Secrets of London
[02.06.1972] Drewniane molo - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122)
+--- Wątek: [02.06.1972] Drewniane molo (/showthread.php?tid=2783)

Strony: 1 2 3


[02.06.1972] Drewniane molo - Ambrosia McKinnon - 24.02.2024

Nie spodziewała się od niego listu, ani tego, że zamarzą mu się rozmowy poruszające niesprecyzowane tematy. Może właśnie dlatego, pierwsze co zrobiła zanim mu odpisała, to przetasowała swoją talię tarota, z zastanowieniem wpatrując się we właśnie otrzymany pergamin. A potem pociągnęła kartę, mimowolnie uśmiechając się lekko na widok Gwiazdy, która jednoznacznie kojarzyła jej się z Dianą. Jej znaczenie nie miało tutaj teraz większego znaczenia, bo Rosie zwróciła uwagę bardziej na sam motyw, który przedstawiała karta. Woda? Niech będzie zatem woda. Czerwcowa pogoda zapowiadała się wręcz fenomenalnie, a słońce już od pierwszego dnia zdawało się wywiązywać z obietnic, które snuli meteorologowie.

Dlatego też, kiedy już zebrała się w sobie, żeby Traversowi odpisać, zaproponowała mu spacer po plaży. Szczególnie, że ta którą mu  zaproponowała, należała do tych mniej uczęszczanych. Początek lata też tylko sprzyjał miejscu, bo ludzie siedzieli w pracy, a dzieciaki nie wróciły jeszcze na letnią przerwę do miasta. Mogli więc mieć tyle prywatności, ile tylko chcieli, a przez to i Theon mógł się swobodnie podzielić swoimi problemami.

- Jak pójdziemy w tamtą stronę, to jest tam takie stare, drewniane molo - uśmiechnęła się do niego wesoło i wskazała palcem w kierunku, który równie dobrze mógł być losowy. Jakby jednak zmrużyć oczy, to faktycznie, na tle falującej wody odcinał się płaski, ciemny odcinek odchodzący od plaży. Piasek był cieplutki, wygrzany od słońca, które świeciło im w plecy, kiedy szli przed siebie. McKinnon już dawno w sumie zdjęła buty, żeby móc brodzić co jakiś czas w wodzie, jakby to była jakaś przyjemna wycieczka krajoznawcza. Ale w sumie skoro już tu byli, to czemu miała się tym miejscem nie cieszyć?


RE: [02.06.1972] Drewniane molo - Theon Travers - 25.02.2024

Czasami człowiek potrzebował rozmowy. Potrzebował obok siebie kogoś z kim mógł spędzić chwilę. Przy kim mógł uporządkować swoje myśli. Ogarnąć wreszcie cały ten bałagan, który powstał w jego głowie. Albo przynajmniej jego część. Choć normalnie, Theon nie był człowiekiem, który przejmował się w zasadzie czymkolwiek, ostatnie wydarzenia odbiły się na nim mocno. Można powiedzieć - odcisnęły swoje piętno.

Znali się z Rosie od dawna. Był od niej zaledwie rok starszy. Choć przez lata znajomość ta zmieniała się, nie utrzymywała stałego tempa, zachowali kontakt. Zdarzało im się nawet spotykać - rzecz jasna nie za często. Ich drogi potoczyły się bowiem w innych kierunkach. Zaprowadziły ich w odmienne miejsca.

Gdyby w obecnej sytuacji miał wybór - czy zwróciłby się do niej?

Na miejscu zjawił się mniej więcej o czasie. W granatowej, rozpiętej bluzie, szarym podkoszulku i jeansach, na pierwszy rzut oka wyglądał jak zawsze. Lekko potargane włosy też nie były niczym zaskakującym. Tak samo wyraz twarzy. Maska normalności. A jednak dało się wyczuć, że to były tylko pozory.

Pogoda, choć przyjemna, nie była w stanie wpłynąć na nieprzyjemne uczucie zimna, które wciąż nie ustępowało. Czy było wyczuwalne? Choć dni mijały jeden za drugim, nie zdążył nadal uporządkować pewnych spraw. Zająć się choćby tym nieszczęsnym eliksirem, który został mu polecony. Za wiele innych kwestii zaprzątało mu głowę.

