![]() |
|
[02.07.72] Na Nokturnie nawet lato jest ciemne - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [02.07.72] Na Nokturnie nawet lato jest ciemne (/showthread.php?tid=2862) |
[02.07.72] Na Nokturnie nawet lato jest ciemne - Marilla Chang - 07.03.2024 Nokturn latem nie stawał się ani trochę przyjemniejszym miejscem niż Nokturn wiosną czy jesienią – przynajmniej nie zdaniem Marilli, dla której w ciemnościach podziemnych ścieżek pory roku rzadko miały większe znaczenie. Było po prostu bardziej gorąco, a do charakterystycznego swędu dołączała cała masa innych woni, nieprzyjemnych nawet dla kogoś, kto wychowywał się tutaj od dziecka. Żebracy cuchnęli bardziej i jakby ich przybywało. Z rzadko opróżnianych kontenerów na śmieci cuchnęło podwójnie. Wcale nie chciało się jej wychodzić z własnej pracowni w palarni. Zwłaszcza gdy po pokonaniu schodów wiodących na Nokturn z podziemnych ścieżek Changówna odkryła, że jest szczególnie gorąco i parno: powietrze zdawało się wręcz ciężkie, i Marilla miała wrażenie, że to lepi się do ciała, osiada w płucach. Budynki tutaj stały ciasno, blisko siebie, nie trudno było więc o cień, ale ten nie przynosił ulgi i kobieta momentalnie zatęskniła za swoim pokojem, w którym regularnie odnawiała chłodzące zaklęcie. Niestety, nawet ktoś taki jak Marilla, nieco zagubiony jeżeli nie w przestrzeni, to przynajmniej w czasie, musiał zorientować się, że coś jest nie tak, kiedy jej mała informatorka nie pojawiła się na dwóch kolejnych spotkaniach. Za pierwszym razem nawet tego nie zauważyła – środę pomyliła z poniedziałkiem – za drugim jednak zaczęła liczyć… i z tych wyliczeń wychodziło, że młodziutkiej Lizzie Turpin albo stała się jakaś krzywda (przykre, ale to był Nokturn), albo dziewczynka nie chciała już przynosić informacji z jednej z kamienic Nokturnu za parę knutów i cukierki. Z pewną irytacją Marilla wychynęła więc ze swojej nory na podziemnych ścieżkach. Musiała wiedzieć, co się stało, bo chciała mieć na oku sąsiadów Turpinów. Mimo lipca, ona była blada, nienaturalną bladością kogoś, kto nie tylko ma jasną karnację, ale też nie wychodzi na słońce, a w dodatku całe dnie spędza nad kociołkami pełnymi eliksirów. Na Nokturnie wyróżniała się i azjatycką urodą, i strojem, bo choć na pewno nie była odziana elegancko, to już i nie oberwana – ale szła ulicą pewnie, jakby czuła się jej właścicielką. Póki przebywała na terytoriach w pobliżu palarni Marilla Chang nie bała się nikogo ani niczego, wierząc w ochronę, jaką dawał strach przed Madelaine Chang. Może trochę naiwnie, bo ta miała swoich wrogów, ale co oni robiliby na terenie Changów? – Lizzie! – zawołała ostrym tonem, gdy dostrzegła ciemnowłosą dziewczynkę dokładnie tam, gdzie niekiedy zbierały się miejscowe dzieciaki i gdzie spodziewała się znaleźć dziesięcioletnią Turpinównę. Wyciągnęła dłoń, gotowa złapać ją za kołnierz, bardzo zirytowana, że najwyraźniej dzieciakowi nic się nie stało, a ośmielił się po prostu naruszyć warunki ich umowy. Na Nokturnie umowy były ważne. Przynajmniej umowy z Changami. Dziesięciolatki też powinny o tym wiedzieć. RE: [02.07.72] Na Nokturnie nawet lato jest ciemne - Megajra McKinnon - 10.03.2024 Mama mówiła „Meg idź pobawić się z dziećmi” co brzmiało trochę jak, idź pobawić się na plac zabaw, fajnie będzie. Mała Meg jeszcze nigdy nie poczuła się tak bardzo oszukana przez swoją rodzicielkę. Banda krzyczących dzieciaków początkowo może i była zainteresowana przybyciem nowej partnerki do zabawy; po początkowej fascynacji nastała jednak faza krzyku i ucieczki, gdy nowo przybyła dziewczynka zechciała pochwalić się