![]() |
|
[12.07.1972] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić... - Alexander x Flynn - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +---- Dział: Charing Cross Road (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=119) +---- Wątek: [12.07.1972] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić... - Alexander x Flynn (/showthread.php?tid=2881) Strony:
1
2
|
[12.07.1972] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić... - Alexander x Flynn - The Overseer - 11.03.2024 Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić. Liczy się tylko to, że chcesz. Powiedz słowo, a będę płonął przez dziesięć dni.
Koniec czerwca i... właściwie jak na razie cały lipiec nie miały dla mnie litości. Czułem się rozbity, zmęczony, przerażony wręcz. I może to nawet nie wina czerwca ani lipca. Może na dobrą sprawę problemy zaczęły się już znacznie wcześniej, tylko nie chciałem tego do siebie dopuszczać? Obawy były ze mną od zawsze, od samego początku, odkąd tylko wrócił, a jakieś miłosne liściki i romantyczne książki, które dostawał w prezencie - od niedawna. I w sumie... czułem, że chciał się mnie pozbyć ze swojego życia, odtrącić mnie, zostawić. W sumie już mnie zostawił i nie wracał dzień, teraz drugi... A ja walczyłem o każdy haust powietrza, walczyłem również o to by zachowywać się w miarę normalnie, jak gdyby nigdy nic, ale na dobrą sprawę, to nawet ślepy by zauważył, że coś nie grało. Byłem niczym otwarta księga, świeca, która diametralnie przygasła, więc.. Znikałem w odmętach swojego wozu, niby zajęty papierkami. Oddelegowałem robotę, zarządzanie całym cyrkiem w ręce The Tempest i ślęczałem nad dokumentami do późna, tak naprawdę nasłuchując i wyglądając przez okna, czy może jednak... Ale jednak nie. NIE PRZYSZEDŁ. NIE WRÓCIŁ. NIE BYŁO GO. Odszedł? Zostawił mnie? Zostawił nas? Cały cyrk nawet? Ten świat? Coś innego przykuło jego oko? Inne życie, inni ludzie, inny ktoś... ktoś, kto był bardziej wystarczający? Czułem, że to moja wina. Wybuchnąłem wtedy, wyszedłem, a on wpadł w ten szał, w ten amok, w tę furię. Od tamtej pory było już inaczej. I to bolało, choć wiedziałem, że prędzej czy później to życie mu nie wystarczy. Bolało, chociaż było coraz gorzej. Bolało, że było tu zbyt pusto, zbyt cicho. Drugi dzień pustki. Niebawem czekała mnie trzecia pusta noc, o której nie chciałem myśleć, a jednak. Myśli, wspomnienia, marzenia o Flynnie to była teraz pożywka dla mojej przygnębionej głowy. Ale starałem się nie wychodzić poza przyczepę, żeby znowu nie skończyć jak wtedy. Nie chciałem być znowu tym zagubionym chłopakiem, a jednak przerażała mnie nadchodząca noc, nadchodzące myśli i sny. Kusiło by sięgnąć po jakiś rozpraszacz. Wiedziałem bowiem, że znowu nie będę spał spokojnie, będę się budził zlany potem i będę odnajdował pustkę zamiast rąk, które mogłyby to wszystko ode mnie odgonić, hen!, daleko. A może wcale tak nie będzie...? Miałem wrażenie, że usłyszałem znajome kroki na schodkach. Dziwne, bo zamiast poczuć ulgę, to spiąłem się jakoś bardziej, serce zaczęło mi walić jak szalone. Pochyliłem się nad tymi papierami, które w tej chwili nie miały dla mnie znacznie, ale właśnie uciekałem niczym spłoszone zwierzę, że niby pracowałem, że niby wszystko było w porządku...? Musiałem być silny by zachować pozory chociaż przed Flynnem. Nie chciałem go spłoszyć. RE: [12.07.1972] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić... - Alexander x Flynn - The Edge - 15.03.2024 Tak naprawdę, to Flynn nie chciał wrócić aż tak późno, chociaż to była prawda, że wpierw sam przeciągnął swój powrót jak tylko mógł, żeby Alexander musiał się o niego martwić. Ale to... To miała być taka zgrabna manipulacja, miał odpocząć gdzieś z resztą smacka, a później pojawić się w chwale jak zbawca, kiedy ten wredny chuj zdąży za nim zatęsknić. Nie planował ani topienia się w oceanie, ani tej rozmowy z Laurentem. Nie planował