Secrets of London
[12/03/1972] Posiadłość Nikolaia Dolohova - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [12/03/1972] Posiadłość Nikolaia Dolohova (/showthread.php?tid=282)



[12/03/1972] Posiadłość Nikolaia Dolohova - Nikolai Dolohov - 24.10.2022

adnotacja moderatora
Rozliczono - Loretta Lestrange - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Wszystkie prawdziwie ważne sprawy, powinny być załatwiane po zmroku - z takiego założenia wychodził mężczyzna, który stał w półmroku salonu, oparty dłonią o szeroki dębowy stół i spowity dymem wydobywającym się obficie z papierosa wystającego spomiędzy jego warg. Pochylał się nad stertą papierów, a jego jasne tęczówki przesuwały się po linijkach umowy kupna, którą położył na samym wierzchu dokumentów. Z dokładnością wprawionego oszusta, doszukiwał się w treści jakichkolwiek kruczków, które mogłyby zmniejszyć atrakcyjność oferty, jaka została mu przedstawiona. W międzyczasie wysunął papierosa z ust i pozostawiając go pomiędzy palcem wskazującym a środkowym, sięgnął po szklankę z whisky, która stała kawałek dalej.

Wątłe światło w pomieszczeniu, było przytłumione przez wszędobylski mrok, który zdawał się być wpisany w charakter posiadłości Nikolaia Dolohova. Pojedyncza lampa nie była w stanie przebić się przez gęste powietrze, przesiąknięte aurą tutejszego gospodarza, pozostającą mieszanką ponurej elegancji, z klasycznym, pozbawionym zbędnej przesady bogactwem. Zdobienia w dobrym smaku i bez ordynarnej ekstrawagancji urozmaicały wszędobylskie znamiona pociągu do nauki, sztuka zaś, obecna tutaj na każdym kroku, skutecznie przegryzała chłód minimalistycznego wnętrza. Mówiąc w skrócie – posiadłość miała swój specyficzny nastrój, który wpisywał się w ducha urzędującego w niej gospodarza.

Mężczyzna uniósł szklankę do ust i wraz z przeczytaniem ostatniego akapitu, wychylił jej zawartość do gardła, pozwalając aby ostry smak alkoholu przypieczętował koniec pracy. Odłożył umowę na bok i zaciągnął się znów papierosem, którego niedopałek zgasił chwilę później w popielniczce. Jak wszystko w jego posiadaniu, nawet ten przedmiot nie był pozbawiony znaczenia. Ciężki, wykuty starannie w kształt heksagonu kamień, miał wygrawerowane glify, zalane później skrupulatnie złotem. Robota goblinów, którą Dolohov bardzo sobie cenił, nawet jeżeli jej jedynym przeznaczeniem było gaszenie papierosów. Zerknął na zegarek, pozwalając sobie na delikatny uśmiech, gdy tylko zorientował się, że nadeszła wyczekiwana przez niego pora. Dla Nikolaia wiele interesów wiązało się ze swoistą przyjemnością, wynikającą z pociągu do sposobu życia jaki sobie obrał. Czerpał on w końcu niemałą satysfakcję z rozbudowywania swojego osobistego imperium, a im więcej był w stanie zyskać przy jednocześnie mniejszym wkładzie, tym satysfakcja stawała się większa. Bywały jednak również takie spotkania i interesy, które niewiele miały wspólnego z chęcią wzbogacenia się.

W dłoni Dolohova pojawiła się różdżka, którą szarpnął od niechcenia i posłał płomień w stronę kominka, sprawiając że salon w mgnieniu oka spowił blask tańczących języków ognia. Kolejny ruch nadgarstka, a papiery na jego biurku ułożyły się w zgrabny stos i grzecznie wylądowały w szufladzie, która chwilę wcześniej otworzyła się zapraszającym gestem. Butelka whisky przeleciała na stolik pomiędzy dwoma szerokimi fotelami, ustawionymi frontem do kominka. Meble obite były w skórę sprowadzaną z rodzimej Rosji, a stolik prezentował drewno najlepszej jakości z podobizną kruka wygrawerowaną na jego blacie. Sam Nikolai stanął za oparciem jednego z siedzisk, wbijając wzrok w ogień, którego blask płomieni tańczył na jego bladej twarzy. Mógł sobie pozwolić na chwilę namysłu w oczekiwaniu na zapowiedzianego gościa




RE: [12/03/1972] Posiadłość Nikolaia Dolohova - Loretta Lestrange - 24.10.2022

Uśmiech błądził na jej wargach nieprzejednanie, podrygując kącikami warg w sposób urokliwy i niepewny w swej niebagatelnej krasie. Nie widziała go już jakiś czas; już jakiś czas nie drgał skorym do uniesień sercem – może gdyby diabeł w niej nie tkwił, zachowywałaby się w mniej zakrawającym o hipokryzję stylu. Była jednak pogodna, a świat jej pachniał magnolią odpiłowaną przy skwerze, orkiestrami wybijającymi porę roku i złotymi pantofelkami, wzbijającymi w przestrzeń migotliwy kurz. Opisywały ją dokładnie sweterki z monogramami, kręcone, ciemne pukle oraz snobistyczny akcent, w który opiewał jej głos. Uśmiechała się chętnie, rozmawiała rubasznie, a na dnie jej brzmienia zawsze kryła się swoista nuta flirciarskiej pogody ducha. Nieskrzywiona przez rzeczywistość, jedynie powierzchownie i pobieżnie, kryła we wnętrzu zapędy godne żmii, ogrom przerażającej złości i poczucie bycia lepszą od tych zjaw, które bezcelowo błądziły po padole.

Prawdopodobnie to osjaniczny uśmiech, który chętnie przybierała, ukazując odrobinę nierówne kły, stanowił o jej istnieniu jako przyjemnej kobiety, bardzo cielesnej i rzeczywistej. Istotnie, igrając z ogniem, zachowywała tę zabawną namacalność, która świadczyła, jakoby była z krwi i kości. Bo choć przyziemna, z absurdalnie niepoprawną dezynwolturą kroczyła przez tkany przez Mojry życiorys; posiadała parę urokliwych nawyków – gdy się nad czymś zastanawiała, ściągała usta w jednym kierunku, zupełnie jakby chciała wyprostować pomięte prześcieradło; gdy była rozbawiona, zewnętrzne kąciki oczu znaczyły się płytkimi zmarszczkami; gdy jednak wpadała złość, jej wejrzenie stawało się mętne i okrutne w wyrazie.

Prawdopodobnie dlatego lubiła krzywdzić ludzi; lubiła wydobywać z nich atawistyczne w swej skrajności odmęty dusz. Nie ulatywała nad ziemią, na wzór natchnionego niebytem istnienia – cielesna i rzeczywista, wbijała nader chętnie obcas w cudze stopy, zrównując ich ze swym mikrym wzrostem.

