Secrets of London
[23.06.1972, wieczór] I just wanna run | Nicholas, Rodolphus - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [23.06.1972, wieczór] I just wanna run | Nicholas, Rodolphus (/showthread.php?tid=2790)

Strony: 1 2 3


[23.06.1972, wieczór] I just wanna run | Nicholas, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 25.02.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Słowa Roberta odbijały mu się echem w głowie i nie chciały wyjść. Obijały się boleśnie o ścianki mózgu, powodując w nim małe zwarcia. Czego ten człowiek od niego chciał? Dlaczego wezwał go akurat w ten sposób? Co chciał osiągnąć - wyprowadzić go z równowagi? Sprawić, że wpadnie w jakąś pułapkę? Czy może zrobił to, bo miał jakiś plan, w który postanowił nie wtajemniczać Rodolphusa? To było coś, w co Lestrange był skłonny uwierzyć. Robert nie należał do osób, które lubiły dzielić się swoimi planami, ale w jego opinii odrobinę przegiął. Nie chodziło już o to, że nie powiedział mu, o co chodzi: na przestrzeni tych lat Rodolphus zdążył się przyzwyczaić do takiego sposobu działania Mulcibera. Ale informowanie go listownie było... Niebezpieczne. Naprawdę mieli dużo szczęścia, że trafiło na Nicholasa, a nie na kogoś innego.

Miał dość rozmyślania o tym, co się dzisiaj stało. A stało się dużo. Robert mógł poczekać do dnia następnego - Rodolphus bowiem musiał wrócić, i to nie do siebie. Po drodze zaszedł do jednej z knajp, w których kiedyś bywał, by wziąć obiecaną Nicholasowi kolację. Sytuacja, w której się znalazł, była dość niekomfortowa: w teorii miał mieszkanie, do którego mógł wrócić, lecz w praktyce... Wcale do niego wracać nie chciał. Z różnych powodów. Nie chciał jednak Nicholasowi zbyt długo siedzieć na głowie - musiał wziąć w końcu się w garść. Te kilka dni to i tak było dużo, a patrząc na to, że ostatnio szarpali nim i jego czasem w różne strony... To ciężko było utrzymać pozory, którymi do tej pory się otaczał. Ale nie dzisiaj - miał ten komfort, którego w ogóle się nie spodziewał mieć, że Travers nie zadawał pytań. Sam współpracował z Mulciberem i wiedział, że o niektórych rzeczach mówić się nie powinno. I dobrze, dzięki temu Lestrange mógł przerzucić pewne sprawy na dzień następny. Albo na za dwa dni, bo sam jeszcze nie był pewny, co zrobi. W każdym razie odebrał jedzenie, zaznaczając że ma być bez laktozy i w opcji wegetariańskiej, by następnie móc udać się do mieszkania Nicholasa.

Nie podejrzewał, że mężczyzna weźmie jego słowa na poważnie - nie nauczył się jeszcze, że Nicholas nie żartuje. Nie żartuje, bo żartów nie rozumie. Rodolphus całkiem zgrabnie operował cynizmem i ironią, nie pomyślał więc (a to ci nowość, ostatnio zdarzało się to coraz częściej), żeby na ten krótki moment wczoraj przestać. Ale za to mówił szczerze: przynajmniej z tą kolacją. Nie zamierzał zniżać się do gotowania, ale jako że nie miał (przynajmniej jeszcze) na co wydawać pieniędzy, to równie dobrze mógł kupić coś, co posmakuje im obu. Żeby jakoś zatrzeć ten niesmak, gdy wparował mu do mieszkania i został na dłużej z powodu własnego kaprysu. Gdy stał przed drzwiami, chwilę się wahał. Nacisnąć klamkę, czy zapukać? W końcu wciąż nie był u siebie, a Nick nie wiedział, o której wróci ze spotkania. Swoją drogą: śmierdział winem, które Marie wylała mu na plecy. Westchnął, mając nadzieję, że nie będzie musiał się tłumaczyć, i wybrał drugą opcję. Zapukał.


RE: [23.06.1972, wieczór] I just wanna run | Nicholas, Rodolphus - Nicholas Travers - 28.02.2024

Poranny list do Rodolphusa był zaskoczeniem także dla Nicholasa. Po charakterze pisma zrozumiał, że był od Roberta. Dobrze się stało również pod tym względem, że Travers był wtajemniczony w ich relację do takiego stopnia, że Ci dwaj współpracowali razem. Robert z Rodolphusem. Ostatnie spotkanie z Mulciberem pomogło wyjaśnić wiele rzeczy. Dzięki temu i Nicholas został uspokojony. Sprawa ”siewcy plotek” zamknięta. Nie dopytywał żadnego z nich o szczegóły, kto za tym stał. Bądź tego, nad czym pracowali w szczegółach. To była ich sprawa. Nie jego. On tylko ostrzegł swojego mentora, zawsze to robił, jeżeli wyczuwał, zauważał niepokojące sygnały. Pozostawał dla nich wsparciem, informatorem, pomocą, radą.

Tego dnia, skoro Rodolphus miał spotkanie z Robertem po pracy, Nicholas wtedy postanowił zająć się kupnem świec. Oczywiście znał tylko jedno dobre miejsce na to, że dokonał tego w sklepie Mulcibera – Olibanum. Bardzo możliwe, że mentora tam nie zastał. Obsłużył go jego pracownik. A że Nicholas romantykiem nie był, nie kupował świec czerwonych. Gromnicy też nie miał w planie. Wybrał na razie zwyczajne, takie, które będą mu do wnętrza pasować. Miały stanowić tylko element dekoracji stołu. I dobrze świecić. Jeżeli mieli w czarnej masie barwione, to takie wziął. Niewymowny z Komnaty Śmierci, nie kupi kolorowych.

Wróciwszy do mieszkania, zajął się podstawowym ogarnianiem wnętrza. Przygotowania stołu do kolacji, ustawieniu świec, ale nie zapalaniu ich. Przygotował wodę w czajniku do herbaty, dla ich obojga. Zastawę stołową, skoro Rodolphus miał przyjść z kolacją. Oczekując jego przybycia, postanowił nadrobić sobie trochę zaległości w prasie. Nie spodziewał się jednak, że kolega wracając, będzie pukał.