- Jeśli wejdziesz na te truchło, to nie będę Ciebie później ratować. - czy mówił poważnie? W żadnym razie. Nie byłby w stanie zignorować tego, że ktoś potrzebował pomocy. Zwłaszcza ktoś mu znany. Mógł jednak się droczyć. Próbować żartować.

Próby te były jednak trochę nieudolne.

Brakowało czegoś jakby... błysku?

Prawda była taka, że nie miał głowy do tego, żeby zabawiać innych. Nie miał na to szczególnej ochoty. Męczył go mętlik, który od dłuższego czasu panował w jego głowie. Uczucia, które były dla niego kompletnie niezrozumiałe. Problemy, jakich nazbierało się aż nazbyt wiele.




RE: [02.06.1972] Drewniane molo - Ambrosia McKinnon - 25.02.2024

Bardzo chciała powiedzieć, że ostatnio była zbyt zajęta, żeby przejmować się tym, co działo się za oknem, ale początek maja zmienił wszystko dla wszystkich. Wieści o tym, co stało się na Beltane, obiegły nie tyle Londyn, co całą Anglię, lotem błyskawicy, a gazety wręcz huczały. Na temat samej Polany Ognisk, o tym, czego dopuścili się zwolennicy Voldemorta, o wycieczce do Limbo i tych, którzy z niego wrócili.

Można było swobodnie uznać, że akurat ten ostatni temat był jej szczególnie bliski - w końcu rozmawianiem z duchami i wypędzaniem ich zarabiała na życie (chociaż to zarabianie było pojęciem raczej luźnym w jej przypadku). Niemniej jednak - w tym się specjalizowała, nawet jeśli pociąganie kart przychodziło jej o wiele łatwiej. I do tych tematów limba pchała ją naturalna ciekawość, która na pewnym etapie jej życia przykryła szczelnie lęk, który kiedyś żywiła do tego miejsca i wizji z nim związanych, jakie stawały jej przed oczami. Do tej pory jednak, podrapała zaledwie powierzchnię, jakby od niechcenia zaledwie rozmawiając z rodziną zarówno w kowenie, jak i rodzinnej posiadłości matki.

Może wciągnęłaby się bardziej, niż w rozmowy przy herbatce, ale maj zalał Ataraxie osobami, które szukały porad sercowych, jakby wrzucone na pale wianki opętały wszystkich, zmuszając do gwałtowniejszych niż zwykle porywów serca. Dlatego stawiała coraz to nowe rozkłady, ale w gruncie rzeczy dotyczące tych samych pytań; gdzie ten związek zmierzał, czy miałam u niego szansę, czy moja żona mnie zdradza. A na szczycie tego stały jeszcze plany Stanleya, co do otworzenia Głębiny. To nie było może i jej przedsięwzięcie, ale wywiercenie dziury do piwnicy wymagało odpowiedniego rozplanowania.

- Truchło? - zmrużyła oczy, patrząc w dal, jakby to miało jej pomóc w ocenieniu stanu pomostu. - Oj już bez przesady. Jestem absolutnie przekonana, że trzyma się wręcz fenomenalnie - przynajmniej tak było ostatnim razem, jak tutaj była. To, że nie pamiętała, kiedy to właściwie było, to był już inny problem. - Z resztą, nie pójdę przecież jak kłoda pod wodę, nie będzie tak źle - szturchnęła go barkiem w ramię, spoglądając w górę, na jego twarz i zaglądając mu w oczy z rozbawieniem. Ale też pewną czujnością, bo nie dało się nie zauważyć, że coś leżało mu na sercu. - No, a teraz, skoro i tak czeka nas chwila do sprawdzenia, czy będziesz dzisiaj musiał robić za bohatera, to powiedz gdzie błądzisz tymi myślami - spojrzenie złagodniało, tracąc na frywolności, zanim oderwała je i ponownie powiodła nim po złocistym piasku.


RE: [02.06.1972] Drewniane molo - Theon Travers - 26.02.2024

Być może również powinien ją o to poprosić? O pomoc w podjęciu decyzji. O spojrzenie w karty, zadanie tych kilku pytań. Sam nie wiedział, w jaki sposób uporządkować bałagan, który zagościł ostatnimi czasy w jego życiu. Nie potrafił się do pewnych kwestii odpowiednio ustosunkować. Prawda była taka, że zwyczajnie potrzebował pomocy.

