bardziej moralny, niż Briell, czy Loretta. Jednak jego dusza nie skąpana była popiołem spaczenia w równym stopniu co pozostałej dwójki. Dobrze to zrozumiał kiedy podążał krokami Czarnego Pana w podróży do Limbo. Swąd spaczenia jaki niósł za sobą mistrz był niemożliwy do przeoczenia. Nawet kiedy próbował zatuszować ich ślady przed tymi którzy deptali im po piętach, musiał spotkać się z porażką. Tam, w pierwszym kręgu, wszystko co mroczne i czarne na ich sercach wypływało na wierzch, widział to nawet po swoich towarzyszach. Ich obecność oddziaływała intensywniej na otaczającą ich rzeczywistość, nawet jeśli potem okazywała się być iluzją chroniącą mroczną ekspedycję przed ingerencją w Limbo.

Wciąż zdolny do brutalności, wręcz dehumanizowania wrogów, uważał by nie zbliżyć się za bardzo do cienkiej granicy, zza której nie będzie już dla niego odwrotu. Choć pogrążanie się w zakazanej, czarnej magii mogło pozwolić stawać się coraz potężniejszym, to nie bez żadnej ceny. Tej ceny Louvain nie chciał płacić, w półkroku między jedną stroną barykady, a drugą. Wierzył, że tylko tak pozostanie przy zdrowym rozsądku, zdolny do chłodnej i wyrafinowanej kalkulacji. Musiał łączyć oba te światy, by nie stracić pełnego obrazu rzeczywistości. Ślepy fanatyzm, mógł być bardzo efektywny, a nawet efektowny, jednak krótkowzroczny. Taka ścieżka prowadziła wyłącznie w dwa miejsca.

- Pysznie. - odrzucił półgębkiem, niby sarkastycznie, unosząc jedną brew z wykrzywionym uśmiechem. Cóż za grobowy humor się im udzielił, oby tylko grabarze nadążyli z kopaniem grobów. Cmentarz jak i właściwie całe Little Hangleton miało dość gęste i zepsute powietrze, by dorzucam mu jeszcze odór rozkładających się ciał.

- Jeśli kiedyś zwrócisz jego uwagę na tyle, sam wezwie cię na audiencję. Być może była to pusta obietnica, by nie zabijać jego determinacji, ale musiał sprowadzić go nieco na ziemię. Na tym etapie, nie miał co liczyć na zainteresowanie Czarnego Pana, dobrze wiedział że ten ma dziewięćdziesiąt dziewięć innych problemów na głowie, a Degenhardt nie był żadnym z nich. - Do moich zadań należy zarządzanie zasobami ludzkimi, dlatego dalej będziesz odpowiadał przede mną. -  sprostował najprościej jak mógł, bez wdawania się w konkretne szczegóły. No bo właśnie do tego teraz był, poruszania strukturami tak, by ta machina rewolucji produkowała tylko najlepszej jakości produkt. Postawił kołnierz letniego płaszcza wyżej, marszcząc brwi. Nie czuł chłodu, nawet jeśli wiatr zawiewał pomiędzy szczelinami chaty w której się znajdowali.

- Mogę ci zaoferować, mój druhu, monopol na przemoc. - spojrzał w końcu na szweda, a w jego wzroku znowu zabłyszczało coś na kształt satysfakcji. - Potrafisz poruszyć wnętrze człowieka, dobrze to wiemy, wykorzystaj to i zjednocz pod swoją batutą wszystkie zdeprawowane dusze. - przeszedł w końcu do sedna, a kąciki ust uśmiechnęły mu się chyżo. - Po co mają zdychać bezsensownie w rynsztokach, skoro mogą przysłużyć się Tobie i całej sprawie. Poruszył ramionami niby zmartwiony bezcelową egzystencją tych o których wspominał. Nie zamierzał próżnować, osiadając na laurach, którymi został obdarowany przez Czarnego Pana, bo nie tylko on pokładał w nim nadzieję. Został wybrany przez większość podobnych jemy mrocznych sług. - Chciałbym byś zdobył dla mnie składniki z pewnego egzotycznego zwierzęcia, Buchorożca. Masz znajomości w szarej strefie, więc nie powinieneś mieć problemu z namierzeniem takiego.




RE: Lato 1972, 17 czerwca // End of beginning - Umbriel Degenhardt - 08.03.2024

Nie można było powiedzieć, że dzieliła ich przepaść wieku, ale Degenhardt szybko wyczuł przepaść w doborze słownictwa. Uśmiechnął się szerzej, słysząc słowo „pysznie”, nie w taki drwiący sposób, ale z pewnością sugerujący niekoniecznie odpowiednie myśli. Dokładnie takie, jakich obawiałby się w zetknięciu z Lordem Voldemortem. Jak ktoś bardziej stuknięty od niego musiał reagować na choćby delikatne sugestie, że został wyśmiany?

