![]() |
|
[20.08.1968] Świt w Kniei | Samuel, Roselyn - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [20.08.1968] Świt w Kniei | Samuel, Roselyn (/showthread.php?tid=2883) |
[20.08.1968] Świt w Kniei | Samuel, Roselyn - Roselyn Greengrass - 12.03.2024 20.08.1968
Świt Na krańcu Doliny Godryka bujne sady Abbottów zderzały się z dziką, nieprzewidywalną naturą. Stanowiły umowną granicę między cywilizację a nieznanym. Przejście między jednym światem a drugim. W 68 roku nic się szczególnego w Kniei nie działo. Było tu wyjątkowo spokojnie - puszcza służyła czarodziejom do odprawiania swoich sabatów. Wspierała ich w ważnych chwilach, dawała cień i schronienie podczas upałów, a także chroniła przed wiatrem podczas wichury. Teren Kniei należał do jej rodziny od pokoleń. Babka opowiadała jej, że drzewa zostały zasadzone na szczątkach jej przodków. To była dość makabryczna opowieść, jeśli przyjąć do wiadomości fakt, że Rose była wtedy zupełnie małą dziewczynką. A jednocześnie historia ta budowała w niej głęboko zakorzenione poczucie przynależności do tego miejsca oraz magicznej społeczności. Od zawsze była związana z naturą - to, że ojciec ją niejako w ten związek wrzucił, nie miało dla niej najmniejszego znaczenia. To było jej dziedzictwo i jestestwo. To był jeden z niewielu momentów, w którym młoda czarownica czystokrwistej rodziny godziła się na los, który jej zaplanowano zanim jeszcze się urodziła. Bo nie chodziło tu o małżeństwo czy rodzenie dzieci - a o bycie częścią rodziny, częścią tej ziemi i służenie jej, przekładając swoje dobro nad dobro przodków. Roselyn często przekraczała tę granicę, przechodząc przez sady zaprzyjaźnionych Abbottów. W Kniei czuła się jak w domu. Znała wytyczone tutaj, dla niewprawnego oka prawie niewidoczne ścieżki. Wiedziała jak się poruszać w taki sposób, by uniknąć potknięcia o wystający korzeń. Wiedziała gdzie i jak uciekać, gdy słyszała niepokojący szmer z oddali. Ale co najważniejsze: wiedziała, że Knieja Godryka aż kipiała tu od zaklętej, buzującej magii. Zioła, które tu rosły, miały inną moc i przede wszystkim inaczej się rozwijały. To było coś, czego nikt nie potrafił wyjaśnić inaczej niż zaklętą w tym miejscu magią. Greengrassówna wiedziała doskonale, że mieli rację, ale czasem - tylko czasem - bardzo chciała się upewnić, czy to na pewno tylko magia. Bo była kobietą nauki, nie potrafiła tak łatwo odpuszczać, ku niezadowoleniu otoczenia. Gdy odwiedzała Knieję, Roselyn rezygnowała z sukien, nawet jeśli te były krótkie i wygodne. Tak jak teraz przywdziewała długie spódnice, wysokie buty i cieniutkie spodnie pod spód. Stawiała na zwiewne bluzki, rezygnowała z drogich torebek na rzecz niewielkiego plecaka, wypełnionego skórzanymi futerałami, w których tkwiły fiolki. Puste, pełne eliksirów - w wielosztukach. Bo nie szła tu na spacer wbrew pozorom, chociaż miała przy sobie kanapkę i termos z dobrą, angielską herbatą. Dzisiaj miała zapuścić się w nieco inne rejony, głębsze niż zazwyczaj. Ale od początku gdy tylko zboczyła ze znanej jej ścieżki, coś jej nie pasowało w Kniei. Była pobudzona, a jednocześnie jakby zaspokojona. Od drzew biła energia, której nie rozpoznawała. Jakby zamiast roślin miała przed sobą stado zadowolonych, nakarmionych kotów - to był dokładnie ten vibe. Poznawała go, bo sama lubiła koty, ciężko go było pomylić z czymkolwiek innym. Roselyn nie była tchórzliwą trzpiotką - przecież to był jej teren, prawda? Na dodatek była bardzo ciekawska, żeby nie powiedzieć, że wścibska. Nic więc dziwnego, że gdy tylko wyczuła w Kniei zmianę, zeszła z dróżki i zanurkowała między drzewami, próbując odkryć źródło tego rozkosznego poruszenia. RE: [20.08.1968] Świt w Kniei | Samuel, Roselyn - Samuel McGonagall - 13.03.