Pewnego wsparcia.

- No tak, w końcu jesteś czarownicą. One zawsze unosiły się na powierzchni. – skwitował jej słowa, a także towarzyszące temu lekkie szturchnięcie, pozwalając sobie na lekki uśmiech. Na uniesienie ku górze jednego z kącików ust. – Przynajmniej tak twierdzili niegdyś mugole.

Wiedza, którą posiadał Theon, zahaczająca o różne, dość liczne dziedziny, niekiedy mocno zaskakiwała. Nie sprawiał wrażenie człowieka spędzającego wieczory z nosem w kolejnych lekturach. Prędzej lekkoducha, który nigdy nie dorośnie. A przecież miał już ponad 30 lat na karku. Kiedyś wypadałoby coś ze swoim życiem zrobić.

Wziąć za wszystko odpowiedzialność.

- Daleko. Może nawet za daleko. – zabrzmiało to ciut poważniej. W sposób, który do niego tak po prawdzie, to niekoniecznie pasował. Nie często widziało się czy słyszało właśnie takiego Theona. Tym łatwiej było domyślić się tego, że na rzeczy musiało być sporo… sporo syfu? – Znów się wpakowałem w bagno, wiesz?

Spojrzał na nią, przez chwilę utrzymując kontakt wzrokowy. Tak dla podkreślenia tego, że mówił poważnie. Nie żartował. Znając go od lat mogła jednak na spokojnie założyć, iż nie kłamał. Od dawna przecież pakował się w dziwne sytuacje. Potrafił zawędrować w te miejsca, które niekoniecznie były dla niego przeznaczone. Odpowiednie?

Miał lekkiego pecha. A może nawet sam go, uparcie, raz za razem poszukiwał?

Zamiast cokolwiek wyjaśniać, pozwolił sobie wyciągnąć w jej kierunku rękę. Dotknąć. Pokazać to, o czym nie chciał mówić. Nie wiedział w jaki sposób powinien wytłumaczyć. Od czego zacząć? Uczucie zimna, które temu towarzyszyło, mówić powinno jednak sporo.




RE: [02.06.1972] Drewniane molo - Ambrosia McKinnon - 26.02.2024

Nigdy nie miała nic przeciwko temu, żeby krewnym i znajomym wyciągać karty za ich plecami i bez pytania. Stanley nawet zapytał się jej kiedyś, czy to w ogóle było legalne, ale z tego co rozumiała to nie było żadnych praw, które tego zabraniały, więc wciąż to robiła. Traversowi nawet też od czasu do czasu coś podsyłała, ale prawda była taka, że musiała mieć na takie rzeczy albo nastrój, albo same musiały do niej przyjść, na przykład podczas snów. Przed dzisiejszym dniem, panowała jednak pustka, jakby absolut nie chciał jej dawać żadnych wskazówek, albo psuć niespodzianki, która na nią czekała.

- Brzmi to trochę, jakbyś mi sugerował, że mam odpowiednią wyporność i nie wiem czy to dobrze czy źle - zmrużyła podstępnie oczy, praktycznie pytając się go teraz, czy myślał że była gruba, ale była w tym równie poważna jak on sam.

Pewna niepewność zakradła się do jej serca, kiedy usłyszała jego ton. Dysonans, który zawsze pojawiał się, kiedy uderzał w powagę, kazał się poważnie zastanowić nad tym, co też takiego tym razem zmalował i czy w ogóle była w stanie mu jakoś pomóc.
- Nie szkodzi - powiedziała, patrząc mu w oczu. - To nigdy nie miało dla mnie większego znaczenia - uśmiechnęła się lekko, jakby chciała go zapewnić, że akurat wpakowywanie się w kłopoty było ostatnią rzeczą, jaka odstraszała ją od człowieka. Przez większość czasu nie miało dla niej znaczenia jak duże czasem problemy ktoś miał, albo jak często sobie ich przysparzał, zwyczajnie myślała że miło by było, gdyby ci niektórzy na których jej zależało, przestali tak starać się by utrudnić sobie życie.