- Pysznie - powiedział. Nie powtórzył po nim, skomentował w ten sposób następną z jego wypowiedzi: o tym, że Czarny Pan miał sam wezwać go na audiencję, jeżeli zwróci na siebie jego uwagę. Umbriel, chociaż wierzył w to, że jego destrukcyjne działania z pewnością rzucą na niego interesujące światło, szczerze wątpił w to, aby faktycznie miał zostać na taką audiencję wezwany - był, a może raczej czuł się w tym wszystkim jedynie doklejką, pomocnym elementem, jakąś częścią większej całości, ale z pewnością nie czymś, co pasowało do tejże wielkiej idei w pełnym stopniu. Bo Degenhardt gdzieś miał przecież ich idee i wciąż... wciąż gdzieś tam w głębi żyła w nim ta świadomość, iż i on i Lavinia byli imigrantami. Jeżeli kiedyś Śmierciożercy faktycznie zdobędą tutaj władzę, w pierwszej kolejności postawią na swoich. Na stare rody, żyjące w Anglii od lat, a przynajmniej mające tutaj dużo więcej wpływów. - To dobrze. - Dodałby, że gdyby miał odpowiadać przed jakimś skończonym idiotą, nigdy by się nie dogadali. Niezależnie od stopnia upartości obydwu.

- Mam ci zebrać ludzi do brudnej roboty? - Spojrzał na niego z ukosa, marszcząc przy tym brwi. Oh, nie dlatego, że poczuł się z tym niepewnie - był święcie przekonany o sile swoich czarów i wiedział dobrze - jeśli nikt nie pójdzie za nim z własnej woli, to pójdą za nim bez tej woli, ale... - Mówimy o jakiejś konkretnej ilości? - Uniósł ramiona i ręce w górę. Jakie oni mieli plany? Dostanie jakieś konkretniejsze informacje? - Za cholerę nie wiem, co to jest buchorożec, więc nawet jeżeli uda mi się to zdobyć, to sprawdźcie to drugi raz. - A jak mu się nie uda tego znaleźć... Cóż, najwyżej mu napisze, że chuja z tego będzie. Jego wiedza o magicznych stworzeniach ograniczała się do tej, jakiej go nauczono w szkole. Zwierzęta, chociaż przez innych uważane były za piękne i majestatyczne, w Degenardtcie nie wzbudzały większych emocji - być może przez brak złożonych emocji, jakie odczuwały. Posiadały tylko najbardziej pierwotne instynkty - te zaś wydawały mu się ciekawe tylko wtedy, kiedy dostawało się do nich po obdarciu kogoś z całego jego człowieczeństwa, kiedy się je wygrzebało spomiędzy tony kłamstw zlepionych tak, aby udawać coś więcej. - Jak mam się z tobą kontaktować jeżeli będzie szukała mnie Brygada? - Przewidział już przecież, że jego rysopis prędzej czy później znajdzie się w ich kajecikach... Wysyłanie listów nie było do końca rozsądne, bo przecież ktoś mógłby je przejąć, nawet jeżeli będzie rzucał na nie durne zaklęcia, od których koperta płonie zaraz po odczytaniu.


RE: Lato 1972, 17 czerwca // End of beginning - Louvain Lestrange - 20.03.2024

Uniósł lekko brwi od razu wyłapując jego niedopowiedziane niby drwinę, kiedy powtórzył za nim to jedno słowo. Uśmiechnął się sarkastycznie i przekręcając głowę lekko na bok wbił w niego srogie spojrzenie o podobnym natężeniu co jego frywolny w formule żarcik. Nawet jeśli on sam grał tutaj sztukę i bawił się formatem ich rozmowy, bynajmniej był to temat do uszczypliwości. Zmrużył na koniec nieco powieki by odrobinę jaśniej zasygnalizować mu, że to nie pora na docinki. Nie mniej jednak nie skomentował tego w żaden inny sposób.

Dobrze trafiło się z tym całym jego poszukiwaniem. Korzystając z tego, że pod Briellem grunt robił się coraz cieplejszy, zamierzał jeszcze bardziej wciągnąć go w sidła mrocznych sług. Lepiej przedstawić mu korzystniejszą ofertę, zanim zrobią to przedstawiciele prawa. Oferta awansu społecznego w ramach tej alternatywnej społeczności względem głównego obiegu powinna być na początek. Bo jeśli życie daje ci cytryny, zrób z nich lemoniadę. Ale co jeśli w naszym życiu wybucha wulkan, a wszystkich wokół, nawet tych najbliższych zalewa lawa? Zbierz arsen, by mieć czym poczęstować gości kiedy po ciebie przyjdą.

