![]() |
|
[28.06.1972, przedpołudnie] Trupy w szafie | Rodolphus, Cynthia - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17) +---- Wątek: [28.06.1972, przedpołudnie] Trupy w szafie | Rodolphus, Cynthia (/showthread.php?tid=2811) Strony:
1
2
|
[28.06.1972, przedpołudnie] Trupy w szafie | Rodolphus, Cynthia - Rodolphus Lestrange - 27.02.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I List od Roberta przyszedł do niego z samego rana. Spłonął zaraz po odczytaniu, ale instrukcje były jasne: Flint, z którym miał porozmawiać, pracował jako koroner w Ministerstwie Magii. Osoba polecana przez tajemniczych zaufanych ludzi - nie miał pojęcia, o kogo chodzi, ale skoro Robert kazał, Rodolphus robił. Gdyby miał inne spojrzenie na wspólną sprawę, to być może zaczęłoby to być dla niego męczące, ale ostatnio łapał się na tym, że to był układ niezwykle wygodny. Nie musiał pytać, nie musiał za dużo myśleć: po prostu robił to, co chciał i to po swojemu, dostając wystarczająco swobody, by działać we własnym zakresie, według własnych metod. To, że Robert zrzucił na niego to zadanie, miało sens - jako pracownik Ministerstwa miał dużo łatwiejszy dostęp do ludzi tu pracujących. I dużo lepszą wymówkę. Już wcześniej wiedział też, że dojdzie do spotkania z osobą postronną, bo rozmawiali o tym z Mulciberem co najmniej kilka miesięcy temu. Sprawa nieco przycichła przez pewne... Zawirowania, które miały miejsce na początku miesiąca, ale wyglądało na to, że mogli na powrót ruszyć z badaniami. Wybrał więc ten sam dzień, bo Robert ponownie narzucił szaleńcze tempo, a przecież on miał jeszcze kilka spraw do załatwienia. Im szybciej porozmawia z Flintem, tym lepiej. Nie planował owijać w bawełnę, ale też nie chciał rozmawiać przy osobach trzecich - wybrał więc porę, w której większość pracowników robiła sobie przerwę. Będą mogli łatwo wyślizgnąć się z budynku i porozmawiać w cztery oczy, bez obawy, że ktoś ich podsłucha. Było tylko jedno ale: przecież Robert nie powiedział mu, że Flint to tak naprawdę Flintówna. A Rodolphus nie wpadł na to, by o to dopytać, bo być może nie znał dogłębnie problemu Mulcibera z kobietami, ale po prostu odruchowo założył, że Flint okaże się mężczyzną. Bo tacy się wokół Roberta kręcili. Nic więc dziwnego, że gdy zszedł do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, podszedł do pierwszego lepszego biurka, przy którym siedział mężczyzna. Zamienił z nim kilka słów, kiwnął głową i postanowił poczekać, aż ten pójdzie po "Flinta". - Cynthia? Ktoś do ciebie, z Departamentu Tajemnic - czy spodziewała się kogoś? Czy została uprzedzona o tym, że ktoś będzie się z nią kontaktować? Tego nie wiedział, ale liczył, że Mulciber zadbał i o to. RE: [28.06.1972, przedpołudnie] Trupy w szafie | Rodolphus, Cynthia - Cynthia Flint - 28.02.2024 Dzień jak każdy inny. Odkąd konflikt przybrał na sile, trupów wymagających szczegółowych sesji w prosektorium było coraz więcej. Trucizny, artefakty czarno magiczne lub tradycyjne morderstwa za pomocą tortur oraz zaklęcia niewybaczalnego — zdawały się ulubioną rozrywką śmierciożerców. Pracy było dużo, ale Cynthii zupełnie to nie przeszkadzało. Mogła odciągnąć myśli od spraw, które zakłócały jej wewnętrzny spokój i sprawiały, że nie mogła się skupić na badaniach oraz nauce, co uznała, że przez sprawę z zimnymi powinno być jej priorytetem. Dotyczyło to w końcu bliskich jej osób. Ściągnęła wiec odpowiednie księgi, zaczerpnęła informacji od wiedźm z mokradeł w okolicach Nowego Orleanu i wszystko to pomiędzy kolejnymi godzinami ze skalpelem w ręku. Całe szczęście, że pilnowała się z eliksirami, zarówno na pobudzenie, skupienie, jak i bezsenność. Tkwiła właśnie nad kobietą pół krwi, lat 48 z zawieszonymi na hakach żebrami, odcinając główne żyły od jej serca, gdy jeden ze stażystów lub też współpracowników — nie zwróciła uwagi, oznajmił, że ktoś do niej przyszedł. I to z Departamentu Tajemnic? Do głowy przychodził jej tylko Nicholas, ale to nie był czas na uzupełnienie jego apteczki. Uśmiechnęła się ładnie, kiwając głową w podziękowaniu. - Poproś, żeby zaczekał na mnie przy biurku, zaraz przyjdę. Dziękuje. Ciężko zapracowała na swoją pozycję, miała najwięcej godzin w biurze spędzonych nad papierami lub trupami, a do tego dbała o raporty. Wróciła wzrokiem do wnętrza ciała, odcinając główną aortę i ostrożnie wyjęła serce, aby je zważyć i potem podyktować samopiszącemu pióro najważniejsze dane. Nie zajęło to więcej niż kilka minut. Odłożyła skalpel na tackę z odrobiną dezaprobaty, bo nie lubiła zostawiać swoich podopiecznych tak wyeksponowanych, zwłaszcza że świeży narybek bywał dość wrażliwy na te widoki, a do tego na chłód panujący w kostnicy oraz specyficzny zapach śmierci, oraz formalinie. Wrzuciła rękawiczki do kosza, a potem osłoniła stół czarnym parawanem i poszła umyć ręce. Westchnęła bezgłośnie, przybierając maskę spokojnego i całkiem miłego uśmiechu, gdy zbliżała się do biurka. Cynthia była dziewczyną dbającą o detale, elegancką i dokładną we wszystkim tym, co robiła. Nic więc dziwnnego, że spod białego kitla wystawała elegancka, czarna sukienka, a włosy spięte były w kok z którego wychodziło tylko kilka kosmyków, które starannie wybrała, tworząc schludną i przede wszystkim kobiecą kompozycję. Nienaturalnie błękitne tęczówki omiotły przybysza, którego