Travers wstał, podszedł do drzwi i otworzył. Zapewne myśląc, że to ktoś inny, ale był to Lestrange.
- Skoro mieszkasz u mnie, nie musisz pukać.
Odparł, wpuszczając go do środka. Zmarszczył brwi, jakby miał wrażenie, że czuć było od niego winem?
- Jak spotkanie?
Zapytał powoli, ze spokojem, ale i uwagą, zamykając drzwi za nim. Zlustrował go, zastanawiając się, czy winem jechało od niego bo pił, czy od ubrania. Bo to aż nie bardzo było podobne do Lestrange’a, w kwestii alkoholu. Gdzie oni z Robertem byli i co odwalali? Nie pytał o szczegóły, ale ogólnie chciał może wiedzieć, jak przebiegło. Udane? Nieudane?



RE: [23.06.1972, wieczór] I just wanna run | Nicholas, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 28.02.2024

- Jesteś na tyle nieostrożny że zawsze zostawiasz otwarte drzwi, że mam nie pukać? - odparował, bo przecież Nicholas nie dał mu klucza, a każdy normalny, myślący człowiek by zamykał za sobą drzwi. A Nicholas zaliczał się do tych myślących osób. Może nie do końca normalnych, bo przecież pracował w Departamencie Tajemnic - plotka głosiła (chociaż być może była to ogólna opinia wśród magicznej społeczności), że nikt kto tam pracował, nie był normalny. Westchnął, bo być może zabrzmiało to ostro, chociaż wcale nie użył ostrego tonu głosu. Przeszedł do salonu, położył kolację na stole. Sięgnął po różdżkę i machnął nią, by jedzenie rozpakowało się samo, przy użyciu zaklęcia, podczas gdy on będzie mógł ściągnąć z siebie marynarkę. Spojrzenie, które posłał Nicholasowi, było... Dziwne. Inne od tych, które dotychczas rzucał. Jakby bardzo chciał mu coś powiedzieć, ale nie mógł. Przede wszystkim zauważył świece, ale tylko uniósł brew, bo przecież nie miał zamiaru wypalić z "hej, ty naprawdę nie potrafisz wyczuć żartu". Po drugie: zadał dość ważne pytanie. Nad odpowiedzią nad nie musiał się zastanowić, bo przecież nie mógł mu powiedzieć za dużo. Nicholas był mocno związany z Robertem, ale nie na tyle, by on i Rodolphus wtajemniczyli go w swoje badania. Mimo wszystko Lestrange nie należał do osób, które pruły się jak stare prześcieradło. Zdawał sobie sprawę, że przekraczał granice i zdarzało mu się ufać w przeszłości nieodpowiednim osobom - i chociaż wiedział, że Travers był człowiekiem, któremu akurat w tej kwestii ufać było można... Tak bycie Niewymownym, nawet jeżeli nie dotyczyło to Ministerstwa, zobowiązywało. - Ciężko odpowiedzieć na to pytanie.
Odpowiedział w końcu, zerkając na marynarkę. Po jego twarzy przeszedł grymas, łączący zmęczenie z irytacją. Nie, spotkanie nie poszło dobrze. A przynajmniej nie poszło tak, jak przewidywał.

Lestrange nie powiedział nic więcej, po prostu zniknął w łazience. Tam mógł cisnąć marynarkę do brudnych ubrań, bo to była jedyna rzecz, na której mógł się w tej chwili wyżyć. Gruby materiał nie przepuścił alkoholu na koszulę, ale mimo wszystko miał ochotę się jej pozbyć. Czuł, jakby lepkie macki intrygi Mulcibera oplatały się wokół jego ciała, powodując że było brudne. Ale jedyne co zrobił, to umycie rąk. Wyszedł z łazienki, odruchowo przeczesując czarne włosy. Co za dzień, co za wieczór. W takiej chwili niektórzy sięgali po alkohol, a niektórzy po medytację. Może powinien zainteresować się drugą opcją? Bo z pierwszej nie zamierzał korzystać.
- Makaron z cukinii z warzywami, zadbałem by były świeże - poinformował, zanim nie usiadł. Wyglądał na rozkojarzonego i zmęczonego, ale przede wszystkim na zamyślonego. Jakby cokolwiek, co stało się na tym spotkaniu, mocno zaprzątało jego umysł. Gdyby nawet postarzał się z wyglądu o te kilka lat, wciąż wyglądałby cholernie młodo. A tak młode osoby nie powinny mieć tyle zmartwień naraz, prawda? Ktoś kiedyś zauważył, że młodzi mężczyźni powinni się zastanawiać nad tym, z którego okna której panny uciec, by ich ojciec nie przyłapał. Powinni łapać chwilę, korzystać z życia, a nie ślęczeć nad książkami, knuć i wchodzić w labirynt niedopowiedzeń i spisków, by łamać swoje postanowienia, blokując wszystko co emocjonalne. - Wiem, że cuchnie ode mnie jak od byle męty z Nocturnu, ale... Powiedzmy, że po drodze zdarzył się mały wypadek, za który przyjdzie mi zapłacić. Dosłownie.
Westchnął. Miał nos, żadne kadzidło nie byłoby w stanie zmyć zapachu czerwonego wina, całego pokaźnie nalanego kieliszka, z jego ciała. Denerwowało go to, bo chociaż w niektórych sytuacjach zapach alkoholu potrafił być przyjemny, tak teraz nie do końca mu to odpowiadało.
- Lubi wystawiać na próby - dodał jeszcze, kręcąc głową. Na jego twarzy nie malował się żaden konkretny wyraz. Ani uśmiech, ani pogarda, ani żal. Po prostu stwierdzał fakt, lecz to kręcenie głową było zastanawiające. Nicholas znał Roberta na tyle, że powinien wiedzieć, że ten lubi dopychać pewne rzeczy kolanem, chociaż nigdy nie robił tego bezczelnie i brutalnie. Czy Lestrange podoła tej presji? Niby wydawało się, że tak, bo przecież nie wpadł tu zły, nie zaczął narzekać. Ale ile może znieść jedna osoba? Nawet jeśli jest oddana i związana do końca życia z drugą osobą, o czym Travers przecież nie mógł wiedzieć. To, co widział jednak, było oczywiste: Rodolphus miał dużo mniejszą porcję na talerzu, niż on. Ale jadł to samo. - Ale przynajmniej zapłacił.
Wzruszenie ramion, niby niepozorne, ale czy to nie był cień uśmiechu, malujący się na jego ustach? Jakiś błysk w oku, sugerujący że mimo tej całej powagi, Rodolphus jednak potrafi być złośliwą mendą?


