[18 czerwca 1972] Ciastko z wróżbą | Penny & Terry - Penny Weasley - 02.03.2024
18 czerwca 1972
Pokątna, Penny & Terry
Pokątna tętniła życiem jak nigdy wcześniej. Albo przynajmniej - znacznie bardziej niż miało to miejsce w ciągu ostatnich dni. Chociaż przypominali o tym wydarzeniu w każdym kolejnym wydaniu Proroka Codziennego, Penny zdążyła już co najmniej kilkukrotnie zapomnieć o festynie. Cyklicznym. Mającym towarzyszyć mieszkancom Pokątnej od czerwca do sierpnia. Dokładnie w co drugą niedzielę. Nie była więc przygotowana na to, że akurat na niego natrafią. I dałaby sobie rękę uciąć, że Terry również tego się nie spodziewał.
Dochodząca od strony stoisk muzyka, zdawała się przyciągać. Zachęcać do zerknięcia na to, co znajdywało się na każdym kolejnym straganie. Poświęcenia temu uwagi. Zerkając przelotnie do swojej sakiewki, ruda starała się ocenić czy było ją stać na choćby jeden, niewielki drobiazg. W środku jednak tradycyjnie. Wielka pustka.
O, a do tego jeszcze kilka knutów. Nie starczyłoby zapewne nawet na bułki. Kiedy to wszystko się rozeszło i co bardziej istotne - na co? Przecież ledwie dwa dni temu udało jej się sprzedać kilka drobiazgów, na których zarobiła przyzwoitą sumę. Część z tego wydała co prawda na 50 nową spódnice, ale...
- Terry, powiedz że masz pożyczyć kilka sykli! - zaczepiła przyjaciela. Prawie, że to wyjęczała. Ona biedna! Ona tego tak bardzo potrzebowała! Tak bardzo, że prawdopodobnie jej świat by się zawalił. Popadła w depresje i inne takie, temu podobne bzdury. Zwłaszcza, że wprawne oko już z daleka zdołało dostrzec stoisko, na którym znajdowały się ciekawe błyskotki. - Oddam Ci, słowo!
Prawda była jednak taka, że pożyczanie czegokolwiek Penny, było świadomym godzeniem się na wieczne później. Bo zawsze coś stawało na przeszkodzie. Bo zawsze coś uniemożliwiało jej oddanie tych pożyczonych pieniędzy. Jak chociażby ta śliczna niebieska bluzka, która pokrzyżowała jej plany miesiąc temu. I nie, nie dało jej się zwrócić do sklepu. Niechętnie, ale podjęła się tej próby.
Może ekspedientka poprawnie odczytała te błagam, nie!, które okazało się wyraźnie widoczne w spojrzeniu Weasley? Bardzo prawdopodobne. Prawdopodobne wysoce.
- Tylko sam zobacz! - pozwoliła sobie nawet na to, żeby złapać go za rękę i pociągnąć we właściwym kierunku. Do stoiska, które oferowało różne różności. Kolczyki, bransoletki, wisiorki. Jakby ta ruda cholera nie mogła sama czegoś takiego dla siebie wykonać. W końcu miała w tym wprawę. I pewnie nawet wyglądałoby lepiej niż ta taniocha, która właśnie zdawała się do niej przemawiać. - Takiej jeszcze nie mam! W dodatku będzie pasowała do moich kolczyków.
I właśnie w tym momencie, zapewne wyłapując te słowa rudej, zainteresowała się nimi odpowiadająca za stoisko kobieta. Uśmiechając się szeroko, zapewne czując, że ma przed sobą pewny zarobek, zatrzymała się tuż przed nimi.
- To ten sam kamień, będą wyglądać jak komplet. Idealnie pasuje to pod kolor oczu. Nie powinien się pan długo zastanawiać. Dam nawet mały rabat. Powiedzmy, tak z 5 sykli w dół. - zaproponowała, wręczając Penny bransoletkę. Tak, żeby mogła ją sobie z bliska obejrzeć. Upewnić się, że faktycznie była tym, czego chciała. Potrzebowała? Tak, cholernie mocno potrzebowała. Do szczęścia. Do zakopania w szkatułce, pośród setki podobnych pierdół, których najpewniej nigdy nie założy. Ot, szczegóły.
RE: [18 czerwca 1972] Ciastko z wróżbą | Penny & Terry - Terrance Trelawney - 02.03.2024
Faktycznie, jakoś tak się złożyło, że o tym nieszczęsnym festynie - oraz stoiskach rozłożonych tuż pod jego oknami, taki drobny szczegół - zdołał niemal kompletnie zapomnieć. Choć może nie tyle zapomniał o samym festynie, co po prostu nie spodziewał się, że to rzeczywiście była już ta konkretna niedziela. Ewentualnie mogło być również tak, że zaskoczył go sam fakt nadejścia czerwca. Bo przecież i takie rzeczy czasami się zdarzały. Kolejne miesiące nadchodziły zupełnie niespodziewanie, bez uprzedzenia i wraz z sobą niosły ze sobą przeróżne niespodzianki.
Na przykład hucznie zapowiadany festyn.