z widzenia przecież kojarzyła. Czy on nie był kuzynem jej drogiej Victorii? - Proszę wybaczyć, że musiał Pan zaczekać. - zaczęła, podchodząc do biurka i zsuwając z ramion biały fartuch, który odwiesiła na haczyk znajdujący się na ścianie. Poprawiła sukienkę, której materiał sięgał przed kolano i był doskonale dopasowany do sylwetki, a potem odwróciła się przodem do niego, przesuwając spojrzeniem po jego twarzy. - Słyszałam, że mnie Pan szukał. Mogę w czymś pomóc? To formalna sprawa od Departamentu Tajemnic? - zapytała znów miło, pozwalając sobie nawet na nutę ciekawości w głosie. Flintówna już dawno nauczyła się, że miłych i nieco głupiutkich blondynek nikt nie traktuje poważnie, nikt nie widzi w nich rywala lub zagrożenia, więc maska ta najlepiej sprawdzała się w Ministerstwie. Kąciki ust drgnęły jej nieco ku górze, ale wzroku nie odwróciła, czekając na odpowiedź czarnowłosego mężczyzny. Gdyby przysłała go Tori, napisałaby jej o tym list. Nie pytała również o Nicholasa, bo wiedziała, że ten wolał trzymać swoje problemy zdrowotne w tajemnicy i nie byłby zadowolony, gdyby wypaliła z pytaniem do przypadkowego pracownika, czy ten przyszedł po paczkę dla niego. RE: [28.06.1972, przedpołudnie] Trupy w szafie | Rodolphus, Cynthia - Rodolphus Lestrange - 29.02.2024 Mężczyzna wrócił do biurka i kiwnął w stronę kolejnego, mówiąc, żeby zaczekał. Rodolphus tylko skinął głową, mówiąc, że zaczeka. Nie miał z tym problemu - tak długo, dopóki nie będzie czekać godziny. Sam miał pracę, piętrzącą się na biurku, nie mógłby więc pozwolić sobie na tak długą przerwę. Nie w momencie, gdy wszystko było idealnie wyliczone, niemal co do minuty. Usiadł więc przy wskazanym biurku, naprzeciwko, i odruchowo omiótł spojrzeniem to, co się na nim znajdowało. Na nim i wokół niego. Jakby próbował wyczytać, kim jest jego właściciel i jaki jest. Tak jak Cynthia dbała o detale, tak dbał o nie również i on. Codziennie ubierał się tak samo: czarne spodnie, biała wyprasowana koszula, czarna marynarka. Eleganckie buty, pasujący pasek, brak zegarka czy innej biżuterii. Włosy starannie zaczesane w tył, jednak w taki sposób, by w razie potrzeby rozsypały się wokół jego twarzy, gdy tylko wykona mocniejszy ruch głową. Robił tak od zawsze, odkąd tylko pamiętał. Starał się, by każdy dzień był jednakowy, nawet jeśli chodzi o ubiór. Lestrange wstał, słysząc kroki. Odwrócił lekko głowę, lecz widząc drobną blondynkę, na chwilę się zawahał. Czy to nie miał być ten Flint? Lekko uniósł brwi, lecz tylko na ułamek sekundy. Pamiętał dobrze treść listu, była dość bezosobowa. Błędnie założył, że będzie rozmawiał z mężczyzną. Bo przecież wyłącznie mężczyźni kręcili się wokół Roberta. - To ja powinienem przeprosić, że przyszedłem bez zapowiedzi - odpowiedział, wyciągając rękę w stronę Cynthii. Zareagowałby dwojako, adekwatnie do tego, w jaki sposób kobieta podałaby mu dłoń. Albo by ją uścisnął, albo ucałował jej wierzch. Wszystko zależało od tego, w jaki sposób Cynthia podałaby mu rękę. - Tak. Chociaż nie jest to oficjalna prośba Departamentu Tajemnic. Czy moglibyśmy porozmawiać gdzieś na osobności? On, w przeciwieństwie do Roberta, nie miał żadnego problemu z tym, że rozmawia z kobietą i będzie prosił ją o pomoc. Szanował kobiety i ich wkład w rozwój nauki. I chociaż uważał, że bywały wścibskie i trzeba było na nie uważać, to przecież dostał wyraźną informację, że tą konkretną kobietę polecają zaufani ludzie. I chociaż zachowywał ostrożność, to instrukcje były dla niego jaśniejsze niż słońce. - Jest pora lunchu, możemy opuścić budynek, jeżeli nie koliduje to z pani planami. Ja płacę - kącik ust drgnął lekko. Jak tak dalej pójdzie, będzie musiał odezwać się do rodziny po finansową pomoc. Miał oszczędności, nawet duże, lecz nie była to przecież studnia bez dna. RE: [28.06.1972, przedpołudnie] Trupy w szafie | Rodolphus, Cynthia - Cynthia Flint - 01.03.2024 Biurko Cynthii było sprzątnięte, wszystko było posortowane, a teczki posiadały właściwe oznaczenia wraz z dodatkowymi karteczkami w różnych kolorach, które najwyraźniej musiały oznaczać jakąś konkretną przypadłość dla ofiary. Nie było na nim zdjęć, pióra tkwiły w srebrnym wazoniku, a czyste pergaminy trzymała w szufladzie. Skórzany kalendarz z granatową okładką tkwił zamknięty na zatrzask z kamykiem. Z rzeczy, które wychodziły poza te potrzebne w biurze koronera, na blacie tkwiła tylko mała świeczka w pozbawionym etykiety słoiczku, widocznie samodzielnie robiona, z której unosił się delikatny zapach ziół pomimo tego, że płomyk nie tańczył na jej knocie. Jeśli szukał więc wskazówek, niewiele mógł znaleźć. Ceniła sobie elegancję i schludność, to zawsze dobrze świadczyło o człowieku. Ojciec zawsze powtarzał, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze, zwłaszcza jeśli było się kobietą, ale po latach uznała, że ta prosta prawda w ten sam sposób dotyka również mężczyzn. Czerń była ponadczasowa i klasyczna. Uniwersalna, nawet jeśli obecnie kojarzona z ciemnością i niebezpieczeństwem, albowiem w tym kolorze atakowali poplecznicy Czarnoksiężnika. Niewątpliwie spełniał podstawowe kryteria, dzięki którym na pierwszy rzut oka uznała go za jednostkę dość istotną, której nie powinna ignorować i przy której przede wszystkim powinna uważać. Rodzina Lestrange była potężnym rodem, przyjaźń z Tori