im swoja kochaną Nessie. Jak rozumiała jeszcze krzyk młodszej dziewczynki, tak kobiece piski wydobywające się z ust chłopców, już ją totalnie rozbawiły. Powstrzymała się jednak by nie wybuchnąć szaleńczym śmiechem. Była jednak w miejscu publicznym, musiała więc zachowywać się, jak dobrze wychowaną młodą damę przystało, którą przecież była. Przynajmniej taka krążyła opinia o dziewczynce, zanim ktoś zacznie przebywać w jej otoczeniu trochę dłużej. Całe szczęście w tej bandzie krzykaczy znalazły się istotki, które laleczka zdołała zafascynować. I tak oto zostaną oni chwilowym obiektem zabaw z małą Meg i Nessie. Oczywiście nie pozwoliła im jej dotykać. Pamiętała, że mama przestrzegała o tym, aby nikt nie brał drewnianej laleczki na ręce lub nie dotykał jej zbyt długo. Skoro mama tak mówiła coś, w tym pewnie było, być może Nessie jej powiedziała, że nie lubi być dotykana przez kogoś innego lub nadmierny dotyk obcych może ją uszkodzić. Jak obiecała tak i zrobiła, odkładając ją gdzieś na ubocze, skąd może doglądać ją co jakiś czas. Nie mogła pozwolić, by ktoś o lepkich dłoniach położył na jej małej przyjaciółce swoje brudne łapska. Miejsce zdawało się jednak względnie bezpieczne. Nieliczne matki, które pilnowały swoich pociechy, robiły za sprawny odstraszacz dla wszelakich mend z Nokturnu. Tak jasne… Te całą matczyną protekcję lub jej brak mała Meg mogła poczuć, gdy ktoś szarpnął ją za kołnierzyk. Odwróciła się, kierując swoje puste spojrzenie na kobietę. Niebieskie oczęta już zlustrowały i zakomunikowały jej umysł, że to nie była jej mama. Została nazwana „Lizzie”, co początkowo wzięła za wołanie matki, któregoś z bawiących się dzieciaków. Oj, w jakim błędzie była, co również tyczyło się kobiety o dziwnych rysach twarzy. Nim jednak ta zdoła się przekonać, ciało dziewięciolatki zareagowało instynktownie, próbując się wyrwać. Jedną dłoń wyciągnęła ku laleczce, która była zbyt daleko od zajścia, by móc w jakikolwiek sposób zainterweniować. Tak sobie przynajmniej tłumaczyła to Megajra. Drugą wolną ręką chwyciła za przypiętą do paseczka drewnianą nie różdżkę, której nie mogła odpiąć. Nie pozostało jej nic innego zatem jak użycie najmocniejszego ze swoich atutów. Chwyciła więc za jej rękę i postarała się ją ugryźć, ale nawet to było poza jej zasięgiem. - zostaw mnie! Powiem mamie! Nie jestem Lizzie! Wariatka! Zboczeniec! Skoro arsenał obronny zawiódł, nie pozostało jej nic innego jak zacząć krzyczeć, a raczej mówić z podniesionym głosem. Do krzyków jeszcze nie doszło i całe szczęście, chociaż patrząc na reakcję dorosłych, to chyba mieli gdzieś, że ktoś właśnie próbuje uprowadzić dziecko. Ach te uroki Nokturnu, kochała to wszystko, ale na boga! - dobra nie powiem nikomu, ale masz mnie puścić! bo...bo … bo inaczej mój wujek zrobi ci krzywdę! Wyobraźnia już podsunęła jej widok wściekłego wujka Stanka, czy też Umbriela, gdyby dowiedzieli się, że ktoś próbował ją porwać i zrobić jej coś złego. Pewnie dopiero później by wyjaśniła im, że zapewne wzięła to wszystko zbyt dosłownie. Jedynie, do czego właściwie doszło to pomyłka kobiety co do dziecka. A mogła zostać w sklepie albo w domu i nic takiego by nie miało miejsca. Ostatni raz dała się oszukać komuś dorosłemu... @Marilla Chang RE: [02.07.72] Na Nokturnie nawet lato jest ciemne - Marilla Chang - 11.03.2024 Na Nokturnie zwykle swoi przejmowali się swoimi, a dzieci pozostawione bez nadzoru mało kogo obchodziły. Na całe szczęście Marilla ze swojej pomyłki zdała sobie sprawę dość szybko: ledwo dzieciak zaczął wrzeszczeć, bo to nie był głos Lizzy, poza tym ta na pewno nie wyrzucałaby z