Wparowała do mieszkania jak huragan łaknący ludzkiej obecności. Jej duszne bytowanie zwiastowało zamaszyste zatrzaśnięcie drzwi, które aż zachwiały się w swoich ramach. Wparowała do pokoju z przyspieszonym oddechem – zupełnie jakby niepoprawnie biegła. Pierś falowała w rytm zaburzonego tchnienia, a jej usta, pokryte czerwienią szminki, rozlały się w przyjemnym dla oka uśmiechu. Stała tak przez chwilę, zupełnie niepomna, co miała zrobić – w pierwszym odruchu odłożyła na stół czarny kapelusz z nieprzyzwoicie szerokim rondem, w rytm czego czerń krótkich loków opadła linią znacząc się nad ramionami, na czubku zaś powodując drobny bałagan.

Odziana w krzykliwie pomarańczową, luźną koszule i przystające doń, czarne spodnie o szerokich nogawkach, uzupełniła nieodłącznie nierozerwalnym z jej osobowością elementem – butami na obcasie. Te jednak prędko zdjęła, zupełnie jakby rozgaszczała się na łamach własnego domu. Podeszła do Dolohova, pochylając się  nad jego spoczywającą w fotelu sylwetką, znacząc policzek odciskiem ciepłych ust. Chwilę zamarła, będąc pochyloną, wahając się niby, czy powinna coś więcej uczynić. Po ulotnych momentach jednak, wyprostowała się, aby zająć miejsce na równoległym fotelu, podciągając kolana pod brodę.

Nikolai, Nikolai – rzekła półgłosem, nie wiedząc jednak, w jakim celu posłała w eter słodkie brzmienie jego imienia. Zmarszczyła odrobinę brwi, zupełnie jakby myślała o czymś tęgo, po chwili jednak te rozeszły się w wyrazie nieopisanego spokoju. – Jak to jest, że ja ciebie kocham tak gorliwie, a ty mnie wcale? – zabrzmiała retoryką, lokując wzrok orzechowych tęczówek w jego oczach; wraz z ulotnością chwil, jej wargi rozszerzył kolejny z widowiskowych uśmiechów.

Może żartuję, może i nie – dodała po chwili, potrząsając lekko głową, pozwalając urokliwym loczkom zatańczyć wokół drobnej, bladej twarzy.




RE: [12/03/1972] Posiadłość Nikolaia Dolohova - Nikolai Dolohov - 24.10.2022

O Dolohovie można było powiedzieć bardzo wiele, z pewnością jednak nie bywał on cierpliwy. Istniało w nim wiele skaz, które mogły zaważyć o sukcesie w celu, który obrał sobie tyle lat wcześniej, jednak nawet brak poczucia granicy między dobrem a złem, nie był aż tak niebezpieczny dla jego kariery, jak brak cierpliwości. To skręcające uczucie w trzewiach, na które nie miało się wpływu, chęć wymuszenia swojej woli na drugiej osobie, odwieczny brak kontroli nad każdym najmniejszym szczegółem okoliczności, w których się znalazł. No i w końcu, poczucie marnowania własnego cennego czasu. Nic nie irytowało Nikolaia bardziej, niż oczekiwanie, którego sam nie zaplanował. Mimo tego, że przez lata nauczył się panować nad sobą i skrzętnie ukrywać pewne emocje, które nie przystawały jego stanowisku w świecie czarodziejów, samej ponurej i przenikającej umysł złości nigdy nie był w stanie się pozbyć.

Tego wieczoru, gdy zatopiwszy się w twardym obiciu fotela sączył złoty płyn z ciężkiej szklany, której ostre krawędzie przyjemnie igrały ze światłem trzaskającego w kominku ognia, Dolohov pozwolił sobie na to, aby to znajome uczucie zniecierpliwienia rozlało się delikatnie po jego umyśle. Trzymając własny mrok przez cały dzień w ryzach, w końcu mógł pozwolić sobie na to, aby jego część, niczym czarna, lepka ciecz, spłynęła po jego świadomości, przywierając do każdej myśli, niczym ciekawski drapieżnik wypuszczony z klatki. Jego obecność zakrzywiała dotychczasową rzeczywistość i, o zgrozo, sprawiała mężczyźnie nieopisaną, niepoprawną wręcz ulgę. Zupełnie jakby w końcu mógł nabrać głębiej powietrza w płuca, które już paliły potrzebą odetchnięcia tą zatrutą nikotyną atmosferą. Czasami Nikolali Dolohov podejrzewał u siebie znamiona szaleństwa. Nigdy jednak nie uznawał tego faktu za szczególnie istotny.

Ponieważ wiedział, że przesadna subtelność nie była domeną gościa, którego oczekiwał, bezpardonowe wejście do wnętrza jego posiadłości nie wywołało w nim zaskoczenia, a jedynie cień uśmiechu, który przebiegł po kąciku jego ust. Nie było tutaj miejsca na oficjalne powitania, sztuczne wyrazy uprzejmości czy całą obłudną otoczkę, którą spowijał się za dnia. Kobieta, którą tego wieczoru zaprosił, była w pełni świadoma do jakiego pokroju czarodzieja przychodzi i, jak lubił myśleć, nie oczekiwała po nim niczego innego.

Loretta Lestrange, niczym huragan przebiła się przez gęsty mrok domostwa, a Nikolai, nie  ruszając się ze swojego miejsca, pozwolił sobie jedynie na podniesienie spojrzenia w jej kierunku, gdy schylała się aby naprędce ściągnąć buty ze stóp. Pośpiech kobiety rozkosznie drażnił pewne struny umysłu gospodarza, a wzrok jasnych tęczówek przypominał ślepia drapieżnika, który z zainteresowaniem przyglądał się postaci odważnej na tyle, aby zaburzyć jego spokój. Spojrzenie ów spłynęło po jej sylwetce, doceniając jak zwykle nienaganny wygląd, aby następnie prześledzić drogę, którą chwilę później przemierzyła pewnym krokiem w jego stronę. Pozwolił jej złożyć drobny pocałunek na swoim policzku, czując jak owiewa go znajomy zapach perfum, drażniący delikatnie zmysły.  Odwrócił się w jej kierunku, niby w niewinnym geście, jeszcze zanim zdążyła się odsunąć. A jednak, zupełnie jakby w odpowiedzi na jej wahanie, oczekiwał czegoś więcej, aniżeli ledwie całusa w policzek, udowadniając, że prowokacje dalej pozostawały nieodzowną sferą jego osoby.

- Lori – przywitał ją swoim lekko ochrypniętym głosem, posługując się zdrobnieniem, które w jego ustach, nawet wypowiedziane tym zwyczajowym spokojnym tonem, brzmiało niemalże pieszczotliwie. Zanim zdążyła usiąść w fotelu obok, gospodarz przywołał drugą szklankę z grubym dnem i sięgnął po butelkę, z której wydobywał się zapach ostrego torfowego trunku. Pozwalając aby jej słodki głos rozlał się przyjemnie po jego umyśle, napełnił drugą szklankę i podsunął w jej kierunku. Jednocześnie uniósł swoje spojrzenie, mierząc się z głębią orzechowych tęczówek. Pozostawał poważny, dla nieznajomych obojętny wręcz, zupełnie jakby jego oblicze, nieprzeniknione niczym zastygła rzeźba, nie zdradzało ani jednej emocji. Loretta jednak znała ten wyraz na tyle dobrze, aby uznać go za zwyczajowy. Być może nawet była w stanie wyłapać z szaroniebieskich tęczówek ten ledwo dostrzegalny błysk, który pojawił się w odpowiedzi na urokliwy uśmiech, którym go obdarzyła.