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ban2irE.png[/inny avek] To był dzień. Kolejny dobry dzień. Słońce wciąż budziło się dość wcześnie, ale Białka nie dawała mu spać. Zawodzące beczenie było nie do zniesienia, koza domagała się dojenia i natychmiastowego wypuszczenia na niewielką polankę przystosowaną do potrzeb świeżo upieczonej matki. Dwie kózki tarzały się w słomie, robiąc więcej rabanu niż można byłoby podejrzewać po takich maluchach. Ale to kozy. Kozy oznaczały niekończące się problemy. Ogarnął się, narzucając na plecy wysłużone, zmęczone codziennością ubrania. Starte jeansy błagały o litość, wypłowiała koszula niemalże rozpadała mu się na plecach. Wiedział, że na najbliższym jarmarku dożynkowym będzie musiał zajrzeć i kupić sobie nowe ubrania. Będzie musiał iść na ten jarmark i sprzedać cokolwiek, by na ubrania było go stać. Minęły już trzy lata, trzy długie lata oczekiwania na powrót matki. Cóż – myślał sobie, zaskakująco optymistycznie, jak na tragedię, która go spotkała – Nawet jeśli jest ptakiem, może przysiąść na jednej z wielu gałęzi i dostrzec, że czekam. Jeśli opuszczę chatę na dwa dni, nie obrazi się przecież...– przekonywał sam siebie. Słyszał, że klątwa Maledicus dotyka tylko kobiety. Uważał jednak, że to nie prawda. Że to klątwa całej rodziny. Ponoć fakt, że urodził się chłopcem zakończył krąg. Oby. Ogarnął kozy. Nie było to trudne, nawykł do pracy przy nich i sprawiała mu ona niekłamaną przyjemność. W końcu byli to jego jedyni towarzysze, rozmówcy, przyjaciele. Pewna stała w domu, przez który czasem przewijały się inne, znalezione w głuszy, poranione zwierzęta. Pomagał im zawsze, wiedząc, że dobro posłane w Knieje powróci kiedyś do niego, kiedy on będzie potrzebował pomocy. Dziś miał plan sprawdzenia kilku zmęczonych drzew. Zdawało mu się, że las pragnie oddać mu ich pnie, wykluczając ze swojej tkanki tych, którzy dokonywali swojego żywota. Nigdy nie ścinał drzew na oślep. Matka nauczyła go jak rozpoznawać co las daje, aby nigdy go nie okradać. To jak przycinanie włosów, czy obcinanie paznokci Samuelu. Nie chcesz przypadkiem naruszyć nożykami opuszków czy uszu. Podchodził do tego z wielką dbałością, posiłkując się niedźwiedzią siłą, ofiarowaną mu krwią McGonagallów. Musiał jednak się upewnić, aby nie popełnić błędu. Nie chciał ranić zdrowej tkanki... Zanim jednak tam się udał, czekały go przenosiny dzikiego ula. Drzewo zamieszkałe przez pszczoły przewaliło się nad skarpą i rychło mogło się okazać, że przy następnej wichurze podmyta ziemia zabierze rój płynącą przez knieję rzeką. A tego przecież nikt by nie chciał. Zawsze też warto było mieć w swojej okolicy zaprzyjaźnione pszczoły, a miał już dla nich wybrane miejsce. Gdy Roselyn go znalazła, układał właśnie do zbudowanego własnoręcznie ula woskowe płaty, wcześniej zabezpieczone w skrzynce i przeniesione z największą ostrożnością w okolice leśniczówki. Wszędzie dookoła unosiły się puchate kulki na skrzydłach, chodziły po jego nieosłoniętej skórze, ale zdawały się być spokojne. – Zaraz oddam Wam matkę maluchy – powiedział miękko, z czułością, uśmiechając się do roju, nawet jeśli on ani go nie słyszał, ani nie widział tak, jak mogła to zobaczyć kobieta. Blondyn na razie jej nie widział skupiony na pracy. Choć sądząc po jego postawie, raczej nie nazwałby tego pracą. RE: [20.08.1968] Świt w Kniei | Samuel, Roselyn - Roselyn Greengrass - 13.03.2024 Im dłużej szła, tym więcej słyszała. Bzyczenie pszczół, świergot ptaków, szum liści w koronach drzew. Ten dzień zapowiadał się naprawdę pięknie. Ale coś ciągnęło ją w nieznane - być może jakaś magiczna siła jej przodków, a być może zwykła ludzka ciekawość. Roselyn zdała sobie sprawę z tego, że akurat tą część Kniei jakoś podświadomie omijała. Teren był ogromny, a ona nie bardzo miała czas, żeby eksplorować wszystko. Na samym początku pilnowali ją rodzice, później zaczęła chodzić do Hogwartu, a potem od razu rzuciła się w wir pracy w firmie swojego ojca. I chociaż kochała wędrówki mimo swojej słabej budowy i faktu, że musiała często przystawać, by złapać oddech, to nie zapuszczała się jakoś mocno dalej. Przynajmniej do dzisiaj. Beczenie kóz było słyszalne z daleka. Greengrassówna zmarszczyła brwi, bo to nie był dźwięk, którego się spodziewała w środku Kniei. Kozy nie żyły dziko w lasach. Być może komuś uciekły i jakimś cudem przeżyły? Istniała taka opcja, ale była też druga, bardziej niepokojąca - taka, która sprawiła, że w jej gardle pojawiła się wielka gula, a serce na moment przestało bić ze strachu. To był teren jej rodziny, nikt nie mógł tu przebywać bez ich pozwolenia, przynajmniej na stałe. W pierwszej chwili miała ochotę zawrócić, ale co jeśli ktoś po prostu tędy szedł na targ, do pobliskiej wioski, i się zgubił? Co jeśli ten ktoś potrzebował pomocy? Rose chwilę się wahała. Naprawdę długą chwilę. W końcu jednak doszło do tego, że podjęła decyzję. Ale na wszelki wypadek wyciągnęła różdżkę. Starała się iść cicho, chociaż im dalej w las, tym głośniejszy był dźwięk kóz. Beczenie ustało, zmieniło się na nieco cieńsze odgłosy, charakterystyczne dla młodych. To wcale nie sprawiło, że do głowy Roselyn przyszły jakieś wyjaśnienia. Wręcz przeciwnie: miała jeszcze więcej pytań i obaw. Wychodziło na to, że ktoś tu mieszkał? Ale to było niemożliwe, przecież Greengrassowie by o tym wiedzieli, prawda? A może wiedzieli, tylko ojciec jej nie powiedział? Chociaż wątpiła, bo przecież ojciec zdawał się jej mówić o wszystkim. Pokładał w swojej córce ogromne nadzieje i powierzał jej sekrety, z którymi wiedział, że sobie poradzi. Rose ostrożnie więc stawiała stopy, mając gdzieś z tyłu głowy informację, że musi uważać. I miała rację - zaledwie kilka minut po podjęciu decyzji, by sprawdzić co się działo w Kniei, kątem oka wychwyciła ruch przy przewalonym drzewie. Dostrzegła męskie plecy i słomiane włosy, rozpadającą się koszulę. I pszczoły. Dużo pszczół. Czy on właśnie kradł im miód? Z początku ogarnęła ją złość, a długie palce zacisnęły się mocno na rękojeści różdżki. Ale zaraz po tym przyszły słowa. Zaraz oddam wam matkę, maluchy. Tak nie mówią złodzieje i niszczyciele przyrody. Tak mówią raczej opiekunowie. Greengrass zmarszczyła brwi. Nie wiedziała, co ma zrobić - odezwać się? Odchrząknąć, by zwrócić na siebie uwagę mężczyzny? A może po prostu rzucić zaklęcie? Nie, to ostatnie było głupie, chociaż na wszelki wypadek uniosła różdżkę tak, by móc się bronić. W końcu była sama w środku lasu z obcym mężczyzną, którego nie powinno tu przecież być. - Unieś ręce i odejdź powoli od ula, proszę - powiedziała cicho. Być może nieco za cicho. W jej głowie brzmiało to groźnie. W rzeczywistości jej cichy, głęboki i zdecydowanie łagodny głos sprawił, że faktycznie zabrzmiała to jak miła prośba i zaproszenie na herbatę, a nie groźba. RE: [20.08.1968] Świt w Kniei | Samuel, Roselyn - Samuel McGonagall - 14.03.