Secrets of London
[lipiec 1966] Canto della sirena - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [lipiec 1966] Canto della sirena (/showthread.php?tid=2899)

Strony: 1 2 3 4 5


[lipiec 1966] Canto della sirena - Anthony Shafiq - 14.03.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Piszę więc jestem
adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

—07/1966—
Włochy, Lamezia Terme
Erik Longbottom & Anthony Shafiq
[Obrazek: 9jSXYeZ.png]

Od czarnych skał ku niebu wionął śpiew syreni -
Leżą na głazach, w księżyc wbiwszy łzawe oczy,
Na pierś dziewczęcą woda ścieka im z warkoczy,
Od bioder łuska rybia tęczowo się mieni.



Lipcowe popołudnie lśniło kalabryjskim słońcem, wypełniając luksusowy apartament przyjemną duchotą i wonią siarkowych źródeł, które u stóp hotelu czekały na magicznych kuracjuszy. Lamezia Terme, znajdująca się ledwie kilkadziesiąt kilometrów na południe od Neapolu, prawdziwie była miejscem spoczynku legendarnej syreny Ligeji. Obdarzając niewielką wioskę Nicastro błogosławieństwem zdrowej wody, zapisała miejscowość na mapie starożytnych. Rzymianie lubowali się w leczniczych kąpielach, Ligeję czynioną nieśmiertelną na amforach i monetach, lecz wystarczyło kilka wieków, by opowieść stała się legendą krążącą tak wśród czarodziei jak i mugolów. Kilka wieków później ruiny term wykorzystał Robert Guiscard, ukrywając je benedyktyńskim klasztorem, będącym tak naprawdę prymitywną szkołą magii i czarodziejstwa dla kilku uzdolnionych z okolic. Cóż takiego musieli Ci adepci zrobić, że wysadzili wszystko w powietrze? Ciężko stwierdzić, ale ziemia wysycona magicznymi źródłami tylko czekała na kolejne zagospodarowanie.

To było sprytne... z pewnością jakaś gałąź McGonagallów zwietrzyła szansę na piękny zarobek. Któż by się nie oparł luksusowemu SPA, całkowicie osłoniętemu przed mugolami, pośrodku miasteczka przypominającego trochę Magiczny Londyn, z tym wyjątkiem, że zamiast mgły i smogu przez cały rok było cudownie ciepło i leniwie kojąco, zamiast brudu i rynsztoków, gości witały uginajace się od pomarańczy i oliwek drzewka. Nawet kaktusy zdawały się zwyczajnie przyjaźniejsze niż na Wyspach. I tak, chimery łączące swoje życie z rybami, przedstawiały się jako dziedziczki swej syreniej patronki. Zatrudnienie w hotelu znajdowały też selkie, a żywot tak kuracjuszom jak właścicielom i pracownikom mijał w sielskiej atmosferze, w otoczeniu kobiet wina i śpiewu. Prawdziwie był to raj na ziemi...

Szczęśliwie negocjacje dobiegły końca, choć umawianie się z Włochami na cokolwiek wymaga nie lada cierpliwości, gdy Ci co chwila zarządzają przerwę na drzemkę lub biesiadowanie. Nie zliczę hektolitrów ich czarnej ziemistej kawy, którą kurtuazyjnie przepłukiwałem gardło, barbarzyńskie chwytanie ich przekąsek palcami, choć trzeba przyznać, że wędliny mają wyborne.

Dobrym pomysłem okazało się zabranie ze sobą krewniaka mego druha Morpheusa. Erik okazał się być nader reprezentatywny i nawet jeśli słowa nie wypowiedział, widziałem, że skutecznie rozprasza, ściągając wzrok i myśli do swojej twarzy i atletycznej sylwetki. Żałuję, że jego ojciec tak głęboko zakorzenił mu ideały związane z Brygadą Uderzeniową, z chęcią bowiem uczyniłbym go swoim adiutantem na dłużej. Cóż jednak począć, skoro wszyscy jesteśmy synami swoich ojców.

Najbardziej cieszą mnie nadchodzące dni, które mamy spędzić w 'Canto dellla sirena'. Przywilej bycia liderem, to wpływ na harmonogram i zagospodarowanie w końcu czasu na świętowanie mego własnego awansu, podjęcie w spokoju ducha pod rozwagę kolejnych kroków wobec siebie, nie zaś sojuszu, który z taką pieczołowitością przychodzi mi pielęgnować.

Zawiesił pióro nad pojedynczą kartą swojego dziennika, czekając, aż magia pergaminu wchłonie myśl, pośród wielu, wielu innych myśli, które dotąd zapisał. Patrzył na włoskie zdania z zastanowieniem, niemalże w bezruchu, a tylko złocista moneta przemierzała palce jego lewej dłoni. Pamiątka wybita specjalnie dla niego, była stopem lokalnego złota, które oprócz daty pobytu w kurorcie, była zdobna w syrenę trzymającą w dłoniach parującą amforę.

Ubrany był zaskakująco mugolsko, w płócienne białe spodnie i koszulę, wyjątkowo o krótkim rękawie. Zegarek, pasek i wygodne skórzane mokasyny utrzymane były w ciepłym, dość jasnym brązie, również ze złotymi sprzączkami. Kieszeń na piersi zdobiła błyszcząca wsuwka zwieńczona symbolem Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Podobny herb zdobił sygnet umieszczony na małym palcu jego prawej ręki, który sprawił sobie niedługo po awansie. Średniowieczna tradycja akcentowania swojej przynależności i szarży nie była wobec niego wymagana, drobiazg ten jednak sprawiał mu przyjemność i mógł wpisać się w odbiór jego postaci jako dedykowanej sprawie.

Tocząca moneta zatrzymała się i Anthony odłożył ją troskliwie do wyścielanego szafirowym aksamitem pudełka. Obok stała patera z winogronami, pomarańczami i mandarynkami oraz butelka lokalnego wina, otworzona już po to, by napój odetchnął. Di ora in ora głosił napis, co wywołało uśmiech na pociągłej twarzy mężczyzny zdobionej jednodniowym zarostem. Dziś pozwolił sobie na przywilej odłożenia brzytwy. W końcu był na wakacjach. Przysunął do siebie jeden z dwóch kieliszków, krytycznie oceniając jego czystość.

– Nigdy nie przyzwyczaję się do sjest... – mruknął do siebie po włosku i rozejrzał się po salonie, odkładając kryształ. Przestronne przeszklone drzwi wychodziły na taras z widokiem na sady otaczające teren kurortu, dalej ruiny twierdzy otoczonej Morzem Tyrreńskim, u której stóp leżała jedna z trzech dzielnic Lamezii – Nicastro. Wnętrze ociekało nachalnym luksusem. Biało niebieskie płytki na podłodze przynosiły wrażenie przyjemnego chłodu, choć jednostajny wzór nieco męczył oczy. Wygodna kremowa sofa i dwa rozległe fotele zachęcały do odpoczynku przy stoliku kawowym, zaś obok sekretarzyka znajdowała się magiczna chłodnia wypełniona lokalnymi trunkami. W kącie obok niewielkiej biblioteczki stała magiczna harfa i dwie viole czekały tylko na rozkaz, który gwarantował gościom przyjemną acz mało angazującą muzykę dla wypełnienia ciszy. Wielki łuk zamiast drzwi prowadził do korytarza o lustrzanych ścianach, który mógł pełnić rolę garderoby, jeśli pozwolić szafom wysunąć sie ze ścian. Odnogi od niego prowadziły do dwóch zacisznych sypialni separujących wszelkie dźwięki na zewnątrz i do wewnątrz oraz łazienki, która bardziej przypominała łaźnię – zamiast wanny, podobnie jak w hogwarckiej łazience prefektów, wbudowany był basen, podwójne umywalki, odseparowana toaleta i wmurowany na stałe stół do masażu. Pomieszczenie to mogło przypominać kamienną grotę, Anthony jednak wyraźnie zażyczył sobie marmury imperium rzymskiego, nawiązujące do tradycji tego miejsca.

Wszystkie atrakcje zaplanowane były od szesnastej, gdy słońce będzie bardziej znośne. Magowie, choć mieli możliwości chłodzić przestrzenie, zapewniać sobie mocą odpowiednią temperaturę i wilgotność, z jakiś powodów poddali się zwyczajowi odpoczynku. Gnuśnieli, ale nic z tym nie można było zrobić. Odzwyczajony od braku zajęcia Anthony ostatecznie znalazł się przy biblioteczce, z zaciekawieniem przeglądając grzbiety ułożonych tam woluminów. W końcu wybrał niewielki biuletyn o lokalnych winach i niespiesznie zaczął go studiować.