wiele ją nauczyła, ale poza bliźniakami i właśnie najlepszą przyjaciółką, niewiele miała z nimi styczności. Na balach wszyscy nosili przecież maski, trudno więc było orzec, kto był cennym kontaktem, a spoczął na laurach i pławił się w blasku sławy zdobytej przez poprzednie pokolenia. Kobieta z wyuczoną dozą nieśmiałości i uległości, która zwykle przydawała się w kontaktach z mężczyznami — chociaż bywała irytująca, przyglądała mu się z łagodnym wyrazem twarzy. Jej oczy miały dziwny, ciepły odcień błękitu, przypominały trochę akwamaryn, pozostając przy tym dość chłodne. Nie bez powodu przydomek Królowej Lodu nosiła od czasu Hogwartu. - Nic się nie stało, naprawdę. - zaprzeczyła z delikatnym wzruszeniem ramion, pozwalając sobie na nieco bardziej uroczy uśmiech, gdy wyciągnęła dłoń w jego stronę. Jak dama, wyuczona przecież zasad panujących w towarzystwie. Starała się nawet odrobinę zarumienić gentlemańskim gestem z jego strony.- Hmmm... Rozumiem, to musi być delikatna sprawa w takim razie. Oczywiście, wezmę tylko torebkę. Marcus? - Tak? - Skończ proszę za mnie sekcję, musisz tylko sprawdzić okolice krtani i potem zszyć. Jeśli czegoś nie będziesz pewny, zostaw. Resztę danych masz w raporcie. Sprawdzę to, jak wrócę. - poinstruowała chłopaka, stażystę najwidoczniej, który uśmiechnął się tylko i przytaknął podekscytowany, zganiając fartuch niedbale rzucony na krzesło. Pamiętała, jak sama była w jego wieku i dopiero zaczynała, każda sposobność samodzielnej pracy była czymś wyjątkowym. Ona miała to szczęście, że Lycoris poświęcała jej mnóstwo czasu, gdy dołączyła do zespołu w kostnicy. Rozejrzała się po biurku, wrzucając do czarnej torebki swój kalendarz oraz jedno z piór, tak na wszelki wypadek. Wyjęła srebrny szpikulec z koka, pozwalając, aby sięgające pasa włosy rozsypały się leniwie po plecach i ramionach, a samą ozdobę wrzuciła również do trzymanej w dłoni torby. Nicholas czegoś potrzebował? Trudno było jej to zweryfikować. Mężczyzna zwykle przysyłał list lub pojawiał się sam w czasie, gdy kostnica świeciła pustkami. Uśmiechnęła się, gdy stanęła obok niego, wciąż lustrując go wzrokiem przy każdej okazji, na tyle nienachalnie, aby nie mógł tego zauważyć. Z pracownikami Departamentu Tajemnic był taki problem, że niewiele o nich szeptały wścibskie recepcjonistki na korytarzach. - Bardzo dziękuje za zaproszenie, chętnie. Niedaleko Ministerstwa jest kameralna kawiarnia, można również tam zjeść. Ma Pan inny pomysł, Panie Lestrange, czy będzie to odpowiednie miejsce dla Pańskiej sprawy? Wiedziała, że nie ma sensu dopytywać teraz. W tym budynku wszystko zdawało się mieć uszy, należało być bardzo ostrożnym z tym, o czym się rozmawiało. Skoro był to wniosek nieformalny z jego departamentu, był w ogóle sprawą Ministerstwa? RE: [28.06.1972, przedpołudnie] Trupy w szafie | Rodolphus, Cynthia - Rodolphus Lestrange - 01.03.2024 Sprzątnięte biurko, idealnie ułożone poszczególne elementy, które tworzyły obraz schludnej, niezwykle porządnej pracownicy Ministerstwa. To mu w zupełności wystarczało. Nie szukał na jej biurku absolutnie niczego, co powiedziałoby mu o właścicielce więcej, niż potrzebował wiedzieć w tej chwili. Jakieś personalne zahaczki byłyby oczywiście wskazane, ale porządek mu wystarczał. Wbrew pozorom szło z niego dużo wyczytać. On sam był niemal pedantycznie porządny, co objawiało się nie tylko w równie pustym biurku, ale i w ubiorze. I chociaż ostatnie tygodnie nie były dla niego łaskawe, to wyłącznie jeden jedyny raz pozwolił sobie na przyjście w koszuli, która nie należała do niego. Nikt nie zauważył, ale wystarczała mu świadomość że to był o jeden raz za dużo. I fakt, że własną poplamił, ratując - jak się okazało - mugolkę, niczego nie zmieniał. - Na pewno prywatna - potwierdził cicho, kiwając oszczędnie głową. Jego ruchy były niezwykle spokojne, wyćwiczone, lakoniczne tak, jak jego słowa. Rodolphus Lestrange nie dał się do tej pory nikomu poznać od innej strony. Z Victorią nie byli na tyle blisko, a na balach, urządzanych przez rodzinę, nie bywał. Trzymał się z daleka od tego typu przyjęć, uważając je za stratę czasu. Oczywiście mogło się zdarzyć, że z Cynthią minęli się gdzieś na parkiecie, wśród wirujących długich sukien, ocierających się o eleganckie garnitury, ale czy by się zapamiętali? Być może gdyby utrzymywał bliższe stosunki z Victorią, to by kojarzył Cynthię Flint. Zorientowałby się, że to o niej Robert pisał w swoim liście. Jej oczy były niejako odbiciem jego własnych. Oczy Cynthii były jak dwa akwamaryny, czyste, jasne i piękne. Jego tęczówki zaś były w kolorze jasnej stali, niemal bez ciemniejszych obwódek wokół, co nadawało jego spojrzeniu intensywności. Nie musiał zbytnio się wysilać, by wprowadzać innych w dyskomfort - sam ich wygląd wystarczał. Jednocześnie za tym spojrzeniem nie kryło się absolutnie nic wyjątkowego czy charakterystycznego. Pozostawały bez wyrazu, chociaż spojrzenie miał bystre, oceniające. Jakby nieustannie analizował otoczenie i ludzi, z którymi rozmawiał. - Będzie idealne - odpowiedział, kącik ust unosząc w górę. Czy podobało mu się to, co widział przed sobą? Czy być może to był kolejny wyćwiczony ruch, podobnie jak gest, który nastąpił zaraz po uśmiechu? Lestrange odsunął się nieco i gestem dłoni wskazał Cynthii, by prowadziła. W normalnych warunkach