RE: [23.06.1972, wieczór] I just wanna run | Nicholas, Rodolphus - Nicholas Travers - 28.02.2024

Słysząc jego słowa, spojrzał na niego tak, jakby ten próbował go pouczać, a nie powinien. Nicholas wiedział, co robił. Był bardzo ostrożny. Nie musiał mu zwracać uwagi. Choć doceniał to, że również stawiał na ostrożność.

- W tym przypadku zrobiłem wyjątek, bo wiem, że nie masz kluczy.
Wyjaśnił, wpuszczając Rodolphusa do środka, zamknął za nim drzwi, na zamek, na klucz. Chyba, że Lestrange będzie planował wyjść, to żaden problem przekręcić zamki. Ewentualnie użyć teleportacji. Na razie Nicholas nie zabezpieczał mieszkania zaklęciami. Nie miał koledze za złe zwrócenie uwagi. Powiedział słuszną rzecz, ale Nicholas chciał go zapewnić, że nie ma powodu do obaw. Skoro jeden z nich był w środku.

Czy Travers mógł zaliczać się do osób nienormalnych, z powodu pracy w Departamencie Tajemnic? Mogło tak być. Choć nie musiało to być widoczne na pierwszy rzut oka. Mogło to także wychodzić podczas jakiejkolwiek rozmowy. Zachowania. Być może jeszcze nie zaliczał się do tego grona osób i przyjdzie to z czasem. Kto wie.

Przyniesiona przez Lestrange’a kolacja, została rozpakowana przez rzucenie zaklęcia. Nicholas przyglądał się temu, co mężczyzna przyniósł. Jak pewne porcje rozłożyły się na talerze, ale nierównomiernie. To był poniekąd sugerowany dowód, że Rodolphus musiał być gdzieś być na posiłku. Potwierdzały to w sumie słowa odpowiedzi, na zadane pytanie. Nicholas uniósł brew, prychnął cicho i pokręcił głową. Cały Robert. Można było wywnioskować, że to była sprawa, o której Nicholas nie powinien wiedzieć. Szanował ich prywatność interesów. Dlatego też nie dopytywał, a jedynie pokręcił głową w zrozumieniu.

Obserwował kolegę, zauważając jego grymasy na twarzy. To wystarczyło, aby stwierdzić, że spotkanie nie doszło za dobrze po myśli ich obojga, albo jednego z nich. W takim wypadku, kiedy Rodolplhus zniknął w łazience, Nicholas zajął się przygotowaniem herbaty. Mimo wstępnych planów, zwyczajnej zielonej, koledze zamienił na ziołową uspokajająco, relaksującą. Nicholas miał ich wiele, przygotowanych przez koleżankę z Biura Koronerów, Ministerstwa Magii. Kto wie, czy nie będzie musiał ją poprosić o nieco więcej tego zestawu ziół i herbat.

Zalane odpowiednią temperaturą wody kubki z herbatą, Nicholas postawił przy nich talerzach nałożonych potrawą, jaką przyniósł Rodolphus. Wtedy też powiedział, co mieli na kolację.

- Przynajmniej Ty rozumiesz moje problemy z dietą.
Nie podziękował, ale to słowo było jakby ukryte w tym zdaniu. Rodolphus zapamiętał, że Nicholas czegoś nie mógł jeść, miał uczulenie lub problemy z przetrawieniem, negatywną reakcją organizmu. Lepiej go zrozumiał, niż jego rodzina, a szczególnie babka. Dziękował potem ojcu za wstawiennictwo.  Inaczej doszłoby do tego, że Deliah chciałaby go najchętniej otruć.

Gdy zajęli swoje miejsca, Nicholas wciąż obserwował go, nawet dyskretnie. Zauważając chwilową jego nieobecność. Rozkojarzenie? Zamyślenie? Nie pytał o nic. To spotkanie musiało być widocznie trudne?

- Dać Ci kolejną koszulę?
Zapytał z lekkim uśmiechem. Obkupi się później. Miał ich trochę w zapasie. Mógł nawet pożyczyć mu koszulę z kołnierzem, zwykłego t-shirta. Co by chciał, aby to zdjąć z siebie. Jeżeli winem przesiąkła mu nawet podarowana przez Nicholasa koszula. Nie byłby na to zły. Wypadki się zdarzają i domyślał się, jak mogą bywać niekiedy irytujące.
Wtedy też Rodolphus postanowił się trochę zwierzyć, z odbytego spotkania. Robert wystawił go na próbę. To wyjaśniało jego zachowanie.
- Nie wezwał Cię na rozmowę, ale miał dla Ciebie zadanie?
Zapytał. Bez szczegółów. Po prostu chciał wiedzieć, czy zgadł. Robert miał to do siebie, że potrafił młodych postawić przed trudnym wyborem, zadaniem. Dla Nicholasa nie było to nic nowego. Przechodził taki chrzest podobnie.
- Zapłacił. Ale wcześniej wspomniałeś, że Ciebie też to dotyczy?
Zapytał, choć nie wymagał aby ten mu odpowiedział. Sięgnął do swojej kieszeni i wyjął zapasowe klucze do swojego mieszkania. Miał jeden komplet na awaryjną sytuację. Jak widać, przydają się teraz. Położył na stole i przysunął do Lestrange’a.
- Jeżeli chcesz zostać na dłużej, możesz ich potrzebować. Nie będziesz musiał pukać.
Pamiętał o tym. I być może Nicolasowi nie przeszkadzało to, że będzie miał współlokatora. Niewymownego. Śmierciożercę. Obaj mieli podobne gusta i zainteresowania. Jemu akurat Travers pozwoliłby u siebie zamieszkać na dłużej. A nawet pomóc, w pewnymi sprawami, związanymi bądź nie z Robertem. Jeżeli będzie tego potrzebować.
- Zrobiłem Ci herbatę uspokajająco, relaksującą.
Dodał.