[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/e4/f8/c9/e4f8c920dbcc8e10ecff3c0cc79d38e6.jpg[/inny avek]


RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Erik Longbottom - 15.03.2024

Z początku nie wiedział, w jakich kategoriach powinien rozważać ten konkretny przykład współpracy międzywydziałowej Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów z Departamentem Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Nie przywykł do takich przydziałów, chociaż praca w Brygadzie Uderzeniowej potrafiła każdego dnia zaskoczyć czymś nowym i niespodziewanym. Jednego dnia obstawia się festyn, innego patroluje ulice, czasem zdejmuje się kociaki z drzewa lub reaguje się na zgłoszenia o zakłócanie ciszy, a w inne dni próbuje łapać przestępców. Ale eskorta wysoko postawionego pracownika Ministerstwa Magii podczas zagranicznej misji dyplomatycznej?

Przecież to było jak proszenie się o kłopoty i jakąś spektakularną wpadkę. Przez długi czas zastanawiał się, co właściwie chciał osiągnąć Bones, posyłając akurat jego. To miała być kara, jakiś test czy nagroda? Polecenie służbowe, powtarzał sobie wielokrotnie w myślach Erik, imitując bezgłośnie ton głosu przełożonego. W gruncie rzeczy nie było tak źle. Wprawdzie wydawało mu się, że był jednym z najmłodszych uczestników tego całego przedstawienia, tak robił, co mógł, aby nie odstawać od reszty i być jakkolwiek przydatnym, nie sprawiając przy tym zbyt dużych problemów. Nie odstępował Antoniego na niepisane pięć kroków i starał się podłapywać to, co robiła eskorta innych dyplomatów.

Na pewnym etapie delegacji zorientował się, że bardziej niż o zapewnienie bezpieczeństwa Shafiqowi, chodził o ochronę jego prywatności, czyli niedopuszczanie do niego osób, z którymi nie chciał się w danej chwili widzieć. Skąd tak wniosek? Cóż, nie powstrzymał ani jednego zamachu na życie mężczyzny, ale za to kilkakrotnie podczas całej misji musiał odgradzać go własnym ciałem od reporterów czyhających pod budynkiem, w jakim przebywali, a także trzymać wachtę pod wynajętym na czas pobytu za granicą gabinetem. Do tego dochodziło też sprawdzanie jak bardzo wiarygodne były miejscówki, jaki odwiedzili podczas wizyty. A to już zakrawało na obowiązki związane z organizacją przyjęć charytatywnych, jakie Erik znał aż nazbyt dobrze.

Momentem, który sprawił, że Longbottom mimowolnie poczuł się zepchnięty z pantałyku, był dzień, który teoretycznie miał wyznaczać koniec misji. Erik automatycznie założył, że równało się to natychmiastowemu powrotowi do szaro-burej, deszczowej rzeczywistości ich ojczyzny, jednak prawda okazała się zgoła inna. Urlop. I to praktycznie jak na czarodziejskie standardy, rzut beretem od wybrzeża. Nie tego się spodziewał. Brygada Uderzeniowa raczej nie działał w ten sposób; gdy kończyli robotę w danym miejscu, zbierali się możliwe jak najszybciej z powrotem do Londynu, aby złożyć raporty i wprawić w ruch birokratyczną machinę Ministerstwa Magii, bez której ich praca była praktycznie bezwartościowa. Bo jak tu wydać nakaz aresztowania czy rozpocząć proces bez całego stosu dokumentacji?

Przecież inaczej się nie da — wymruczał pod nosem, wypuszczając powoli przez usta ostatni kłębek dymu papierosowego, zanim zgasił fajkę o tarasową balustradę.

Sady otaczające kurort robiły wrażenie, podobnie jak pozostałości po wielkiej twierdzy mającze w oddali na horyzoncie. W sumie mógłby przywyknąć do takich wyjazdów, gdyby zakładały przebywanie przez kilka dni z rzędu w takiej scenerii. Znając jednak standardy pracy Brygady Uderzeniowej, spędziłby większość takich wyjazdów, snując się z oczami dookoła głowy po jakichś zapuszczonych włoskich dzielnicach czy tutejszych odpowiednikach Alei Śmiertelnego Nokturnu. Wzdrygnął się na samą myśl, a po chwili skrzywił, gdy słońce postanowiło wyjrzeć zza chmurki i połaskotać go swymi promieniami po twarzy.

Angielska pogoda jednak miewa jakieś plusy, pomyślał, czując, że od razu zrobiło mu się bardziej gorąco. Tutejsze warunki pogodowe nie szły w parze z formalnością wymaganej podczas misji dyplomatycznych. A dzisiaj i tak ubrał się dosyć lekko w porównaniu z ostatnimi dniami, kiedy to postawił sobie za punkt honoru chodzenie wszędzie w oficjalnym uniformie sygnowanym wyszywką brytyjskich sił bezpieczeństwa czarodziejów. Teraz postawił na prostą białą koszulę, której rękawy i tak były podwinięte do łokci, spodnie w kolorze ciemnego mahoniu i zbliżone do nich kolorystycznie buty. Darował sobie błyskotki czy biżuterię, pozwalając, aby jedynym błyszczącym elementem jego stroju była sprzączka od paska. I uśmiech, ma się rozumieć.

Bo jak tu się nie uśmiechać w takich warunkach, pomyślał, zbierając ze stolika na tarasie spodek, na którym znajdowała się filiżanka z ledwo napoczętą czarną herbatą. Pozwolił Shafiqowi na chwilę prywatności i spędził trochę czasu na balkonie, co by mu nie wadzić; i tak spędzili w swoim towarzystwie sporo czasu w ostatnich dniach. Teraz jednak prażące obecnie Włochy słońce wygoniło Longbottoma do luksusowego apartamentu. Erik przystanął na moment w progu, aby oczy przyzwyczaiły się do zmiany światła; nie zlikwidowało to jednak od razu mroczków, jakie migały mu przed oczami.

Ledwo skończyłeś pracę, a już się bierzesz za kolejną sprawę? — zażartował, przysiadając pewnie na oparciu sofy. Spróbował zerknąć, czym też zainteresował się Anthony, jednak tak mieniło mu się w oczach, że za wiele nie mógł odczytać, poza nazwami win, które były wyróżnione większą czcionką. — Co teraz cię czeka? Negocjacje w sprawie importu win Calebrase... Calabrese Nero czy Nerello Capucci?

Zmarszczył brwi, mając wrażenie, że wykorzystał najpodlejszy akcent, jaki tylko mógł. Uniósł filiżankę z talerzyka i upił łyk herbaty, przyglądając się z nieco nieśmiałym uśmiechem profilowi Shafiqa. Jak do tej pory nie było im zbytnio po drodze. Inne towarzystwo, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że mężczyzna był bliskim kolegą Morfeusza. Przed wspólnym wyjazdem ich drogi na pewno nieraz się przecięły, czy to na jakimś przyjęciu, bankiecie czy wizycie w Warowni, jednak czy były brzemienne w skutkach i pozwoliły na wyrobienie im sobie konkretnych opinii na swój temat? Czy Anthony potrafiłby powiedzieć o Eriku coś, czego nie dałoby się od razu dopasować do reszty Longbottomów, którzy w paru aspektach byli do siebie podobni?

Jak to Erik odkrył już po kilku pierwszych zebraniach, lubił słuchać Anthony'ego, zwłaszcza gdy ten wygłaszał dłuższe przemowy, starając się przekonać słuchaczy do swojej racji. W jego słowach rozbrzmiewała pewność siebie, ale też wiedza wyniesiona z wielu lat aktywnej pracy w środowisku. A Longbottom lubił gierki słowne, toteż obserwowanie ich w wykonaniu grona ambasadorów, było nader satysfakcjonujące. Bardziej się starali, bo i grali o wyższą stawkę, niż angielska socjeta bawiąca się na balach i przyjęciach, erudycję stosując raczej dla zabawy i niewyjścia z wprawy, niż po to, aby zgarnąć faktyczną nagrodę.

Wiesz, że nie musisz o nich czytać? — spytał, unosząc filiżankę do ust, jednak zatrzymując ją nieoczekiwanie w połowie drogi. — Na pewno organizują tu jakieś sesje degustacyjne dla gości.