Ten jednak można było uznać za niespodziankę całkiem pozytywną. Wraz z całym swoim gwarem, tłumem i ewentualnymi niedogodnościami, które Terry musiał cyklicznie znosić we własnym mieszkaniu aż do sierpnia. Nic wielkiego. Zresztą, sierpień też najpewniej miał nadejść jakoś całkowicie niespodziewanie, pewnie już jutro albo za tydzień.
- Wybacz, kompletnie nie słyszę, co do mnie mówisz - wyszczerzył się w radosnym uśmiechu do przyjaciółki w odpowiedzi na jej prośbę. Doskonale wiedział, jak kończyło się pożyczanie pieniędzy Penny. Nie wiedział za to, ile tak właściwie była już mu winna. Gdyby podsumować wszystkie lata ich znajomości i wszystkie drobniaki, jakie obiecywała mu oddać, prawdopodobnie wyszłaby z tego całkiem imponująca suma. Tyle, że Terrance od dawna już nawet nie łudził się, że jakakolwiek część tej kwoty miałaby do niego wrócić. I... w sumie nie miał z tym większego problemu.
Co oczywiście wcale nie było jednoznaczne z tym, że miałby tak po prostu zacząć przeszukiwać własne kieszenie i wspaniałomyślnie podarować przyjaciółce pieniądze na jakąś absolutnie niezbędną jej do szczęśliwego życia pierdołę. Co to, to nie. I było to już chyba taką samą normą, jak fakt, że ani jeden pożyczony jej knut nigdy do niego nie wrócił.
- Zdecydowanie tu za głośno i... jasna cholera - pociągnięty wbrew woli w stronę straganu z błyskotkami, musiał najwyraźniej obrać szybko inną taktykę. Chwilowa wybiórcza głuchota widocznie nie była ani zbyt przekonująca, ani jakkolwiek skuteczna.
Niemal jęknął, rzuciwszy okiem na tandetną bransoletkę, która tak zachwyciła Penny. I już nawet miał bezceremonialnie odciągnąć przyjaciółkę od stoiska - zdążył jedynie ułożyć dłonie na jej barkach - kiedy na scenę wkroczyła sprzedawczyni. Najwyraźniej nieświadoma tego, że podobne bzdury - choć, jak miał nadzieję, nieco bardziej przekonująco - zwykle sam wciskał czarodziejom odwiedzającym ich sklep. A uśmiech kobiety i wypowiadane przez nią słowa poruszyły jakąś drażliwą strunę podświadomości, która nie pozwalała tak po prostu, bez jakiegokolwiek komentarza odwrócić się na pięcie i oddalić.
- Założę się o cokolwiek, że masz przynajmniej tuzin podobnych - raz jeszcze rzucił okiem na błyskotkę, teraz już znajdującą się w rękach Penny. - Tylko trochę mniej tandetnych.
Oczywiście, że z premedytacją zadbał o to, by jego słowa - nawet mimo panującego dookoła gwaru - całkiem wyraźnie dotarły do uszu sprzedawczyni. Nawet zerknął ledwie chwilę później w jej stronę, posyłając jej przy okazji absolutnie niewinny uśmiech.
- Pięć sykli w dół? - uniósł wymownie brwi. - Bez żartów, przecież to nie jest warte więcej niż dwa. A to i tak mocno zawyżona cena...
W porządku, może i błyszcząca tandeta nie była jego specjalnością, ale... w tym przypadku chyba naprawdę nie trzeba było uchodzić za znawcę, by domyślić się, że żądana przez kobietę kwota - jakakolwiek nie miałaby być nawet po obniżce - stanowczo przewyższała wartość bransoletki.
RE: [18 czerwca 1972] Ciastko z wróżbą | Penny & Terry - Penny Weasley - 02.03.2024
Być może i na Pokątnej było obecnie całkiem głośno, dość gwarno, ale mimo tego Penny nie wierzyła w to, że jej nie słyszał. Zwłaszcza, że sama słyszała wszystko bardzo dobrze. Nawet tamtą matkę z dzieckiem, która trzy stoiska dalej próbowała właśnie wytłumaczyć swojej córce, że kolejnej czekoladowej żaby nie będzie. Nie tym razem. Nie dzisiaj. Nic tylko pochwalić ją za konsekwencję. I przy okazji zwrócić uwagę na to, że wywołali tutaj małe zamieszanie.
Nie żeby Penny zamierzała zachowywać się tak bezczelnie. Tak po prawdzie, to wcale jej ten dzieciak nie przeszkadzał.
Nie zareagowała na słowa przyjaciela. Skupiła się zamiast tego na bransoletce, która została jej podana przez sprzedawczynię. Zaczęła ją uważnie oglądać. Przyglądała się każdemu kolejnemu kamieniowi. Jaspis. Tak. Czerwony jaspis idealnie powinien prasować do jej włosów, oczu. I jeszcze do tych kolczyków. A gdyby jeszcze znalazł się do tego odpowiedni naszyjnik. Wisiorek. Czy ona miała coś takiego w domu? W swojej szkatułce? Nie była w stanie sobie teraz tego przypomnieć.
- Terry! To przecież jaspis. Te 5 sykli, to nie jest taka zła oferta! - postanowiła sprostować. I może nawet miała racje, kiedy dodać do tego, że ten cały jaspis sprzedawany był akurat na festynie. W normalnych okolicznościach zapewne był znacznie tańszy. Bardziej przystępny cenowo. Gdyby tak poszła choćby do sklepu pana Burke...