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ban2irE.png[/inny avek] Mówiła cicho, ale Knieja nie lubiła, gdy jej mieszkańcy nie byli czujni i spostrzegawczy. Tak samo teraz, jej głos, który tak wtapiał się w poszum liści i świergot ptaków, był jednak głosem innym od leśnej tkanki, mimo że – z racji krwi – należącym do niej. Odwrócił się niespiesznie, pszczoły nieświadome sytuacji wciąż lgnęły do niego, łagodnie otaczajac go lub chodząc po nim. Jego twarz była zdziwiona, błękitne oczy taksowały nieznajomą kobietę. Rejon, w którym mieszkał nie był aż tak magiczny, by ściągać do siebie badaczy czy czarnoksieżników. Nad dachem znajdowało się co prawda gniazdo świergotników, nie było ich tak wiele, by zwracać na siebie uwagę, by lądować na mapach kłusowników. Nieco dalej na północ znów leżała polana będąca domem lunabal, ale znów, futrzaste wielkookie stworki były zbyt pospolite i łatwe do hodowli, aby ktoś się po nie kłopotał. Uniósł ręce ku górze, nie miał nigdzie różdżki, ale lewa dłoń była cały czas zamknieta. – Słuchaj... em... nie mam nic cennego ponad kilka starych książek ale mogę Ci je oddać, oddać wszystkie, tylko... daj mi odłożyć królową dobrze? Zaraz zaczną się niepokoić, że jej nie ma, a bez niej zginą. – poprosił, nieudolnie próbując ukryć napięcie w głosie. Tłumaczył to wszystko jednak na ile mógł spokojnie, jak pięciolatce, magowie zwykle zapatrzeni w czubek własnego nosa, mieli w głębokim poważaniu pszczoły i zasady ich egzystencji. Coś w jego głosie świadczyło, że nie dba zupełni w tym momencie o siebie, a bardziej o przeniesioną do zbitego deskami ula rodzinę owadów. RE: [20.08.1968] Świt w Kniei | Samuel, Roselyn - Roselyn Greengrass - 14.03.2024 Roselyn zdecydowanie nie wyglądała na kłusownika. Ba, nie wyglądała nawet na kogoś, kogo należałoby się bać. Była dość wysoka, to prawda, ale przy tym chuda, na granicy niedowagi. Twarz miała ładną, przyjemną dla oka i dość przyjazną - nawet w tej chwili, gdy wyciągała przed siebie różdżkę i zaciskała usta w wąską kreskę nie wyglądała wcale niebezpiecznie. Być może to była ta drżąca ręka, ściskająca nieco za mocno rękojeść broni. A być może to ten warkocz, zapleciony w koronę dookoła głowy? Albo spódnica i jasna bluzka, wciśnięta za jej gumkę? Czy to może ten malutki plecak, który miała na jednym ramieniu. W każdym razie panna Greengrass wcale a wcale nie wyglądała na kogoś, kto mógłby zaatakować sam z siebie. - Co? Nie chcę żadnych książek - zamrugała skonsternowana. O czym on mówił? Czemu nagle gadał o jakichś książkach? - Odłóż ją, nie chcę, żebyś je niepokoił. Bardzo kusiło ją, by powiedzieć mężczyźnie, że to jej las. Jej Knieja, jej integralna część, która przepływała przez całe jej ciało, dodając odrobinę odwagi. Bo przecież gdy Greengrass znajdzie się w niebezpieczeństwie, to Knieja stanie w jego obronie. Być może to była legenda, głupia bajka, którą młodą Rose karmiła babka, a następnie ojciec, ale w każdej legendzie było ziarenko prawdy. W tej chwili Roselyn kurczowo trzymała się tej myśli: jeżeli Samuel ją zaatakuje, to Knieja ją obroni. Nie da jej skrzywdzić. Co nie znaczy, że zamierzała opuszczać różdżkę, nawet jeśli najchętniej teleportowałaby się stąd gdzieś hen daleko. W jej oczach nieznajomy stanowił zagrożenie, a przecież to była umowa obopólna. Knieja chroniła ich, oni chronili Knieję. Dała mu czas, by dokończył to, co zaczął. Bez pośpiechu - doskonale wiedziała, że pszczoły tworzyły skomplikowany, żywy organizm. Rój, który miał jeden cel, jeden mózg. Ich komunikacja także była fascynująca. Gdy chciały się porozumieć, tańczyły. Natura potrafiła być piękna i zaskakiwać, ale jednocześnie