A nawet jeśli nie, to akurat ty możesz takowej zażądać, dodał w myślach, zostawiając jednak ten komentarz dla siebie. Parę butelek na spróbowanie na pewno było łatwiej załatwić niż lokum wykończone marmurem imperium rzymskiego, czyż nie?
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7dCsSSz.png[/inny avek]


RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Anthony Shafiq - 18.03.2024

Drgnął na brzmienie głosu swojego towarzysza i machnął z lekceważeniem ręką, odkładając jednocześnie broszurę na niewielką półeczkę.
– Oh, non è niente di grave, è solo un modo per ammazzare il tempo... mi piace tenermi aggiornato. – jego głos brzmiał gładko i melodyjnie, ciepło jak wzgórza, które ich otaczały, soczyście jak rosnące w okolicy pomarańcze, które tylko czekały na srebrnej paterze, by zatopić w nie swoje zęby.

Niespiesznie powrócił do stolika, przy którym wcześniej prowadził swoje zapiski na ponownie czystym, zaklętym arkuszu. Zwinął go niespiesznie i z wprawą, tylko po to, by ponownie zalakować, zdawało by się gładką kartę. Cisza nabrzmiewała między nimi upałem, ale wszystkie ruchy, które wykonywał były wręcz flegmatyczne, odmienne od energii, którą prezentował w trakcie negocjacji. Można byłoby pomyśleć nawet: łagodne, gdyby nie to, że bliżej Anthony'emu było do chłodnego, orzeźwiającego podmuchu wiatru zmian, aniżeli kojącej objęciem, ciepłej ziemi.

– Wolę nie robić sobie konkurencji, choć niewątpliwie Włochom od upadku Imperium wychodzą chyba już tylko wino i opera. Jeśli śmierdząca kozą Grecja potrafi robić lepszą oliwę, to jak to świadczy o naszych gospodarzach? – Lekki ton korespondował ze swobodną dość pozą. Mężczyzna oparł się o biurko, skupiając w końcu spojrzenie stalowych tęczówek na funkcjonariuszu magicznej policji, który wcześniej nie wiedział jaki jest plan. Tyle, że obejmował on kilka tych dodatkowych dni...

– Nasz masaż zaplanowany jest za... godzinę, jak mniemam – szybki rzut oka na zegarek, z jakiś powodów osobisty asystent Shafiqa pozostał w Neapolu, być może dopełnić biurokracji i uzupełnić jakąś dokumentację. Teraz były ambasador – biedaczek – musiał radzić sobie sam. – To idealny moment, żeby spróbować lokalnych gron. Di ora in ora, myślisz, że Twój wuj doceni żart? W końcu lubi podglądać Czas we własnej osobie. – melodyjny głos snuł się przy akompaniamencie ciurkania, gdy Anthony skorzystał z okazji i wypełnił dwa sprawdzone wcześniej kryształy karminowym trunkiem, który wypełnił dno kielicha przyjemną obietnicą. Ujął potem kieliszek w barbarzyńskim geście, za jego czarę i zaniósł ją Erikowi, z lubością wykorzystując każdy moment w którym mógł patrzyć na tego młodego mężczyznę z góry, nawet jeśli spowodowane było to różnymi pozycjami przyjętymi przez nich na czas popołudniowego odpoczynku.

– Młoda winnica, a wino ledwie dziesięcioletnie, ale czego nie robi się dla uśmiechu Morpheusa. Spróbuj i oceń, powiedz mi, czy nie będzie to podarek chybiony. – zachęcał niespiesznie, z wyciągniętą ku niemu ręką, czekając aż zdecyduje się przyjąć ofertę i zechce się poczęstować.

[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/e4/f8/c9/e4f8c920dbcc8e10ecff3c0cc79d38e6.jpg[/inny avek]


RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Erik Longbottom - 20.03.2024

Rozbawiony uśmiech zastygł na rozchylonych ustach Erika, a spojrzenie jego oczu spoczęło na twarzy Anthony'ego, kiedy ten nieoczekiwanie odezwał się do niego w obcym języku. Zaskoczony i lekko zdezorientowany, pochylił się ku swojemu rozmówcy. Huh, zupełnie jakby sądził, że zmniejszenie dystansu pozwoli na zrozumienie czegokolwiek z tej gadaniny. Niestety, zanim na dobre się skupił, mężczyzna skończył mówić, a Erik... Został z niczym. To, co zrozumiał i tak było niewystarczająco, aby zrozumiał przekaz bez znajomości szerszego kontekstu.

Obawiam się, że zrozumiałem tylko di grave i il tempo. Śmierć i czas, czy tak? — Uśmiechnął się speszony, opuszczając wzrok z powrotem na strony przewodnika. Jego policzki pokryły się czerwienią. Nieudolna próba zaakcentowania włoskich słówek tylko podkreśliła to, że praktycznie nie znał tego języka. Ewidentnie nie zaproszono go na ten wyjazd przez jego zdolności lingwistyczne. — Podejrzewam, że wybierasz wino na czyjąś stypę albo... Po prostu zabijasz czas?

Uniósł brwi w geście niepewności, przygryzając przy tym dolną wargę. Przypominał zagubionego uczniaka, niespodziewanie wezwanego do odpowiedzi przez nauczyciela. Zamiast zastanowić się i wybrać najbezpieczniejszą opcję, wyrzucił z siebie pierwszą myśl, która zalśniła w jego głowie. Postawił wszystko na jedną kartę. W jego dłoni brakowało jedynie ołówka, którego zniszczoną końcówkę mógłby teraz nerwowo obgryzać w oczekiwaniu na decydujący wyrok.

Podobno garnitury też mają całkiem niezłe — skomentował niemrawo, nie bardzo wiedząc, czy w ogóle oczekuje się od niego odpowiedzi. — A skoro specjalizują się w winie i operze, to chyba dosyć tematycznie... Chleba, wina i igrzysk? Jedzenie, picie i rozrywka? — Uśmiechnął się półgębkiem, nad wyraz dumny z siebie, że nie pozostał bierny wobec monologu dyplomaty. — Wszystko wskazuje na to, że co najmniej dwa punkty mają odhaczone.

Mimowolnie również podążył za wzrokiem Shafiqa do zegarka, chociaż z tej odległości i tak nie mógł odczytać z cyferblatu dokładnej godziny. Mimo to zastrzygł uszami, chcąc wyłapać, jak najwięcej na temat jego planów. Wprawdzie towarzyszył mu na wakacjach, ale czy formalnie dalej nie pełnił funkcji jego ochroniarza, czy adiutanta? Już chciał coś powiedzieć, jednak Anthony ponownie się odezwał.

Dla niego wszystko związane z czasem jest zabawne. Odkrycie anomalii czasoprzestrzennej byłoby dla niego jak wycieczka do parku rozrywki albo cyrku. — Wywrócił teatralnie oczami. Nie rozumiał specyfiki jego pracy w Departamencie Tajemnic, ale też nie miał za bardzo okazji do tego, aby lepiej się z nią zapoznać. Ciężko było z Morfeusza coś wyciągnąć, skoro był Niewymownym. — A żart na pewno doceni. Zwłaszcza biorąc poprawkę na to, kto mu ten żart opowie, nie sądzisz? — Uniósł wymownie brwi. Może od Anthony'ego przyjąłby nawet obelgę, tak długo, jak byłaby szczera? Może to był ten rodzaj przyjaźni? — Oczywiście zaraz później odśpiewa jakąś pieśń pochwalną o... Chronosie?

Zmarszczył brwi, licząc, że Anthony potwierdzi lub zaprzeczy. Na pewno słyszał te jego wywody nieraz. Morfeusz miał tendencje do wznoszenia modłów do greckich bóstw w najmniej odpowiednich sytuacjach. Jeszcze pół biedy, jak robił to przy rodzinnym stole lub wśród przyjaciół. Gorzej, jak przychodziło do spotkań socjety. Zwłaszcza tej nieobytej ze sztuką wróżenia i innymi wiarami. Kto wie, może wuj nawet wylądował na jakiejś czarnej liście kowenu za praktykowanie obcej wiary? O ile to w ogóle można było nazwać praktykowaniem, skoro robił to niespodziewanie.

Tylko dziesięcioletnie? Nie zatruję się tym? — zażartował, podnosząc dramatycznie głos.

Uśmiechnął się pod nosem i odstawił spodeczek z filiżanką herbaty na pobliski stolik. Dopiero wtedy wyswobodził kielich z uchwytu starszego mężczyzny, ocierając przy tym delikatnie swoimi palcami o jego. Po chwili poruszył lekko naczyniem, zawieszając na moment wzrok na bordowym napitku. Uniósł szkło do ust, bardziej smakując wino, niźli po prostu je pijąc.