bycia zabranym z tej plaży wbrew jego woli... Nie planował pojawić się tutaj taki wymięty. Kiedy stał przed ich... Jego? Ich? No przed wozem, wyglądał jak chodzące nieszczęście jeszcze bardziej niż zwykle. Kurtkę miał zniszczoną od soli, oczy podkrążone, włosy poplątane. Naciskając na klamkę, zdał sobie sprawę z tego, że nie pamiętał kiedy ostatnio jadł i to mogło być w dzień, w którym uciekł stąd z płaczem. Idealny stan, żeby wzbudzić w nim poczucie winy, czyli wszystko tak jak miało być, tylko... Kiedy tylko wszedł do środka i go zobaczył, zamiast uczucia satysfakcji ogarnęło go głębokie, duszące poczucie bezsensu. Po co on to wszystko robił? Po co wyobrażał sobie te durne rzeczy i w dodatku próbował wcielać je w życie? Rozczarowany sobą, nie potrafiąc wykrzesać z siebie choćby słowa, rzucił tę zniszczoną kurtkę na stos noży leżących przy półce, potarł rękoma twarz i bardzo mocno się zawahał. No bo pierwotnie chciał jak ostatnia szuja położyć się spać, ale teraz jakoś nie potrafił. Stał jak kołek wpatrując się w pracującego Alexandra i znowu nie potrafił nic powiedzieć, ale nie potrafił też stąd wyjść, nie potrafił się położyć. Po chwili zorientował się, że nie potrafił też oddychać. Złapał się za klatkę piersiową i nabrał powietrza w płuca z olbrzymim, palącym go bólem, ale jego twarz nie do końca to wyrażała. Jego brązowe oczy wlepione w brata sprawiały wrażenie, jakby był głęboko rozgniewany i oczekiwał przeprosin, tylko zapomniały dodać, że rozgniewany był głównie przez własne zachowanie. Te ręce mu zadrżały, zmieszany wydał z siebie takie krótkie i niezgrabne „mpmph”, sugerujące jakąś wolę nawiązania kontaktu, ale ewidentnie nieudaną. Ostatecznie podszedł do niego bliżej, opadł na podłogę i położył się na niej, opierając głowę o jego udo. I w takiej pozycji już został. RE: [12.07.1972] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić... - Alexander x Flynn - The Overseer - 17.03.2024 Kiedy Flynn przekroczył próg wozu, czekałem na jakiekolwiek słowo z jego strony, ale jak zawsze - w takich przypadkach - milczał. On z reguły milczał, niezbyt wiele mówił i to było normalne, ale jednak czasami brakowało mi jego głosu, jakichś pokrzepiających słów może...? Takich rzuconych właśnie na pocieszenie. Może za wiele nie wnoszących, ale brakowało mi tego, bo jednak teraz siedziałem nieruchomo, wpatrzony w te przeklęte pergaminy i zatracałem resztki swojej duszy w tej ciszy, przerywanej tylko krokami, rzuconą kurtką czy dziwnym westchnięcio-charknięciem ze strony Flynna. Na to ostatnie jednak nie wytrzymałem i spojrzałem na niego, szczególnie że wniósł wraz ze sobą dziwny, taki jakby morski, zgniły, mulasty zapach. Może trochę rybny...? Z trudem przełknąłem ślinę, bo wyglądał jak siedem nieszczęść, co jeszcze bardziej mnie dobijało. I wściekało, bo patrzył na mnie z wyrzutem, jak gdybym to ja mu to wszystko zrobił, a przecież...? Przecież to była moja wina, że się czepiałem, że miałem wątpliwości i chciałem sobie udowadniać nie wiadomo co. Ale plus był taki, że właśnie podszedł do mnie i... się przytulił? Można było to określić takim mianem. Ja, cóż, bez słowa położyłem dłonie na jego splątanych, dziwnie ułożonych włosach. Ogólnie raczej nie były układane, ale teraz było jakoś inaczej. Jego włosy były sztywne, zresztą jak również koszulka. I co teraz miałem zrobić...? Traktować to jako coś normalnego? Zniknął na dwa dni, wracał zdezelowany i kładł mi głowę na kolanach, a ja głaskałem jego włosy i miałem totalną pustkę w głowie. W sercu zresztą też. Te wszystkie emocje zgromadzone we mnie chciały wybuchnąć, ale jednak nie potrafiłem mu tego zrobić. Jakby nie patrzeć, to był Flynn, a ja nie chciałem go ranić, pragnąłem by było między nami w porządku, nawet lepiej niż w porządku, więc po prostu siedziałem i głaskałem. Ale - niestety - im dłużej tak trwaliśmy w bezruchu, tym bardziej pękałem. Chciałbym mieć serce z kamienia