- Panienka dobrze mówi, to czerwony jaspis. Wprost idealny dla kogoś o rudych włosach. - widząc, że Terry nie zamierza zgodzić się na cenę, sprzedawczyni więcej uwagi poświęciła Penny. - Chroni przed złymi urokami, wpływa korzystnie na zdrowie. Zapewnia poczucie bezpieczeństwa...
- I dodaje pewności siebie. - Penny tak po prostu weszła kobiecie w słowo. Tak, tak. Wiedziała co się na temat tego konkretnego kamienia mówiło. W zasadzie nie tylko tego. Taka praca. Pewne rzeczy musiała po prostu ogarnąć. Zwłaszcza, że zależało jej na tym, aby jej wyroby okazały się skuteczne. Spełniały oczekiwania klientów. - Znam jego właściwości.
Sprzedawczyni pokiwała głową. A więc to tak? Znów spojrzała na Terry'ego.
- A więc zapewne panienka wie, że wzbudza namiętność? Pasje? To kamień, którym warto czasem wesprzeć się w związku. - dodała. Może coś takiego zainteresuje chłopaka? Taki młody! Przystojny. A i dziewczyna przecież wcale nie brzydka.
- Tak, tak. Uhm. A ma pani może jeszcze pasujący do tego wisiorek? - lekko się co prawda speszyła, ale pomimo tego zapytała. Kompletnie ignorując to, że przecież nie miała na to pieniędzy, a sam Terry nie wydawał się zainteresowany tym, żeby opłacić kolejną z jej zachcianek. Tylko jak długo będzie w stanie stawiać opór?
RE: [18 czerwca 1972] Ciastko z wróżbą | Penny & Terry - Terrance Trelawney - 02.03.2024
Zapomniał o jednym. Przed wszczęciem jakichkolwiek negocjacji, powinien najpierw rzucić jakieś zaklęcie na Penny i ją skutecznie zakneblować. Albo, wybierając tę nieco bardziej drastyczną i ostateczną opcję, najpierw ją zamordować, a później transmutować w coś, co nie rzucałoby się w oczy, żeby ukryć ślady zbrodni.
- Nie pomagasz... - rzucił półgębkiem, posyłając jej krótkie piorunujące spojrzenie. Następnie, już ponownie z uśmiechem na twarzy, mógł zwrócić się ponownie w kierunku sprzedawczyni. Pozwolił jej wymienić wszystkie te cudowne właściwości jaspisu, pozwolił nawet wtrącić się przyjaciółce, jednocześnie samemu - tak dla odmiany - nie wcinając się nikomu w słowo.
- Skoro tak, to masz już wystarczająco dużo pewności siebie, ochrony i innych takich. W końcu to ten sam kamień, co w kolczykach, nie? Więcej na pewno już nie potrzebujesz. Co za dużo, to niezdrowo i takie tam - sięgnął po trzymaną przez Penny bransoletkę, zgrabnie wyciągając ją z jej ręki. Początkowo chciał po prostu oddać błyskotkę kobiecie, w połowie tego ruchu zawahał się jednak. Najpewniej przez kolejne słowa, które dotarły do jego uszu - choć może nie do końca z powodu, jaki zapewne zamierzała wzbudzić sprzedawczyni. Z rosnącym rozbawieniem zerknął na Penny. Później na wciąż trzymaną w ręku bransoletkę. Znów na Penny. A wreszcie spojrzenie zatrzymało się na kobiecie, a on sam parsknął krótkim śmiechem.
- To jej tym bardziej niepotrzebne - nie uznał wprawdzie za konieczne, by jakoś bardziej bezpośrednio sprostować zaistniałe nieporozumienie, ale chyba i bez tego można było się domyślić, że argument zawierający w sobie całą tę rzekomą pasję i namiętność, zdecydowanie nie był trafiony. - Zwłaszcza za tę... No ty chyba już do reszty zdurniałaś!
Mniej więcej w połowie własnej wypowiedzi zorientował się, o co właśnie zapytała jego przyjaciółka. Ta sama, która jeszcze przed chwilą prosiła go o pożyczenie kilku sykli, bo przecież nawet nie miała przy sobie pieniędzy, żeby móc przepuścić je na jakieś kompletnie zbędne świecidełka. I przy okazji ta sama, która najwyraźniej zdążyła już zapomnieć, że Terry nie zgodził się jeszcze na żadną pożyczkę.
Tym razem już bez zbędnego wahania wcisnął sprzedawczyni bransoletkę do ręki, a następnie bezceremonialnie złapał Penny za przegub, by odciągnąć ją tych kilkanaście kroków od stoiska.
- Wisiorek...? Poważnie, w i s i o r e k? - tym razem faktycznie już jęknął, przy okazji bezradnie rozkładając ręce. - Mogło ci umknąć, ale w ostatnim czasie nie miałem na liście rzeczy do zrobienia żadnego włamania do Gringotta i okradzenia kilku skrytek. A gdyby nawet się zdarzyło, to raczej nie po to, żeby wykupować całe stoisko jakichś beznadziejnych błyskotek. To...
Urwał, patrząc na Penny i zdając sobie chyba sprawę z tego, że próba przemówienia jej do rozsądku mogła być mniej więcej tak samo skuteczna jak mogłaby okazać się próba przemówienia do tegoż rozsądku jemu samemu. Szkoda głosu.