- Odnoszę wrażenie, że w takim razie wyjątkowo dobrze skrywasz się ze swoją gorliwością – odpowiedział miękko, a na dnie jego głosu dało się dosłyszeć drobną nutę rozbawienia. Sugerowanie mężatce, że uczucia, prawdziwe bądź też nie, które uważała za gorliwe, pozostawały dla niego wciąż niewystarczające, zdawało się być bardzo lekko przychodzącą mu śmiałością, której niepoprawności nawet nie było sensu wytykać. Nikolai Dolohov pozostawał całkowicie nieczuły na zasady ogłady i pruderii, które powszechnie uznawano.

- I chociaż twoja wizyta jest odmianą, którą szczerze doceniam, muszę spytać – czy ma jakiś konkretny cel? Widzisz, nie chciałbym zaniedbać interesów, zbyt szybko i zbyt intensywnie skupiając się na przyjemnych aspektach towarzystwa, którym mnie dzisiaj zaszczyciłaś.- Nie spuszczając swojego, spokojnego niczym u polującego wilka, wzroku z Loretty, uniósł delikatnie brwi ku górze.




RE: [12/03/1972] Posiadłość Nikolaia Dolohova - Loretta Lestrange - 24.10.2022

O Lorettcie zaś, można było powiedzieć równie wiele i w sposób tożsamy do Dolohova, nigdy nie władała wprawnie własną cierpliwością. Płomienny temperament kierował meandry jej życia ku wyborom okrutnie niewłaściwym, sympatiom olbrzymie krzywdzącym i gargantuicznym wprost stosom nieopanowania. W gruncie rzeczy pozostawała tą trzpiotką, której srebrne pantofelki niosły tętent w rodowej posiadłości, zwiastując huragan niebagatelnie olbrzymiej, acz kryjącej się w wątłym ciele, osobowości. Bo ta przerastała ją kilkukrotnie; w drobnej powierzchowności chowały się wszelkie szkopuły, znaczące barchanowym całunem jej istnienie jako iście diabelską mieszankę. Prawdopodobnie została stworzona z półmisku ognia i szczypty bezwarunkowej, mimowolnej kokieterii i choć wila krew nie płynęła wartko w jej żyłach – potrafiła trzepotać rzęsami w sposób niemniej urokliwy. Złość zaś, niejednokroć przejmująca stery nad nienaturalną, wierzchnią pogodą ducha, skrywała się na dnie szkatułki duszy – była jednak w równej mierze przerażająca, jak ta, którą cechował się Nikolai. W opozycji do niego z kolei – była rubasznie maskowana, ukrywana pod szerokim uśmiechem; tym, który ukazywał nierówne, mącące nieidealny ideał, zęby.

A szalona była w rytm nieukrywanego walca; jej rozbiegane spojrzenie, w którym tliły się znamiona iskier ekscytacji, energiczny chód i te urokliwe uśmiechy, które znaczyły zewnętrzne kąciki oczu niegłębokimi zmarszczkami, składały się w całokształt istoty niebagatelnie przyciągającej, magnetycznej, jak i w ludzki, najprostszy sposób, przyjaznej. Pierś falowała niespiesznie, gdy rozglądała się po wnętrzu, które znała tak sakramencko, tak dobrze. Momentalnie jej spojrzenie utkwiło w tlącym się, iskrzącym drewnie, którym wyłożone było palenisko kominkowe – zatonęła mimowolnie w tańczących iskrach, jednak nie na tyle, aby było to nagim i dostrzegalnym.

W istocie rzeczy, nie oczekiwała od niego niczego, poza niesioną prozą szczerością. Rozkochała się gorliwie w jego samym spojrzeniu, stalowym i nieprzejednanym; w ciężkiej dłoni, którą umiejscawiał na jej karku; w tych wszystkich niuansach, które dostrzegała jedynie u niego, u pospołu przeoczając, uznając za niewarte barw szczegóły. On jednak był inny, a zapach jego perfum, doskonale znanych, wdzierała się piżmem i ciężką wonią do nozdrzy, czyniąc w jej głowie zupełnie nieprzytomnie.

Prawdopodobnie dlatego tak okrutnie potrzebowała, aby ją posiadał.

Zamknęła jego oblicze w spojrzeniu, gdy tylko jej wargi zetknęły się z ciepłem policzka. Uchwyciła doskonale to, jak przekrzywił w jej stronę głowę, a coś w głębi klatki piersiowej zatrzepotało – prawdopodobnie ten uwięziony tam od dawien, skrzydlaty ptak. Wisiała tak nad nim przez ulotność sekund, zanim ujęła jego twarz w dłonie, gładząc kciukami policzki i wygiąwszy kąciki ust, złożyła na jego wargach krótki, rzeczowy pocałunek. Smakował alkoholem i papierosami, co sprawiło, że na jej skórze zatańczył dreszcz.

Uśmiech rozlał miękko jej usta ponownie, jak późnoletni sok. Jej imię, ułożone w pieszczotliwy skrót, w jego brzmieniu smakowało najlepiej. Aż musiała wziąć głębszy wdech, który spowił chłodem płuca; musiała napomnieć samą siebie, aby oddychać. Chwyciła w dłoń kryształową szklankę, której kąty odbijały języki płomieni tańczące w kominku. Pierwszy łyk ognistej smakował najlepiej – cierpki posmak prędko rozlał się po wątłym wnętrzu, wzniecając ogień potrzeb, jak i ogień niepokornych, nieposkładanych myśli. Z kieszeni wyjęła papierośnicę, aby po chwili wargami otulić filtr papierosa, którego końcówka zajęła się prędko żarem – spadającą gwiazdą śmierci.

Kochany, czy masz zatem problemy ze wzrokiem? Przecież ja cię kocham tak niepoprawnie i tak burzliwie – rzekła zdziwiona, unosząc wysoko brwi. – To, że ty mnie nie, to inna bajka, z którą już zdążyłam się pogodzić – dodała, puentując swoje słowa miękkim uśmiechem.

In-te-re-sów? – rzuciła sylabami, marszcząc niewinnie brwi. – Jestem twoim najpiękniejszym interesem – dodała rozbiegane palce układając na podciągniętych pod brodę kolanach. – Chyba nie sugerujesz, że istnieje coś istotniejszego niż moje towarzystwo, mój miły. Wówczas powinnam się okrutnie obrazić, a obrażalska nie jestem. – Zastukała paznokciami o szkło trzymane w dłoniach, którego zawartość z wolna obmyła ścianki, druga dłoń zaś, ponownie powędrowała ku wargom, moszcząc się w płucach nikotynową rozpustą.