i być niewzruszonym w takich sytuacjach, ale jednak przez tych parę dobrych godzin, było nawet ich kilkadziesiąt, wierzyłem głęboko, że już go więcej nie zobaczę, a on teraz jednak tu był i jak gdyby nigdy nic... Bez słowa i w tym stanie. Przeklęte łzy same mi popłynęły. Nie mogłem ich dłużej wstrzymywać. Nie znosiłem tego braku władzy nad własnym ciałem, ale stało się. - Powiedz mi - zacząłem szeptem, zdecydowanie rozbity. Głos mi drżał. - Specjalnie to zrobiłeś? Tyle cię nie było. Myślałem, że już nie wrócisz - przyznałem się, zamykając swoje oczy. Zacisnąłem je wręcz usilnie. Dokładnie tak, jakbym chciał wymazać z siebie te wszystkie emocje, zapomnieć o nich, ale tak się nie dało. Słowo się rzekło. Moje dłonie spoczywające na jego włosach zatrzymały się bezwiednie. Wspominałem czasy, kiedy oboje byliśmy małymi chłopcami, jak zawsze mógł na mnie polegać. Starałem się otaczać go opieką i zawsze o niego walczyłem, a teraz... Teraz to nie było już takie proste i oczywiste. Siły rozłożyły się inaczej. Sam już się gubiłem, kto był tu silniejszy i kto bardziej mieszał. Może po prostu życie w związku nie było dla mnie? Nie chciałem by nasze uczucia szły ku utopii, ale im bardziej próbowałem je utrzymać w ryzach, tym było tylko coraz gorzej. Ta niemoc mnie dobijała. RE: [12.07.1972] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić... - Alexander x Flynn - The Edge - 17.03.2024 Nie było mu już niedobrze, przynajmniej nie fizycznie, ale jego psychika... to był już zupełnie inny temat. Jego dusza pulsowała. Dudniło mu w uszach od tego, co przeżywał w środku, od tego jak źle czuł się z samym sobą i jak głęboko wrzynało się w niego pieklące, narastające w środku i wbijające się w jego wnętrzności niczym kolce poczucie winy. Co było gorsze? Gdyby wrócił wczoraj, tak pijany, żeby zwymiotować na niego jak na Prewetta, czy dzisiaj? Po tym jak przeciągnął go po podłodze kolejnym dniem milczenia, ignorowania jego egzystencji i jasno wyrażonej potrzeby tego, aby byli blisko, nie rozdzielali się. Czy człowiekowi mogło drżeć serce? Bo jemu chyba drżało. Jeszcze mocniej kiedy czując dotyk palców na swojej głowie i przymykając oczy, lgnąc do tego dotyku, zdał sobie sprawę z tego, że być może miał o wiele większy problem, niż pierwotnie myślał. Ale co miał z tym zrobić? To było okropne, ale on naprawdę nie potrafiłby odłożyć na bok ani alkoholu, ani innych rzeczy, jakie wlewał w siebie w coraz większych dawkach, aby zabić to cholernie uczucie pustki. Nie był też pewny, czy gdyby naprawdę mocno się postarał, przestałby mieć te napady złości, przez które tak zgrabnie niszczył swoje i tak kruche już życie. Mógłby wrócić do rozładowywania tego w inny, stary sposób, ale to też nie pomogłoby ich relacji, tylko wygenerowało kolejne fale zmartwienia. Kolejne łzy toczące się po policzkach człowieka, którego naprawdę kochał, a z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu kłócił się z nim teraz raz za razem i nie potrafił tego zatrzymać. Czy powinien kłamać? Po tej całej scenie z Veritaserum, które kazał przyrządzić Lince, miał mu teraz mydlić oczy tym, że nie, oczywiście uciekł stąd przypadkiem, przypadkiem spił się na ruinie molo z dala od miasta i naprawdę, ale to naprawdę chciał do niego wrócić, po prostu ciąg niefortunnych zdarzeń zaciągnął go do New Forest, chociaż kilka dni temu tak się zapierał, że Laurent był kimś, kogo szczerze nie cierpiał i nie chciał tutaj widzieć. - Chciałem zro-obić ci na złość bawiąc się b-bez ciebie - przyznał, bo nie miał już tak naprawdę po co udawać inny scenariusz - chciał mu zrobić na złość, chciał, żeby tu siedział i żałował tego wszystkiego. Tego, że go tutaj nie zatrzymał choćby i na siłę. Tak cholernie irytowało go, kiedy którykolwiek z nich mówił o nim jak o kimś, komu trzeba było dać przestrzeń, wolność, to było... to było, jakby od razu spisywali go na straty i próbowali czerpać jakieś