potrafiła być niezwykle nieprzewidywalna. Tak jak teraz, gdy Samuel odkładał ostrożnie królową, a w koronach drzew zaszumiał wiatr. Kilka pojedynczych liści, zdecydowanie zbyt zielonych i zbyt młodych na opadanie, miękko wylądowało na ramionach i dłoni Roselyn. Dosłownie na chwilę, bo zaraz poderwały się ponownie, jakby same rwały się do tańca. Jakby Knieja chciała jej coś powiedzieć. - A teraz odsuń się, proszę. I powiedz co tu robisz. Nie powinno cię tu być, nikogo nie powinno tu być - naprawdę starała się, żeby to zabrzmiało groźnie, ale znowu głos jej zadrżał. Była młodziutka, sprawiała wrażenie że w każdej chwili ktoś mógł podejść i ją złamać wpół jak cienki, suchy patyk. Wyglądało na to, że boi się Sama bardziej niż on jej. Tylko że to ona miała w ręku różdżkę, nie on. Więc w teorii była na lepszej pozycji. RE: [20.08.1968] Świt w Kniei | Samuel, Roselyn - Samuel McGonagall - 14.03.2024 – Och cudownie, ja też nie chcę jej niepokoić dłużej, niż było to konieczne... – paradoksalnie, jej odpowiedź rozpromieniła mu twarz, szczerym, niemalże dziecięcym uśmiechem. Od razu, łagodnym gestem zniżył dłonie i otworzył palce. Wewnątrz niewielkiej drewnianej spinki, stworzonej specjalnie po to, by móc przenosić królowe bez konieczności dotykania ich, znajdowało sie serce i łono tego roju. Z wyćwiczoną delikatnością uchylił przygotowane przez siebie drewniane sztachetki, do których przyczepione były plastry. Nie zabrał im nic, zbliżała się jesień, a on nie potrzebował słodziwa. Wiedział też, że potrzebują oswoić się z nowym, bezpiecznym miejscem. – No już... – przemawiał łagodnie, niepomny na to, że ktoś mierzy do jego pleców z różdżki. – ...już wracasz do dzieci, tu Wam będzie dobrze, szybko znajdziecie drogę do łąki, a Lunki z pewnością Was pokochają. – mruczał kojąco, niespiesznie zdejmując pszczoły z dłoni, a potem mając Bardzo Dużo Czasu na zamknięcie wieka z ostrożnością, aby nie uszkodzić żadnego z owadów. Gdy już skończył, otarł zadowolony ręce o koszulę i dopiero wtedy zobaczył znów zestresowaną mocno kobietę patrzącą na niego swoimi pięknymi, ogromnymi jak talerze oczami. Było w niej coś urokliwego, przypominała mu niedźwiedzicę broniącą swoich młodych. Dziwne... nie widział w jej otoczeniu żadnego dziecka. Uniósł dlonie znów ku górze, z lekko przepraszajacym uśmiechem, że nieco inaczej wyznaczył sobie priorytety. – Mmm... no ja tu mieszkam. Tam za tymi krzakami stoi mój dom. – odpowiedział jej odsuwając się od ula, ale nie podchodząc do niej. Nie zamierzał jej prowokować w żaden sposób, przecież tylko rozmawiali. Chyba. – No i nie wiem czy nikogo nie powinno tu być, zasadniczo przez te lata co jakiś czas pojawia się w lesie, choć zdecydowanie bliżej wrzosowisk. Ludzie lubią tańczyć na polanach, chłonąć magię i spokój bezpośrednio z ziemi. Niektórzy są też nierozsądni i wędrują o tam w głąb po surowce, mimo że zwykle im to odradzam, ale cóż... Nie mi wybierać kto chce oddać ciało Kniei. – opowiadał jej spokojnie, jakby siedzieli u niego w chacie nad kubkami pełnymi parującego naparu. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ban2irE.png[/inny avek] RE: [20.08.1968] Świt w Kniei | Samuel, Roselyn - Roselyn Greengrass - 14.03.2024 W tym mężczyźnie było coś innego. Nie wyglądał na osobę, która mogłaby skrzywdzić zwierzęta - a tak właśnie na samym początku go odebrała. Jednak to, że tutaj był i grzebał przy barci, było na tyle niepokojące, że Roselyn nie zamierzała opuszczać różdżki. Nawet pomimo faktu, że to była bardzo niewygodna pozycja i ręka zaczynała ją boleć. Ach, może to stąd drżenie rąk? Może to nie był strach, tylko wysiłek? Ciemnowłosa wciąż go obserwowała, chociaż już nie tak natarczywie i oskarżycielsko, jak wcześniej. W jej oczach błysnęło zainteresowanie, bo dawno nie miała kontaktu z kimś, kto byłby tak delikatny dla natury. Nie krępował się jej obecnością i niemal z matczyną czułością rozmawiał z pszczołami. Ale... Czemu w takim razie w ogóle je przenosił? Greengrass zerknęła na strumyk i coś zaświtało w tej pięknej główce. Czy on je właśnie ratował? Przecież zwalone drzewo przy pierwszym lepszym deszczu przewróci się jeszcze bardziej, wpadnie do strumyka, a ul zostanie zalany. Czyżby dokonała złego osądu? - Wiesz dobrze, że nie o to mi chodziło! - prychnęła na wspomnienie tego, że ludzie tu chodzą, podróżują, odpoczywają i korzystają z polan. Trochę jak małe dziecko, które się naburmuszyło, bo zostało źle zrozumiane. Brakowało tylko tupnięcia nogą i nadęcia policzków. Opcjonalnie wsadzenia palców w uszy z cichym "lalala nie słucham cię, jesteś głupi". - Nie powinno tu nikogo być, kto kradnie pszczoły i ma jakieś książki! Sprecyzowała, odrobinę opuszczając różdżkę. Mówił, że tu mieszka. Ale to chyba nie było możliwe? Tata by jej o tym powiedział. Chociażby po to, żeby ją ostrzec, by się tu nie zapuszczała sama. Bo mógł być i najłagodniejszym mężczyzną na świecie, ale wciąż był obcą osobą, która stanowiła potencjalne zagrożenie. Jej ojciec wiedział o jej samotnych wędrówkach, zresztą nie tylko ona tu chodziła sama. Powinien więc ją ostrzec, zwłaszcza jeśli ktoś postanowił tu zamieszkać. O ile zrobił to za jego wiedzą. Bo przecież by wiedział? Albo po prostu zapomniał jej o tym powiedzieć. Czy Thomas Greengrass mógł pominąć przypadkiem tak ważną informację? Czy może jednak nie dzielił się z córką wszystkimi informacjami? Na samą myśl o tym serce Rose drgnęło. Przecież to było możliwe. Każdy miał swoje tajemnice - ona nie była wyjątkiem. Po prostu... Chyba nigdy nie myślała o ojcu w kategorii kogoś, kto mógłby przed nią coś ukrywać. Nie, jeśli już to na pewno zapomniał. Tak, myślenie w ten sposób było mniej emocjonalne i bezpieczniejsze. - Co to znaczy, że tu mieszkasz? Ojciec nic nie mówił, by ostatnio pozwolił komuś zamieszkać w Kniei - nie bardzo chciała zdradzać obcemu mężczyźnie, kim była, ale jakoś tak samo to wyszło z jej ust. Skrzywiła się na te słowa, bo nie raz i nie dwa zdarzało jej się coś chlapnąć bez pomyślunku, ale to... No cóż. Minus dla Roselyn. Albo i dwa minusy, za potężny brak myślenia. Może jeszcze adres by mu podała i zaprosiła na herbatkę, wcześniej upewniając się, że nikogo nie było w domu? - Ale ty nie kradłeś tych pszczół, prawda? Zmieniła temat, licząc że to małe wymsknięcie się kilku słów za dużo po prostu zostanie przemilczane. Całkowicie opuściła różdżkę, by dać ręce odpocząć. Mięśnie bolały, nie była przyzwyczajona do trzymania ciągle tej samej postawy, chyba że mówimy o siedzeniu. W siedzeniu była dobra. RE: [20.08.1968] Świt w Kniei | Samuel, Roselyn - Samuel McGonagall - 17.03.