RE: [12/03/1972] Posiadłość Nikolaia Dolohova - Nikolai Dolohov - 24.10.2022

Loretta pozostawała czarująca w swej krasie. Niczym płomień świecy, wabiła do swojej osoby towarzystwo czarodziejów, którzy zlatywali się jak te ślepe, naiwne ćmy, aby na sam koniec spłonąć w piekle światła jakie roztaczała. Poetycka śmierć, nawet jeżeli najczęściej tylko metaforyczna. Dolohov miał okazję podziwiać ten widok wielokrotnie, za każdym razem uznając go za podobnie zabawną farsę. Sam natomiast pozostawał tą osobą, która spokojnie i z niemałą dozą rozkoszy, grzała się w cieple tego ognia piekielnego, którym była panna Lestrange, doceniając jej temperament, lecz nade wszystko, czerpiąc przyjemność z kontroli, którą nad nią posiadał.

Loretta przychodziła do jego posiadłości, świadoma tego, że zamykając za sobą drzwi, wchodzi do paszczy lwa. Zdając się na jego łaskę, pojawiała się w burzy loków, perfum i pośpiechu, zupełnie jakby chciała z własnej woli zostać bezpruderyjnie, bezceremonialnie pożartą. Nikolai czytał z reakcji jej ciała, niczym z księgi zaklęć, które doskonale znał. Widział napięcie, widział być może również tę niecierpliwość. Pamiętał każdy materialny skrawek jej osoby, wiedział jak w każdym konkretnym miejscu jej skóra reaguje na jego dotyk. Zdawał sobie sprawę również z tego, że ciało Loretty z równą pasją pamiętało jego stanowcze dłonie i niecierpliwie zaciskające się na jego powierzchni palce. Nie mógł nic poradzić na to, że gdy tylko stawiała krok w jego posiadłości, zaczynał traktować ją jak swoją własność. Tak samo, jak nie mógł zmienić faktu, że naprawdę lubił to uczucie.

Gdy czarownica pokusiła się na jego subtelną prowokację i złożyła krótki pocałunek na smakujących alkoholem ustach, Kai pozwolił jej na pozostawienie tej czułości w tak drobnej postaci. Musiał zdusić w sobie chęć sięgnięcia dłonią w kierunku podbródka Lori, aby powstrzymać ją przed odsunięciem się i zażądać wyraźniejszej pieszczoty. Pewne czyny mogły sprawić, że bieg wydarzeń posunąłby się nieubłaganie, lawinowo wręcz, w jednym konkretnym kierunku, a przecież nie zdążyli nawet jeszcze porozmawiać.

Słuchając jej miękkiego głosu, sam sięgnął po papierosa i odpalił go, zaciągając się przyjemnie toksycznym dymem. Rozkosz zaciskających się znajomo pęcherzyków płucnych była tym słodsza, gdy jednocześnie spoglądało się na piękną kobietę, otoczoną chmurą dymu, zapewniającą go o swoim uczuciu. Ogień kominka, który odbijał się w jej tęczówkach, przypominał samo piekło i hipnotyzował swoim chaotycznym tańcem.

Rozchylił wargi, sprawiając że powietrze zatrute nikotyną wylało się leniwie na zewnątrz, tworząc obłok, który po sekundzie został z powrotem wciągnięty do płuc. Odetchnął.

- Nie sądziłem, że szukasz uczucia – przyznał, z pewną dozą przekory, która ledwie musnęła jego stoickie oblicze. Następne słowa Loretty zdołały jednak wywołać, przelotny niczym powiew wiatru, uśmiech na jego ustach. - Tak… Masz rację. Z kwestią atrakcyjności interesów, nie jestem w stanie się sprzeczać.

Sięgnął po szklankę whisky, pozwalając aby w kolejnym łyku jej smak podrażnił jego zmysły. Było to niczym odruch. Pretekst, aby choć na chwilę oderwać wzrok od hipnotyzującej go postaci czarownicy. To, jak wielki głód wywoływała swoją osobą, boleśnie przypominał mu, że zaiste jego cierpliwość nie była godnym pochwały atutem. Gdy się znów odezwał, jego wzrok z początku pozostawał zaczepiony na smugach gęstego alkoholu, spływającego z wolna po ściankach szklanki.

- Niemniej, Lori, przemawia przeze mnie jedynie troska o twoje potrzeby. Czy gdybyś kiedyś jednak poszukiwała mojej pomocy, rady bądź interwencji, myślisz, że stosownym byłoby, gdybym egoistycznie założył, że przybyłaś jedynie nakarmić moje wygłodniałe ego? – Z każdym kolejnym wypowiedzianym przez niego słowem, niebezpieczny uśmiech na jego ustach stawał się coraz bardziej wyraźny. Na sam koniec wsunął papierosa do ust, a dym został wypuszczony tuż przed tym, jak znów się odezwał. - To byłoby niegodne. Jestem może łapczywy… lecz nie jestem potworem.

Zdawało się, że Nikolai nie włożył nawet najmniejszego wysiłku w to, aby spróbować chociaż sprawić, by jego ostatnie słowa zabrzmiały wiarygodnie.




RE: [12/03/1972] Posiadłość Nikolaia Dolohova - Loretta Lestrange - 24.10.2022

Choć niebagatelnie nęcąca, choć w ogromie swego mikrego istnienia czarująca i przede wszystkim – choć odnosząca się do całokształtu życia ze zbytkiem dezynwoltury, posiadała we wnętrzu żmiję, która wielokroć agresywnie kąsała, gdy roztaczała piekło własnej złości wokół tych kruczych loków, orzechowego wejrzenia i zadartego nosa. Siateczka piegów pokrywająca oblicze, swą barwą nie wybijała się agresywnie ponad biel karnacji; była doskonale wręcz wpasowana, oblana rumieńcem ekscytacji, który tak często gościł na ekspresyjnej twarzy. Bo mimikę posiadała mnogą, przechodzącą od chłodu lichwiarki, aż do uśmiechu ognistej tancerki – och, jakże chciała poczuć się chociaż przez moment jak te opiewane posągowe piękności, w których duszach wyryło się niezmienne non omnis moriar, których przędzony przez Mojry życiorys epatował chłodem i elegancją! Była jednak zbyt prosta, zbyt niezawoalowana, okryta jedynie barchanowym całunem zwątpień, pomieszanych w piekielnym pasodoble z temperamentem godnym samych języków płomieni, które teraz pieściły szkło szklanki. Może dlatego tak gorliwie uwielbiała się mu poddawać? Może dlatego, gdy jego dłoń wędrowała ku podstawy karku, nie szeptała żadnych słów zwątpienia, a jedynie palącą potrzebę bycia choć raz jego?  A przecież on w pełni jej nigdy nie był.