Dobre — potwierdził uczynnie, oblizując dyskretnie zaczerwienione od wina wargi. — Osobiście doceniam te drobne nuty słodyczy. Nie, żebym był jakimś ekspertem.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7dCsSSz.png[/inny avek]


RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Anthony Shafiq - 20.03.2024

W swobodzie czasu i okoliczności Shafiqowi zdarzało się zatapiać w umyśle poligloty, który nie pamiętał o tym, że inni poliglotami nie są. Jeśli nawet poczuł się jakoś skonfundowany reakcją rozmówcy, jeśli miałby jakąkolwiek obawę, że ten mógłby odebrać to jako brak szacunku – nie dało się tego poznać po doświadczonej twarzy osoby, która cały czas musiała prowadzić grę. A czasem maska, którą zakłada się zbyt często, staje się mimowolnie drugą twarzą.

Dlatego też po ekspresywnej twarzy dyplomaty błąkał się swobodny uśmiech, zarezerwowany dla bankietów, społecznych tańców i słownych potyczek. Uśmiech, który zdawał się w ledwie uchwytnych subtelnościach bardziej otwarty, ale też nie znali się tak długo, by Erik mógł rozpoznawać je z taką dokładnością. Z drugiej strony, nie była to okoliczność bankietowa, na której trzeba pokazać się od najlepszej strony, nie był to test, gwarantujący kolejne, tego typu wyjazdy w przyszłości. A może jednak...?

Kieliszek zawisł między nimi, jak pytanie i obietnica, dziwne, kryształ jak jabłko niezbyt jeszcze dojrzałe, nie chciał oderwać się od podtrzymującej go gałęzi. To był moment, mgnienie oka, czas jak lep wydłużony, który momentalnie powrócił do naturalnego toru, gdy Anthony opadł na fotel przy sofie, nonszalancko zakładając nogę na nogę i opierając głowę o dłoń, wspartego na podłokietniku ramienia. Stalowe oczy, mimo uśmiechu, niosły w sobie dreszcz poddawania ocenie, w miękkości odpoczynku unosiła się wciąż niepewność sytuacji, nowej znajomości, która dopiero w nieokreśloności formowała swój docelowy kształt.

– Czy to nie zabawne, że czas i grób, życie i śmierć na stałe weszły do muzycznej nomenklatury. Dlatego właśnie tak dobrze wychodzi im opera. To oni zaprogramowali słowo w muzyce, a muzykę w słowie, obie warstwy przenikają się i cały świat cieszy się na myśl o symfonicznym allegro, nie myśląc o tym, że tak właśnie chcieli tego włosi. Że allegro znaczy wesoły. A grave poważny, niekoniecznie śmierć. – uzupełnił lekko, odnosząc się do własnej wpadki, która przecież wpadką nie była. – Twoje słowa zainspirowały mnie do tego, żeby ukraść jeszcze jeden wieczór dla nas. Skoro dziś będziemy raczyć się winem i chlebem tego miejsca, jutro możemy przeskoczyć na jakieś dobre przedstawienie. Gdzieś, do małego ośrodka, Neapol męczy mnie swoją aurą o tej porze roku. – Czerwony trunek kołysał się niespiesznie, obmywając przezroczyste przestrzenie swojego więzienia, wciąż jeszcze nie dopełniając swojego losu, rozmowa wciąż toczyła się między ustami a brzegiem pucharu, nawet jeśli tyczyło się to już tylko Anthony'ego. – Wolisz klasyczny repertuar, czy masz ochotę zatopić się w dziką awangardę? – pytaniem zmiękczył nieco fakt, że decyzja została już podjęta, a plan układał się ażurową tkanką coraz ciaśniej wokół nich. I chodź obaj byli gośćmi w tym miejscu, Shafiq zdawał się naturalną predyspozycją przejmować ster. Tak naprawdę... nigdy go nie wypuścił z rąk.


– Masz rację jeśli chodzi o gusta i fiksacje swego wuja. Najwyżej postawi butelkę na półkę i odczeka, żeby nie ryzykować zatrucia.– Rozbawiony uśmiech choć nie wprost, to potwierdził, celność myśli młodego BUmowca i humor, który najwidoczniej przypasował politykowi. Ten w końcu odwrócił się od swojego młodszego rozmówcy, w końcu zbliżył kryształ do twarzy, jakby z intencją, ale tylko po to, by powąchać trunek, zamyślić się nad nim przez moment. Rozciągał czas, smakował każdą, najmniejszą chwilę, zupełnie jakby nie wino było tu do smakowania, ale to spotkanie, z dala od miejskiego zgiełku, krzykliwości zdarzeń. Przez miniony tydzień Erik miał szansę zobaczyć, że Anthony żył bardzo szybko i intensywnie, w myśli, w działaniu, w podejmowaniu decyzji. Teraz trwali w absolutnym, niespiesznym kontraście, głośnym bzyczeniem owadów w sadach i bulgotem fontanny umieszczonej w patio syreniego pensjonatu.

– Spróbuj jeszcze raz. – położył cicho między nimi słowa, zbyt zdecydowane na prośbę, zbyt łagodne na rozkaz. – Potrzymaj je dłużej na języku, a potem rozsmaruj o podniebienie, jakbyś chciał ofiarować je swojej głowie, a nie zachłannym trzewiom. Nie szukaj właściwych odpowiedzi, a prawdziwych dla siebie i powiedz... powiedz jaką prawdę kryje to wino, jakie bogactwo skrywa leniwe włoskie grono. – Znów oparł się o dłoń, znów wrócił do swojej obserwacji, z tym samym życzliwym, uśmiechem, dającym ułudę przestrzeni i wyboru. Sam nie upiwszy choćby kropli, czekał cierpliwie, sycąc się na razie napięciem oczekiwania odpowiedzi.

[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/e4/f8/c9/e4f8c920dbcc8e10ecff3c0cc79d38e6.jpg[/inny avek]


RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Erik Longbottom - 21.03.2024

To tylko jedna z interpretacji — stwierdził Erik, zbierając powoli odwagę do tego, aby zacząć mówić głośniej i pewniej. — Z muzyką jest trochę jak z teatrem. Z każdym będzie rezonować inaczej. Dla jednej osoby skoczny utwór będzie tym, co przewidział kompozytor, czyli powiedzmy, że czymś wesołym i szybkim. To będzie najprostsza interpretacja. Jak przejście po przetartym szlaku. — Zerknął w stronę drzwi prowadzących na taras, odpływając na moment. — Ale będą i tacy, którzy usłyszą w tych dźwiękach coś innego. Echo własnych przeżyć. Zwłaszcza jeśli dodamy do tego jeszcze tekst i wykon piosenkarza czy piosenkarki. Więcej czynników, więcej... perspektyw. Poza tym, gdy dane dzieło opuszcza autora, to zaczyna żyć własnym życiem. Oryginalne intencje przestają mieć znaczenie, bo to odbiór publiczności zaczyna dyktować prawdę. Opinia staje się faktem. — Wrócił spojrzeniem do Anthony'ego. Uśmiechnął się, wyraźnie zadowolony z siebie. — A przynajmniej jednym z nich.

Czy chciał zaimponować mężczyźnie? Być może. Jego aprobata wiele dla niego znaczyła, nie tylko ze względu na to, że był blisko z Morfeuszem, którego Erik darzył ogromną sympatią, ale też przez to, że widział go przy pracy. Widział, jak rozstawia metaforyczne pionki na szachownicy dialogu z innymi dyplomatami, niektóre uwagi rzucając rywalom na pożarcie, aby inne argumenty lepiej wybrzmiały, broniąc jak lew tych kilku punktów, które trzymał na czarną godzinę, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli.

To jakich słów używano, było ważne, ale jeszcze bardziej było istotne to, kiedy i jak należy je wykorzystać. Longbottom umiał ładnie mówić; wyniósł to z rodzinnego domu, ze spotkań czarodziejskiej socjety, jak i znajomości z Selwynem. Nawet jeśli o tym ostatnim wspomniałby chyba dopiero po połknięciu veritaserum. Erudycja rzadko kiedy przydawała się jednak w departamencie. Chyba że akurat przesłuchiwał kogoś oczytanego lub miał od czynienia ze specjalistami z danej dziedziny.

Mogę dać się podtopić — stwierdził po chwili namysłu, mrużąc oczy. — Tak długo, jak będziesz gotów mi rzucić koło ratunkowe, gdybym sobie jednak nie poradził. Podejrzewam, że pojęcie dzikości może być rozumiane na kontynencie inaczej niż na Wyspach.