Spojrzała na wyciągniętą ku niej rękę, przystając w miejscu i chyba w pierwszym momencie nie rozumiejąc, czego właściwie od niej oczekiwał i jak to miało pomóc w wyjaśnieniu tego, co go głębiło. Na moment jeszcze przeniosła spojrzenie na jego twarz, zaglądając mu na powrót w oczy, ale potem objęła palcami jego dłoń.
- Oh - wymsknęło jej się niezbornie, kiedy uświadomiła sobie właściwie czuje. Brwi zmarszczyły się nieco, a oczy zmrużyły w zastanowieniu, kiedy raz po raz obracała w głowie to co się przez nią przetaczało.

Bardzo chciała mu oznajmić, że był zimny, ale to było raczej oczywiste spostrzeżenie. To co potem ją uderzyło to rozwrzeszczane artykuły gazet o bohaterskich aurorach w limbo i doniesienia z drugiej ręki, ile ta wycieczka ich kosztowała. Problem jednak (ale czy to w ogóle był tak naprawdę problem?) był taki że z tego co się orientowała, Theon wcale aurorem nie był; ani teraz, ani miesiąc temu podczas obchodów święta.
Jej dłonie powędrowały dalej, dotykając skóry na jego przedramieniu, a potem jedną z nich sięgnęła wyżej, układając ją na jego policzku. Był to jednak gest przelotny, jakby chciała upewnić się, że nie chwalił się jej, że ma problemy z krążeniem, a przez to cholernie zimne dłonie. Ale gdziekolwiek nie trafiły jej ręce, napotykała taki sam chłód, który kontrastował z ciepłotą jej ciała, dodatkowo wygrzaną na słońcu.
- Cóż... jest to problem - podsumowała bardzo inteligentnie, ale bardzo nie chciała rzucać mu teraz prosto w twarz, że tak dokładnie kończą się zabawy w przebierańców. - Cały czas jest tak samo? - powoli, z pewnym ociąganiem, ponownie nadała ich spacerowi rytm. - Zakładam też, że nie jestem pierwszą osobą, z którą rozmawiasz o tym, nawet jeśli okropnie by mi to schlebiało - chyba nawet próbowała zażartować, ale uśmiech wyszedł jej nieco krzywo. - Co usłyszałeś do tej pory? Co możesz zrobić?


RE: [02.06.1972] Drewniane molo - Theon Travers - 27.02.2024

- Czuję się dotknięty, że podejrzewasz mnie o taką bezczelność. - pozwolił sobie na tego rodzaju odpowiedź. Pasującą do tego Theona, którego znała. Przerzucanie się tego typu tekstami, odrobinę pomagało. Pozwalało się rozluźnić. Odrobinę rozchmurzyć. Poprawiało humor, który niekoniecznie dopisywał. Aczkolwiek, biorąc pod uwagę wszystko to, co obecnie spadło na jego barki, to i dopisywać on wcale nie musiał.  Powinno być to w pełni, absolutnie, zrozumiałe.

Sam nie zakładał tego, że była mu w stanie pomóc. Albo może inaczej. Bardziej niż prawdziwej pomocy, potrzebował kogoś przy kim będzie mógł to wszystko wyłożyć na stół. Odsłonić kolejne karty. Zrzucić ten ciężar, który nie dawał spokoju. Męczył.

W żaden sposób nie zareagował na jej słowa. O tym, że nie szkodzi. O tym, że to nie miało dla niej nigdy większego znaczenia. Zamiast tego czekał, aż zrozumie. Poczuje. Sama zdoła połączyć ze sobą kolejne kropki. Bo przecież o tym, co miało miejsce podczas Beltane słyszeli już wszyscy. Albo niemalże wszyscy. Tego typu sprawy nigdy nie przechodziły bez echa. A poza tym, nie sposób było zamieść to pod dywan. Wyciszyć.

- W zasadzie... jesteś prawie pierwsza.

Do tej pory miał okazje omówić to jedynie z Louvainem. Zapoznać się z tym, co na ten temat pisały media. Zdołał też nawiązać kontakt z Cynthią Flint. W zasadzie nie udało mu się odkryć niczego, co kazałoby spojrzeć na ten problem z innej strony. Poszukać innego rozwiązania. I tak dalej, dalej, głębiej w to bagno. Poza tym niekoniecznie też był w stanie się na tym skupić. Bo choć tego nie powiedział, ta cholerna przypadłość stanowiła zaledwie wierzchołek góry lodowej, która majaczyła na horyzoncie.