siebie takich absurdów. Changówna nie puściła od razu jedynie dlatego, że gówniara próbowała ją ugryźć, a takie ugryzienie bywały bolesne i wymagały zdezynfekowania, a ona akurat wczoraj użyła ostatniej fiolki mikstury dezynfekującej. - Spróbuj tego znowu, to ci oddam. Potrząsnęła lekko, ot tak, dla podkreślenia. Nie ciągnęło jej do bicia dzieci, ale wychowana na Nokturnie nie miała też tego "normalnego" ponoć odruchu nakazującego ochronę młodych i zabraniającego podnoszenia na nich ręki. - Mógłby spróbować - skwitowała pogróżki o wujku. Szumowin na Nokturnie nie brakowało, ale nawet jeśli dziewczynka w istocie miała jakiegoś przejmującego się nią wujka (rzadkość w tej okolicy), do Changówna ani myślała się tym przejmować. Rzadko zresztą przejmowała się czymkolwiek albo kimkolwiek poza Madeleine Chang i jej wolą, według której działała nie tylko rodzina i palarnia, ale też całą najbliższa okolica tej ostatniej. - Pomyliłam cię z kimś - oświadczyła suchym tonem, rozluźniając uścisk. - Gdybym zamierzała cię porywać, zaczęłabym od silenco, ale na nic mi jakieś dziecko z Nokturna. - Nawet gdyby używała składników ludzkiego pochodzenia do eliksirów, to te z dorosłych były przecież bardziej ekonomiczne. Zmierzyła dzieciaka spojrzeniem. Była faktycznie strasznie podobna do Elizabeth, ale jakby trochę mniej oberwana, przynajmniej jak na standardy Nokturnu. Jeśli mała chciała uciekać, Marilla ani myślała jej łapać - w okolicy pełno było innych, którym mogła zadać pytania, nawet jeśli część pierzchła przed zamieszaniem. Za gorąco było, żeby się męczyć, poza tym nie chciało się jej po prostu wywoływać żadnych dramatów, na wypadek, gdyby wujek dziewczynki faktycznie był jakimś seryjnym mordercą. Jeszcze potem trzeba by poświęcić czas temu problemowi... - Widziałaś gdzieś Elizabeth Turpin? Twój wzrost, podobne włosy, też taka blada. @Megajra McKinnon RE: [02.07.72] Na Nokturnie nawet lato jest ciemne - Megajra McKinnon - 09.04.2024 Porywaczka mogła uważać jej groźby za dziecinne gadanie, a uwagę odnośnie do wujka, za przechwałki bez pokrycia. Być może i miała rację, być może nie bała się jej wujostwa, ba! Być może była nawet od nich silniejsza, ale nie miała racji co do tego, że ktoś się o nią tu nie troszczył. Wystarczy, by wpadła do domu z płaczem oraz informacjami, że ktoś właśnie chciał ją porwać i pewnie dość sporo gromadka osób chętnych mordu, pojawiłaby się w miejscu ów zdarzenia; a może to tylko kolejny dziwny wytwór wyobraźni Meg. Nie ważne! Nic takiego nie miało i nie będzie mieć miejsca, skoro właśnie została puszczona. Oczywiście Meg sobie to zapamięta i kiedyś zemści się na swój własny bolesny sposób; nie jest to jednak odpowiedni czas na taki akcje. - nie boję się ciebie i jak ty mi oddasz, to ja ci oddam mocniej… Oczywiście Meg by nie była sobą, gdyby nie chciała postawić na swoim. Bo przecież to jej racja zawsze musi być na szczycie. I skoro ta by jej oddała, to ona by to zrobiła mocniej i za każdym razem mocniej niż ona! O tak! Czyste zło i mrok normalnie. - wypraszam sobie! Nie jestem jakimś dzieckiem z Nokturna. Ja mam imię! M-E-G-A-J-R-A…. Megajra McKinnon! I pff mnie się nie da za nikim pomylić, ale wybaczam ci, bo mama mówiła, że głuptaskom trzeba wybaczać… albo to było jakoś inaczej? Nie ważne. Wyciągnęła do niej swoją malutką dłoń. No co! Skoro się przedstawiła, to należy podać rękę w ramach tego dziwnego dorosłego rytuału przywitania się, poznania się? Zapomniała, kiedy się tak robi, ale no wie, że tak jest i koniec. No i w sumie wykazała również chęć pogodzenia się, bo zawsze słyszy w szkole, że ma komuś