RE: [23.06.1972, wieczór] I just wanna run | Nicholas, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 28.02.2024

Gdy zauważył, że rozumie jego problemy z dietą, Rodolphus spojrzał na Nicholasa nieco zaskoczonym wzrokiem. Z początku nie zrozumiał, o czym on mówi. Użyty tutaj dobór słów był zapewne nieprzypadkowy - czy ktoś miał potężnie w nosie to, że Travers po prostu nie może dla własnego zdrowia jeść niektórych rzeczy? Na to wychodziło. On sam przyjął to po prostu do wiadomości i trzymał się tego, bo przecież nie było jego intencją, by mu zaszkodzić. Nie miał powodów, by to robić, szczególnie po tym, co się stało w ostatnich dniach. Nie bardzo wiedział, jak na to zareagować, bo to co zrobił wydało mu się tak naturalnym odruchem, że po prostu kiwnął głową, jakby na potwierdzenie że owszem, rozumie.
- Prościej będzie, jeśli przeniosę tu część rzeczy. Ostatnio brudzę je na potęgę: jak nie krwią, to winem - i to nie był żart. Zwykle krew, którą miał na koszuli, nie była jego, chociaż tak jak niedawno zdarzało się, że również jego posoka zdobiła biały materiał. - Bo obawiam się, że w tym tempie zaraz oboje będziemy chodzili bez ubrań.
Częściowo to była wina pracy. Bo przecież bycie Niewymownym w jego przypadku nie zawsze oznaczało przymus siedzenia za biurkiem, chociaż tak to mogło wyglądać z boku. Zdarzało się, że został wzywany na miejsce, gdy działy się różne, niewyjaśnione rzeczy. Gdy pojawiało się coś, co mogło zagrozić badaniom, gdy ktoś próbował odtworzyć to, co robili w Departamencie, jak ostatnio gdy został wysłany na miejsce w Szkocji z Longbottomem.

Podniósł wzrok w chwili, gdy Nicholasowi przez twarz przemknął uśmiech. Zastanowiło go to, zajęło myśli na dłużej, niż powinno. Odkąd znał Traversa, to rzadko kiedy widział, by ten się uśmiechał. Czy to, co prezentował sobą w pracy, to była maska, tak jak w jego przypadku? Poważna twarz, pozwalanie sobie na oszczędną mimikę, hamowanie odruchów czy w ogóle na bardziej ekspresyjne ruchy. Z zamyślenia wyrwało go kolejne pytanie. Chwycił za widelec niedbałym ruchem.
- Można tak powiedzieć - odparł, jak zwykle nie odpowiadając wprost na pytanie. Nie mógł mu powiedzieć, nawet jeśli bardzo by chciał. Mógł zdradzić tylko część szczegółów, która nie sprawi, że przykrywka się roztrzaska jak lustro pod wpływem pięści. - Robert zapłacił za kolację, ale ja muszę zapłacić za suknię kobiety, która na mnie wpadła. Ponoć kosztowała ją trzy wypłaty, więc...
Nie wspomniał ani słowem o tym, gdzie Marie pracuje, kim jest i o tym, że Robert specjalnie wepchnął go na minę. Zepchnął z mostu, by sprawdzić czy Rodolphus potrafi latać, a jeśli nie: to czy umie pływać w ciemnej toni, która miałaby go wciągnąć w razie upadku. Nie dokończył swojego zdania, to było oczywiste, że w tej chwili Rodolphus będzie stratny. Żadna kolacja, nawet w najbardziej wyszukanym miejscu, nie kosztowałaby tyle, ile porządna sukienka za trzy wypłaty, nawet jeśli ten ktoś sprzątałby kible w Ministerstwie Magii.

Jego wzrok ześlizgnął się na przesunięte w swoją stronę klucze. Zawahał się na ułamek sekundy. Czy chciał tu zostać na dłużej? Nie miał wyrzutów sumienia, że siedzi Nicholasowi na głowie - to nie o to tu chodziło. Bardziej zastanawiało go, czy konwenanse społeczne, jakieś niespisane normy międzyludzkie wymagały, by wrócił po określonym czasie do siebie? Dość dobrze poruszał się w tych niedopowiedzeniach i sam je stosował tak, jakby urodził się z tą wiedzą, jakimś darem i instynktem. Ale czasem zapominał i musiał grzebać w pamięci, czy na pewno dobrze poruszał się w danej sytuacji. Wyciągnął ostrożnie rękę i położył ją na kluczach, muskając palce Nicholasa zupełnie bezwiednie.
- Przydadzą się - potwierdził, zgarniając je płynnym ruchem do kieszeni. Na wspomnienie o herbacie zerknął na kubek. To stąd kojarzył ten zapach. Czuł go na biurku Nicholasa, gdy przyszedł do niego po dokumenty - a raczej oddać mu dokumenty. Zastanowiło go jednak co innego. Czy wyglądał i zachowywał się, jakby potrzebował herbaty na uspokojenie? - Idzie się przyzwyczaić do zachowania Roberta, nie przeszkadza mi ono aż tak. Ale dziękuję, chociaż uwierz mi, bywałem w gorszym stanie, w którym żadne zioła na świecie nie potrafiłyby mnie znokautować.
Teraz on uniósł kącik ust. Nie wyglądał na kogoś, kto mógłby wpaść w szał, ale podobno to cicha woda brzegi rwie. Zwłaszcza że mimo wszystko Rodolphus nie był skałą, która była niewzruszona. Na tej skale było pełno pęknięć i żłobień, które świadczyły o tym, że chłopak posiadał emocje, tylko po prostu ich nie okazywał. Czasem pojawiała się kolejna rysa, gdy jego wzrok i rysy twarzy łagodniały, tak jak w tej chwili, gdy rozmawiali. Czasem też widać było w jego oczach jakieś resztki zadowolenia, chociaż nikt normalny nie nazwałby tego pełnym szczęściem. Widać było irytację, ale Nicholas nigdy nie widział wściekłości. Tę Lestrange miał zarezerwowaną dla szlam, to był zwykle ostatni widok, który widzieli przed śmiercią. Wściekłość, obrzydzenie i pogarda. Ostatni raz na tak dużo emocji pozwolił sobie, gdy mieli zamordować rodziców Warda. Ale nawet wtedy nie pokazał całego siebie, jak za pierwszym razem, gdy z Black zamordował całą rodzinę mugolaków. To nie było morderstwo z zimną krwią - to było czyste szaleństwo.