skrawki uwagi z ruiny człowieka, jaką stał się na przestrzeni lat. I mieli w tym cholerną rację. - Ale trochę za dużo wypiłem - odetchnął głęboko, zadzierając głowę do góry. Nie musiał na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że Alexander płakał, bo czuł to w jego podłamanym głosie. Cisnęło mu się na usta: zawsze wrócę, ale tak naprawdę ta obawa była uzasadniona. Mógł już tutaj nie wrócić i to nie dlatego, że nie chciał, tylko przez brak szacunku dla własnej egzystencji. RE: [12.07.1972] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić... - Alexander x Flynn - The Overseer - 17.03.2024 I kto wie? Może właśnie tak, jakąś krótszą lub dłuższa chwilę temu czuł się Flynn. Dusiłem się, jakbym znalazł się pod wodą. Traciłem czucie. Gubiłem się toni emocji, traciłem wątek, rezon, orientację. Pragnąłem usłyszeć coś innego, zakochać się na nowo we Flynnie, przytulić go i udawać, że nic złego nie miało miejsca, ale... Pragnąłem również prawdy i ją właśnie dostałem. Typowo wyjąkaną przez Flynna, w en jego uroczy sposób, ale... Ale... Ale trzeba było uważać na to, czego sobie człowiek życzył? O czym marzył? Prawda nie zawsze bywała łatwa, a w tym przypadku była wręcz niemożliwie ciężka. Słowa na złość, bawić się, bez ciebie obijały się o moją głowę i staczały mnie tylko niżej i niżej, jak gdybym jeszcze niżej mógł upadać. Nie powiedziałem nic, choć pełno zapytań cisnęło mi się na usta. Zawsze pragnąłem dla Flynna wszystkiego co najlepsze, a w zamian otrzymywałem,,. zemsty? Za co? Za to, że nam się nie układało? Doskonale pamiętałem, co o mnie sądził. Miał mnie za słabego i, tak na dobrą sprawę, ewidentnie miał rację. Pozwoliłem sobie na odsłonięcie się przed nim, na otworzenie serca, sowich uczuć i teraz, cóż, zbierałem żniwo. Mogłem mu nie ufać, jak to się starałem robić na początku, odgradzać się od niego, obserwować z daleka, a ja go, cóż, dopuściłem do siebie, wpuściłem do własnej przyczepy, do łóżka, do serca... Gdzie na dobrą sprawę może nie chciał być, skoro tak lekko przychodziło mu ranienie mnie? Ale co z jego uczuciami, co z miłością, z tymi panikami...? Ugh. - Czy tobie na mnie zależy? Wiesz, jak się czu-łem...? Wiesz, jak teraz... Jak ja teraz...? - zapytałem, właściwie chciałem pytać, ale nie byłem w stanie wykrzesać z siebie więcej. Było mi przykro, że Flynn nie liczył się z moimi uczuciami, z moim komfortem, ze mną. Może wcale to nie ze mną było coś nie tak? Może to jego wina? Jedyna i wyłączona? A może to obopólna? Cóż, niezależnie od faktycznego stanu, ja nie robiłem mu na złość, nie chciałem, żeby cierpiał. Wyprostowałem się na swoim miejscu, ale nie dlatego że nabrałem pewności siebie. Spojrzałem w górę. Nie chciałem by Flynn widział moją twarz, by na mnie patrzył w tym stanie. Niezależnie od tego, czy mogło mu na mnie zależeć i teraz mógł mieć wyrzuty sumienia, czy też robił to dla własnej zabawy i teraz karmił swoją złowieszczą duszę. Jedno było pewne - sam chciałbym za dużo wypić. Najlepiej tyle by mi się urwał film, by wyrzucili mnie z baru, uznali za kogoś, kim nie byłem. Jakiegoś kloszarda bez imienia. Jedno było pewne - nie chciałem być w tej chwili Alexandrem Bellem. - Co ja mam z tobą zrobić, Flynn? Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić. Liczy się tylko to, że chcesz - wyszeptałem gdzieś ku niebiosom, ale kierując te słowa w kompletnie inną stronę. Nie chciałem być w tej chwili Alexandrem Bellem, ale jednocześnie pragnąłem być epicentrum wszechświata Flynna. Miał taką śliczną, niewinną twarz, na którą właśnie opuściłem swoje spojrzenie. Tak bardzo oddałbym mu cały świat, gdybym mógł, tylko że to i tak nie byłoby wystarczające. - Powiedz słowo, a będę płonął przez dziesięć dni - dodałem jeszcze zmęczony. Co miałem zrobić? Żyć w tym marazmie i cieszyć się z tych drobnych, szczęśliwych chwil...? O ile jeszcze jakieś nadejdą? RE: [12.07.1972] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić... - Alexander x Flynn - The Edge - 18.03.2024 To poczucie winy drążące w nim dziury było wstrząsające, ale rzeczy, jakich się dopuścił... To też nie było tak, że tego wszystkiego żałował. Efekt był koszmarny, bo patrzenie na płaczącego Alexandra od razu wybiło go z rytmu, w jaki chciał wpaść wracając tutaj - nie potrafił przedłużyć tej tortury, jaką próbował mu zgotować - niemógłby potraktować go obojętnie, ale też nie potrafił tak po prostu go do siebie przytulić i udawać, że wszystko było w porządku. Wiedział, jak się czuł! Wiedział to wszystko i wcale nie uważał, aby czuł się choćby i o gram lepiej od niego, nawet jeżeli miał dużo na sumieniu. Wpakował sobie paznokcie do gęby i zaczął je przygryzać, kiedy tylko twarz Alexandra zniknęła mu z zasięgu wzroku i to coś znowu w nim rozebrzmiało - płomienna agresja na myśl o rychłym rozstaniu, o zostaniu porzuconym przez jakieś kompletne głupoty, chociaż wcześniej był tak żywo i energicznie zapewniany o wiecznej miłości. Czyli jednak?! Czyli jednak nie było tak, że on sobie to wszystko uroił - naprawdę mieli się rozstać? Spróbował odetchnąć, żeby się minimalnie uspokoić, ale to nie było proste, bo przecież już czuł... czuł, jak jego psychika kręci Alexandrowi bicz za to, co teraz powiedział, za sekundę... - Oczywiście, że mi na tobie zależy ty uparty idioto - wydusił z siebie ledwo, podnosząc się z podłogi, żeby złapać swojego brata za fraki i lekko szarpnąć nim do góry. Nie tak, żeby zrobić mu krzywdę - po prostu chciał zmusić go do kontaktu wzrokowego. - Siedzę tu z tobą od... od ilu?? - Zgubił się w tym sam, ale zaciskał mocno palce na jego koszuli i szarpał za nią. To pchał go w stronę oparcia, to znów przyciągał do siebie. Jednocześnie mówił. Przez zaciśnięte zęby, niewyraźnie. - Zaraz pewnie miną cztery lata... - Jeżeli naprawdę musiał wygryźć choćby resztki tego uczucia - zrobi to! - To kurwa płoń! Płoń i przestań się zachowywać, jakby ci na mnie nie zależało. Przysięgam... wolałbym, żebyś udusił mnie w nocy, niż mnie od siebie odpychał, a ty ciągle to robisz!! Dlaczego mnie wczo- Wiedział, że nie powinien się drzeć, bo ich rodzina musiała mieć ich po dziurki w nosie, ale to było silniejsze od niego. Krzyczał w taki nieprzyjemny sposób - jego głos łamał się gdzieś w połowie drogi, przez co mówił głośno, ale chrypiał przy tym, jakby zdarł sobie gardło. - Przedwczoraj nie zatrzymałeś?! Dlaczego nie chciałeś, żebym tu został?! - Szarpnął go ostatni raz, a potem go puścił. Zakrył twarz dłońmi i odsunął się na krok od tego cholernego krzesła. - M-mówiłeś mi, że po-olubisz mi k-każdego - pociągnął nosem - a a-a t-teraz t-t-teraz nie chcesz mnie nawet przyy sobie zatrzymać. RE: [12.07.1972] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić... - Alexander x Flynn - The Overseer - 19.03.2024 Napad wściekłości czy może usilne błaganie o uwagę? Niezależnie od tego, co kierowało Flynnem, wpatrywałem się w niego zaskoczony, bo nie spodziewałem się z jego strony takich reakcji. Potrząsanie mną, ciągnięcie za moje odzienie, podniesiony ton...? Może faktycznie go nie znałem, może faktycznie zbyt pochopnie oceniałem swoją wiarę w niego. Bo kimże był Fleamont Bell? Flynnem, Crowem czy The Edgem? Może każdym? A może już żadnym z nich? - Cztery lata będą we wrześniu - odpowiedziałem mu, bo to sobie dokładnie przeliczałem w głowie, kiedy myślałem o nas, o naszych relacjach, naszych dniach, miesiącach, latach. - I przestań... Przestań mówić o duszeniu. Nigdy bym cię nie udusił. I to nie ja... cię odpycham. Ty robisz wszystko, bylebym się od ciebie odwrócił. Nie wiem... Badasz moją cierpliwość, przeciągasz linę, sprawdzasz moją wytrzymałość...? Chciałbym być wyrozumiały, cierpliwy, najspokojniejszy, ale przez ciebie racę grunt pod nogami - odezwałem się totalnie zmęczony. Nie spałem za wiele. Flynn zresztą chyba również za wiele nie spał. Najchętniej