Jej skóra płonęła pod jego dotykiem za każdym razem, gdy brał ją w posiadanie. Mleczna barwa ciała, jeszcze nieprzyzwyczajonego do podwiązek znaczących drogę podboju, uginała się miękko pod naciskiem jego palców. Za każdym razem pragnęła więcej. Za każdym razem pożądała jego niezawoalowanej agresji. Bo znała go na pamięć, zupełnie odmiennie od reszty obcujących z nim ludzi. A pamięć jej, choć posiadająca odrobinę spaczoną optykę – tragicznie typową dla istnień ludzkich, w których wspomnieniach każdy szkopuł przyjmował odmienną barwę, posiadała wymalowane całe gwiazdozbiory pieprzyków znaczących jego plecy; cały kalejdoskop stalowej toni, malującej się w błękicie tęczówek; fakturę jego włosów, gdy zaciskała na nich niespokojnie palce.

Prowokacja była nieodzowną częścią jej psotliwej osoby, sięgała więc ku jego wargom chętnie, sunęła kciukami po linii wyrazistych kości jarzmowych pewnie, układała dłonie na jego torsie bezpardonowo. Teraz jednak, gdy nie połączył ich nicią żarliwego pożądania, odsunęła się spokojnie, wciąż czując ciepło na pełnych wargach, we wnętrzu zaś – rozlewający się smak alkoholu i ślady po nikotynowym spełnieniu. Zmarszczyła odrobinę nos w urokliwym geście – on jednak wiedział, iż to prosty sygnał, że pozostała nienasycona.

Prędko osnuły ją kłęby dymu, akwarelą zakrzywiając rzeczywistość; czyniąc ją raptem mirażem tego, co faktyczne. Spoglądała na niego bacznie przez szarość wzbijających się z ich warg chmur, aby po raz kolejny zbliżyć filtr papierosa do warg – popiół zaś, piętrzący się na końcówce, opadł z niemałym wdziękiem, rozbijając się o podłogę, ponownie ujawniając żarzące się oczko.

Zastukała paznokciem ponownie o wierzchnie szkło szklanki, delikatnie chybocząc zawartością.

Naturalnie, że szukam uczucia. Może tego jeszcze nie dostrzegłeś, ale gustuję w emocjach, szczególnie w dwóch rodzajach – tych złych i trawiących oraz w tych miłosnych. A jako że moje miłosne uniesienia nie mają szans się przy tobie spełnić, kocham cię po cichu – stwierdziła, błyskając zębami. – Więcej, mam wrażenie, że gdybyś ty mnie pokochał, prędko bym się znudziła. Obiecaj mi więc, że nigdy mnie nie pokochasz. Lubię sam proces zdobywania, poza tym lubię znajdować się w twoim łóżku; lubię cię kochać w sekrecie, ale też lubię ci o tym mówić – ot tak, żebyś nie zapomniał – dodała, aby po chwili wychylić ostatni łyk ognistej i odstawić szklankę na stolik.

Zerwała się na równe nogi bez powodu, zupełnie, jakby sam diabeł ją gonił. Stała tak przez chwilę w stuporze, niby zastanawiając się, w jakim celu z równą gorliwością podniosła się z fotela, prędko jednak bezmyślny wyraz twarzy został zastąpiony przez uśmiech godny samej kochanki szatana.

Podeszła jednak do niego powoli, zatrzymując się przed zajmowanym przez Dolohova fotelem z iskrami tańczącymi w głębi tęczówek i drgającymi odrobinę kącikami ust – wciąż niepewnymi, czy ugiąć się pod ciężarem uśmiechu. Na palcach nieomal zbliżyła się do ramienia siedziska, aby po chwili spocząć na nim – zdecydowanie za blisko, w kontekście obcowania z samym drapieżcą. Wplotła dłoń w jego włosy – ot tak, od niechcenia – aby po chwili zaznaczyć śladem ust czubek jego głowy. Było w tym coś nietypowo czułego; Loretta wszak czułością nigdy nie grzeszyła.

Och, Kai – rzekła miękko. – Wciąż się nie nauczyłeś, że troska o mnie jest zbyteczna. Oczywiście, doceniam ją niezmiernie, jednak już nie mam piętnastu lat – stwierdziła rzeczowo, pozwalając wargom rozmyć się w urokliwym uśmiechu.

Jego kolejne słowa uczyniły w jej głowie niespokojnie i choć od razu wiedziała, co odpowiedzieć, zamarła na chwilę w bezruchu, wyplątując dłoń z jego włosów.

Właśnie bycie potworem cenię w tobie najbardziej – rzekła stanowczo, jednak półgłosem, nadając niebotycznej intymności własnym wartko wypowiadanym głoskom.




RE: [12/03/1972] Posiadłość Nikolaia Dolohova - Nikolai Dolohov - 24.10.2022

Relacja, między dwiema pogrążonymi w pewnej dozie szaleństwa osobowościami, zadawała się być swego rodzaju wynaturzeniem, bo przecież we wszechświecie istniały granice wytrzymałości, których przekroczenie musiało wywołać eksplozję. Niczym zbyt duża ilość cząsteczek, zamknięta w niewielkiej objętości, Loretta i Nikolai sprawiali, że pękały wszelkie bańki pozorów, a rozlatujące się ostre szczątki iluzji raniły wszystkich naokoło. A oni? Oni stali pośrodku tego chaosu, czerpiąc z jego mrocznej materii, zupełnie jakby była tylko dodatkowym paliwem do tej tragicznej kaskady, którą wywoływali ku chwale własnego widzimisię i własnej brutalnej, wiecznie nienasyconej przyjemności. Przy akompaniamencie tej toksycznej atmosfery dymu papierosowego i zabarwionego torfem alkoholu, powietrze gęstniało, z każdą kolejną chwilą, w której dwie postacie powoli zatruwały własne umysły obietnicą nieuchronnie nadchodzących wydarzeń.

Lewa brew uniosła się delikatnie ku górze, zabarwiając obojętne z natury lico, pewną dozą śmiałego powątpiewania. Mężczyzna jednak nie przerywał Lorettcie, pozwalając jej jedynie dostrzec swoją niemą uwagę, odnośnie kwestii niespełnionych uniesień. Oczywiście, że myślał o tych głośnych wyrazach aprobaty, którymi obdarzała go w koncercie przeciągłych jęków i błagań, aby nie przestawał. Mogła dostrzec w jego jasnych tęczówkach jak tym jednym, prostym gestem, odnosi się do ciężkich oddechów i wilgotnych ciał, które drżały z rozkoszy, zaplątane w swoich objęciach. Ten wzrok pytał jednoznacznie: Czyż nie były to uniesienia, które spełniałem? Dla Nikolaia Dolohova uczucia wyższe istniały w tak skrajnie niewielkim stopniu, że czasami nawet zapominał wziąć je pod uwagę. Chociaż w tym konkretnym przypadku, jego sugestia pozostawała niczym więcej, jak prowokacją jedynie, oraz przypomnieniem, z kim Lestrange miała do czynienia.

- A ja skłamałbym twierdząc, że nie lubię gdy to robisz - zakończył gładko, bezceremonialnie przyznając się do własnej narcystycznej i tak zepsutej do cna natury. Lori była jedną z niewielu postaci w jego życiu, z którą mógł grać w otwarte karty. Znał oczywiście bardzo dobrze jej tendencje do wpadania w złość, jednak jeżeli żar skryty w jej duszy, większy niż ten, do którego do tej pory był przyzwyczajony, mógł wywołać u Dolohova jakąkolwiek reakcję, bądźmy szczerzy, byłoby to zapewne nieprzyzwoicie toksyczne pożądanie.