Potrzebował dłuższej chwili, żeby być w stanie przedstawić jej to, co na ten temat wiedział; co do tej pory zdołał uzyskać. Musiał to pozbierać. Poukładać sobie w głowie.

- Ponoć jesteśmy czymś, czego nauka dotąd nie opisywała. - zaczął, bardziej niż na blondynce, skupiając się na drodze, którą mieli do pokonania. Tej dzielącej ich od drewnianego molo. - I ponoć jest to efekt jakiegoś... wpływu limbo? Niewiele pamiętam, wizyta w tamtym miejscu jakby... nie wpłynęła na mnie dobrze. Ciężko mi cokolwiek więcej powiedzieć. Odtworzyć. Wiem tylko, że zostawiło to na mnie trwały ślad. Właśnie ten chłód. To zimno. Trochę jakbyś był trupem, ale nadal jesz, funkcjonujesz względnie normalnie, w nocy śpisz, za dnia nadal srasz. - parsknął, jakby nie mogąc powstrzymać się przed takim okazaniem tego, w jaki sposób to wszystko widział, odczuwał, na ten problem reagował. - Ponoć można to zamaskować eliksirem. - dodał jeszcze, wzruszając przy tym ramionami. Sam na ten moment nie próbował. Chyba po prostu... nie odważył się szukać właśnie tego cholernego eliksiru, który byłby zdolny emitować ciepło ludzkiego ciała. Owszem, mógł udać się w tym celu do kogoś zaufanego, ale wtedy rodziło się inne ryzyko. Ryzyko tego, że to na tą osobę ściągnięta zostanie uwaga.

Będzie musiał nad tym wreszcie pomyśleć, zwłaszcza że już na dniach zamierzał wrócić do pracy. Pojawić się ponownie w Ministerstwie. Wśród ludzi.




RE: [02.06.1972] Drewniane molo - Ambrosia McKinnon - 29.02.2024

Musiała sobie chociaż odrobinę pożartować, szczególnie w ten zaczepny sposób, z którym tak dobrze się czuła. I może lepiej, że to zrobiła, bo każda kolejna chwilą, kiedy przesuwała palcami po jego zimnej skórze, sprawiała że ciężej było się jej uśmiechać, a ciężka prawda zalegała na barkach. Ale była też ciekawość. Nie byłaby sobą, gdyby nie zaczęła się zastanawiać dlaczego. Bo akurat jak łatwo było się domyśleć; pan każe, sługa musi. W tym kontekście było to niemal dosłowne i całkiem godne pożałowania i gdyby nie chodziło Traversa, pewnie właśnie tak by się uśmiechnęła teraz - z pełną złośliwością i zrezygnowaniem. Jakby chciała się go bezgłośnie zapytać, czy nie miał nic lepszego do roboty.

Ale zamiast tego zapatrzyła się na wijące się przed nimi ślady jakiegoś poprzedniego spacerowicza, odrobinę może tylko krzywiąc się na informacje o tym, że oto została potraktowana z niezwykłymi honorami i mogła otrzymać jakiś medal nawet, za zajęcie prawie pierwszego miejsca. Brzmiało to lepiej niż za drugie, czy dziesiąte, w zależności od tego jak rozległe dla Theona było pojęcie prawie.

Zasępiła się na moment, bo niekoniecznie wiedziała, jak właściwie miała zadać mu przynajmniej niektóre z pytań. Wiedziała, że wiedział, że nie była skończoną idiotką i opanowała czytanie ze zrozumieniem, ale nigdy nie do końca rozumiała jak mówić o temacie Czarnego Pana, nawet jeśli niektórzy sami jej się do tego przyznali. Ale Alex wyszeptał jej to jak nigdy nic między jednym, a drugim pocałunkiem, a Diana nad jakąś wyjątkowo relaksującą herbatką, a to...? Tutaj nie padły żadne deklaracje.