ułożyłby delikatnie dłoń na jej plecach, by przepuścić ją w drzwiach, lecz Rodolphus był ostrożny. Nie mógł dopuścić do tego, by w Ministerstwie zaczęto o nim plotkować. Oczywiście było to po części nieuniknione, ze względu na nazwisko, rodzinę czy po prostu fakt, że był Niewymownym, a o Niewymownych mówiono wiele, chociaż nic z tego nie miało sensu. Nie bez powodu nazywano ich właśnie tak, a nie inaczej. Ale przecież można zawsze było dorzucić kilka niestworzonych historii, próbując zrozumieć, dlaczego Niewymowni nie mówili nic o swojej pracy. Dlaczego byli tak tajemniczy, dziwni wręcz. Do szpiku kości irytujący z tą swoją manierą ignorowania pytań, które były dla nich niewygodne. Lestrange'a nawet nie zastanowiło, jakim cudem Cynthia odgadła jego nazwisko. Był podobny do Louvaina, podobieństwo widać było również między nim a Victorią, która pracowała w Ministerstwie. Ten brak anonimowości w świecie czarodziejów czystej krwi bywał problematyczny, lecz tym razem działał po części na jego korzyść. Chociaż sam nie znał imienia kobiety, miał w jej garści nazwisko, podane przez Roberta. - Proszę prowadzić, panno Flint, będę tuż obok - nie miał zamiaru podążać za nią niczym cień. Z drugiej jednak strony zgodził się na zaproponowane przez nią miejsce, o którym nie miał pojęcia, gdzie się znajdowało. Cynthia musiała przewodzić przez kilka chwil, by mogli tam dotrzeć. On sam nie opuszczał budynku podczas pracy, chyba że wzywali go na miejsca, w których działy się... rzeczy. RE: [28.06.1972, przedpołudnie] Trupy w szafie | Rodolphus, Cynthia - Cynthia Flint - 04.03.2024 Zrobił dobre pierwsze wrażenie, a jego oczy z pewnością mogły zostać nazwane wyjątkowymi. Unikalny kolor tęczówek przypominał jej trochę ostrze skalpela, którym przecież posługiwała się każdego dnia w pracy. Wielu ludzi nazwałaby ten odcień zimnym, wróżącym oschły wręcz charakter właściciela, a jej wydawały się ładne i intrygujące. Nietuzinkowe. Nie była kobietą nieśmiałą, chociaż i ten element dodawała zwykle do swojej codziennej kreacji, teraz jednak być może przez zaskoczenie, a być może przez wypowiedziane przez niego słowa, patrzyła bardziej otwarcie. Wykluczyła już Nicholasa, nie zaangażowałby jej w sprawy inne niż zdrowotne przez innego człowieka, spotkaliby się osobiście. Departament Tajemnic zwykle niewiele mówił pracownikom Departamentu Aurorów, chociaż ich raporty czasem trafiły na jedno biurko. Raz lub dwa zdarzyło się, że przywiezione do kostnicy zwłoki lub raczej sposób, w jaki żywy człowiek został tylko kupą mięśni, były na tyle nietypowe, że zamiast wyżej, jej teczki trafiały do innego działu Ministerstwa, a nieboszczyk szybko znikał z chłodni. Odwzajemniła jego uśmiech z nutą słodyczy, w sposób, w jaki przyzwyczaiła do tego współpracowników, gdyby ewentualnie kogoś mijali. Odkąd konflikt się zaognił, a starcia były coraz częstsze, Cynthia miała nieodparte wrażenie, że większość spotkań była tylko grą pozorów, przesiąkniętych nieufnością i zwątpieniem. Nie było to zdrowe dla socjety, dzieląc ją coraz bardziej, ale z drugiej strony, co ją to właściwie obchodziło? Wywiązywała się z obowiązków społeczno-towarzyskich tylko wtedy, gdy nie mogła odmówić. Ot tak, bo przecież takie bale czy spotkania niosły ze sobą mnóstwo korzyści, asów, które młoda nekromantka mogła dokładać do swoich rękawów. - Powinno się Panu spodobać. - dodała jeszcze, poprawiając torebkę na ramieniu. Wiedziała, że ruda Margaret z recepcji i księgowa, która szukała każdej wymówki do przejścia korytarzami, jak tylko ich zobaczy, zacznie szeptać. Oczywiście mieli na tyle dobre stanowiska i ugruntowaną pozycję — przynajmniej ona, bo mężczyzny nie była pewna, aby wyłgać się z tego obowiązkami i tajnym raportem. Zawsze unikała plotek na swój temat. Idąc korytarzem, czasem ktoś się z nimi przywitał, czasem ktoś kiwnął głową. W ogólnym rozrachunku obyło się bez dłuższych przerw w dotarciu do windy. Dzień był pochmurny, ale nie padało. Przyjemnie rześki wiatr uderzył ją w twarz, gdy znaleźli się na zatłoczonych i głośnych ulicach Magicznego Londynu. Omiotła spojrzeniem najbliższe otoczenie, pozwalając sobie również na zerknięcie w stronę szarego nieba, po którym snuły leniwie ciężkie chmury. Wszyscy pędzili, znikali w budkach telefonicznych, a nawet nieopodal zatrzymał się błędny rycerz. Cynthia ponownie spojrzała na towarzyszącego jej mężczyznę, chcąc sprawdzić, czy stalowy odcień jego tęczówek trochę się zmienił. Flint była obserwatorem, dużo zapamiętywała, jeszcze więcej słyszała. Nawet nie celowo, jej umysł po prostu magazynował informacje, które uznawał, że mogły się kiedyś przydać. Stąd też znała większość rodziny Tori, zresztą, wszystkich ich łączyła pewna doza podobieństwa i Lestrange'a trudno było podrobić. - Kilka minut prosto, a później w prawo. Nie jest to aż tak popularne, otworzyli się całkiem niedawno, więc będziemy mogli swobodnie porozmawiać. - wyjaśniła, ruchem głowy wskazując gdzieś przed siebie, przez co burza jasnych włosów zakołysała się leniwie, próbując przesypać się z pleców na ramiona. Nie minęło kilka minut, a faktycznie weszli do lokalu skrytego w jednej z bocznych uliczek. Wystrój był trochę surowy, pozbawiony zbędnych bibelotów zbierających kurze, co w magicznym świecie można było uznać za pewną formę nowoczesności. Ceglane