Poderwanie się Loretty z miejsca, było dla Kaia smakowitym do obserwowania przejawem niecierpliwości, którą sam zaczynał odczuwać coraz wyraźniej. Śledził wzrokiem jej okoloną dymem i łaskotaną światłem płomieni sylwetkę, która powoli, acz systematycznie, zmierzała w jego kierunku. Oparł przedramię na podłokietniku swojego fotela, z otwartą dłonią, a kobieta nie mogła nie dostrzec w tym swoistego gestu zapraszającej zachęty. Gdy tylko zajęła miejsce obok niego, dłoń mężczyzny zamknęła się na jej prawym biodrze. Palce z początku bezwiednie, leniwie wręcz, badały strukturę materiału opinającego zgrabne ciało. W tym samym czasie płuca zaciągnęły się znów nikotyną, a głowa, z przymkniętymi niczym u kota ślepiami, naparła lekko na dłoń Loretty, poddając się prostemu, przyjemnemu dotykowi ostrych paznokci, wsuniętych między jego włosy. Jej głos otulił umysł Kaia, który wyraźniej zareagował dopiero na wspomnienie o aprobacie dla potwora, którym był. Dolohov uśmiechnął się nikle, otwierając oczy, w których zagrały światła kominka niczym iskry. Palce dłoni, która spoczywała na biodrze Loretty, zacisnęły się na jej ciele, niebezpiecznie, jakby były groźbą, w odpowiedzi na jej stwierdzenie. Tą, której sama mogła się doskonale  spodziewać.

Odetchnął, gasząc papierosa w popielniczce. Powoli, jak gdyby pośpiech był zbyt prostym wybawieniem dla niego i spoczywającej u jego boku kobiety. Odłożył też na bok szklankę z whisky, aby móc skupić się w pełni na swoim gościu. Położył wolną dłoń na jej udzie, a spojrzeniem omiótł blade oblicze.

- Nie boisz się mnie, Lori? - spytał głosem spokojnym, jakby było to najzwyklejsze z pytań, które mógł zadać kobiecie u swego boku. Jego jasne w barwie spojrzenie, spowijał mrok pozbawionej wyższych emocji duszy, który Loretta znała tak dobrze. Mogła też dostrzec, jak ta błękitna toń, pełna gęstej ciemności, zsuwa się z jej oczu na wargi, a na jej powierzchnię wypływa proste ludzkie pragnienie.  Dłoń z uda przesunęła się wyżej, aby odgarnąć pukiel loków za zgrabne ucho i dosięgnąć porcelanowego podbródka kobiety. Ujęty w palce, nie czuł na sobie siły ucisku, chociaż gest był wystarczająco stanowczy, aby Lestrange nie mogła się odwrócić. Kciuk dotknął jej dolnej wargi i odchylił ją nieco do dołu. Nikolaj rozchylił usta i nabrał powoli powietrza.

- Doceniam to, wiesz o tym? - podjął, ważąc słowa i z namysłem przyglądając się poddającej się czerwieni pod swoim kciukiem. Przysunął jej twarz bliżej siebie, czuł zapach jej perfum i ciepło jej ciała, gdy zsunął kciuk, uwalniając w końcu dolną połowę szkarłatnych ust. - Twoje towarzystwo, które nie wymaga ode mnie ani krzty iluzji, na co dzień pozbawiającej każdy aspekt życia tych znaczących barw. Agresji. Potęgi. Żarliwości. - Wypowiadając ostatnie słowo w końcu zatopił swoje usta w jej własnych, łamiąc bezczelnie ostatnie centymetry, które jeszcze ich dzieliły. Wziął jej wargi w posiadanie, całując je namiętnie, przecząc jednak romantyzmowi i czułości, w zamian emanując głodem i okrutną zaborczością. Jego dłoń przesunęła się na jej szyję, otaczając ją delikatnym uściskiem chłodnych palców. Dolna warga Loretty, którą Nikolai bawił się chwilę wcześniej, teraz podczas intensywnego pocałunku, została przez niego przygryziona. Nie na tyle, aby upuścić chociażby kroplę szkarłatnej farby, jednak jednocześnie wystarczająco stanowczo, by pozostawić po sobie drobny ślad. Odsunął się dopiero po chwili i tylko na kilka centymetrów, jakby nie był do końca zdecydowany.

- Chodź tutaj.. - wymruczał w końcu z mieszaniną zniecierpliwienia i tej charakterystycznie pieszczotliwej nuty na dnie głosu, przyciągając ją na swoje kolana.




RE: [12/03/1972] Posiadłość Nikolaia Dolohova - Loretta Lestrange - 24.10.2022

Prawdopodobnie była w pewien niezachwiany, owianą wonią subtelności sposób szalona; jej okrutne, żywe zainteresowanie językami ognia wpisywało się w nienachalny kanon piromanki – nieopamiętanej, o zmysłach zagubionych i moralności niebagatelnie nadszarpniętej. Nie była wszak wychowywana pod twardą, bezlitosną ręką chłodu, który niejednokrotnie przejmował pierwsze skrzypce w rodzinach szlachetnych; tych niesionych polityką tourjois pur. Mimo wszystko obrzydzenie do mieszanej krwi rosło w niej subtelnie kiełkując, aby w dorosłej krasie przyjąć formę namacalnej pogardy; on zaś, wpisując się w ramy istnienia, które chciałaby mieć dla siebie (wiedząc, iż posiadanie zabiłoby w niej nutę ciekawości – prawdopodobnie dlatego prosiła, aby nigdy jej nie pokochał), nade wszystko jednak pragnąc, aby to on miał dla siebie ją. W pewnych kontekstach mogłaby się umiejscowić jako ofiara ścigana przez szpony drapieżcy; lubiła jednak tę grę, tak gorliwie, jak lubiła cierpki smak ognistej rozlewający się po podniebieniu.

W końcu wszystko zależało od kaprysu, czyż nie?

Prowokacyjna w całej swej mikrej postaci, daleka od kokietki, acz bliska archetypowi kobiety śmiałej, przędła grę dzieloną na dwoje, powstałą z półmisku żarliwości i szczypty gorejącej potrzeby namacalności. W uniesieniach zaś, rozkochała się niemożliwie na rozciągłości swojego życiorysu – nie jedynie w tych zabarwionych erotyzmem, ale też w emocjach postaci mnogiej, które zawsze odnajdywały odzwierciedlenie w ekspresyjnej mimice. Nie była bliska stalowym pięknościom, tak jak nie stała obok kobiet zdecydowanych. Wciąż dziewczę, które nie dorosło do śmiałych czynów, bardziej podlotka aniżeli kobieta zbudowana na bazie krwi i kości, nęciła własną niezawoalowaną szczerością; tą, która przeciekała przez palce na wzór piasku. Bo choć w głębi tętniącego serca skrywała zapędy okrutne i szyte nicią przerażającej złości, pozostawała autentyczna.