- Możesz dostać bransoletkę. T y l k o bransoletkę - oznajmił po krótkiej chwili. - I tylko pod warunkiem, że przestaniesz trzymać jej stronę, jeśli chodzi o cenę.
Wypowiadając kolejne zdanie, wskazał palcem ponad swoim ramieniem, w kierunku sprzedawczyni. Warunek był chyba dość zasadny. Zwłaszcza, że mowa była o wydawaniu jego pieniędzy, z którymi wcale nie miał większej ochoty rozstawać się w tak bezsensowny sposób.
RE: [18 czerwca 1972] Ciastko z wróżbą | Penny & Terry - Penny Weasley - 03.03.2024
Nie pomagała, bo w pomaganiu mu nie miała żadnego interesu. W przeciwieństwie do Terrance'a uważała, że ta bransoletka była jej bardzo potrzebna. Podobnie jak wisiorek. Oczyma wyobraźni już widziała nawet z jaką zazdrością będzie na te nowe błyskotki patrzyła ta wywłoka ze sklepu po drugiej stronie ulicy. Cathy. Z pewnością chciałaby mieć coś takiego w swojej kolekcji. Tyle tylko, że przecież czerwony jaspis nie pasował przecież do jej nudnych, mysich włosów. A przynajmniej nie wyglądałby on tak dobrze, jak u Penny.
Była dobra w ignorowaniu. W tym, żeby nie słyszeć tego, co jej zwyczajnie nie pasowało. Czego słyszeć po prostu nie chciała. Jedynie to przelotne spojrzenie, które posłała Terry'emu, w pełni informowało o tym, co myślała o takim odbieraniu jej dodatkowej pewności siebie. Nawet jeśli Weasley tej cechy nie brakowało, nie miała pod tym względem żadnego deficytu, to zawsze było można jeszcze troszkę się wesprzeć. Poprawić na tym polu. Przecież to nie zaszkodzi! A do tego jeszcze wszystkie te dodatkowe właściwości. Czy on nie chciał jej dobra?!
Zwróciła na niego uwagę, tak naprawdę, w pełni, dopiero w momencie, kiedy zabrał jej tę bransoletkę, następnie odciągając kawałek na bok.
- A w ogóle da radę włamać się do Gringotta? - zainteresowała się właśnie tym. Ze wszystkich słów, które wypowiedział, Penny wyłapała akurat te konkretne. Pozostałe tak jakby w ogóle nie padły. - Słyszałam, że ciała ewentualnych włamywaczy są usuwane raz na 10 lat, wiesz? I tak do tego czasu, przez te 10 lat, tam czekasz i czekasz, aż ewentualnie ktoś raczy Ciebie uwolnić. - chyba tak trochę jej umknęło, że przez 10 lat w zamknięciu, bez jedzenia i picia, to jednak trochę tak ciężko byłoby przeżyć. Najpewniej wcale by się nie dało. Tylko czy uświadamianie jej miało sens? Choćby taki niewielki?
W zasadzie, to mogło to odciągnąć jej uwagę od biżuterii.
Od tego zupełnie niepotrzebnego zakupu i wydawania nieswoich pieniędzy.
I może nawet by to się udało, gdyby nie jakże szczodra oferta zakupienia tej nieszczęsnej bransoletki. Zrobiła oczy wielkości dwóch sykli, uśmiechnęła się szeroko. Brakowało jeszcze, żeby zaczęła tutaj podskakiwać jak podekscytowana dziewczynka. Chociaż stop. Nie. Tego wcale nie brakowało, ponieważ Penny położyła zaraz ręce na ramionach Terrance'a i podskoczyła ze dwa razy.
- Naprawdę? Zrobisz to?! Jesteś najlepszy, Terry, n-a-j-l-e-p-s-z-y! - poinformowała go, gotowa na powrót zaciągnąć do tego stoiska. I kobiety, która przecież obiecała im zniżkę. Olbrzymią zniżkę, bo opiewającą na cale 5 sykli. Co ona z tymi pieniędzmi zrobi? Może jednak na coś jeszcze im wystarczy? Coś tańszego niż ten wisiorek? - Dogadamy się z ceną, po prostu pozwól mi rozmawiać! - zapewniła go. Bo przecież ona się na tym znała. Dobrze znała i co za tym idzie wiedziała też ile to było warte. W tym konkretnym momencie było bezcenne - bo rzuciło się w jej oczy. Stanowiło kolejną zachciankę, z której nie chciała tak po prostu zrezygnować.
RE: [18 czerwca 1972] Ciastko z wróżbą | Penny & Terry - Terrance Trelawney - 03.03.2024
Gdyby nie znał jej dostatecznie długo, po tym pytaniu o możliwość włamania do Gringotta, prawdopodobnie powinien dojść do wniosku, że wszelkie próby tłumaczenia jej czegokolwiek nie miały najmniejszego sensu. To znaczy... z tego po części i tak zdawał sobie sprawę. Ale przynajmniej nauczył się już nie załamywać z tego powodu, nie zniechęcać i nad podobnym zachowaniem przechodzić po prostu do porządku dziennego. Zresztą, pod tym względem w zasadzie wcale nie różnili się przecież aż tak bardzo. Gdyby to Terry jako pierwszy wypatrzył na którymś ze stoisk coś, co uznałby za absolutnie niezbędne, najpewniej również w żaden sposób nie dałby przetłumaczyć sobie, że byłby to kompletnie bezsensowny zakup. I nie, ewentualny brak funduszy pewnie też nie byłby dla niego dostatecznie silnym argumentem, żeby z tego zakupu zrezygnować. Zwłaszcza, gdyby obok znajdował się ktoś, od kogo wspomniane fundusze można byłoby - przy minimalnym wysiłku - wyciągnąć.