RE: [23.06.1972, wieczór] I just wanna run | Nicholas, Rodolphus - Nicholas Travers - 29.02.2024

Wyłapując zaskoczone spojrzenie u kolegi, w momencie wspomnienia o posiłku i ukrytym podziękowaniu przez Nicholasa, pewnie był zaskoczony faktem, że ktoś miałby mu źle życzyć i zatruć na śmierć.

- Babka próbuje tuczyć mnie mięsem.
Dodał z westchnięciem. Dlatego nie zjawiał się w domu rodzinnym na posiłkach. Przebolał ten okres z miesiąca wstecz, kiedy został wezwany przez wyjec. Ale zostawił już ten temat. Bo jemu nawet i do śmiechu nie było, jak o tym wydarzeniu sobie przypomni.
- Zwolnię trochę miejsca w szafie dla Ciebie i w komodzie. Pomieścimy się.
Nicholas dobrze go rozumiał. Dlatego nie miał też żadnego problemu zgodzić się na to, aby Rodolphus przeniósł część swoich rzeczy tutaj. Nie będzie musiał wracać do siebie a mieszkanie razem może przyjdzie im raźniej? Kto wie. Samotność może im za bardzo nie siądzie na mózg. Choć obaj potrafili być bardzo zapracowani.

Jeżeli chodziło o zabrudzanie ubrań, Nicholas też z tym się zmagał. Niejednokrotnie pomagał Pani Koroner przy sekcjach, korzystając z możliwości prowadzenia swoich badań, dla Komnaty Śmierci. Jako śmierciożerca, też niejednokrotnie wracał ubrudzony od krwi. Nie miał problemu z zabijaniem i to z zimną krwią. Ubrania spalał, niszczył doszczętnie i kupował nowe. Aby nie pozostawiać śladów. Ich część zarobionej wypłaty, na bank schodziła na odzież. Tutaj Nicholas musiał zgodzić się ze słowami Lestrange’a. Nie tyle co praca w terenie ale i na kimś owocowała zabrudzeniem odzieży. Więc lepiej, jakby Rodolphus swoje rzeczy przeniósł tutaj.

Słuszna uwaga, jeżeli chodziło o niespodziewanie pojawiający się uśmiech na twarzy Nicholasa, który objawiał się bardzo rzadko. Wręcz w ogóle. Maska? Być może. Starał się zawsze być niedostępny, zdystansowany, oddalony od otoczenia. Sprawiał w pracy wrażenie niezbyt rozmownego, poważnego, chłodnego. Jakim był na codzień. Skupionego bardzo na swojej pracy. A tutaj, w pewnym temacie wyjątku, pozwolił sobie na tej rzadki gest. Drobną mimikę uśmiechu.

Czyli zgadł. Robert miał zadanie dla Rodolphusa, które kosztowało zabrudzeniem marynarki. Już nie tylko zmianą nastroju kolegi. Taka odpowiedź, Nicholasowi wystarczała. Choć przy drugim pytaniu, Rodolphus postanowił zdradzić nieco więcej. Interesujące, że Robert zapłacił za kolację, a Rodolphusa zostawił z innym problemem.

- Ciekawe w ogóle jest to, że spotkaliście się w restauracji. No ale nie wnikam. Nie mój interes.
Odparł. Nie dociekał, nie dopytywał. Wiedział gdzie jest granica. I dał to także odczuć Rodolphusowi, że może mu zaufać. Że Nicholas wiedział gdzie jest granica, jeżeli pracuje się z Robertem. Póki nie jest się wtajemniczonym w daną sprawę, nie powinien mieć prawa wiedzieć o co chodzi, nad czym pracują. Interesujące było za to, że Robert wyszedł z nory w miejsce publiczne. Niepokojące trochę i ryzykowne według Nicholasa, ale skoro Rodolphus z nim był, nie powinien się przejmować o swojego mentora. Kolega został postawiony przed próbą wykonania widocznie innego zadania, niż kiedyś Nicholas. Każdego współpracownika, Robert widocznie inaczej sprawdzał, testował.

Nicholas postanowił zaryzykować z zaufaniem i podarował jeden zestaw zapasowych kluczy do swojego mieszkania, koledze z Departamentu Tajemnic. Być może sam także chciał coś przetestować. Siebie? Jego? Jak dobrze będzie im się razem mieszkać? Poniekąd mu także pomógł uwolnić się od nieprzyjemnych wspomnień z poprzedniego miejsca zamieszkania. Mogli się wspierać razem, pracować tutaj.

Podając klucze, poczuł ten nieznaczny dotyk opuszków palców Rodolphusa. Dotyk. Wzrok Nicholasa przeniósł się na dłoń kolegi, po czym znów na jego twarz. Skupił się zaraz na swojej porcji kolacyjnej, ujmując w lewą dłoń widelec. Aby nałożyć sobie kawałek warzyw i skosztować.