elementy komponowały się z tymi wykonanymi z czarnego metalu, a wszystko miały łagodzić rośliny. Poszli do stolika dla dwóch osób w kameralnej części lokalu, nieco schowanej przed spojrzeniem osób ze stolików z większą ilością siedzeń. Mebel był okrągły, dostawione do niego krzesła wygodne i dość wyprofilowane. Cynthia odłożyła torebkę na parapet, bo miejsce znajdowało się przy oknie, a potem poprawiła się na krześle, zakładając nogę na nogę. Kelnerka zapaliła kadzidełko na blacie i podała im karty, polecając przy tym zupę dnia oraz ofertę lunchową z dowolnym drinkiem, który w razie czego można było zmienić na kawę lub herbatę, co dodała chyba na widok spojrzenia, które Cynthia jej posłała. Gdy zostali sami, otworzyła kartę, przeczesując menu wzrokiem. - Mają podobno doskonały krem ze słodkich ziemniaków i hibiskusa, gdyby był Pan głodny. Zerknęła na niego krótko, unosząc kąciki ust ku górze. Nie ciągnęła go za język, sam powie, gdy uzna moment za właściwy. RE: [28.06.1972, przedpołudnie] Trupy w szafie | Rodolphus, Cynthia - Rodolphus Lestrange - 06.03.2024 Kobietę trzymał na dystans - nie tylko ze względu na szacunek, ale i dobre wychowanie. Zasady poprawności i dobrych manier wpajano mu od dziecka, przesiąknął nimi na tyle, by działać niemal odruchowo. Oczywiście istniała też mała, maleńka szansa, że Lestrange nie ufał kobietom na tyle, by chciał się zbliżać na dystans mniejszy, niż zalecany. Chociaż czy można to było nazwać brakiem zaufania... W głowie mimo wszystko miał kilka wygodnych wymówek, jeżeli ktoś zapytałby go o spotkanie z Cynthią. Jednak bycie Niewymownym miało jedną, ogromną zaletę: nie mówili o swojej pracy. Nie potrzebował wymówek, chociaż je tworzył na wszelki wypadek w głowie. Mógł po prostu przemilczeć, nie komentować. I nikogo by to nie zdziwiło. Nikt by nie pytał, nie drążył. Bo w przypadku Niewymownych milczenie oznaczało po prostu nie, chociaż milczeć można było na wiele sposobów. Tak jak to robił teraz. Cisza, która ich otaczała, nie była agresywna czy krępująca. Była po prostu ciszą, która wypełniała powietrze między ich ciałami, otulała je miękko i sprawiała wrażenie, że wszystko jest w najlepszym porządku. Bo mówić w budynku Ministerstwa nie chciał. Zapraszać jej do siebie również nie zamierzał. Zapytania listowne z wiadomych względów odpadały. Niech więc zostanie miejsce publiczne, acz kameralne. Spokojne, ale nie na tyle, by ich głosy niosły się echem do uszu osób trzecich. Gdy wyszli na ulicę, chłodny wiatr przyjemnie owiał jego twarz. Mimo lata słońce schowało się za chmurami, które być może zwiastowały deszcz. W Londynie nigdy nie było wiadomo, czy akurat z tej konkretnej chmury opadną leniwie krople, czy wiatr rozwieje je tak, by zostało po nich tylko wspomnienie. Nie przejmował się więc tym, że ludzie wydawali się spieszyć. Dla niego czas zwolnił na krótką chwilę, gdy opuścili zatłoczony budynek Ministerstwa i weszli na równie, jeśli nie bardziej, zatłoczoną ulicę. W stalowych tęczówkach odbiło się jaśniejsze światło, zatańczyło tak, że oświetliło je nierównomiernie, nieidealnie. Wrażenie to zniknęło, gdy Lestrange zerknął w stronę Cynthii. Oczy miał lekko zmrużone, jakby pomimo braku promieni słonecznych jasne światło odrobinę je raniło. Ale być może potrzebował po prostu czasu, by się przestawić, jak każda osoba z jasnymi oczami, która wychodzi z cienia na światło. Nie odpowiedział jej niczym innym poza lekkim, uprzejmym uśmiechem. Ten konkretny Lestrange nie wydawał się zbyt rozmowny, chociaż patrząc na resztę jego rodziny, to również nie było niczym szczególnym. Jakby im wszystkim od dziecka wpajano, by nie kłapali jęzorem po próżnicy. By mówili tylko wtedy, gdy mieli coś do powiedzenia. To była wbrew pozorom ogromna zaleta w niektórych sytuacjach i niektórych kręgach. Ale jednocześnie mogła niezwykle szybko zmienić się w wadę. Czy on potrafiłby zagadać do kogoś tak po prostu? Podtrzymać rozmowę, uprawiać uprzejmy small talk? Wydawało się na pierwszy rzut oka, że nie. Ale przecież nie zaprosił jej na randkę, by usilnie starać się zyskać jej zainteresowanie. Miejsce, które wybrała Cynthia, idealnie trafiło w jego gust. Szczególnie ten brak kurzołapów był czymś, co Lestrange doceniał. We własnym mieszkaniu nie miał absolutnie nic zbędnego, co byłoby niepotrzebną ozdobą. Jego wzrok odruchowo przeleciał po otoczeniu, by wyłapać poszczególne, pasujące do siebie elementy. I chociaż nie przepadał za roślinami, tak te wydawały się być tu czymś naturalnym, jakby były tu od zawsze. Nie przeszkadzały, nie zwracały na siebie uwagi - były doskonale pasującym elementem do całości. Flint miała rację, było kameralnie, było... dość przyjemnie. I spokojnie. Tylko to kadzidło mogli sobie darować - kojarzyło mu się niestety z jedną osobą, o której w tej chwili usilnie chciałby zapomnieć. Byle by tylko wypadła mu z głowy i pozostawiła działanie oraz decyzje jemu samemu. Chociaż wiedział, że to nie było możliwe, to próbował przekierować myśli na inne tory. - Zdam się w tej kwestii na panią - odpowiedział, swobodnie opierając plecy o oparcie. Sam zamówił herbatę - za kawą nie przepadał i pijał ją tylko wtedy, gdy musiał. Była używką, chociaż nie tak niebezpieczną, jak alkohol czy nikotyna. Ale wciąż to była w jego opinii używka, a tych Rodolphus się wystrzegał. Pozwalał