- Raczej wynieść to, co ewentualnie z ciebie zostanie... - westchnął po krótkiej chwili, kiedy już dotarło do niego, że tak, najwyraźniej Penny faktycznie sądziła, że po tych dziesięciu latach ktokolwiek miałby wciąż czekać w podziemiach Gringotta na ratunek. I gdyby tylko w porę dotarło do niego, że pociągnięcie tego tematu mogłoby okazać się skutecznym sposobem na wybicie jej z głowy tej durnej bransoletki, pewnie brnąłby w to bez wahania. Może nawet pokusiłby się o propozycję, by tę ewentualną możliwość włamania do magicznego banku sprawdzić. Choć w takim wypadku, jeśli którekolwiek z nich rzeczywiście zechciałoby te hipotetyczne plany wcielić w życie, najpewniej mogliby sprawdzić co najwyżej to, czy plotka o niedoszłych włamywaczach usuwanych z podziemi raz na dziesięć lat, faktycznie była prawdziwa. Oraz jak długo dałoby się w tych podziemiach przeżyć.
- Żeby pozwolić ci rozmawiać, musiałbym cię nie znać. Więc nie, nie ma mowy, nie odzywasz się ani słowem - oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, że na wszelkich kamieniach, świecidełkach i całej reszcie tego badziewia znała się znacznie lepiej od niego. Zakładając więc, że mogłaby wykazać się jakąś dozą rozsądku, może i faktycznie byłaby lepszą osobą do negocjowania ceny. Tyle, że rzecz rozchodziła się nie o jej pieniądze. I - tak przy okazji - bransoletkę, co do której ubzdurała sobie, że absolutnie musiała ją kupić. Połączenie dość kiepskie, a efekt stosunkowo łatwo można było przewidzieć. Nawet bez zdolności jasnowidzenia.
- Oczywiście zdajesz sobie też sprawę z tego, że tę swoją bransoletkę będziesz musiała odpracować, prawda? - jakoś wcale nie spieszyło mu się do tego, żeby spełnić swoją pochopnie rzuconą obietnicę i wrócić do tego nieszczęsnego stoiska. - Tak samo jak z tego, że nie pożyczę ci ani knuta na nic innego, co jeszcze tutaj wypatrzysz...
To mówiąc, wykonał ręką niedbały gest, tym samym wskazując mniej więcej całą resztę barwnych straganów. Nie wątpił, że na co drugim można było znaleźć przynajmniej kilka rzeczy, które - podobnie jak bransoletka - byłyby Penny całkowicie niezbędne do dalszej egzystencji. I owszem, wspominał o tym całkiem celowo, może mając jakiś cień nadziei na to, że jego przyjaciółka przemyśli jeszcze swoją decyzję i przynajmniej zechce przed zakupem rozejrzeć się nieco bardziej uważnie. A jakoś tak w międzyczasie zdąży zapomnieć o kiepskiej jakości bransoletce...
RE: [18 czerwca 1972] Ciastko z wróżbą | Penny & Terry - Penny Weasley - 03.03.2024
Być może faktycznie, za pierwszym razem dała się trochę za bardzo temu wszystkiemu ponieść. Skupiła się na tym, jak bardzo chciała dostać w swoje rączki bransoletkę. Wszystko inne zeszło na dalszy plan. Tylko czy naprawdę z tego powodu musiał zabronić jej odzywać się w stronę sprzedawczyni? Wyraźnie się naburmuszyła. I chyba tylko to, że dostanie swoją upragnioną błyskotkę sprawiło, że nie zaczęła się tutaj z nim wykłócać. Protestować.
- Przez tydzień! Przez tydzień będę otwierać i zamykać sklep. A do tego jeszcze sprzątać. - obiecała, biorąc na siebie tych kilka zadań, którymi do tej pory się dzielili. Przynajmniej na papierze. Tej nieformalnej, spisanej umowie, którą zawarli kilka miesięcy temu. Penny praktycznie od samego początku miała problem z tym, żeby faktycznie tych wszystkich zapisków przestrzegać. Zawsze próbowała się w jakiś sposób wykręcić. Zamienić. W tym tygodniu zrobisz Ty, a ja w następnym... a później znowu to samo. I jeszcze raz. Można było się czasem trochę zdenerwować. - Słowo!
Kompletnie nie przejęła się przy okazji tym, że nie chciał pożyczyć jej kolejnych pieniędzy; że ta bransoletka miała być jej jedynym zakupem. Przecież na ten moment... na tę chwilę nie wypatrzyła nadal niczego, co byłoby dla niej równie interesujące. Przyciągnęło uwagę. Oczywiście nie znaczyło to, że takich rzeczy tu nie było. Festyny miały to do siebie, że na kolejnych stoiskach można było wypatrzyć prawdziwe cuda. W zeszłym roku dla przykładu udało jej się kupić tutaj prześliczną szkatułkę, która podgryzała każdego poza właścicielem. Kiedyś nawet obudził ją w nocy krzyk współlokatorki. Chciała sobie pożyczyć takie śliczne kolczyki z topazem. Specjalnie na randkę.