To było jak wybór między bezpieczeństwem a ryzykiem. Jako brygadzista, to pierwsze powinno być jego priorytetem, jednak pomimo młodego wieku, nauczył się, że tak naprawdę nie był to stan domyślny, jaki można było po prostu narzucić. Warownia teoretycznie był najbezpieczniejszą twierdzą w Wielkiej Brytanii. I owszem, chroniła przed atakami z zewnątrz, ale zatrzymywała też wszystko, co było w środku. Znajome mury nie chroniły przed emocjami kotłującymi się pod skórą. Każdy dzień w pracy czy życiu prywatnym wiązał się z mniejszymi lub większymi niebezpieczeństwami. Kluczem była odpowiednia siatka zabezpieczeń, alternatyw i tylnych wyjść, z których można było skorzystać, aby odsapnąć przed starciem z kolejną falą zagrożeń.

To akurat najmniej prawdopodobny scenariusz. Wuj musi się dobrze maskować w twoim towarzystwie, skoro wysnuwasz takie wnioski. — Uśmiechnął się do Anthony'ego, jakby skrywał jakąś wielką tajemnicę na temat wuja. Czy takowy sekret nawet istniał? Na ten moment się to nie liczyło, bo oboje poruszali się po terenie pełnym niewiadomych i znaków zapytania. — Stawiam raczej, że postawiłby butelkę na stole, założył kolorowy szlafrok i rozłożył przed winem tarota, żeby sprawdzić, co go czeka, jeśli postanowi rozpieczętować butelkę.

I przy każdej karcie wznosiłby modły do nowego bóstwa, dodał od siebie. Nie krytykował praktyk Morfeusza. Po prostu nie zawsze je rozumiał, tak jak i nie pojmował do końca tego, jak działała magia trzeciego oka. Ten dar nigdy się u niego nie uaktywnił, chociaż objawił się u Brenny w formie widmowidzenia. Nie zazdrościł jej tego; takie dary nie były prezentami od losu, jakie dostawało się za dobre sprawowanie i wysokie oceny w szkole. To był ciężar, a utrzymanie go na swoich barkach nie przynosiło zazwyczaj wielkich nagród.

Mówisz o prawdzie, ale oczekujesz konkretnego rezultatu. — Zakołysał delikatnie kielichem, przesuwając przy tym palcami po nóżce naczynia, aby zaraz objąć od dołu czaszę. Mimowolnie podgrzewał teraz napitek ciepłem własnej dłoni. — Wykorzystujesz mnie do sprawdzenia jakiejś teorii. — Skrzywił się lekko, wodząc wzrokiem od mężczyzny do głębin czerwonego wina. — Może naprawdę spodziewasz się, że chcą cię otruć?

Zredukowany z roli strażnika do średniowiecznego degustatora, lamentował bezgłośnie Longbottom. Ciekawe, jak by się z tego wytłumaczył przed Morfeuszem lub jego rodzicami? Oh, wybaczcie moi drodzy, dałem umrzeć waszemu krewniakowi, bo kazałem mu sprawdzić, czy alkohol z lokalnych winiarni był wystarczająco dobry, aby samodzielnie go spróbować... Ta, to mogłoby się skończyć małą katastrofą. Albo incydentem politycznym między dwoma znamienitymi rodami czarodziejów. Longbottomowie i Shafiqowie postawieni przeciwko sobie przez jeden niepozorny drink. Aż korciło, aby sprawdzić, kto wygrałby takie starcie.

Twoje zdrowie, Antonio. — Ciekawe, czy ten niechlujny włoski akcent zabolał Shafiqa w uszy.

Uniósł kieliszek w górę w geście toastu, biorąc drobny łyk. Dał się pokierować wskazówkom Antoniego; zatrzymując krople alkoholu na języku, pozwalając, aby jego kubki smakowe nacieszyły się jego smakiem, a następnie schłodziły podniebienie. Przymknął oczy, delektując się tym doznaniem. Nie nazwałby tego bogactwem, wino było pełne smaku, wyraźne w tym, co chciało przekazać. Esencja lokalnego krajobrazu, pobliskich wzgórz i skąpanych na co dzień w słońcu winnic, a słodycz przypominała o młodości wina, obiecując głębię i złożoność, jaką trunek miał dopiero odsłonić wraz z biegiem lat.

A więc? — rzucił zaczepnym głosem, uchylając jedną powiekę, a potem drugą. Buńczuczne ogniki zatańczyły w jego oczach. — Co twoim zdaniem powinienem wyczuć?

Mężczyzna ewidentnie do czegoś w tym dążył, a Erik nie czuł się zobowiązany do tego, aby od razu odkrywać wszystkie karty, a już zwłaszcza chwilę po tym, jak sam je sobie wywalczył. Niech Anthony zgaduje, niech próbuje się domyślić, co sądził jego rozmówca i niech waży kolejne za i przeciw zastanawiając się, jak bardzo różniły się ich oczekiwania względem trunku.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7dCsSSz.png[/inny avek]


RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Anthony Shafiq - 21.03.2024

[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/e4/f8/c9/e4f8c920dbcc8e10ecff3c0cc79d38e6.jpg[/inny avek]
Słuchał z zainteresowaniem wywodu dotyczącego podstawowego sporu, trwającego się niemalże od momentu uznania estetyki, jako gałęzi filozofii zajmującej się pięknem. Przyjmował słowa Erika z życzliwym zaciekawieniem, ale też i manierą najstarszych hogwardzkich profesorów, którzy zwykli nie dawać przesłuchiwanym na okoliczność zaliczenia uczniom wskazówek, czy ich odpowiedź syci egzaminatora, czy wręcz przeciwnie.
– A więc, czy dobrze rozumiem, że upatrujesz siedzibę dzieła sztuki w głowie odbiorcy i jego subiektywnej percepcji? – pytanie niewinne, odnoszące się do wcześniejszych słów, choć modyfikujące je nieco. – Słowo i jego interpretacja to jedno... Muzyka w pewnym sensie podąża tym tropem, trwając tu i teraz. Zapis nutowy rzadko komu sprawia tyle satysfakcji co bezpośredni odbiór dźwięku, choć znam i takich, którzy wolą studiować partyturę w ciszy, mając gwarancje doskonałego wyobrażenia, bez chaosu i ewentualnych pomyłek czynnika ludzkiego. Lecz co z obrazami i rzeźbami? Materialne, namacalne, których kształt pozostaje taki sam, bez względu na to co myślą o nich kolejne pokolenia. Czyż nie są one dziełami samymi w sobie?

Na wzmiankę o podtopieniu wzdrygnął się, bardzo wyraźnie na krótki moment tracąc przyjętą obecnie postawę: stonowaną mikroekspresję i bardzo świadomie spowolnione gesty. Najwidoczniej wyobrażenie sobie wody, mimo że przecież sam przywołał tę metaforę, wzbudzało w nim bardzo duży dyskomfort. – Kto wie, może mają w swojej operowej ofercie coś z pogranicza obu podejść. Ale błagam Cię... jeśli kiedykolwiek nasze ścieżki skrzyżują się ponownie w sytuacji, kiedy ktoś będzie tonął, z pewnością to będę ja i to Twoje szerokie ramiona przyniosą mi wybawienie. Absolutnie, nie jestem w stanie wyobrazić sobie tej sytuacji inaczej. – nawet się zaśmiał pod koniec, w wysokim tonie wskazującym na coś zbliżonego bardziej do nerwowego chichotu, aniżeli prawdziwego rozbawienia.

Uwagę o tym, że Morfeusz się przed nim jakkolwiek maskuje zbył tylko krótkim parsknięciem, zaraz po opisie barwnych strojów i kart rozkładanych przed butelką wina. Parsknięciem noszącym w sobie wiele możliwości interpretacyjnych... Do tematu już nie powrócił, nie z własnej inicjatywy, najwidoczniej uważając za słuszne, aby nie odsłaniać się za bardzo z zażyłością, która trwała dłużej niż żywot jego obecnego rozmówcy. Ostatecznie to były całkiem logiczne wnioski, choćby na podstawie tego, że Anthony wcale nie był częstym gościem w Warowni, a też Morpheus nigdy nie był zapraszany na wystawne przyjęcia Shafiq'a. Tak było lepiej, aby nie łączono zbyt ciasno jasnowidza i gracza na mugolskiej giełdzie...