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ban2irE.png[/inny avek] – Wiem? – brzmiał trochę, jakby się z nią droczył, jakby ją przedrzeźniał. Ściągnięte brwi jednak, obronne drapanie się po karku i rozmyślanie o tej dość kuriozalnej sytuacji, wskazywało na uczciwość jego intencji. Wszystko zależało od tego jak Roselyn była dobra w czytaniu ludzkich intencji. Bo na ten przykład Sam był w tym całkiem beznadziejny. – Nie wiem kim jest Twój ojciec i dlaczego miałby możliwość zezwalać i odmawiać mieszkania w Kniei... – To brzmiało prawie jak System, przed którym przestrzegali go rodzice, a którego sam jak tylko mógł unikał. Co prawda miał podstawowe dokumenty urodzenia, ale list do Hogwartu poszedł z dymem, spalony rytualnie w rodzinnym kręgu na pomyślność nadchodzących lat domowej edukacji. Samuel nie miał do końca świadomości ile musiała zrobić jego matka Berenika i jak mało przyjemne listy wymieniła ze swoją ciotką Minevrą McGonagall aby to osiągnąć, ale w jego dziecięcych oczach to że ktoś komuś coś każe i zabrania, to że ktoś może zdecydować o cudzym losie było bardzo niesprawiedliwe a już absolutnie w Kniei było to niedopuszczalne. Las był jego domem od zawsze i fakt, że ktokolwiek mógł zarządzić inaczej napawał go gniewem podszytym wielkim strachem. – ..ale absolutnie się zgadzam, że kradzież pszczół z Kniei jest niedopuszczalna. A czekaj... Bo Ty myślałaś że to ja kradnę pszczoły? – zmiana tematu rozluźniała emocje. Wsparł się w bok i zaśmiał wyraźnie rozbawiony tą insynuacją. – Och nie, zazwyczaj, kiedyś jak jeszcze jeździliśmy z matką do Doliny, to raczej zabieraliśmy pszczoły DO Kniei, tak aby nikt ich bezmyślnie nie truł w obawie o swoje domostwo. To zmyślne małe bestie, wszędzie się upchną i uważają, że ul w środku miasteczka to dobry pomysł. – z uczuciem pogładził ul, po czym wskazał na leżące parenaście metrów dalej przewalone drzewo. – Potrzebna im była mała przeprowadzka, nie wybaczyłbym gdyby ten rój ucierpiał. Był tu odkąd pamiętam. – nutka sentymentu zakradła się do wypowiedzi, ale też dotarło do niego, że jego rozmówczyni choć wychodziła doń z poziomu władzy i zastraszania go przymusowym wysiedleniem, również miała na uwadze dobro pszczół. Może nie była taka zła. – Masz może ochotę na napar ziołowy? Mam dobrą mieszankę na kojenie nerwów, przyjemnie też chłodzi przez mięte, a dziś zapowiada się dość parno. – zaproponował po raz drugi i ruszył w kierunku swojego domku, niepomny na to, że wypadałoby poczekać na odpowiedź. Cóż, nie miał kto go tego nauczyć. RE: [20.08.1968] Świt w Kniei | Samuel, Roselyn - Roselyn Greengrass - 18.03.2024 Na początku faktycznie wzięła jego słowa jako przedrzeźnianie. Nawet zdążyła zrobić niezadowoloną minę, ale w zasadzie chwilę potem zobaczyła, że on chyba naprawdę nie żartował. Łypnęła więc tylko nań podejrzliwie, mrużąc nieznacznie oczy, jakby chciała ocenić, czy robi ją w męską część ciała której nazwa nie przejdzie jej przez gardło, czy naprawdę nie wiedział, co miała na myśli. - Nieważne. Nie musisz wiedzieć - mruknęła, machnąwszy ręką. Bo i tak za dużo powiedziała, a przecież rozmawiała z obcym człowiekiem pośrodku lasu. Nie tylko jej rodzina zmyłaby jej głowę za coś takiego. Przede wszystkim powinna w ogóle się nie odzywać, tylko teleportować z powrotem do domu i powiedzieć ojcu, co widziała. I kogo. A jeśli nie, to na pewno nie powinna grozić obcym różdżką - powinna była przeprosić za zamieszanie i się oddalić. Najlepiej zniknąć, żeby nie mógł jej śledzić i zrobić krzywdy. A na pewno nie powinna się narażać dla pszczół. Nie spodobało jej się, gdy się zaśmiał. Na jej twarz znowu wrócił pochmurny, niezadowolony wyraz twarzy. Co za burak! Jakby ona potrafiła czytać w myślach i odczytywać intencje innych ludzi. Być może w innych okolicznościach i gdzie indziej mogłaby spróbować wyczytać, co tak naprawdę Samuel miał na myśli i co sądził, ale tutaj była po prostu zbyt rozdrażniona, żeby się skupić. Cała ta sytuacja była dość stresująca, wyprowadziła ją z równowagi. - Nie śmiej się! Co byś sobie pomyślał na moim miejscu, co? - prychnęła