- To wracamy? Idziemy? - zapytała. Upewniła się. W zasadzie to była gotowa go zaraz złapać za rękę i pociągnąć z powrotem do tego stoiska, przy którym wcześniej stali. Czym prędzej, bo jeszcze przypadkiem jakiś inny klient wypatrzy te cacuszko i dokona zakupu przed nimi. Byłaby wielka szkoda.
Sprzedawczyni zdawała się odpowiednio wcześniej zorientować, że najwyraźniej miała ich w garści. Obserwowała ich, tak nienachalnie, poprawiając wisiorki, które umieściła na specjalnym wieszaku. Ledwie podeszli, zwróciła na nich swoją uwagę.
- Kochaneczki jednak się zdecydowały? Wisiorek i bransoletka? - zapytała, sięgając pierw po jedną, następnie drugą błyskotkę. Gotowa była zapakować je do woreczka. - Bardzo dobry wybór. Pasowałby do tego jeszcze pierścionek. Proszę zobaczyć.
Absolutnie świadoma tego, które z ich dwójki było w tym przypadku słabszym ogniwem, skupiła się ponownie przede wszystkim na Penny. Wskazała dziewczynie na pudło, w którego poszczególnych przegródkach znajdywały się różne pierścionki. Proste i bardziej wymyślne. A wśród nich ten jeden. Oczywiście kolejny raz z jaspisem. Czerwonym jaspisem.
- Mogłabym policzyć to wszystko jako komplet. Dodatkowe 3 sykle mniej. I do tego w gratisie pudełeczko. Drewniane. W sam raz, żeby to przechowywać razem. Proszę tylko zobaczyć. - postawiła pudełeczko tak, żeby podziwiać mogli je zarówno Penny jak i Terry. Nie było to nic szczególnego. Nie opłaciłoby się tego kupić. Za to wziąć jako darmowy gratis? To już inna bajka. Można było przemyśleć. Na spokojnie.
O ile tylko wierzyło się w to, że coś takiego jak ten darmowy gratis istniało. Bo przecież pewna szeroko znana prawda mówiła, że za darmo, to człowiek nawet w zęby nie dostanie.
RE: [18 czerwca 1972] Ciastko z wróżbą | Penny & Terry - Terrance Trelawney - 04.03.2024
Podejrzewał oczywiście, jak skończy się to całe sprzątanie, otwieranie i zamykanie sklepu w wykonaniu Penny. Ba, on nie podejrzewał. Po prostu wiedział. Mógł przewidzieć już teraz, że najpewniej jeszcze jutro Weasley uzna, że skoro Terry i tak zamierza siedzieć w sklepie do późna, to na pewno nic się nie stanie, jeśli to on zajmie się całą zabawą związaną z jego zamknięciem. Mógł również przewidzieć, że mniej więcej w okolicach wtorku Penny dojdzie do wniosku, że codzienne sprzątanie wcale nie było absolutnie konieczne. Co więcej - wiedział doskonale, że te jego przewidywania były jak najbardziej trafne.
Być może powinien więc całkiem na poważnie zastanowić się nad ewentualną karierą jako jasnowidz.
Nie skomentował jednak jej prośby ani jednym słowem. Uznał, że wymowne spojrzenie w zupełności tutaj wystarczy. Zwłaszcza, że to i tak najpewniej miało pozostać całkowicie niezauważone - tak samo, jak i zignorowane zostałoby wszystko to, co mógłby w tej sytuacji powiedzieć.
Z cichym jak tam sobie chcesz pozwolił poprowadzić się z powrotem do stoiska, gdzie już czekała na nich sprzedawczyni. Jakby tylko wyczekiwała momentu, kiedy podejdą ponownie i kiedy będzie mogła przejść do ofensywy. A ta - trzeba przyznać - szła jej całkiem sprawnie. W innych okolicznościach Terry mógłby nawet docenić wprawę i zapał, z jakim kobieta usiłowała wcisnąć im swój towar. Tyle, że... sam miał już w tym zakresie niejaką wprawę. Poniekąd. Bo jednak wolał trzymać się myśli, że - w przeciwieństwie do tej sprzedawczyni - oferował swoim klientom towary nieco bardziej wartościowe. Pomijając ewentualne zmyślone wróżby. Te można było przemilczeć.
- Samą bransoletkę - pozwolił sobie na krótkie, nieco zmęczone westchnięcie. Tuż po tym, jak już posłał Penny chwilowe spojrzenie. Po części zaniepokojone podsuniętymi jej pod nos pierścionkami, po części zaś zaskoczone faktem, że rzeczywiście jak dotąd nie odezwała się ani słowem.
Może zaniemówiła od nadmiaru błyskotek...
- Bez wisiorków, pierścionków, pudełek i domowych ciasteczek - dodał, posyłając kobiecie uśmiech i wyciągając w jej stronę rękę, by mogła mu po prostu podać tę cholerną bransoletkę. Odpuszczając sobie pakowanie, które pewnie i tak było całkowicie zbędne. Podejrzewał, że Penny i tak nie pozostawiłaby jej zapakowanej zbyt długo.