Wszystko jednak blakło i stawało się mało istotne, gdy w grę wchodziło wino. Być może Erik nie wiedział, że jego rozmówca jest właścicielem pewnej francuskiej winnicy. Z pewnością nie miał okazji przeprowadzić z nim tej rozmowy wcześniej, bo i kiedy. Anthony nie odniósł się do tego, czy jego zawodowa paranoja sięgnęła zakorkowanego wina dostarczonego im przez syreny, kartę którą rozegrał w tej partii dostał przecież od Erika, który jako pierwszy zasugerował toksyczność tak młodego wina.

Tymczasem atmosfera zagęszczała się, może z powodu nieznośnej temperatury, która zmuszała tak lokalnych mieszkańców, a tym bardziej nienawykłych gości, do ukrywania się w cieniu i aktywnego poszukiwania chłodu. Może nie powinni prowadzić tej rozmowy przy otwartych szeroko okiennicach prowadzących na rozległy, nasłoneczniony taras, ale skryć się w cieniu magicznych kolumn, gdzie jednym zawijasem różdżki można było decydować o temperaturze obmywającej ciało wody i kształcie magicznie wykreowanego nieboskłonu.

Erik postanowił powiedzieć w tej partii "sprawdzam", zmusić Anthony'ego w możliwie prostym pytaniu do zdradzenia swoich intencji, mimo, że wcześniej tak ochoczo i rozlegle wypowiadał się na temat sztuki. W żaden sposób nie zaburzyło to toku rozmowy, z pewnością nie tak, jak wcześniej sama sugestia o metaforycznym ratowaniu podtopionej ofiary.

– Widzisz mój drogi, nie chodzi o to, że podyktuję Ci właściwą odpowiedź. Każdy bowiem ma swoją.– Mężczyzna podniósł się z fotela, pozostawiając na niewielkim stoliczku kawowym swój własny, wciąż nieruszony napitek. Podniósł się i ruszył do sekretarzyka, kontynuując swoją myśl: – W doczesnym życiu, towarzyszy nam wiele smaków. Wiele trunków. Gorzkie, czasem celowo przesładzane piwo, rozgrzewająca whisky, lepiące się do języka nalewki, czy w końcu ordynarna, paląca wódka. Jest też i wino... – wraz z ostatnim słowem, chwycił butelkę, jak gdyby nie prowadzili zwykłej rozmowy, a Erik na moment, w zupełnym oderwaniu od jego policyjnej prozy życia, trafił do sztuki, na sam środek sceny, gdzie każdy mebel był przemyślaną scenografią, a każdy przedmiot rekwizytem wspierającym myśl sączącą się z ust aktorów. Z ich ust. – Wino, które – jeśli pozwolisz sobie na odrobinę uważności – nie da się opisać prostymi epitetami. Ono nie jest po prostu słodkie. Lub gorzkie. Trzeba uciec do słownictwa, którego zwykle używasz w zupełnie innych okolicznościach.

Przerwał, gdy powrócił na stare miejsce, wciąż stojąc i wypełniając intermezzo swojej kwestii, cichutkim ciurkotem ponownie napełnianego kieliszka. Jeśli Erik był jego podczaszym, tak on najwidoczniej został na ten dzień jego kelnerem.
– Kartezjusz uważał, że człowiek składa się z dwóch istot. Z istoty myślącej i rozciągłej. – podjął dalej odstawiając butelkę i przechodząc niespiesznie za niewielką sofę zajmowana przez Erika. Jego wzrok uciekł w kierunku przedpokoju, na ścianę zdobioną milczącą jak dotąd harfą. – Istota rozciągła, to cała nasza powłoka, ciało, które użytkujemy. Istota myśląca zamieszkuje zaś szyszynkę, samo centrum mózgu i lubię... lubię wierzyć, że kiedy zatrzymujesz wino w ustach, pozwalasz tej istocie spróbować go i dać popłynąć myśli. Wspomnieniom, skojarzeniom, marzeniom... A gdy trunek ucieknie przełykiem... karmisz tylko ciało. Och, jak marnie wypada uciecha ciała, wobec rozkoszy intelektu. Zgodzisz się ze mną?– zapytał stojąc tuż za nim, w pewien sposób wymuszając zmianę pozycji, ułożenia głowy czy całego tułowia, jeśli rozmówca chciał na niego patrzeć odpowiadając.



RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Erik Longbottom - 23.03.2024

Tak — odpowiedział powoli Longbottom, przeciągając samogłoskę. W jego głosie dalej wybrzmiewały nuty niepewności, co z kolei sprawiało, że proste stwierdzenie zaczęło nabierać znamion pytania, jakby instynkt powiadał mu jedno, a rozum drugie. — Nieistotne jest, czy to muzyka, literatura czy sztuka rzeźbiarska. To wszystko jedno. Przynajmniej moim zdaniem. — Wzruszył lekko ramionami. — Wszystko sprowadza się do tego elementów, które dopuszczamy do oceny i kryteriów, które przyjmujemy. Może podziwiać wirtuozerię twórcy, jego malarską technikę, czy precyzję rzeźbiarskiego dłuta. Niektórzy pewnie zwrócą uwagę na to, jak wiernie te techniki odzwierciedlają uznane standardy. Ale wtedy skupiamy się wyłącznie na fizyczne atrybuty danego dzieła. A więc to tylko jedna strona medalu.

Zawiesił się nagle, na moment gubiąc się we własnych słowach, lawirując pośród wyślizgującym mu się spomiędzy palców myśli; był kotem, który bawił się kłębkiem, a ten niespodziewanie potoczył się do ciemnego kąta, pozostawiając po sobie jedynie pojedynczą nitkę, za jaką trzeba było podążyć. Droga do celu była jednak zasłonięta ciemnością i usłana potencjalnymi niebezpieczeństwami. Główną obawą Erika było to, aby kompletnie nie zaciąć się w rozmowie. Chciał pokazać, że potrafi dotrzymać Anthony'emu kroku w rozmowie i nie należał do twardogłowych funkcjonariuszy, którym brakowało polotu.

A co mamy po drugiej? — spojrzał nieco wyzywająco w kierunku starszego czarodzieja. — Warstwę symboliczną, oczywiście. Tudzież interpretacyjną lub emocjonalną, w zależności od tego, jak kto woli ją określać. A może wszystkie trzy naraz. W każdym razie... One też są ważne, jeśli nie kluczowe. To właśnie przekaz ma znaczenie, gdy wchodzimy w interakcję z danym dziełem. Chociaż główna idea może pozostać uniwersalna, to każdy człowiek dostrzeże inne niuanse, odnajdzie inne znaczenia, opierając się na osobistych przeżyciach i wiedzy. — Przerwał na moment, by nabrać powietrza. — Sztuka nie może być obiektywna, bo jest z natury ludzka. A każdy człowiek jest inny i społeczeństwo ulega zmianom, bo świat idzie do przodu.

Próbował skryć brak wiedzy pod płaszczykiem ładnych słów i idei, jakie każdy powinien zgłębić z osobna. Może i zdarzało mu się bywać w muzeach czy galeriach sztuki, tak nigdy nie wszedł w temat głębiej. Nie miał za grosz talentu artystycznego i zapewne za parę lat jego chrześnica pod tym względem go przerośnie, chociaż obecnie miała ledwo roczek. Potrafił jednak ładnie ubrać swoją niewiedzę, zostawiając sobie i rozmówcy furtki, do których mogliby się zwrócić, gdyby coś nie wypaliło. Problemy zaczęłyby się, gdyby Anthony poprosił go, aby opowiedział mu o rzeźbie, która stała w recepcji lub obrazie na korytarzu. Mógł opowiadać o swoich wewnętrznych odczuciach, ale pewnie ledwo by zgadł, z jakiego okresu pochodził dany obraz, kto był jego autorem czy jakie tło historyczne zostało zawarte w danej pracy przez autora.

Dać ci utonąć? Przecież to byłby grzech. I to ciężki. Nie mogę do tego dopuścić. Obronię cię — obiecał, posyłając mężczyźnie nieco zarozumiałe spojrzenie. Po to tu był; żeby zapobiegać takim wypadkom. — A w najgorszym razie dałbym się pociągnąć za tobą. Tak dla towarzystwa. — Oparł swobodniej wolną rękę na oparcie kanapy. — Chociaż... Chyba powinien rozważyć prośbę o podwyżkę. Skoro mam być nie tylko ochroniarzem i degustatorem, a jeszcze rycerzem w lśniącej zbroi. — Uśmiechnął się, a zawadiackie ogniki zatańczyły w jego oczach. — Jak tak dalej pójdzie, to dostanę awans po powrocie do kraju.