niezadowolona i lekko przestąpiła z nogi na nogę, zwalczając odruch, by jedną z tych nóg tupnąć ze złości. - Nie. Nie przyjmuję niczego od nieznajomych. Odburknęła, ale wbrew sobie ruszyła za nim. Nie będzie piła sobie herbatki czy ziół z obcym typem, który w zasadzie nie wiadomo, co tu robił i jakie miał zamiary. Roselyn może i była ufna, może i była częściowo na swoim terenie, ale nie była aż tak naiwna, żeby brać cukierki od obcych. Czy tam zioła. To była podstawa, której uczono już w magiprzedszkolu. - Czyli jednak tu mieszkasz. Czy Greengrassowie pozwolili wam się tu... Osiedlić? - ostatnie słowo wypowiedziała trochę niepewnie, bo przecież osiedlić zwykle dotyczyło osady, a Samuel wydawał się sugerować, że mieszka tu sam. Ewentualnie z matką. - Zamieszkać. Cokolwiek - poprawiła się, jednocześnie nerwowym ruchem poprawiając plecak na ramieniu. Chciałaby jeszcze zadać mu kilka pytań, ale w zasadzie to nie był odpowiedni czas na to. Jeszcze pomyśli, że się tym tematem zainteresowała. Co z tego, że taka była prawda - nie musiał o tym wiedzieć, prawda? RE: [20.08.1968] Świt w Kniei | Samuel, Roselyn - Samuel McGonagall - 21.03.2024 Trochę nie rozumiał tej sytuacji, z drugiej strony zdecydowanie wyszedł z wprawy w rozmawianiu z kimś, kto ma możliwość odpowiadać. Zwykle, trochę jak księżniczki z baśni, które otrzymał przed laty od swojej dawnej miłości, rozmawiał ze zwierzętami – swoimi kozami, znalezionymi zranionymi lunabalami czy ptakami, które wypadły z gniazda i wymagały kilku, kilkunastu tygodni odchowania, aby wzlecieć i powrócić do kręgu życia kniei. Rozmawiał też z pszczołami, z drzewami, krzakami. Nikt nie odpowiadał. Interakcje z ludźmi ograniczały się do oglądania ich z poziomu krogulczego oka, śledzenie intruzów, pilnowanie, aby nie robili krzywdy puszczy. Może to był właściwy trop, może nieznajoma też w ten sposób penetrowała dość rozległy przecież las i sądząc, że chce zrobić krzywdę pszczołom zaingerowała. Był to jakiś, jakikolwiek wspólny mianownik, dzięki któremu łatwiej było mu zrozumieć jej intencje i nerwowe ruchy. Nie mógł tylko zrozumieć, czemu ciągle powraca do jakiegoś pozwolenia na mieszkanie w miejscu, w którym mieszkał od zawsze. Skoro odmówiła herbaty, przysiadł na leśnym poszyciu, zdając sobie sprawę, że dopóki nie skończą tej konwersacji, raczej nie będzie mógł powrócić do swoich planów. Sapnął trochę zaniepokojony, ściągając brwi w zamyśleniu, podjęciu intelektualnej próby znalezienia właściwych słów, biorąc pod uwagę obietnice, które składał przed laty swoim rodzicom. – Słuchaj... Ja nie wiem o co Ci chodzi. – przyznał po dłuższej prostoty, z rozbrajającą szczerością. – Chciałbym bardzo Ci pomóc, ale nie rozumiem dlaczego ktokolwiek miałby mi mówić, czy mogę czy nie mogę tu mieszkać. Mój dziadek zajmował tą leśniczówkę, gdy prowadził badania, potem matka, teraz ja. Może... no dobrze, nie piszę książki, ale Knieja to mój dom od zawsze, tu się urodziłem, wychowałem, tu leżą moi bliscy. Nie znam tych całych Greengrassów, wydaje mi się, że nigdy żadnego nie spotkałem, ale też od trzech lat nie byłem w Dolinie, więc... em... jak to jacyś nowi sąsiedzi Longbottomów, którzy się połasili na bogactwo puszczy, to na prawdę nie jest moje zmartwienie. Las umie się obronić, najwyżej przeniosę się trochę w głąb, bliżej serca. – powiedział absolutnie nieświadomy jak daleki jest od prawdy leżącej w słowach jego rozmówczyni, dzieląc się jednak szczerze swoją własną perspektywą na ten problem. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ban2irE.png[/inny avek] |