- To będzie... ile tak właściwie? - ilekolwiek by nie chciała, warto było wreszcie poznać konkretną kwotę, nie tylko enigmatyczne "mniej o pięć lub trzy sykle". Mogło się to przydać, by zacząć jakkolwiek się targować. Zanim jednak sprzedawczyni zdążyłaby odpowiedzieć, za to gdy tylko bransoletka dotknęła jego dłoni, z zaskoczoną miną upuścił ją na inne wystawione przed nimi towary. A nawet cofnął się o krok, tak dla lepszego efektu.
- Te kamienie... skąd właściwie pochodzą? - zaniepokojone spojrzenie utkwił na dłuższą chwilę w twarzy kobiety, następnie przenosząc je na Penny. - Słuchaj, to chyba nie jest najlepszy pomysł... Raczej i tak nie wolałabyś jej nie nosić.
Blefował? Bardzo możliwe. Choć w takim wypadku pewnie warto byłoby się zastanowić, czy faktycznie chciał zniechęcić do zakupu przyjaciółkę, czy może jednak udowodnić sprzedawczyni, że jej towar warty był znacznie mniej. Ze względu na jego nieciekawą przeszłość. Bo, kto wie, może rzeczywiście sięgając tym razem po bransoletkę, zdołał coś niespodziewanie wyczuć? Czasami się to przecież zdarzało. A tym razem to chyba Penny musiała ocenić, na ile Terry był przekonujący i czy - przy założeniu, że udawał - zamierzała brnąć w to razem z nim.
RE: [18 czerwca 1972] Ciastko z wróżbą | Penny & Terry - Penny Weasley - 04.03.2024
Sprzedawczyni wyczekiwała ich powrotu. Tak samo jak zarobku, który miał się z nim wiązać. Zdążyła już nawet zaplanować, że spróbuje im wcisnąć coś więcej. Penny wydawała jej się łatwym celem. A Terry? Terry wyglądał na takiego, którego również dało się urobić. Miała w tych sprawach spore doświadczenie. Wiedziała swoje. Była świadoma tego, że to jedna z tych okazji, w stosunku do których nie należało odpuszczać.
- Ciasteczek niestety nie mogę zaoferować, ale muszę raz jeszcze spróbować was przekonać co najmniej do tego wisiorka. Pan tylko zobaczy, porzadna robota. Gwarantuje, że nie dostanie pan nic podobnego u żadnego z jubilerów na Pokątnej. A nawet jeśli, policzyliby sobie za to znacznie drożej.
Wbrew prośbie, podała więc Terry'emu obydwie błyskotki. Może mając je w ręku się ugnie? Złamie? Zgodzi na zakup dwóch rzeczy zamiast jednej? Zamierzała walczyć do końca. A Penny... Penny jej kibicowała. Tyle tylko, że po cichu. Przynajmniej na ten moment po cichu. Nie chciała doprowadzić do sytuacji, w której Trelawney zdecyduje się jednak wycofać. Odmówi jej tej drobnej pożyczki.
Choć może wcale nie tak drobnej? Mowa była o co najmniej kilku syklach. Albo może kilkunastu?
- 17 sykli, kochanieńki. A jeśli w zestawie z wisiorkiem, to 20. Mniej niż 1 galeon. Prawdziwa okazja.
Albo prawdziwe zdzierstwo.
Wszystko zależało od tego, z jakiej perspektywy na to spojrzeć.
Nie mieli okazji na te słowa zareagować. Na podaną przez kobietę cene. Wszystko przez to, że Terry zainteresował się kamieniami. Wydawał się tak autentycznie przejęty. Tylko czym? Czyżby coś zobaczył? Mimo stosunkowo długiej znajomości, Penny nie potrafiła jednoznacznie wskazać tych momentów, kiedy kłamał. To zawsze było ryzyko. Mogła mu zaufać, albo... albo obstawać przy swoim.
Cóż. Problem w tym, że w tym drugim była znacznie lepsza.
Nie zareagowała, widząc że sprzedawczyni chce coś powiedzieć. Zanim sama cokolwiek zrobi, da kobiecie szanse. A nóż wicelec ta zdoła ją do siebie przekonać? Wyglądała na naprawdę uczciwą. I do tego bardzo miłą. Aż chciało się jednak wynegocjować z Terrym również ten wisiorek, pierścionek i pudełeczko.
- Są z odzysku. Czasami ktoś sprzedaje swoją biżuterie. I wtedy powstaje z tego coś zupełnie nowego. Stare wisiorki, bransoletki czy pierścionki, zyskują tym sposobem nowe życie. - wytłumaczyła. Co więcej miałaby na ten temat powiedzieć? Gdyby mieli ją teraz wypytywać o historie tego przedmiotu, to tak po prawdzie nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Nigdy się tym nie interesowała. Liczyło się dla niej jedynie to, żeby interes się jakoś kręcił. Na siebie zarabiał
- O, też tak robię! - zareagowała na jej słowa Penny. Uśmiechnęła się przy tym szeroko. Z uznaniem? Doceniała takie podejście w końcu sama... - Widzi pani ten pierścionek? - wskazała na drobną błyskotkę, całkiem ładną. Na środku znajdywał się prehnit. Wypolerowany. Gładki. - Ten prehnit pierwotnie został wykorzystany na potrzeby wisiorka. Kiedy uznałam, że potrzebuje czegoś nowego, własnoręcznie stworzyłam ten pierścionek. Bo prehnit warto mieć zawsze przy sobie. Pomaga zachować spokój, równowagę, łagodzi stres. Oczyszcza aurę z negatywnej energii. To ważne, prawda?