Erik nie wiedział, że Anthony ma winnicę, a nawet jeśli w przeszłości obiło mu się to uszy, to zapewne nawet nie domyśliłby się, że mężczyzna miał z nią jakieś bezpośrednie powiązania. Rody czystej krwi, które od pokoleń utrzymywały władzę nad swoimi domenami, dorobiły się nie lada majątku w ciągu lat. W przypadku zagranicznych winnic Shafiqów uznałby po prostu, że należą do jego rodziny, a dyplomata po prostu korzysta z rodowej własności.

To prawda. Najlepsi nauczyciele prowadzą ucznia po okruszkach do celu, pozwalając, aby sami doszli do rozwiązania danego problemu — zauważył, bo dosyć podobnie wyglądało też szkolenie nowych funkcjonariuszy w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów w terenie. Można było powiedzieć im wszystko od razu, jednak gdy sami faktycznie zasmakowali prawdziwego świata, wiedza lepiej się utrwalała. I drugi raz nie podchodzili tak samo do potencjalnie ryzykownych sytuacji. — Mimo to, dalej mogą nadzieję, że to będzie odpowiedź, jaką obmyślili zawczasu

Otworzył szerzej usta, gdy Antonio kontynuował swą przemowę. To było coś nowego i nie do końca wiedział, jak na to zareagować. Uśmiechnął się mimowolnie, jak swobodnie mężczyzna zdołał utrzymać nieco bardziej podniosły ton rozmowy, pomimo zaburzeń ze strony Erika. Jakby dopełniał jego braki w doświadczeniu, co by nie poczuł, że jest na gorszej pozycji.

Ładna perspektywa. A więc wino to... Euforia? Zauroczenie? Pożądanie? — Zmarszczył czoło, zerkając z zaciekawieniem na poczynania Shafiqa. — Miłość? — Chyba był na dobrym tropie. Kto chociaż jeden raz jej zaznał, wiedział, że nie zawsze było cukierkowo. Słodycz mieszała się z goryczą, czasem wbrew woli głównych zainteresowanych. A czasem właśnie przez głównych zainteresowanych. — Skroplony uścisk drugiej połówki zamknięty w szklanym więzieniu? — Uniósł lekko brew. — W takim układzie trzymanie dużych ilości zamkniętych butelek w jednym miejscu może się wydawać nieco samolubne. Jak wzniesienie muru wokół siebie i odcięcie się od takich doznań. A z drugiej... Piwniczka z winami staje się muzeum wspomnień, które można odkorkować i ponownie skosztować.

Czy cofnąłby się o te kilka lat wstecz, aby odświeżyć sobie pewne wspomnienia związane z Selwynem? Bądź co bądź, czarodzieje mieli ku temu parę możliwości. Musiałby wprawdzie zainwestować wówczas w myślodsiewnię, ale ekstrakcja wspomnień nie powinna być czymś wybitnie kłopotliwym. Prawdziwe problemy zaczęłyby się, gdyby faktycznie zanurzył się we własnej przeszłości. Na samą myśl przeszył go dreszcz. Nie. Kilka chwil ułudy nie było wartych tego, aby bezceremonialnie rozgrzebać stare rany. Potrząsnął głowa, wracając do rzeczywistości.

Tak — przyznał cicho, obracając kieliszek w dłoni. Odchylił lekko głowę w bok, ale nie odwrócił się całkowicie, aby stanąć oko w oko ze starszym czarodziejem. — Chociaż jest w tym pewna sprzeczność, nie sądzisz? Karmimy umysł kosztem ciała albo pielęgnujemy potrzeby ciała, ignorując możliwe porozumienie umysłów. — Przyłożył szkło do ust, zatrzymując na dłużej trunek na języku. Nawet nie zauważył, że mimowolnie dalej porównywał wino do dosyć... zażyłych uczuć. — Ciężko zachować równowagę, nie tracąc czegoś. Chociaż, gdybym to ja miałbym wybierać, postawiłbym na intelekt.

Zerknął kątem oka na Anthony'ego, jednak nie mógł komfortowo utrzymać na nim spojrzenia, nie czując nieprzyjemnego napięcia w okolicy karku. Obrócił się z cichym westchnieniem, wbijając kolana w siedzisko, a łokciem opierając się nieco nonszalancko o oparcie. Zdecydowanie lepiej.

Ciało można poznać, wyuczyć się go, a nawet podporządkować je sobie. Wówczas liczy się dyscyplina i siła woli, ale umysł — dotknął lekko palcem swojej głowy, tuż nad uchem. — To jak inny świat. Kiedy już zrozumiesz, jak ktoś myśli, co motywuje daną osobą, czemu myśli w taki, a nie inny sposób... To bardzo intymne. Może najintymniejsze uczucie, jakie jest. Ale też zdradliwe. Nie da się osiągnąć czegoś takiego, nie dając nic od siebie. Zaufanie to podstawa. — Nachmurzył się niespodziewanie, pociągając kolejny łyk z kieliszka. Gdy kontynuował, jego głos wydawał się nieco bardziej zachrypnięty. — Tylko że zaufanie buduje się długo, ale można je stracić za pstryknięciem palca.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7dCsSSz.png[/inny avek]


RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Anthony Shafiq - 25.03.2024

– Cóż jednak, gdy odbiorca nie jest zbyt wyedukowany mm... inne słowo... nie jest zbyt przygotowany na doświadczanie dzieła w pełni, na rozpoznanie różnych jego warstw? Łatwo ominąć kwintesencje istnienia dzieła, nie znając kontekstu, intertekstualności, nie znając myśli inicjującej. Tak jak człowiek, z którym masz okazję porozmawiać ledwie chwile, nie wiedząc, gdzie wrastają jego korzenie, ani ku jakim słońcom pochylają się wzrastające gałęzie. Oczywiście... dzieła są różne, jak ludzie są różni. Czasem chodzi tylko o piękno pieniądza, czasem jednak... – umilkł odwracając na moment głowę w kierunku bezlitosnego słońca, szukając myśli i słów, może nawet tłumaczenia, jeśli język w którym przyszła do niego myśl wieńcząca te estetyczne dyskusje, w innej mowie, niż ich ojczysta  – Czy byłoby słusznie, gdyby istotą naszego jestestwa, prawdziwym sądem o nim, byłaby li tylko opinia innych na nasz temat? – zapytał w końcu, nie oczekując zbytnio odpowiedzi, a jeśli nawet, to niekoniecznie teraz.

Temat wody, był meblem, którego nie było. W innych okolicznościach Anthony z pewnością podjąłby temat zbroi, podwyżki, może nawet zasugerowałby, że sam swoim śpiewem sprowadził rycerza na dno, szczęśliwy skuteczności własnych strun głosowych. Ale nie, tylko uśmiech, lekko nerwowy, pokiwanie głową, stłumione w wyrazie, choć zaskakująco szczere. Nosił w sercu i postawie znaczący dyskomfort uniemożliwiający mu żartowanie z utonięcia, o tyle dziwny, że nie przeszkadzało mu to ledwie dwa dni temu z rozbrajającą swobodą komentować niechęć do rejsu po morzu, aby podziwiać widok Neapolu z pewnej odległości. Wolał być księżniczką w wieży Castel Nuovo, jak określili go pogardliwie niektórzy Włosi, machającą białą chustką reszcie delegacji. Teraz jednak cisza, teraz ucieczka od tematu, brak kpiny. Deklaracja pozbawiona słów.

Całe szczęście, pojawiło się inne zagadnienie, na które mógł złożyć wszystkie swoje moce przerobowe:
– Niech bóstwa mnie chronią, przed nauczycielską karierą! Jestem tylko skromnym dyplomatą, który chce coś wywalczyć na arenie międzynarodowej dla naszego biednego pokruszonego imperium... Nie dotykam nawet stażystów, wydział latami radził sobie beze mnie, radzi sobie i teraz, kiedy my możemy robić rzeczy istotne. Gdzież mi też do pouczania czy punktowania Ciebie, w rzeczy tak delikatnej, jak podniebienie. Tylko ciekawość Eriku, tylko ciekawość skłania mnie do tej rozmowy, do pytań, do detali, ornamentu słów, w które ubierasz swoje myśli i odczucia. – Był rozbawiony, może nazbyt wylewny, jakby realnie bał się utonięcia nawet w wyobraźni, więc teraz łapał się każdego innego tematu, metafory, przestrzeni, pozbawionego wody, a pełnego zwykłej codziennej szarości biura.