zaciągnąłbym go teraz do szybkiej kąpieli, a potem do łóżka, zaopiekował się nim, ale wtedy... to coś między nami zostałoby w bezdusznym impasie. Nie chciałem tego, ale jednocześnie... cel uświęcał środki? Pewnie bym dokładnie to zrobił, gdyby Flynn właśnie nie zaczął przechodzić załamania. Wstałem - nie miałem pojęcia, jakim cudem, nie rozlewając ani nie rozpadając się na podłodze - i otoczyłem go ramionami. Nie chciałem, żeby płakał. Ech. Jednak zamiast impasu, miałem powrót do punktu wyjścia. - Chciałem, żebyś tu został, ale nie chciałem cię ograniczać, kiedy ty... kiedy wolałeś iść się dobrze bawić - odpowiedziałem, po czym pogłaskałem ręką jego plecy. - Jeśli cię to pocieszy, nie ruszałem się stąd ani o krok. Czekałem na ciebie - szepnąłem pokrzepiająco. Objąłem go jeszcze mocniej swoimi rękoma, wtuliłem się w niego, jak gdybym chciał tak utknąć na wieczność, przedłużyć tę bliskość w nieskończoność. Odkąd tylko wyszedł tamtej nocy, pragnąłem by z powrotem tu był, w moich ramionach. Wziąłem głęboki wdech i zamknąłem oczy. Tak, dokładnie tego chciałem. Nie chciałem myśleć o tych podłych rzeczach, wstrętnych teoriach, jeszcze gorszych słowach, które padły, które zostały dopowiedziane. Wolałem pozostać kimś wyjątkowym w oczach Flynna, prywatnym bohaterem, starszym bratem-opiekunem, kochającym partnerem, a nie kimś niewystarczającym, niegodnym, kimś, komu nie zależało. I nawet nie przeszkadzało mi, że cholernie cuchnął. To było to ciało, które pamiętałem. Ten sam układ mięśni, ta charakterystyczna miękkość, kruchość, drżenie, układ. Po tych kilku latach znałem jego ciało na wylot. I jego właśnie potrzebowałem, tej bliskości, ale też tego zachrypniętego głosu, czarnych loków, gubiącego się spojrzenia. RE: [12.07.1972] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić... - Alexander x Flynn - The Edge - 20.03.2024 Kurwa. Jasne, że miał to wyliczone. Oni z jakiegoś powodu pamiętali absolutnie wszystko, wszystkie daty, wszystkie pierdoły, a tym co pamiętał on były głównie emocje. To wrażenie, jakie w nim zostawili, słowa do których zmusiła go sytuacja. Nie potrafiłby przypomnieć sobie kiedy pierwszy raz wszedł do tego łóżka i go pocałował, ale pamiętał jak przerażenie wycofywało się na bok, jak ich twarze muskały ostatnie promienie letniego słońca, jak... Jak robił sobie nadzieję na to, że to wcale nie skończy się jak zawsze, a on sam będzie czuł się tutaj dobrze. Dlaczego on nigdzie nie potrafił czuć się jak u siebie w domu? Zawsze stał z boku. Z chłopaka doczepionego do podziemnego świata Fontaine stał się mężczyzną doczepionym do cyrkowego świata Alexandra Bella. To był jego dom, jego dokumenty, jego praca i jego życie. Stworzył tę sceniczną personę i te wszystkie elementy budujące Fantasmagorię, tak jak stworzył Crowa i rył te cholerne korytarze. Gdyby mu zadać pytanie czego on właściwie chciał, co w życiu osiągnął, to zaśmiałby się tylko. To była dla niego tak wielką niewiadomą i... Chciał stąd uciec, znowu. Boże, wszechświecie, jakakolwiek wyższa siło jaka mogła gdzieś tam nad nim czuwać, jeżeli ludzie naprawdę nie zamieniali się po śmierci proch i nie tracili świadomości na zawsze, to on już wcale nie chciał się zabić, zabicie się nie wystarczyło, on potrzebował przestać istnieć. Gdyby się nie urodził, to nie musiałby tego słyszeć, nie stałby tutaj zasłaniając twarz ze wstydu, że już któryś raz w tym miesiącu stał tu i ryczał, jakby wcale nie był dorosłym facetem mogącym z pełną świadomością wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, tylko tym małym, durnym, porzuconym przez matkę dzieckiem, które Tully przyciągnął tutaj za fraki i posadził przed miską owsianki smakującej tak obrzydliwie i gorzko, że do dzisiaj nie potrafił zmyć tego smaku z języka. Bo owsianki powinny być słodkie, a kochający się ludzie powinni stale zapewniać się o tym, że to uczucie jakie ich łączyło wciąż istniało. Jak ten debil