Jak zwykle. Zaczęła mówić, to i nie szło, żeby szybko z tym skończyła. A skoro wskazała na prehnit, na pierścionek, to i w głowie sprzedawczyni zaświtało, że może i do tego pierścionka mogłaby im zaoferować coś pasującego. Chociażby śliczną broszkę. Po nią właśnie sięgnęła.
- Ta koniczynka, to jedna z ostatnich moich prac. Nie ma panienka przypadkiem irlandzkich korzeni? W Irlandii twierdzą, że koniczyna przynosi szczęście. Właśnie taka jak ta, czterolistna.
I znowu wszystko wracało do punktu wyjścia. Miała być tylko ta jedna bransoletka, a tutaj przed nimi pojawił się jeszcze prehit. Czy będzie ostatnią błyskotką, którą sprzedawczyni spróbuje im wcisnąć? Można było mieć wątpliwości. Zwłaszcza w momencie, kiedy Penny zdawała się tym wszystkim żywo zainteresowana.
RE: [18 czerwca 1972] Ciastko z wróżbą | Penny & Terry - Terrance Trelawney - 04.03.2024
Na szczęście - lub też wręcz przeciwnie, zależnie od której strony spojrzeć - był dość uparty. A podaną cenę mógł zaklasyfikować co najwyżej do kategorii zwykłego zdzierstwa. Zwłaszcza, że chodziło o zakup czegoś, czego sam kompletnie nie potrzebował i za co miał nigdy nie odzyskać pieniędzy. Tych samych, które mógłby przeznaczyć na cokolwiek innego. Tym bardziej, że naprawdę nie miałby większego problemu z tym, żeby nawet w najbliższej okolicy wskazać przynajmniej kilka potencjalnie bardziej interesujących przedmiotów. Z czym zapewne nie zgodziłaby się Penny.
Niewiele brakowało, by uśmiechnął się triumfalnie słysząc, że wykorzystywane przez kobietę kamienie pochodziły z drugiej ręki. Pamiętał jednak o tym, by zachować dotychczasowy zaniepokojony wyraz twarzy, nie obeszło się również bez szybkiego zerknięcia na upuszczoną przed momentem biżuterię - w sposób odpowiadający temu, w jaki należałoby patrzeć na chwilowo spokojne, ale jednak jadowite i niebezpieczne zwierzę.
- Może i zyskują drugie życie, ale najwyraźniej zapamiętują też przekazaną im przez poprzednich właścicieli energię. A ta - oskarżycielsko wskazał palcem na wisiorek i bransoletkę - zdecydowanie nie jest zbyt przyjemna. To... to zresztą i tak mało powiedziane.
Wypowiedź zakończył przeciągłym westchnięciem, mającym najpewniej sugerować, że obrazy podsunięte przez wykorzystane w biżuterii kamienie były zdecydowanie zbyt drastyczne, by w ogóle wspominać o nich na głos. Podobnie drastyczny był zresztą pomysł, jaki nasunął mu się na myśl, a jaki mógłby umożliwić uciszenie Penny. Ten jednak od siebie odsunął, w końcu zamordowanie przyjaciółki na środku Pokątnej na pewno wiązałoby się co najmniej z kilkoma nieprzyjemnościami.
Nie mógł jednak twierdzić przecież, że absolutnie każda ze sprzedawanych tutaj błyskotek posiadała jakąś tragiczną historię i emanowała negatywną aurą. To akurat każdy już uznałby chyba za co najmniej odrobinę podejrzane.
A jednak przezornie chwycił przyjaciółkę za nadgarstek, na wszelki wypadek powstrzymując ją przed sięgnięciem po prezentowaną właśnie broszkę.
- Tylko pod warunkiem, że nie przesiąkła wcześniej jakimś... - znów nie dokończył, świadomy najwyraźniej, że czasami te przemilczane kwestie okazywały się mimo wszystko bardziej wymowne niż wypowiedziane wprost. Niepozorną - i wcale nie taką brzydką - koniczynkę obdarzył nieufnym spojrzeniem, mając przy tym nadzieję, że nie zawędrował za bardzo w okolice lekkiej paranoi. Zbytnia przesada mogłaby wpłynąć negatywnie na autentyczność.
- Zaufaj mi, Penny - prawdopodobnie niewiele zdań, które wypowiadał Terry, a które zaczynały się w ten sposób, niosło za sobą jakkolwiek pozytywne konsekwencje... - Będzie lepiej, jeżeli rozejrzysz się jeszcze gdzieś indziej. Najlepiej gdzieś, gdzie znajdzie się coś... bezpieczniejszego.
Posyłając ostatnie nieufne spojrzenie w kierunku prawie kupionej bransoletki i pasującego do niej wisiorka, lekko pociągnął przyjaciółkę za sobą, zamierzając oddalić się od straganu. I naprawdę miał przy tym nadzieję, że przynajmniej raz Weasley wykaże się chęcią współpracy i nie będzie mu tego w jakiś szczególny sposób utrudniać.
|