podać rękę na zgodę. Chociaż nie... Nie zawsze tak to działa. Po tym, jak zmieszała płatki Maxa z tymi dziwnymi czarnymi kulkami z krzaka, to pani była dziwnie zła i nie kazała jej podać mu ręki. Fakt, że Max potem leżał w domu przez parę dni, ale to pewnie nie wina Meg. Nie mniej, stała tak przez chwilę, zanim ta poda jej rękę i zastanawiała się, co do odpowiedzi na pytanie zadane przez panią porywaczkę. - ją chcesz porwać? Co mi dasz za informacje? Ooooo! Pokarzesz mi jakiś fajny czar, jak ci powiem, co o niej wiem? Mama mówi, że jestem jeszcze zbyt młoda na czarowanie i nie wolno mi, aleee ty jesteś już chyba duża i możesz, to ja? Pokażesz? Dam ci potrzymać nawet Nessie… Wielkie czary od nieznajomej, bo co może pójść nie tak. Ktoś chyba powinien ponowni przedstawić małej Meg zasady na temat tego, że nie powinna rozmawiać z kimś obcym; no i nie brać od nikogo słodyczy, ale ona jej nic nie daje, więc nie jest chyba taka zła... @Marilla Chang RE: [02.07.72] Na Nokturnie nawet lato jest ciemne - Marilla Chang - 24.04.2024 Pewnie, że Rilla nie miała racji - Persefona i Hades na pewno troszczyli się o córkę, a i wujków mała miała spod ciemnej gwiazdy. Ale żadna bogini nie szeptała do ucha Changówny wskazówek o tym, że akurat to jedno jedyne dziecko z okolicy jest tym zadbanym i kochanym. W jej oczach to był jeszcze jeden dzieciak z Nokturnu, gdzie większość ludzi była przegrańcami losu, a reszta... reszta dla Marilli to byli Changowie, ich konkurencja i ich partnerzy w interesach. Bywała zbyt zapatrzona może nie w siebie, ale w swoją rodzinę. - Twoje ręce są cienkie jak zapałki. Nie podnoś ich na innych, póki nie będą silniejsze, bo prędzej czy później jak zapałki trzasną - powiedziała po prostu ma groźbę małej, przez moment prawie zdziwiona, że dzieciak przetrwał tutaj tak długo. Może naprawdę miała jakiegoś wujka, który ją ochraniał, inaczej Nokturn dawno powinien wyleczyć małą z tej pewności siebie. Nie mówiła przecież nawet o sobie: ile osób złamałoby tu rękę dziecku, gdyby próbowało atakować? Pewnie sporo. - Ach. McKinnon.. Trupy i dziwki, pomyślała, nieco pogardliwie wydymając usta, kiedy dzieciak się przedstawił. To nazwisko znaczyło coś na ścieżkach, i wyjaśniało pewność siebie gówniary. McKinnonowie nawet martwi potrafili napsuć krwi i mieli na Nokturnie wielu ludzi, dobrze więc może, że młodej nie uderzyła, nie chciało się jej bawić w rodzinne vendetty. Matka by tego nie pochwaliła. Uniosła nieco brwi, gdy wyciągnięto do niej dłoń, ale uścisnęła ją: głównie chyba dlatego, że to była dziewczynka, nie chłopiec, i że właściwie dziewczynki powinny być pewne siebie. - Po co miałabym ją porywać? Szczątki dorosłych są większe i bardziej przydatne, a z dziecka marny niewolnik - odparła, i mogło brzmieć to jak żart, ale Changówna naprawdę nie widziała żadnego zastosowania dla porwanego dziecka. - Szukam Lisy, bo znikła. Miałam jej zapłacić za drobną przysługę i nie zgłosiła się po pieniądze. I przede wszystkim, nie przyniosła obiecanych informacji. A mieszkała akurat tuż obok człowieka, którego Marilla chciała mieć na oku, dzieciak zaś pewne rzeczy widział, bo nikt się nim specjalnie nie przejmował... - Wujkowie nie mogą ci pokazać zaklęć? - spytała, z odrobiną kpiny w głosie, ale wyciągnęła różdżkę. Czemu niby nie? Nic ją to nie kosztowało, a może młoda McKinnon powie jej, czy widziała ostatnio Lisę. Z różdżki kobiety uniósł się czarny dym, który zawirował wokół niej w ciemnych wstęgach. Marilla nie była kimś, kto wyczarowywałby misie i kwiatki - i miała przeczucie, że te dobre czary niekoniecznie interesowały Megjarę. |