sobie na nie jedynie w niewielkich ilościach od czasu do czasu. Wlepił spojrzenie w Cynthię, przyglądając się jej. Analizując jej postawę, mowę ciała. Milczał, podobnie jak milczała ona. Nie zaczynał na razie rozmowy, bo kątem oka widział, jak kelnerka kręci się, zerka w ich stronę przez kilka chwil. Odrobinę przekręcił głowę, by Cynthia nie uznała tego za afront - po prostu czekał, aż kobieta zajmie się swoimi sprawami i da im chwilę na to, by przejrzeli kartę. Czego robić nie zamierzał. Niech się zajmie tą herbatą. - Polecono mi, by się z panią skontaktować - zaczął, gdy uznał, że teren jest mniej więcej bezpieczny. Czysty. Głos miał spokojny, nieco cichszy niż wcześniej, gdy rozmawiali. Sam oparł przedramiona o stolik i nachylił się lekko w stronę kobiety, by ta nie musiała zmieniać pozycji, by móc usłyszeć każde jego słowo bez najmniejszego problemu. Troskliwy. - Jest pani osobą godną zaufania, młodą choć ambitną... I niezwykle zdolną. Tak słyszałem. Posłał jej delikatny uśmiech, który nie sugerował, by te pochlebstwa miały coś więcej na celu, niż zgrabne przejście do tematu. - A jednocześnie wiem, że nie do końca jest pani zadowolona z poziomu zaawansowania niektórych obowiązków, panno Flint. Czy dużo się pomylę, gdy stwierdzę, że w Ministerstwie Magii nie doceniają w pełni pani zdolności i wiedzy i nie wykorzystują w pełni pani potencjału? Nie pozwalają się rozwijać w takim tempie, jaki by pani odpowiadał? - zastanawiał się, na ile Cynthia została wtajemniczona przez ojca w sprawę. Zakładał, że dostała zaledwie krótką informację o tym, że ktoś się z nią skontaktuje, więc wolał powoli przechodzić do rzeczy, dbając jednocześnie o to, żeby im nie przeszkodzono przyniesieniem napojów czy próbą spisania zamówienia. Niezbyt lubił, gdy ktoś mu przerywał. RE: [28.06.1972, przedpołudnie] Trupy w szafie | Rodolphus, Cynthia - Cynthia Flint - 13.03.2024 Z milczenia płynęło piękno i zrozumienie, którego wielu ludzi nie umiało docenić. Nie czuła się niekomfortowo w jego towarzystwie, nawet jeśli zachowywali od siebie pewien dystans, co przez wzgląd na ich miejsce pracy, było po prostu zdrowe. Oczywiście większość plotek w Ministerstwie żyła bardzo krótko, zepchnięta na drugi plan przez kolejne nowości z życia urzędników, ale po co w ogóle trafiać na języki? Na szczęście, ich departamenty przez nabierający na sile konflikt coraz częściej współpracowały, więc poza pojedynczymi skinieniami głową lub szeptem Pań z recepcji — prawdziwych królowych przekazywania często przekręconych informacji, mieli spokój. Skoro sprawa była tylko poniekąd formalna, a do tego chyba niezbyt związana z Nicholasem, lepiej było rozmawiać na neutralnym gruncie. Faktycznie kameralnym, ale też tętniącym życiem na tyle i wciąż mało popularnym, aby nikt im nie przeszkadzał i nie podsłuchiwał. Londyn był intensywny pod każdym względem, wychodzenie bez parasola w torebce często kończyło się przemoknięciem do suchej nitki w nagłych strumieniach ciepłego deszczu. Hałas, zgiełk, pośpiech. Było to miasto skłaniające do nostalgii i przemyśleń, pewnie w części czarodziejskiej w takim samym stopniu, jak w mugolskiej. Tego nie była pewna, nie bywała "po tamtej stronie" zbyt często. Było rześko, troszkę zbyt ciepło na jej gust, ale czego oczekiwać od kogoś, kto większość doby spędzał przy lodówkach lub w schodzonym pomieszczeniu, odpowiednim do przechowywania zwłok, by te nie uległy rozkładowi? Czuła na sobie jego wzrok, ale nie zareagowała, zakładając, że w pewien sposób musiał być po prostu ciekawy. A to akurat, jako amatorka zdobywania nowej wiedzy, gdzie głównie kierowała nią właśnie ciekawość, mogła zrozumieć. Lestrange zdawali się rozmawiać tylko z tymi, którym ufali — w sposób bezpośredni i swobodny, co na przestrzeni lat niejednokrotnie zdołała zauważyć. Miała dużo ich w swoim otoczeniu. Ona sama nie była mistrzynią konwersacji, większość z nich była nużąca i monotonną, ale tego wymagało funkcjonowanie w magicznym towarzystwie. Nauczyła się więc, tworząc kolejną maskę i dostosowała, stosując często techniki związane z kłamstwem lub też, jak wolała to nazywać — przekształceniem. Bo tak na dobrą sprawę, mało kogo obchodziła jej opinia, zwłaszcza jeśli była inna od tej, którą oczekiwano usłyszeć. I tak się żyło w tym sztucznym społeczeństwie, ulegając lub nie jego wpływom. Słowa były ważne, jeśli miało się dobre nazwisko. Czasem po latach wypominano jakąś sentencję, stąd też należało po prostu być w nich oszczędnym. Nie było przytłaczające, nie patrzyły na nich z każdej strony figurki lub nie czuli się, jak w sztucznym ogrodzie przez kwieciste tapety, które Brytyjczycy tak lubili. Odważny zamysł dekoracyjny właściciela, ale miała nadzieję, że się przyjmie, bo przecież wszystko zmierzało ku rozwojowi i postępowi. Kadzidła miały być chyba hołdem do przeszłości, w której świece i tego typu wyroby gościły na każdym stole. Miały również zastosowanie magiczne, pochłaniając dym papierosowy, jeśli klient palił oraz dostosowywały się zapachem do preferencji. To było dość wygodne, trochę jak nieszkodliwa amortencja zamknięta w szarych kłębkach. Miało to na celu zapewnienie jeszcze większej swobody, a przynajmniej tak podejrzewała. Ruchem dłoni zgarnęła srebrne pasma na bok, poprawiając się na krześle, zostawiając w spokoju pędzący za szybą