- Wiem, że idzie się przyzwyczaić, ale na to potrzeba też miesięcy. Nie wiesz, kiedy może Cię zaskoczyć. Niby jesteśmy opanowani, to nie wiadomo, kiedy on odkryje nasze granice. Może do tego dąży, wystawiając nas na próby? Dając zadania proste i trudne.
Skomentował ze swojego punktu widzenia zachowanie Roberta. Nie miał mu tego za złe. Dzięki temu uczył ich może zrozumienia pewnych spraw, zachowań ludzkich, zdobywania kontaktów. Byli młodzi, a Rodolphus tym bardziej.



RE: [23.06.1972, wieczór] I just wanna run | Nicholas, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 29.02.2024

Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Spojrzał z zaskoczeniem na Nicholasa, bo nie wiedział jaką inną reakcję mógłby mu zaprezentować. Pokręcił głową, bo przecież nie skomentuje tego w żaden inny sposób. To była sprawa między nim, a rodziną. I chociaż uważał, że nie powinno się zaglądać innym do talerza, to przemilczał tę sprawę, tak po prostu.

Czy myślał o tym mieszkaniu w takich samych kategoriach, co Nicholas? Być może, chociaż na ten moment raczej rozważał to jako jedną z opcji. Mógł wrócić do rodowej posiadłości, ale to wiązałoby się z konfrontacją z rodziną, na którą jeszcze nie był gotowy. Mógł wrócić właśnie tam, wcisnąć kit że Rabastan chrapie, a w jego mieszkaniu jest remont. Tylko kto by uwierzył? U jego rodziców było tak wiele pokojów, że to kłamstwo w ogóle nie trzymało się kupy. A nie miał absolutnie ochoty na przesłuchania, przynajmniej nie w tym temacie. Mieszkanie z Nicholasem jawiło mu się raczej jako tymczasowa sytuacja, dopóki sobie wszystkiego nie poukłada w głowie. Nie był przyzwyczajony do życia na tak małej powierzchni z drugim człowiekiem. Przecież Bella mieszkała u swoich rodziców, a on wyprowadził się od swoich praktycznie od razu, gdy zaczął pracę w Ministerstwie. Był przyzwyczajony do samotności i nawet ją lubił, bo pozwalała zmierzyć się z samym sobą. Z własnymi lękami, którym można było stawić czoło. Przegrać, podnieść się, wyprowadzić cios i wyjść z tego starcia obronną ręką. Nikt nie powinien oglądać drugiej osoby w takim stanie, chociaż zrozumiał to dopiero teraz. Otworzył się za bardzo przed kimś i teraz cierpiał. Chociaż... Czy można to było nazwać cierpieniem?

Zepchnął to uczucie głęboko, coś w nim pękło, szaleństwo które skrywał głęboko powoli wydostawało się przez rosnącą szparę. Jak czerwono-czarna mgła, która powoli znajduje wyjście i oplata jego duszę, kawałek po kawałku przejmując nad nim kontrolę.
- Najwyraźniej lubi wprowadzać w dyskomfort i testować współpracowników - mruknął w odpowiedzi, po dłuższej chwili. Nigdy nie mówił z pełnymi ustami. Odgłosy, które temu towarzyszyły, były dla niego czymś absolutnie nie do zniesienia. Nigdy więc tego nie robił. - Pracuję z nim od ponad dwóch lat, Nicholasie. Wiem, na co się pisałem i wiem, w co wdepnąłem. Świadomie. Problem w tym...
Przerwał, by sięgnąć po serwetkę. Otarł usta i sięgnął po napar ziołowy. Wzrok miał utkwiony gdzieś w przestrzeni. Zamyślony, nieobecny, ale jednocześnie ostry jak brzytwa. Przez jego głowę przechodziło teraz tysiące myśli, masa różnych scenariuszy. Jak bardzo powinien mu powiedzieć i zaufać? A może lepiej zbyć ten temat milczeniem? Upił łyk herbaty ziołowej. Smakowała dziwnie, nigdy czegoś podobnego nie miał w ustach. Nie był to nieprzyjemny smak, ale też nie powiedziałby, że jest to idealnie jego gust.
- Że ja też lubię przekraczać granice - kącik ust drgnął w niekontrolowanym uśmiechu, a w oczach pojawiła się iskra. Iskra, której zwykle nie było. Młodzieńcza, buńczuczna i bezczelna. Bo w końcu Lestrange był młody. Stracił całą tę swoją młodość, by wspiąć się po stromych stopniach kariery, ale teraz osiągnął taki punkt, w którym był zadowolony. Co prawda to nie był ostatni stopień, punkt docelowy, ale mógł zwolnić. Odzyskać te stracone lata. Przeniósł wzrok na Nicholasa. Jego stalowe oczy błyszczały, jakby w głowie Rodolphusa tlił się maleńki żar planu, węgielek, który dopiero się rozpalał. - Ale, jak to mówią, żmija żmii nie ukąsi. Robertowi nic nie grozi.
To nie do końca była prawda, bo nie groziło mu nic ze strony samego Rodolphusa. Chociaż granice zamierzał przekraczać, bo według niego moment, w którym byli na nierównym poziomie, dawno minął. Minął w chwili, gdy złożyli obopólną przysięgę wieczystą. Ale tego Nicholasowi powiedzieć nie mógł. Mógł jednak go zapewnić, że nie w głowie mu stwarzanie zagrożenia. Być może jednak dał mu wskazówkę, że jeżeli Mulciber uszczypnie Rodolphusa, ten mu się odgryzie. Jak to się skończy? To mógł pokazać tylko czas. Jeżeli Robert straci cierpliwość, Travers i tak będzie pierwszą osobą, która to zauważy.
- Zmieniłeś wystrój mieszkania - zauważył, odkładając kubek na swoje miejsce. Przesunął go lekko, by stal w dokładnie takiej samej pozycji, jak przed chwilą. Zauważył te świece. Znając życie to pewnie gówno ze sklepu Mulciberów. Handlowali takim szitem. Kadzidła, świeczki, mydło i powidło. Nie rozumiał tego, ale przykrywka dobra jak każda inna. Był tylko ciekaw, czy były to zwykłe świece, czy Nicholas pokusił się o większy wydatek i te miały mieć jakiś efekt. Wątpił, ale wrodzona podejrzliwość kazała mu przygotować się na różne ewentualności. Bo Nicholas zaczął okazywać mu zaufanie, a Lestrange nie był do tego kompletnie przyzwyczajony. Nie wiedział, jak to interpretować, jak się zachować. Odpowiedzieć tym samym nie mógł, przynajmniej nie w tej chwili. Łączyło ich cholernie dużo, więcej niż na pierwszy rzut oka sami mogliby wymienić, ale o ponad połowie nie mogli sobie powiedzieć.