Dla niego jednak mogła zostać kimkolwiek by zechciał, aby była.

Toksyczne pożądanie było w końcu tym, co motywowało ich spleśniałe dusze do działania; i choć jej niebywała szczerość bycia była niezachwiana, znajdowały się w niej pewne odłamki rozbitego szkła, które mąciły obraz, w jej mniemaniu szczerej, pogodności. W jego towarzystwie jednak uruchamiały się weń wszelkie atawizmy; gorliwość i żar, którego do tej pory, w swym życiu wybijanym w rytm orkiestr wiosennych, nie zaznawała nazbyt często.

Uśmiech rozlał się po obliczu na jego słowa – naturalnie, że lubił, gdy mówiła mu żarliwe deklaracje o swojej niezachwianej miłości; choć plątanina głosek była szczera, zawierała w sobie szkopuł absolutnego przekonania, iż jego narcystyczna osobowość zostanie mile połaskotana treścią wpisującego się w ten sort. Zareagowała jedynie spokojnym zastukaniem paznokciem o krystaliczne szkło, w którym opalizowały języki ognia.

W ciemnych tęczówkach prędko zatańczyły języki ognia, idąc w demonicznym pasodoble z iskrami, skrzącymi się na ich dnie niezmiennie – nie kołysała biodrami, nie odgarniała filuternie czarnych loków za ucho, nie trzepotała rzęsami; była w pełni ogromu i małości stwierdzenia, naturalną sobą. Odrobinę wciąż niepewną własnego ciała – w tym jednak niemożliwie czarującą. Palce zamykające się na materiale spodni, agresywnie wtapiające się w biodro, bezsprzecznie wywołały subtelność dreszczu, których na palcach przemknął przez jej plecy. I nawet groźba zawarta w tym pewnym, stalowym dotyku, nie zniechęcała jej w żadnej mierze – wręcz podjudzała do dalszej niepoprawnej zabawy.

Ułożyła dłoń na jego, gdy tylko ta spoczęła na udzie, przekrzywiając nieznacznie śnieżnobiałe oblicze w kierunku Dolohova. Wiedziała, iż nie spyta on o pozwolenie i prawdopodobnie to właśnie to okrutnie na nią działało. Uniosła papierosa do warg – z wolna, pozwalając dymowi opuszczającymi płuca zbudować między nimi barierę nicości; ośnieżoną mgłą przestrzeń.

Naturalnie, że się boję. Właśnie dlatego tu jestem – odparła.

Otuliła palcami jego nadgarstek, gdy tylko kciuk powędrował na jej barwioną karminem wargę – trwała tak, zaklęta i absolutnie urzeczona, nie odsuwając jednak dłoni Dolohova od swojego oblicza, drżącego pod wpływem ogromu emocji, niewiedzącego, w który urokliwy uśmiech ułożyć kąciki ust.

Pocałunek spadł na nią lawiną emocji; burzliwych uczuć i rozognienia ciała. Dłoń zsuwająca się na jej szyję, otulającą ją pewnością dotyku twardego i nieustępliwego, spowodowała wybuch całego mikrokosmosu pożądania, które odczuwała tylko w jego obecności. Aż zacisnęła palce mocniej na filtrze papierosa, z którego popiół ponownie opadł na podłogę, znacząc ją dogorywającą szarością. Serce zatrzepotało w klatce piersiowej – zupełnie jak ten zniewolony ptak, czyniąc w duszy istne spustoszenie. Pożądała i pragnęła, choć nie wiele z tej faktyczności ujmowało się w ryzach umysłu. Wszystko pozostawało tak nienaruszone, jakby posiadał ją po raz pierwszy; nie było tak przecież, jednak za każdym razem czuła nieludzkie zniecierpliwienie, gdy zatapiał swoje usta w jej własnych.

Gdy się od niej oderwał, poczuła dojmującą pustkę.

Podniosła się i stanęła przed jego spoczywającą w miękkości obitego fotela sylwetką, ruchy ważąc i nasycając, grając marazmem z sytuacją, która tliła się jak ten ogień w kominku, spopielający sterty drewna. Otuliła wargami filtr papierosa, pozwalając kłębom dymu wzbić się ponad ich sylwetki i dopiero wówczas – zwolna, niespiesznie – usiadła okrakiem na jego kolanach, dłonie zarzucając mu na ramiona, owijając go ciepłotą własnego ciała. Ujęła jego podbródek palcami – pewnością dalece mniejszą niż tą, z którą on zamykał ją w dotyku; prawdopodobnie mógłby się wyrwać z oków jej subtelności – wierzyła jednak, iż tego nie chciał. Ponownie zbliżyła papierosa do ciemnoczerwonych, krwistych warg i zaciągnąwszy się dymem, złączyła ich usta w pocałunku zawierającym w sobie wszystko – pragnienie, bliskość i obłoki nikotynowe.




RE: [12/03/1972] Posiadłość Nikolaia Dolohova - Nikolai Dolohov - 24.10.2022

Skora do autentyczności i niezmiennie szczera w swoich słowach i działaniach, Loretta, była tym towarzystwem, które wprawiało Nikolaia Dolohova w nastrój nostalgicznej wręcz dominacji. Niczym jego własna, pewna siebie, aczkolwiek nie pozbawiona dziewczęcej skromności. Z tym charakterystycznym płomieniem w lśniących brązem orzecha tęczówkach, pozostawała receptą na udany wieczór.

Lubił, gdy sprawiała mu te drobne przyjemności, będąc świadomą jego zawad i upośledzeń. Zapatrzona w niego kochanka, przed którą nie musiał ukrywać swojej, ciemnej niczym otchłań wypełniona lepką smołą, duszy. Czasami miał wręcz wrażenie, że pragnęła kąpać się w tej trującej cieczy, podziwiając jak gęsta czerń spływa zwolna między jej palcami; nieprzejęta tym, że ślady po takiej zabawie mogą na niej pozostać na stałe. Wżarte w tkanki, palące toksycznym swądem, niczym nieuleczalna choroba zakaźna. Nikolai, jako osoba znacznie lepiej doświadczona przez życie, być może powinien przewidzieć, jak wpłynie na tę młodą, piękną istotę, która jeszcze nie zdążyła sprzedać całej swej duszy diabłu. Kimże jednak był, aby jej czegokolwiek zabraniać? Czyż nie czerpał przyjemności z obserwowania tego rozpalającego się ogniem pożądania w jej oczach? Tej duszy, która pod jego wpływem rozpadała się na kawałki? Trawienie resztek przyzwoitości Loretty było spektaklem, który rozgrywał z ogromną wręcz rozkoszą, jakby było posiłkiem dla całego zła, piętrzącego się w miejscu, w którym powinno znajdować się jego serce.