- A ci twoi koledzy... - powiedziała, marszcząc nieco brwi, jakby mówiła w swojej głowie Serio? Koledzy? To brzmiało jakby w wolnym czasie nie dopuszczali się aktów terroryzmu tylko biegali z kolegami i bili pokrzywy. - Z nimi jest tak samo? - dokończyła, ale spojrzała na niego jakby przepraszająco. - Po prostu... zakładam, że to nie była jednoosobowa wycieczka. Nieważne... zignoruj to - zamachała ręką, chcąc się jeszcze z tego jakoś wycofać. - Co w takim razie pamiętasz? Jeśli to nie problem to chętnie bym posłuchała. Widzieć limbo to jedno, ale być w nim...? To dla mnie nieznane terytorium, a duchy wyciągnięte z zaświatów nie pamiętają ich - wzruszyła ramionami, poprawiając z pewną nerwowością szal, który chronił ramiona od słońce i wygładzając też zaraz lekką, ciemno-zieloną sukienkę, którą miała na sobie. - Ponoć brzmi też tak, jakbyś go nie miał, mam rację?


RE: [02.06.1972] Drewniane molo - Theon Travers - 03.03.2024

Zakładał, że nie będzie to rozmowa zaliczająca się do grona tych łatwych. Nie mogła taką być. Cechowała ją delikatna natura. Całość zdawała się dość skomplikowana. Gdyby role jego i McKinnon nagle się odwróciły, najpewniej nie miałby zielonego pojęcia odnośnie tego, co w tej sytuacji należało powiedzieć. W jaki sposób zareagować. Może więc zbyt dużo zrzucał na długoletnią znajomą? Nie. Niestety nie. Tego rodzaju wątpliwości nie pojawiły się w jego głowie nawet przez krótką chwilę; nawet na moment.

Skoro kazała mu zignorować te jedno pytanie, tak zrobił. Skupił się na kolejnym, odpowiadając jej jedynie uśmiechem na uśmiech. Ten goszczący na obliczu Theona, można było określić mianem pełnego rezygnacji.

- Wydaje mi się, że... że to wszystko zaczęło się od kamienia. - starał się poukładać kolejne wspomnienia, które pojawiały się w jego głowie. Poszczególne elementy tej skomplikowanej układanki. - Było tak jakby nas wciągał. Wsysał? I ogień. Z nim też było coś nie tak. - pokiwał powoli głową, sam do siebie, na wspomnienie tego, co było w nim widoczne. Tym ogniu. Co sam miał okazje w tamtym czasie zauważyć. Te dziwne, absolutnie nienaturalne ludzkie twarze. Tylko czy aby na pewno były ludzkie? - Później, nagle... później nagle znaleźliśmy się w zupełnie innym miejscu. Był dzień. Nagle już nie zmierzchało. To była polana. Rzeka. Kobieta. - zawahał się. Na moment urwał. Bo i czym rzeczywiście była ta istotna? - Mówiła do nas. Że powinniśmy zawrócić. Powstrzymać go. - mówiła cały czas. Czasami przerywał, ale nie na długo. Wciąż szli w kierunku drewnianego molo, a Theon całą tą rozmowę po prostu kontynuował. Opowiadał o tym, o czym wiedział. Z czym miał okazje się spotkać. Zetknąć. - Gdziekolwiek postawił stopę, wszystko umierało. Jakby samą swoją obecnością wysysał energię z tego miejsca? Odbierał ją? - mówił co widział. Mówił jak to interpretował. Czy miał w tym przypadku racje? Sam nie wiedział. Sam nie upierałby się tutaj przy niczym. Mógł przecież mylić się w taki wielu kwestiach. We wszystkim. - Ta kobieta... ta kobieta miała kopyta oraz rogi. Była porośnięta mchem. Stanowiła jakby część tego miejsca, w którym leżała? - dlatego właśnie wahał się odnośnie tego, w jaki sposób powinien tą istotę nazwać. Określić. Za co konkretnie uznać? Czy bądź kim była? Strażnikiem? Uosobieniem limbo? Jakimś wcieleniem bogini? Kompletnie się na tym wszystkim nie znał. Nie miał dotąd też możliwości odszukania informacji, które cokolwiek mogłyby mu wytłumaczyć. Wyjaśnić. Zapewne powinien był o tym pomyśleć. Tyle tylko, że pewna inna sprawa stala temu na drodze. Wprowadzała dodatkowe komplikacje. - Pamiętam, że mówiła o tym, iż się nie podda. - na moment przystanął, unosząc głowę ku górze. Wystawiając twarz na promienie słoneczne, których ciepło było praktycznie niewyczuwalne. I to pomimo całkiem ładnej pogodny. Czy tak już miało być przez cały czas? - Walczyliśmy, na pewno na początku walczyłem, ale później... później mnie to pokonało.