RE: [23.06.1972, wieczór] I just wanna run | Nicholas, Rodolphus - Nicholas Travers - 01.03.2024

Podobnie Nicholas, nie zamierzał wracać do rodzinnej rezydencji. Każda ostatnia wizyta tam, przypominała mu, dlaczego się wyprowadził. Dlaczego oddalił się od swojej rodziny. Powodów było wiele. A jednym z nich, jego przynależność do śmierciożerców. Cudem, jako jeden z członków ze swojej rodziny, nie odziedziczył lykantropii, nie zamykało to jego drogi do zostania śmierciożercą. Ale na więcej niż samo nim bycie, nie mógł liczyć. Pokazało to ostatnie zwołane zebranie i wybranie lewej ręki Czarnego Pana.
Samotność bywała zbawienna. Nikt nie przeszkadzał, nie ograniczały inne obowiązki. Można było skupić się na swoich zadaniach, pracy, doszkoleniu się. Nic nie zakłócało ciszy. Samotność mogła też doprowadzać do szaleństwa. Potrzeby, mieć z kim porozmawiać, poczuć czyjąś obecność obok.

Nicholas pozostawał skupiony na posiłku, ale słuchał Rodolphusa, który tradycyjnie przypomniał, ile to lat pracuje z Robertem. Travers raczej nie zamierzał przypominać, ile to on zna się z Robertem. A to było jeszcze za czasów, nim Mulciberowie odeszli z Ministerstwa. Miał okazję nawet doświadczyć tego okresu, kiedy Robert był szefem Komnaty Badań Mózgu.

- Z przekraczaniem granic uważaj.
Poradził mu Nicholas, po przełknięciu kęsa jakiego wziął i kiedy patrząc na Rodolphusa, dostrzegł do szaleństwo w oczach. Niekiedy widziane u innych.
- Ze mną możesz się tak bawić, ale z Robertem bym nie radził.
Dodał. Ale co uczyni Rodolphus, to już będzie jego sprawa. Nicholas nie miał pojęcia jak wygląda relacja tej dwójki poza tym, że współpracowali razem, oraz że można było ufać Lestrange’owi. Mówiąc o ostrożności wobec Roberta, nie chciał, aby kolega dopuścił się czegoś, co sprawi że zawiedzie Mulcibera. Że narazi mu się? Będzie zmuszony do odbudowywania zaufania od zera? Od podstaw? Może Nicholas już kiedyś na tym się przejechał? Dostawał wiele upomnień, uwag, wskazówek. Może między tą dwójką staniała taka relacja, że Robert tolerował inne zachowania Rodolphusa? Nie wiadomo. Temat, zagadka.

W pewnym momencie Rodolphus zwrócił uwagę na obecność świec. Tak właśnie, do tej kolacji, Nicholas zapomniał ich zapalić. Westchnął odkładając widelec, wyciągnął po różdżkę, aby wyczarować z jej końca ogień i zapalić postawione świece.

- Kupiłem w jego sklepie. Ale wziąłem zwyczajne. Nie chcę by wysadziło mi mieszkania.
Zdradził. Był przesadnie ostrożny i w sumie na razie nie potrzebował takich specjalnych i jakichś właściwościach. Gdyby takie były konieczne, skontaktowałby się bezpośrednio z Robertem, nie przychodząc do jego sklepu, aby obdłużył go pracownik. Jak dzisiejszego dnia. Mając świadomość, że Mulciber miał spotkanie z Lestrange’m.
- Wie, że na razie mieszkasz u mnie?
Zapytał przy okazji, czy Robert jest w tym temacie zorientowany. W końcu jego sowa, z wiadomością do Rodolphusa, przyleciała tutaj, to mieszkania Traversa.



RE: [23.06.1972, wieczór] I just wanna run | Nicholas, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 01.03.2024

Rodolphus przekrzywił lekko głowę na ostrzeżenie. Wiedział, że Travers znał się z Robertem dużo dłużej i zapewne był to jakiś wyraz troski o niego, ich relacje, ale nie potrzebował ostrzeżeń. Podjął decyzję, bo przecież to Mulciber pierwszy zaczął. I chociaż Lestrange miał w zwyczaju nastawiać drugi policzek, gdy na pierwszy padł mocny cios, tak czasem... Coś mu się przestawiało w głowie. Ostatnio przestawiło mu się wiele lat temu, ale błyskawicznie wrócił do normy. Być może dlatego, że czuł woń krwi, widział panikę w oczach umierających, trzymał głowę mężczyzny w taki sposób, by patrzył jak giną jego dzieci i żona. Wtedy znalazł ujście dla swoich emocji, miał również przy sobie kogoś, z kim mógł dzielić tę chwilę, a potem wspólnie wrócić na kolację. Teraz kogoś takiego obok niego nie było, a oni wszyscy musieli cholernie uważać, by nie zostać złapanymi.