Być może to on był tym demonem, który pochłonie resztki światła z jej duszy? Pożre jej serce, a okute chłodem, puste ciało, przywłaszczy sobie na stałe. Jej słowa, jej postawa, jej cholerna pewność siebie, gdy zdradzała, że jest świadoma tego, z kim ma do czynienia, działały na umysł drapieżcy, niczym zanęta, obietnica, że wolno mu było wszystko.

Wargi wygiął niebezpieczny uśmiech, chwilę przed tym, jak Dolohov wziął w posiadanie usta panny Lestrange, a za ich pośrednictwem również omamił jej umysł. Czuł jak mięknie pod jego wpływem, poddaje się jego żądzy i, jakimś cudem, pragnie więcej. Była to zabawa, która miała nigdy go nie znużyć, karmiąc jego zepsuty umysł, sprawiając, że ciało przeszywało pragnienie, tak dobrze znane. Głód. Pożądanie. Obietnica spełnienia.

Odsunął się, poniekąd po to aby poczuć jak bardzo chciała aby tego nie robił. Jego jasne spojrzenie przesunęło po sylwetce Loretty, która wciąż dopalając papierosa, pozwalała nacieszyć się jego oczom tym, co przedstawiała w swojej pełnej krasie. Otoczona tańczącym światłem płomieni ognia, docierających zza jej pleców, wyglądała pięknie. W następnej chwili przyjął ją na kolana, chwytając jej biodra w swoje stanowcze dłonie. Pozwolił ująć swój podbródek w drobne palce, niczym okiełznana bestia - wciąż niebezpieczna, jednak przychylna działaniom filigranowej kobiety, która była na tyle odważna i skrajnie nierozsądna, aby się zbliżyć.

Gdy tylko zdecydowała się znów zniwelować dystans między nimi, Nikolai odpowiedział na jej pocałunek z intensywnością zdradzającą cały głód, który w nim rozbudziła. Stanowczym ruchem zacieśnił uścisk na jej biodrach i przyciągnął ją jeszcze bliżej siebie. Jedna z jego dłoni, przesunęła się po plecach Loretty, zatrzymując się na jej karku, który niechybnie złapała w pełnym pragnienia uścisku. Druga zsunęła się z biodra na jej pośladek, chwytając go w objęcia palców. Gdy tym razem znów oderwał się od jej warg, zrobił to tylko po to, aby niemalże natychmiast wtopić się w zagłębienie szyi kobiety. Zuchwale, oczekując tego zachłannego łyka powietrza z jej strony, zdradzającego, że nawet jej oddech pozostawał w jego posiadaniu. Całując delikatną skórę, kciukiem dłoni, którą trzymał na jej karku, naparł na kąt jej żuchwy, zmuszając ją aby uniosła głowę ku górze, pozwalając mu w ten sposób rozgościć się ze swoim gorącym oddechem i głodnymi wargami dokładnie tam, gdzie sobie tego życzył.




RE: [12/03/1972] Posiadłość Nikolaia Dolohova - Loretta Lestrange - 24.10.2022

I choć miała w sobie coś ze wzburzonego wiatrem morza i spokojnej tafli jeziora zarazem; chłodu lichwiarki i ognistego temperamentu tancerki, pozostawała w całej swej wielorakiej krasie bezapelacyjnie autentyczna. Każda iskra rozbudzona w tęczówkach, kosmyk czarnych loków kładących się akwarelą na obliczu, każdy grymas, który przechodził po obliczu cieniem – tworzyły istnienie dalekie od perfekcji i wyśnionej formy, a jednak o sercu gorliwym i prędko bijącym, nie bacząc na jego skrzętnie ukrywane zepsucie. Właśnie w tej czerni odnajdywała się najlepiej, pod parzącym dotykiem Dolohova, zionącym z jego męskich dłoni, opatulającym ją najszczerszym spośród wyznań, które mogłyby wybrzmieć w eterze. Nie potrzebowała słów, aby wiedzieć.

Resztki, ochłapy raptem pozostałe po jej duszy, którą obrócił w niwecz on, stawały się godnym brawa spektaklem. Nie mogła jednak złożyć oklasków czy obrzucić agresywnym buczeniem przedstawianego teatru, gdyż to w rozkład jej istnienia wpisało się ostatnie tchnienie moralności, którym mogła się szczycić. Nie istniało przecież nic poza nim; poza jego cierpkim dotykiem i słodkim, alkoholowym smakiem. Dreszcz przebiegał nieomal niezauważalnie truchtem po linii jej kręgosłupa, gdy pochylała się, aby ponownie zatopić miękko w jego ustach.

Nikolai, wiesz co jest najbardziej zaskakujące w miłości? Raz rozbita, nigdy nie powróci do pierwotnej formy – rzekła, mrużąc nieznacznie sarnie oczy, zaciskając drobne palce na jego barku.

Bo czy nie było mu wolno wszystkiego? Oddawała się w jego dłonie każdorazowo bez zawahania, bez krztyny pomyślunku nad tym, jak bardzo rani samą siebie, pragnąc go w tak nienasycony sposób. Był przecież starszy, a jego linii żywota nie znaczyły gałęzie magnolii odpiłowane przy skwerze, ani stukot pozłacanych pantofelków, wzbijający w przestrzeń migotliwy kurz. Oderwani z przeczących sobie światów, odnajdywali ten jeden, maleńki szkopuł, który łączył ich w demoniczną parę mar, szepczących istnień.

Smakował słodko i cierpko – nieomal jak zawsze; może to to nęciło ją w jego wargach najsilniej?; gdy poranek zastawał ją w mieszkaniu, każdorazowo przemieniając tandetny połysk tkanin w lśniący przepych, językami słońca odnajdując nawet ją – niespokojną. To w jego dłoniach czuła się rzeczywista i namacalna; prawdziwa i faktyczna, nie jak te zjawy, krążące bezcelowo po powierzchni ziemskiej. Ułożyła więc dłonie na jego policzkach, dociskając mocniej wargi – chcąc go poczuć nade wszystko silniej i mocniej.

Oderwawszy się, ponownie otuliła wargami odrobinę już wilgotny filtr papierosa, aby po chwili dogasić jego oczko o usytuowaną niedaleko popielniczkę. Palce ponownie powędrowały na jego podbródek, a utonięcie w błękicie jego tęczówek było raptem kwestią naznaczonych wonią oczekiwania sekund.

Ostatni oddech był wiążący.

W gruncie rzeczy, każde jej tchnienie należało do niego i gdy tylko przeniósł gorąc warg na zagłębienie łabędziej szyi, zacisnęła paznokcie mocniej na jego odzieniu, zdradzając dosłownie wszystko, czego zapragnąć mógł – jej wieczyste oddanie, które nie gościło jedynie na terenie bieżącej nocy; było stanem faktycznym, jak i długofalowym; pragnieniem ognistym i trawiącym – przecież tylko pod jego dotykiem miękła tak bezwładnie. Uwielbiała przecież, gdy chwytał ją za kark, okazując pełnię własnej dominacji; równie gorliwie opierała się palcom, zaciskającym się na jej biodrze, bezsłownie okazując, jak bardzo tego potrzebowała.


Koniec sesji