świat i skupiając się na siedzącym naprzeciw mężczyźnie, podniosła na niego spojrzenie. Przytaknęła, a gdy obsługa podeszła, złożyła zamówienie — typowo lunchowe, zawierające wspomniany krem, dwie herbaty oraz ciastko dnia. Odprowadziła kobietę wzrokiem, chwilę przyglądając się spokojnej krzątaninie. Milczenie wciąż jej nie przeszkadzało. Nie bardzo wiedziała, czego mogła się spodziewać i do czego była potrzebna komuś z departamentu tajemnic. Nie chodziło chyba o sprawy zimna? Owszem, zajmowała się nimi, ale nie rozpowiadała o tym na prawo i lewo, skupiając się na swoich "przypadkach" i analizując objawy atakującego źródło stanu. Lestrange — zarówno Victoria, jak i Louvain mieli z tym problem, ale nie sądziła, aby któreś z nich wspomniało o jej zaangażowaniu i nekromanckich zapędach. Sam jednak wspomniał o poleceniu kontaktu, a przez jasne tęczówki dziewczyny przemknęła nuta zaskoczenia, nieco zakłócająca ich spokój, ale poza tym, nawet nie drgnęła, po prostu na niego patrząc. Ah, tyle komplementów — czyli sprawa była raczej trudna, poważna i powiązana ze światkiem, którego najpewniej dama powinna uniknąć. Brzmiał przyjemnie, doskonale nadawałby się do czytania na spotkaniach herbacianych lub w klubach bibliotecznych. W troskę od nieznajomego- zważywszy na czasy, trudno było jej uwierzyć. Chociaż nie narzekała nigdy publicznie, ciemnowłosy miał trochę racji. - I rozumiem, że ma Pan dla mnie propozycję, która umożliwi mi rozwinięcie skrzydeł oraz rozwój bez konfliktu z moją stabilną posadą koronera. Co nie jest wcale zleceniem od Departamentu Tajemnic, a czymś wykraczającym poza pracownicze kompetencje, zgadłam? -odpowiedziała w końcu, przekręcając głowę na bok. Nie była zła, nie była szczęśliwa — była po prostu Cynthią, doskonale kontrolującą swoje emocje i hormony za pomocą wyuczonych sztuczek. Oferta ta była niewątpliwie pochlebstwem w jej kierunku, bo nie sądziła, że ktokolwiek przygląda się bliżej osobom od trupów. Wyprostowała się, a na jej twarzy zatańczył uroczy uśmiech, gdy podeszła do nich kelnerka z tacą, rozstawiając zamówienie. Podziękowała jej galeonem, komplementując herbatę, w której zawiesiła na chwilę spojrzenie. Wiliam Flint nie był człowiekiem wylewnym, nie był rozmowny i zwykle ograniczał się do krótkiego oznajmienia, że ktoś z jego wspólników lub znajomych się do niej odezwie. Zwykle chodziło o przygotowywanie leków lub porady uzdrowicielskie, bo pomimo pracy w innym zawodzie, miała ukończone wszystkie niezbędne szkolenia, które umożliwiałby jej podjęcie pracy w Mungu od ręki. - I to nie jest sprawa o kilka ziółek lub eliksirów. - dodała jeszcze, wzruszając delikatnie ramionami. Ciężko było jej ot, tak zaufać, nawet jeśli słowa okraszone były komplementami i obietnicami rozwoju, które dla niej były bardzo kuszące. Były paskudnie ciekawa, zawsze było jej mało wiedzy i możliwości. Ministerstwo dodatkowo nie popierało nekromancji, więc miała ograniczone zasoby do praktyki zaklęć z tej dziedziny. Pan Flint również jednak nie wiedział o jej zainteresowaniu, a przede wszystkim zaawansowaniu. Musiało więc chodzić o jeszcze coś innego. - Na czym polega Pana propozycja? - zapytała w końcu dość bezpośrednio, odrobinę nachylając się w jego kierunku, odnajdując kolejny już raz stalowe tęczówki. RE: [28.06.1972, przedpołudnie] Trupy w szafie | Rodolphus, Cynthia - Rodolphus Lestrange - 24.03.2024 - I tak, i nie - odpowiedział cicho, bo przecież tylko częściowo miała rację. Sprawa, o której mieli rozmawiać, była niezwykle delikatna i nie dotyczyła zimnych. Dotyczyła jednak czegoś zakazanego, o czym nie mógł swobodnie rozmawiać na neutralnym gruncie, nawet jeśli Cynthia została polecona przez kogoś od Roberta. Jednocześnie miał opory przed tym, by zapraszać ją do siebie czy - tym bardziej - do laboratorium. Nie na pierwszą rozmowę. - W żaden sposób nie wykracza to poza pracownicze kompetencje. Dodał, a kącik jego ust lekko się uniósł. Bo taka była prawda: potrzebowali koronera, a z tego co zdążył się zorientować, Cynthia była jedną z lepszych. Była też polecona, więc wystarczyło tylko zapytać, bez zbytniego zagłębiania się w szczegóły. Na szczegóły przyjdzie czas później, gdy będą mogli rozmawiać w cztery oczy. Albo w sześć, bo przecież na pewno Mulciber będzie chciał przynajmniej część zagadnień przedstawić Cynthii osobiście. - Chodzi o prywatne badania, które nie powinny w znaczący sposób wpłynąć na pani czas pracy, a pozwolą się pani rozwinąć pod kątem umiejętności oraz pieniędzy. Potrzebuję koronera - tylko tyle i aż tyle. Przerwał, gdy kelnerka wróciła z herbatą i poinformowała ich, że na lunch będzie trzeba chwilę poczekać. Lestrange kiwnął oszczędnie głową, tylko na moment odrywając wzrok od Cynthii. Analizował jej dalszą wypowiedź przez ten czas. Ziółka, eliksiry... Pokręcił w końcu głową. - Nie, nie chodzi o ziółka i eliksiry. Pani umiejętności pozwolą nam popchnąć kilka tematów do przodu - są wręcz do tego niezbędne - nie wiedział o zainteresowaniu nekromancją. Jej ojciec najwyraźniej też nie. Mulciber także o tym nie wspominał. Chodziło tylko i wyłącznie o opiniowanie, pomoc, przeprowadzenie sekcji. Jeśli chodzi o mózgi, z Mulciberem dawali sobie radę, ale nie mieli aż takiej wiedzy i doświadczenia, jeśli chodzi o całokształt. Cynthia pod tym względem wydawała się