Czymś, nad czym musiał się zastanowić, było przekraczanie granic z Nicholasem. Czy przekraczał granice? Na chwilę zamilkł, analizując to, co usłyszał. Być może. W sumie to na pewno. Nie uważał jednak, by była to granica, która była sztywno wytyczona, której przekroczenie niosłoby jakieś poważniejsze konsekwencje. Nie drażnił Traversa z kilku powodów: jednym z nich był oczywiście fakt, że Nick mu pomagał. Drugim z kolei fakt, że Nicholas nie wystawiał Rodolphusa na żadne próby, tak jak robił to Robert. Jaki miałby cel w tym, by teraz zacząć go kąsać? Denerwować, wprawiać w dyskomfort? Żaden. A on zawsze musiał mieć jakiś cel, a konsekwencje musiały być go warte. Tutaj tego nie było, konsekwencje mogły mieć opłakane skutki.
- Nie mam zamiaru się z tobą bawić, Nicholasie. Nie zrobiłeś nic, co skłoniłoby mnie do tego, żeby celowo cię drażnić - odpowiedział w końcu, po dłuższej chwili milczenia. Chociaż pojawiło się tu słowo klucz. Celowo.

Gdy Nicholas wspomniał o wysadzeniu mieszkania, Lestrange uniósł brew. Spojrzał z ciekawością na odpaloną świecę, jakby chciał wyczytać z niej, czy faktycznie mogła być tak niebezpieczna, jak mówił jego kolega.
- To eufemizm, czy naprawdę mogą mieć taki efekt? - złapał jego uwagę. To by było przydatne, a skoro Travers nie potrafił żartować... Rodolphus sięgnął po kubek. Napar wystygł na tyle, że mógł go pić bez obawy o poparzenie, chociaż przecież wiedział, że ziół nie należało parzyć we wrzątku. Wtedy traciły swoje cenne właściwości i równie dobrze można było pić herbatę z torebki - efekt byłby ten sam. - Hm?
Przeniósł wzrok na Nicholasa, gdy ten zadał jego pytanie. To było dobre i celne pytanie, na które w zasadzie Rodolphus nie umiał odpowiedzi udzielić. Zdążył porozmawiać z Robertem tylko przez chwilę, lawirując między kłamstwami a półprawdami, przeskakując przez niewygodne kłody, które Mulciber rzucał mu pod nogi.
- Nie, chyba nie. W każdym razie nie mówiłem mu, tak jak nie mówiłem nikomu innemu - powiedział w końcu, wzruszając lekko ramionami. Sięgnął znowu po widelec, ale nie jadł dużo. Miał mniejszą porcję, ale i tak część zostawił. Był po posiłku - zwykle jadł po to, by zaspokoić głód i zasilić ciało. Dzisiaj jadł do towarzystwa, ale nie miał zamiaru rezygnować ze swoich przyzwyczajeń. Przeciążanie żołądka nigdy nie kończyło się dobrze. Otarł więc usta i lekko odsunął od siebie talerz, a potem wbił wzrok gdzieś w przestrzeń. Nie czuł, by zioła na niego działały. Być może potrzebowały więcej czasu, bo jego myśli wciąż pędziły jak oszalałe. Ale faktycznie miał wrażenie, że przynajmniej nie chce komuś urwać głowy. Chociaż byłaby to miła odmiana od podcinania gardeł. Ale... Ekscytacja na myśl o tym odrobinę opadła. Być może jednak zaczynały działać.


RE: [23.06.1972, wieczór] I just wanna run | Nicholas, Rodolphus - Nicholas Travers - 02.03.2024

Granice. Wielu z nich sobie je stawiało. Aby pewnej linii nie przekroczyć. Aby zachowywać pozory. Aby nie dać się wciągnąć w jakieś konflikty, relacje czy inne sytuacje. Czy Nicholas miał jakieś granice? Być może. Dla dobra koleżeńskiej współpracy, Travers jedynie doradził, aby Lestrange za bardzo nie przekraczał pewnych granic w swojej znajomości z Mulciberem. Nie to, żeby o coś był zazdrosny. Ale o to, aby czasem nie rozdrażnił Roberta i nie został sprowadzony do punktu zerowego, gdzie musiałby na nowo pracować nad zaufaniem. Dwa lata poszłyby mu się walić. To była koleżeńska sugestia. A to co zrobi Rodolphus, będzie należało tylko do niego.

Na jego odpowiedź, Nicholas jedynie pokiwał głową, przyjmując słowa do wiadomości. Nie widział powodu komentowała kwestii granic. Doceniał jednak stwierdzenie, że nie zrobił nic, aby i z nim miałby się jakkolwiek bawić.

- Podobno zaklęte, zapieczętowane świece mogą dawać różny efekt. Na razie nie chcę ryzykować i eksperymentować na nas.
Coś na ten temat mu powiedziano, ale Nicholas nie chciał skorzystać z takich ekskluzywności sklepu Roberta. Może innym razem. Jednakże dobrze było taką wiedzę otrzymać. I tak. Nicholas nie umiał w żarty. Raz na jakiś odległy czas, może zdarzy mu się coś zabawnego palnąć.

Również i Nicholas sięgnął po swój napar, niezalewany wrzątkiem, wiedząc iż zioła mogą stracić na właściwościach. Pamiętał o tym, dzięki swojej ekspertce od herbatek ziołowych. Zawsze jak mu podawała, pamiętała o rozpisaniu mu wszystkiego w jakich ilościach powinien sypać, w ilu stopniach zaparzać. Ile trzymać pod przykryciem.

Tym samym zadał pytanie, czy Rodolphus poinformował Roberta i jego tymczasowej zmianie miejsca zamieszkania. Na wszelki wypadek, gdyby Mulciber go szukał. Jak dzisiaj rano.

Odpowiedź była niepełnie przecząca. A skoro Rodolphus osobiście nie powiedział Robertowi, to znaczy, że nie wiedział. Albo może po prostu się domyślił? Kto wie.

Temat został w sumie wyczerpany. Nicholas powrócił do skosztowania swojej porcji, nie przejmując się tym, że kolega w pewnym momencie odstawił talerz z niedokończoną kolacją. Jadł już wcześniej. Bowiem najpewniej musiał. Najwyżej odgrzeje sobie na poranne śniadanie. Lub dokończy później.

Nicholas też nie przeciążał żołądka. Zjadł tyle, aby nie odczuwać głodu. Odłożył widelec i sięgnął po kubek z herbatą, po czym upijając łyk, powędrował spojrzeniem za Rodolphusem, co postanowił podziwiać. Widok za oknem?