- Mniej więcej.- odpowiedział kolejny raz dość zdawkowo. - W szerszej perspektywie potrzebujemy armii, mięsa armatniego które wyściele dla nas drogę na szczyt Wizengamotu. - dookreślił w miarę zgrabnie jak na jego, gestykulując przy tym odrobinę. - Widzę Cię w roli obozowego Kapo, chociaż nie o więzienie tutaj chodzi. Nie mogę osobiście utrzymywać kontaktu z każdą czarnoksięską padliną, potrzebuję pośrednika takiego jak Ty. Będziesz rekrutować parias i koordynować ich działaniami przy realizowaniu kolejnych celów. Od wzburzania nastrojów społecznych, przez wywoływanie zamieszek, aż do normalizowania zachowań zgodnych z manifestem Czarnego Pana. O szczegółach i detalach porozmawiamy, jak już zdobędziesz to o co Cię proszę. Uderzył w końcu w sedno, wyławiając to co gęste w tej spaczonej zupie. Bo tego właśnie oczekiwał od kolegi Degenhardt. Przy tym wszystkim będzie mógł wykorzystywać to co potrafi najlepiej, jednocześnie spijając tantiemy z bycia pełnoprawnym Naśladowcą, z krwi i kości. A wszystko to co ukręci dla siebie na boku, będzie dodatkową nagrodą za efektywność i konsekwencję.

- Przewidziałem i to, dlatego skontaktuję Cię z ekspertem od magicznych zwierząt, który potwierdzi autentyczność tych materiałów.- odpowiedział, być może nieco rozczarowany. Nie mógł mieć jednak do niego żadnych pretensji, sam był oszołomem jeśli chodzi o wiedzę przyrodniczą, sam nie odróżniłby skóry Buchorożca od kurwa żadnej innej. - Tutaj masz adres w niemagicznym Londynie, traktuj go jako skrytkę pocztową, lub kryjówkę. Będę go sprawdzał co trzy dni. - oznajmił krótko i beznamiętnie. Z kieszeni płaszczu wyjął drobny pergamin z zapisanym na nim dokładnym adresem jednego ze swoich mieszkań, które kupił jeszcze za czasów sportowej kariery, a które wyjął spod użytku agencji nieruchomości. Kiedyś zarabiało na niego galeony, a teraz posłuży jako miejsce spotkań ze szwedzkim, być może już niedługo, szmalcownikiem.




RE: Lato 1972, 17 czerwca // End of beginning - Umbriel Degenhardt - 25.03.2024

Kiedy Lestrange tłumaczył swoje oczekiwania, Degenhardt stał spokojnie i milczał, nie ruszając się, ani nawet nie mrugając. Wypowiadali się inaczej od siebie, ale nie osiągnęło to jeszcze tego stopnia, w którym nie był w stanie zrozumieć przekazywanego mu komunikatu, więc podchodził do tego z lekkim zobojętnieniem, chociaż przedzierała się tam też lekka nuta ciekawości. No bo to, że Degenhardt większości przypadków wypowiadał się z klasą było dosyć przewidywalne - bo był klasycznie szkolonym pianistą, ale bliźniaki Lestrange to też były osoby kojarzone z wyższymi sferami, a uczyli go niebanalnego słownictwa...

- Obozowego czego? - Miał mugoli gdzieś, poza tym nigdy by nie wpadł na to, że Śmierciożerca używa tutaj jakiegoś mugolskiego określenia, a sam nie skojarzył tego z nikim ani niczym. - Ale okej, załapałem, czego potrzebujesz. Zgrai degeneratów, którzy wykonają dla ciebie jakieś rzeczy, ale którymi nie musisz się przejmować. - Czy robił to wcześniej? Absolutnie nie. Przewidywał jednak, że to nie mogło być aż takie trudne, kiedy się oprócz silnego charakteru posiadało tak silną moc wpływania na ludzkie umysły. Na ten moment odłożył to jeszcze na bok. Nie całkowicie, bo i tak się to do niego zbliżało, po prostu... najpierw musiał przetrwać pierwsze dni, po których spodziewał się bycia poszukiwanym. I znaleźć te składniki. - Zapisz mi dokładnie, co właściwie mam ci zdobyć - powiedział, najwyraźniej bez zastanowienia, bo ledwie sekundę po tym machnął ręką. - Ah, albo ja to zrobię, bo jeszcze rozpoznają twoje pismo. - Wydawał się być pewny siebie, mimo tego najwyraźniej jakaś jego część i tak nie odmawiała sobie uwzględnienia scenariusza, w jakim wszystko, co miał zrobić, sromotnie się spierdoliło. Zanotował to wszystko na odwrocie przekazanej mu kartki z adresem, a później schował ją do kieszeni czarodziejskiej szaty.

Nie mieli tu już nic do zrobienia, więc zamiast stać na tym totalnym wypiździewie, z pewnością nienapełniającego żadnego z nich choćby minimalną dawką entuzjazmu, opuścili budynek. Przekraczając jego próg Degenhardt nie omieszkał zbadania pustym spojrzeniem tatuażu na jego szyi. Nawet spodobała mu się ta wizja - zabijani przez ciebie ludzie zwykle nie byli w stanie patrzeć ci w oczy, więc opuszczali wzrok niżej. Ostatnim co widzieli, musiał być ten ptak.

Poetyckie, inspirujące.

- W takim razie do zobaczenia.

Teleportowali się w swoje strony.

Koniec sesji