mógł tego nie rozumieć? Zacisnął palce na jego koszuli, nie odsuwając się od niego nawet o włos, nawet na sekundę. Przywarł do niego całą możliwą powierzchnią swojego ciała i próbował oddychać, ale to oddychanie wychodziło mu tak dobrze jak mówienie w takich chwilach - bardziej przypomniało to dławienie się powietrzem niż wykonywanie podstawowych funkcji życiowych. - Wcale nie chciałem stąd iść - wyszeptał wreszcie, ledwo słyszalnie, bo twarz miał opuszczoną w dół - to było po prostu cholernie irytujące, że nie chciałeś, żebym tu został. - Tak bardzo, aby ten jednen impuls zadecydował o zniknięciu na dwa pełne dni. - Ale niech będzie - bo już to przecież słyszał, prawda? Że był kotem, jakimś cholernym dachowcem do dokarmiania. Ledwo mówił, ledwo łączył te słowa w pełne zdania, ale podniósł głowę do góry i spojrzał na niego. Wiedział, że nie wyglądał dobrze, ale to najwyraźniej pozostawało bez znaczenia, bo Al miał zamknięte oczy. - Zawsze będziesz na mnie czekał? - Nawet pięć lat, chociaż zostawił za sobą tylko cholerną kartkę? Piętnaście? Chociaż nie dał znaku życia ani razu, jakby to co zostawił za plecami nie miało żadnego znaczenia? - Powiedz mi to, p-przynajmniej to. RE: [12.07.1972] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić... - Alexander x Flynn - The Overseer - 24.03.2024 Byłem przeklęty i jednocześnie niezwykle obdarowany przez wszechświat. Wiedziałem to, byłem o tym uświadomiony niezwykle brutalnie emocjonalnie, kiedy słyszałem niewinne pytanie Flynna i jednocześnie otwierałem oczy by na niego spojrzeć. A on wpatrywał się we mnie swoimi ciemnobrązowymi oczami w taki sposób, jak gdyby miał właśnie otrzymać ode mnie potwierdzenie, że świat faktycznie istnieje i nie jest jego marnym wymysłem. Faktycznie ten świat istniał, a te jego oczy sprawiały, jego spojrzenie właściwie, że serce mi stawało... Może nie serce, tylko oddech...? A może ogółem czas. Nie miałem głowy by na tym rozmyślać, bo topiłem się w tym spojrzeniu. Flynn mnie ranił, sprawiał, że miałem mętlik w głowie, traciłem grunt pod nogami, ale był w tym tak niewinny, tak niepozorny, że nie potrafiłem się na niego gniewać. Nie chciałem go w takiej chwili sprowadzać na ziemię, siebie również nie. Wiedziałem, że nie powinienem na niego nigdy więcej czekać, nie robić sobie nadziei, najlepiej to się odciąć, ale ja chciałem na niego czekać. Tak jak czekałem, kiedy po raz pierwszy zniknął z cyrku. Nasłuchiwałem jego kroków, przemykałem spojrzeniem po klientach cyrku czy po samej trupie, próbując gdzieś tam rozpoznać tę twarz... I pewnego razu na powrót tu był, stał przede mną, a ja z pełni tych emocji zebranych we mnie przez ten czas walnąłem go w twarz. Ciekawa reakcja, nietypowa jak na mnie, ale czasami zastanawiałem się, kiedy znowu zdobędę się na podobny krok. Ile Flynn musiał ponownie sobie nagrabić i poprzesadzać bym uciekł się do przemocy fizycznej, do takie umknięcia nadmiaru energii, furii moich myśli. - Zawsze - odszepnąłem święcie o tym przekonany. Przerabiałem to każdego dnia i niezależnie od mojego stanu emocjonalnego, miałem czekać jutro, pojutrze, a jak los pozwoli, to nawet za sto lat. Ale to wcale nie oznaczało tego, że chciałem, że marzyłem dni, tygodnie, miesiące, a może nawet kolejne lata na niego czekać. Nie chciałem tego. Nie chciałem znowu tego czuć. Ale było to nieuniknione. Dlatego e brązowe oczy były moim darem i moim przekleństwem. Uniosłem jego podbródek by ucałować jego wargi. Górną, dolną, obie. - Ale, proszę cię mocno, nie wychodź następnym razem, kiedy będziesz chciał zostać. Błagałbym cię o to, żebyś za każdym razem tu zostawał, ale musiałbym cię zamknąć w klatce na lwy, a tego też bym nie zniósł, hehe - poprosiłem poważnie, a zaraz nieznacznie się uśmiechnąłem na wizję Flynna zamkniętego w klatce. Ryłby w jej podłodze kolejne skomplikowane obliczenia. RE: [12.07.1972] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić... - Alexander