Zakończył, spoglądając wreszcie na nią. Na Ambrosię. Słuchała go? Była z tym wszystkim na bieżąco? Nadążała za kolejnymi informacjami? Może zamiast tego zdecydowała się w międzyczasie uciec? Ewakuować się z tego miejsca. Znaleźć się możliwie najdalej jego osoby. To ostatnie nawet by go nie zdziwiło. Nie zabolało. Po prostu by zaakceptował los - takim jakim był.

- A jeśli chodzi o eliksir, to jeszcze nie miałem okazji z niego skorzystać. Powiedzmy, że trzymam go na odpowiedni moment.




RE: [02.06.1972] Drewniane molo - Ambrosia McKinnon - 11.03.2024

Powiedzieć, że wiedziała co należało w zaistniałej sytuacji zrobić, to wielkie niedopowiedzenie, bo z pewnym niezadowoleniem szybko poczuła, że była niczym dziecko we mgle. Tyle lat spędziła zapatrując się na limbo i siłując się z tym, co przynosiły jego wizje, tylko po to żeby po paru słowach w jej kierunku dojść do wniosku, że było to niewiele warte.

- Kamienia? - zapytała, unosząc delikatnie jedną brew ku górze, próbując zrozumieć, o jakiego w ogóle kamienia mu się właśnie rozchodzi. Sprawa kamienia runicznego, który ukradziono Shafiqom jakoś naturalnie jej w tym momencie umykała, bo ani jej to nie obchodziło, kiedy w gazetach ogłoszono jego zaginięcie, ani też później nie śledziła jego losów. Chciała go jeszcze zapytać, jak duży musiał być ten kamień, że musiał ich wessać, ale ostatecznie ugryzła się w język, postanawiając zwyczajnie zamknąć i słuchać tej jego chaotycznej opowieści.

Kiedy na nią spojrzał stała cały czas obok niego, wpatrując się w niego uważnym spojrzeniem zielonkawych oczu, ale był w nich pewien niesmak. Nie podobało jej się to, że kiedy go tak słuchała, w jej głowie pojawiało się tylko coraz więcej pytań i ani jednej sensownej odpowiedzi, albo chociażby jakiegoś ciągu myślowego, który prowadziłby do wyraźnego celu. Czuła się nieco zagubiona i nawet nie była w stanie wyobrazić sobie, jak on musiał się przecież czuć, skoro to na niego spadło to całe bycie zimnym. Ona równie dobrze mogła go teraz poklepać z uśmiechem po plecach i powiedzieć, że świetna historia, bawiła się znakomicie, ale w sumie to miała plany na dalszą część popołudnia, więc się już będzie zawijać. Pewnie nawet by się na nią za to nie obraził, ale prawda była taka że nie była w stanie zrobić czegoś takiego.

- I to wszystko? - zapytała z pewną podejrzliwością w głosie. - Co masz na myśli mówiąc, że cię to pokonało? - zamiast wyrzucić z siebie jakąś mdłą formułkę na pożegnanie i się ewakuować, uśmiechnęła się do niego lekko. Może odrobinę tylko kwaśno, ale wynikało to tylko z faktu, że kiedy ktoś przychodził do niej z problemem, jakaś jej część czuła usilną potrzebę by mieć możliwość faktycznie coś z tym zrobić. - Zastanawiam się po prostu co w tym limbo mogło aż tak zmienić twoje ciało. Czy wystarczyło przekroczyć samą granicę, żeby to osiągnąć, czy to gdzieś indziej leży problem. Wiesz może co się stanie, kiedy ktoś spróbuje ci przelać swoją energię?

- Odpowiedni moment? Byle tylko nie był to ten, kiedy postanowią cię zapakować do Azkabanu za branie udziału w terrorystycznym ataku - sarknęła, z pewnym protekcjonalnym tonem, jakby właśnie karciła jakiegoś nieodpowiedzialnego dzieciaka, a nie dorosłego faceta.