być idealną kandydatką, jeśli wierzyć osobie, która ją poleciła. Bo Rodolphus został wysłany po części na ślepo na tę rozmowę. Nie wiedział kto ją polecił, nie znał nazwiska. Ale wiedział, że musi po prostu wprowadzić Cynthię w temat, skoro Robert tak chciał. Co do tego nie miał żadnych wątpliwości. - Czy jest pani zainteresowana poświęceniem mi więcej czasu w tej sprawie? Jeżeli tak, 1 lipca moglibyśmy się spotkać, by omówić szczegóły. Celowo nie zdradzał publicznie imienia wspólnika - nie chciał, by usłyszały je niepowołane uszy. Bo to, co teraz oferował, było przecież niewinną propozycją i niczym złym. Ot, prywatne badania, pieniądze za poświęcony czas, nic strasznego. Może tylko odrobinę niewygodne, że termin był narzucony, no i Cynthia musiałaby poświęcić prywatny czas. Ale przecież nic za darmo - o pieniądze nie musiał się akurat martwić, a wierzył, że odpowiednio wynagrodzona osoba przymknie oko nawet jeśli tej pracy będzie więcej, niż na początku zakładali. RE: [28.06.1972, przedpołudnie] Trupy w szafie | Rodolphus, Cynthia - Cynthia Flint - 10.04.2024 Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że Rodolphus Lestrange jej nie zaintrygował słowami, które uciekły spomiędzy warg. Niemalże szepnięte, nadając temu odrobiny tajemnicy i aury wzbudzającej ciekawość, która akurat w przypadku Panny Flint, była najbardziej skuteczna. Oferta dotyczyła pracy, a zakres jej kompetencji, wachlarz wyćwiczonych przez lata umiejętności — zarówno chirurgicznych, jak i alchemicznych, pozostawiały szerokie pole. Dziedziny, które sobie wybrała, był ze sobą ściśle związane i zawsze oferowały coś nowego, co można było wśród starych ksiąg odkryć lub też od kogoś się czegoś nauczyć. Ludzie byli winni jej przysługi, cieszyła się dobrą reputacją, faktycznie. Milczała. Kolejne elementy układanki składały się w nieco klarowniejszy obraz, tworzyły ścieżkę do celu, który chciał osiągnąć poprzez spotkanie z nią. Potrzebował koronera, a więc chodziło o trupy, anatomię i śmierć. Nekromancję? Nie sądziła, by ktokolwiek z tą sztuką ją wiązał, więc myśl ta odpłynęła równie szybko, jak się pojawiła. Cynthia podziękowała oczywiście kobiecie za herbatę niewinnym, uroczym uśmiechem, idealnie podkreślającym i pasującym do jej wizerunku, nad którym przecież tak ciężko pracowała. Chwyciła za uszko naczynka, przysuwając je do siebie. Unoszący się aromat był intensywny i z łatwością mogła odgadnąć niektóre ze składników herbacianej mieszanki. Podniosła na niego spojrzenie, stalowo-niebieskie tęczówki kolejny raz tego dnia zetknęły się z tymi lazurowymi, nieco nienaturalnymi. Pieniądze nie miały znaczenia, jeśli w grę wchodził dalszy rozwój i nowe możliwości, które mogłyby zbliżyć ją do postawionych sobie celów. - Potrzebuje Pan koronera... - powtórzyła cicho, odwracając na chwilę spojrzenie w stronę okna. Nie mogła zgodzić się w ciemno, nie mogła narażać swojego obrazu i opinii, gdyby owa potrzeba wiązała się z czymś nielegalnym lub powszechnie tępionym przez społeczeństwo. Ryzykowała mnóstwo i tak ze Stanleyem czy Louvainem, doskonale wiedząc, do jakiego świata należeli. - Czy owe tematy są wiążące? W przypadku jakichkolwiek... Nieprawidłowości, czy będą tego konsekwencje mogące wpłynąć na moje stanowisko i dalszy rozwój kariery? - jej wzrok powrócił do młodzieńca, a wargi przysunęły się do krawędzi filiżanki, dzięki czemu zrobiła małego łyka. Chciała awansować, a do tego jej akta musiały pozostać krystaliczne. Bo patrząc prawdzie w oczy, kto nadawał się bardziej na głównego koronera lub też szefa koronerów, jak Cynthia? - Czy są to zwłoki pozyskane legalne, czy badania są na tyle prywatne, że balansują na.. Delikatnej krawędzi? Kolejne pytanie zadała cicho, szeptem, zupełnie jak on poprzednio. Odstawiła napój, poprawiając się na krześle, które odrobinę przysunęła do zajmowanego przez nich stolika. Niegdyś nie podjęłaby takiego ryzyka, ale teraz znała swoje umiejętności i wartość. Skoro potrzebowali akurat jej, nie były to projekty łatwe. Trafili na ścianę z tym współpracownikiem, czy raczej próbowali osiągnąć efekt, którego jeszcze nie udało się czarodziejom okiełznać. Skoro miało to nie wpływać na jakoś jej pracy w Ministerstwie i nie miała mieć problemów z usługami, które świadczyła gdzieś na boku, dlaczego nie spróbować? To przecież nie tak, że ów współpracownik mógł być Voldemortem, bo ona akurat nie potrzebował raczej ludzi takich, jak ona. Neutralność w sprawie wojny była dla niej ważna, starała się nie angażować. Sięgnęła do torebki, wyjmując swój notes — ten sam, który widział w gabinecie, oprawiony w miękką skórkę. Gdy pióro zatańczyło jej w dłoni, przewertowała kartki na wybraną przez niego datę, kładąc kajet na blacie stołu. - Ma Pan konkretną godzinę oraz miejsce? Muszę się upewnić, że nie będę mogła ewentualnie odpuścić nadgodziny w pracy. Jak sam Pan wie, dużo teraz mamy pracy w kostnicy. - pióro zahaczyło o krawędź jej ust, gdy mówiła i znów podniosła na niego spojrzenie, pozwalając, by pojedynczy kosmyk srebrnych włosów spłynął do przodu. Jeśli odpowiedzi na zadane przez nią pytania były właściwe — zapewniające, że w przypadku niepowiedzenia, nie będzie w to wplątana, dlaczego się nie przekonać? Nie musiała się przecież zgodzić na współpracę, jeśli wspólnik lub sam badania nie będą jej odpowiadały. |