x Flynn - The Edge - 25.03.2024 Przynajmniej tyle. Przynajmniej tyle rozumiał - że miał tu siedzieć i na niego czekać, że miał go nie zostawiać, to było dla niego tak ważne, bo tak cholernie bał się odrzucenia... Jeszcze dzisiaj rano był praktycznie pewny nicości, jaka miała czekać tu na niego po powrocie - nie miał tu nawet za dużo do spakowania, przyszedł tu jak na ścięcie, chcąc sprowokować kolejną z rzędu kłótnię, po której wszyscy będą mieli go dosyć, a jednak Alexander przy nim trwał. To było niesamowicie ciężkie, żeby nie wybuchnąć teraz śmiechem ani płaczem. Śmiechem, bo to było takie kurwa żałosne. Płaczem, bo nawet on mu teraz współczuł. Jednocześnie za nic w świecie nie chciał znaleźć się w świecie skonstruowanym choćby o milimetr inaczej. Wiedział, że to było chore - nawet nie miesiąc temu wymusił na nim akceptację pojawienia się w jego życiu kogoś jeszcze, a teraz... - Myślisz, że bym się z niej nie wydostał, gdybym tego chciał? - Pomyślał, dodając do słodkiego momentu odrobiny goryczy. Bo to była prawda. Nie istniały kajdany, których by z siebie nie ściągnął. Nie poznał kłódki, której nie był w stanie otworzyć. Nie istniała klatka mogąca utrzymać go w ryzach. - Wydostałbym się z każdego miejsca, Al. - Mógł być tego absolutnie pewny. Ale Flynn nie miał odwagi powiedzieć tego na głos. - Tacy ludzie jak ja wygryzą dziurę we wszystkim, żeby zasmakować wolności. A jednak tu wracał. Wracał tu, chociaż to był taki grząski grunt, chociaż się tu ostatnio czuł tak niebezpiecznie... Przez to jak bardzo obawiał się bycia opuszczonym, nauczył się być tym, który odchodzi pierwszy, nawet jeżeli później nie mógł znieść własnego odbicia w lustrze i zgryzał paznokcie do krwi, nie mogąc wybaczyć samemu sobie tego, co znowu odpierdolił. Zapragnął wykrzesać z siebie odrobinę tej agresji sprzed chwili, ale jedynym co teraz czuł, było ciepło. Ciepło na które pewnie nie zasługiwał - bo czym sobie niczym zasłużył na te wargi stykające się z jego, na możliwość oplecenia Alexandra rękoma? Oparł się pośladkami o biurko, odchylając głowę do tyłu. Odsłonił tę szyję, bo domagał się większej ilości pieszczot, nawet jeżeli włosy śmierdziały mu wciąż morską wodą, a jeszcze kilka minut temu gryzły go wyrzuty sumienia po obudzeniu się w łóżku innego faceta. - Skoro będziesz na mnie czekał, to będę do ciebie wracał - zapowiedział z odrobinę zbyt nonszalancką miną jak na to, z jakim trudem wydusił z siebie te słowa. Ale robił to przecież celowo. To była jego mina kokietki, za kilka sekund przygryzie wargę, wpatrując się w niego z dołu. - Zauważyłem, że całkiem często do ciebie wracam... - szczególnie jak na częstotliwość ich kłótni o potencjalne zniknięcie Flynna z cyrkowego grajdołka - myślisz, że mam na twoim punkcie jakąś obsesję...? - Miał. Ale też jakoś bardziej zależało mu na tym, żeby Alexander szalał za nim - i chyba mu się to udawało. Bo to musiało być szaleństwo, żeby się tak zawzięcie trzymać tego człowieka. Co tak naprawdę sprawiało, że nie skończył sam na bruku? - Wiesz cz-czego chcę? - Ani tu zostać, ani stąd iść. Mógłby zostawić ten cyrk za sobą jeszcze dzisiaj, nawet jeżeli przywykł do tych ludzi, wciąż był kompletną szują. - Żebyś mnie sobie nigdy nie odpuścił - Przygryzł tę wargę, bo jedna z rąk zsunęła się z jego barku i zawędrowała w dół. Zaczął szarpać się z jego paskiem. Wpierw głowa podsunęła mu pomysł, aby zapytać: nie ma dla ciebie nikogo innego, prawda? Odrzucił to i zamiast tego powiedział: Nikt inny nie sprawia, że się tak czujesz, prawda? Bo tego był całkowicie kurwa pewny. Mógł go sobie kiedyś wymienić na kogoś spokojniejszego, kogoś, kto nie zamieniał jego życia w bagno, bo znowu kompletnie losowa rzecz sprawiła, że zaczął wysysać energię ze wszystkich wokół. Ale zawsze będzie myślał o tych jego durnych, gęstych rzęsach, zapadniętych policzkach i łzach spływających z kącików oczu. |