RE: [02.06.1972] Drewniane molo - Theon Travers - 13.03.2024

Tak po prawdzie, to nawet nie miałby jej tego za złe. Możliwe nawet, że bez żadnych pretensji, żadnego rozczarowania, podziękowałby jej za poświęcony czas. Nie zatrzymywał na tej plaży. Nie przeciągał tego spotkania na siłe. Życzył miłego dnia? Bo przecież nie udanego życia, choć łatwo byłoby w tym momencie założyć, że po czymś takim pewnie nie chciałaby pozostawać z nim w kontakcie. Utrzymywać znajomości? Cholera jedna wie czy gdyby role się w tym momencie nie odwróciły, nie wziąłby tak po prostu nóg za pas? Nie rzucił się w długą, odcinając od kogoś, kto niewątpliwie oznaczał problemy. Olbrzymie problemy, które mogły spaść również na innych.

Kiwnął głową, potwierdzając że to było wszystko. A przynajmniej wszystko, co mógł przekazać ot tak. Z miejsca. Bez dodatkowych pytań, które potrafiły nakierować na kwestie. Zwrócić uwagę na to, co niekoniecznie świadomie zostało pominięte.

- Z tego co udało mi się ustalić, straciłem świadomość podczas pobytu w Limbo. Albo może bardziej kontrolę? - wzruszył przy tym ramionami. Jakie to w zasadzie miało znaczenie? - Po powrocie dość długo nie odzyskiwałem przytomności. Trochę jakby magia Limbo nadal miała nade mną wpływ? Ponoć początkowo nie byli w stanie tego... przełamać?

Nie wiedział na ile to wszystko było prawdziwe, na ile nie, ale musiał w tym temacie zaufać temu, który pomógł mu się wybudzić. Nie zamierzał jednak powoływać się na Lestrange'a podczas tej rozmowy. Nawet jeśli powiedział dużo, pewnych granic przekraczać nie zamierzał. Byłoby to za bardzo ryzykowne. Niebezpieczne? Już i tak obarczył blondynkę zbyt dużą ilością informacji, która najpewniej nigdy nie powinna była do niej trafić. No cóż. Nikt nigdy nie powiedział, że Theon Travers nie był poniekąd dupkiem i egoistą. A nawet wręcz przeciwnie.

Minęła chwila, zanim udzielił odpowiedzi na kolejne pytanie.

- Po wybudzeniu, pewna osoba przekazała mi odrobinę energii. Aczkolwiek z racji na pewne... łączące nas podobieństwo, nie wiem czy w innych przypadkach efekt byłby taki sam, podobny? - uniósł głowę do góry, na moment, przymykając przy tym oczy, kiedy poczuł, że razi go słońce. Te same słońce, którego wpływu w zasadzie nie odczuwał tak jak zwykle. Wcześniej? Nie odczuwał wiążącego się z nim ciepła. - Nie sprawdzałem na ten moment, jak miałoby to wyglądać w innych przypadkach. - dodał, odnotowując sobie w głowie, że być może warto byłoby to zweryfikować. Sprawdzić? Przejść wreszcie do działania.

Westchnął, kiedy zwróciła mu uwagę, że czekanie na odpowiedni moment mogło nie być w jego przypadku najlepszym pomysłem. Z drugiej strony, korzystanie ze skromnych zapasów w czasie, kiedy w zasadzie wcale nie opuszczał własnego domu... to również budziło pewne wątpliwości. Czy istniał jakiś złoty środek?

- Miło wiedzieć, że się o mnie martwisz, McKinnon. - zamiast odpowiedzieć cokolwiek sensownego, po prostu tę jej uwagę zbył. W ten typowy dla siebie sposób. Tak jakby tego rodzaju zagrożenie w ogóle nie istniało. Było tylko jej wymysłem. I o co tu się w ogóle rozchodzi? Prawda była jednak taka, że wbrew temu co padło przed chwilę z jego ust, naprawdę brał to wszystko na poważnie - gdyby było inaczej, nie znajdywaliby się teraz we dwoje na tej plaży i nie prowadzili też tej rozmowy. Bo zwyczajnie nie odczuwałby takiej potrzeby.