Ten sam ton utrzymał i później, kiedy Erik porównał wino do miłości i przejął się losem butelkowanych wspomnień.
– Wino jak miłość... jak relacja, jak trwanie z kimś u boku na dobre i na złe... bardzo piękne i.. nie ukrywam, bardzo ciekawe, że akurat włoskie grona pobudzają Cię do skojarzeń, w których ktoś jest obok i zbija przykrą gorycz osamotnienia. Od dziś będę wypatrywać dnia, kiedy odwiedzisz mnie we Francji, w mojej winnicy. Skoro włoska ziemia, skoro Calabria przemawia do Ciebie językiem miłości, cóż będą szeptać złote wzgórza Burgundii? Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać, nie sądzisz? – Zaproszenie zawisło w powietrzu, a wraz z tym jak siedzący mężczyzna zmieniał swoją pozycję dla lepszego kontaktu, tak i Anthony pochylił się ku niemu, opierając oba przedramiona o falistą ramę oparcia sofy, zdecydowanie zbyt małej, by ktoś pokroju Erika czuł się na niej w pełni wygodnie. Shafiq wychylił się ku niemu, wygiął jak wąż niespiesznie zaglądający u zarania dziejów w oczy drzemiącego anioła, strażnika rajskiej bramy.

Wysłuchiwał go z uwagą, chłonąc tak słowa jak i gesty, nie dziwiąc się, a doświadczając jego otwartości w zwierzeniu się i przedstawieniu swoich tęsknot i pragnień pod płaszczem niewinności omawiania smaku czerwonego trunku.
– Och, jesteś zaskakująco surowy dla cielesności, jak na kogoś, komu na drugie imię kalokaghatia. – zauważył łagodnie, ani na moment nie pozwalając sobie, na zsunięcie się srebrzystego spojrzenia, na mówiące usta, twardą linię szczęki, czy niżej, lekko zwilżoną potem szyję i ostry kąt niedopiętego kołnierza koszuli. – A przecież ciało też potrzebuje czasu i zbudowanego na nim zaufania, też potrzebuje doświadczenia i pewności, że druga osoba tańcząc na granicy bólu i rozkoszy, tańcząc na granicy władzy i uległości... nie przekroczy jej. Wtedy dopiero, gdy ciało ufa, można oddać się w pełni i brać w pełni. Lecz to zaufanie.... te lata o których mówisz... bez względu na to o której sferze mowa, nie będą możliwe, bez ryzyka pierwszego kroku, bez ryzyka pierwszej sekundy, która zacznie dopiero zdzierać kartki z kalendarza, brnąc ku ideałowi. – umilkł na moment i już wychylał się po swój kieliszek, gdy rozbrzmiał miękko dzwonek, a w pomieszczeniu zmaterializował się złocisty papierowy motyl, który podleciał nieco chaotyczną drogą do stolika przy którym siedzieli i dobrnąwszy do niego przysiadł, a wraz z każdym machnięciem skrzydeł, w pokój wypełnił melodyjny, naznaczony silnym włoskim akcentem głos jednej z "syren".

Dostojni goście, podziemna komnata jest już gotowa, kamienie przygotowane. Zapraszamy na masaże kiedy tylko będziecie gotowi.
[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/e4/f8/c9/e4f8c920dbcc8e10ecff3c0cc79d38e6.jpg[/inny avek]


RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Erik Longbottom - 25.03.2024

Wówczas nie zgłębi danego dzieła w pełni i zapozna się z nim na ograniczonym poziomie — stwierdził, nie mając nawet zamiaru przekonywać Anthony'ego, że mogłoby być inaczej. Pewnych rzeczy nie dało się przeskoczyć, toteż należało je po prostu zaakceptować. — Nie podoba mi się pomysł, że dostęp do sztuki powinien być ograniczony dla osób uznanych za uprawnione do jej pełnego docenienia. To dość elitarne podejście. — Wbił w mężczyznę uważne spojrzenie, jak gdyby gotów był zgromić go wzrokiem, gdyby nie zgodził się z nim w tej kwestii. — Sztuka poszerza horyzonty i nawet prosta interakcja z nią może zdziałać cuda. Potrafi rozbudzić ciekawość i... pragnienie, żeby zobaczyć i doświadczyć czegoś więcej. W pewnym sensie.

Czyż nie dotyczyło to również ludzi? Do niektórych osób naturalnie lgnęło się przez ich charyzmę lub niezwykłą atmosferę, którą tworzyli samą swoją obecnością. Nie trzeba było znać ich na wylot, aby po prostu przebywać w pobliżu i cieszyć się ich obecnością. Można było poznawać ich kawałek po kawałku, spotkanie po spotkaniu odkrywając kolejne karty z ich osobistej talii, dopóki nie zapoznało się z ich zwyczajami czy zagrywkami. A na końcu drogi i tak mogła czekać niespodzianka w postaci ukrytych asów w rękawie, co tylko potwierdzało, że każdy potrafił być pełen niespodzianek, bez względu na to, że znało się daną osobę od podszewki. A to, czy niespodzianki były dobre, czy złe, zależało już od konkretnych sytuacji.

Ja... — zawiesił głos, ściągając brwi aż do grzbietu nosa, gdy zaczął głębiej zastanawiać się nad pytaniem Anthony'ego. Instynkt podpowiadał, że nie byłoby to słuszne, jednak miał wrażenie, że to jedno pytanie ciągnęło za sobą armię większych, które do najprostszych już nie należały. Chrząknął cicho. — Cóż, nie unikniemy tego. Jeśli któremuś z nas uda się zapisać na kartach historii, to za kilkadziesiąt czy nawet kilkaset lat, to co sami o sobie myślimy, nie będzie miało większego znaczenia. Będą liczyły się fakty, a nawet one będą mógł zostać nagięte do narracji, jaka będzie nas otaczać. — Westchnął cicho, pocierając nóżkę kielicha. — Rodzina i przyjaciele, którzy mogliby przekazać fakty na nasz temat, obrócą się w niebyt i zostanie jedyna historia, spisana w podręcznikach lub na kartach gazet.

Będą poznawani na podstawie słów poczytnych autorów, dziennikarzy i pismaków; jeśli napiszą o nich dobrze, staną się bohaterami, lśniącymi przykładami złotej ery świata czarodziejów, a jeśli źle, to nawet jeśli ich reputacja mówiłaby inaczej, staliby się złoczyńcami. Bądź co bądź, historię pisali zwycięzcy. Może niektórzy historycy by się zainteresowali, pomyślał przelotnie. To jednak wymagałoby by od nich lepszego zrozumienia czasów, w jakich żyli, łączących ich z innymi relacji, sytuacji społecznej i politycznej, a przede wszystkim tego, jacy byli i co ich napędzało do działania. W przedziwnym razie dostrzegliby tylko najprostszą, opisaną w kilku słowach wersję danej osoby. Jak obraz, który dało się określić jedynie słowami ładny i nieładny, bo nie znało się myśli inicjującej. W oczach Erika błysnęły iskierki zrozumienia, gdy zestawił tę myśl z poprzednimi słowami Shafiqa.

Eee? — Pokręcił z niedowierzaniem głową. — Nie przypominam sobie, abym chociaż raz zobaczył tę skromność przez ostatni tydzień. Byłeś wręcz... onieśmielający. — Uśmiechnął się do siebie, smakując w ustach to słowo z tą samą starannością, z jaką przed chwilą degustował lokalne wino. — Zwłaszcza kiedy zorientowali się, że mówisz równie swobodnie po włosku, co po angielsku. To ich mocno zbiło z tropu.

Zachowywali się wówczas jak dzieciaki, które zostały przyłapane przez rodziców na podkradaniu słodyczy ze słoika w spiżarce; zawstydzone raczej samym złapaniem na gorącym uczynku niźli własnymi intencjami. Tylko że w przypadku Anthony'ego stającego w szranki z innymi dyplomatami, stawka była dużo większa, niż zakaz lizaków czy ciastek z dżemem na tydzień. Może to przez te niuanse, Erik doceniał szansę, jaką dał mu Bones, pozwalając mu na udział w tym wyjeździe. Tak jak w pojedynkach czarodziejów, tak i w pertraktacjach element zaskoczenia stanowił znaczącą przewagę dla tego, kto potrafił z jej skorzystać. I może nie była to jedyna lekcja, jaką Longbottom wyciągnie z tej delegacji?

Tylko? A może ? — Wyszczerzył zęby w podstępnym uśmiechu. — Nie słyszałeś, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? Takiś chętny do spotkania z diabłem? — Łapanie mężczyzny za słówka sprawiało mu niemałą frajdę. Wychodził z założenia, że w porównaniu z Anthonym nie miał się czym zbytnio popisać w tej rozmowie, a musiał sobie przecież jakoś radzić, prawda? — Ale jeśli masz jakieś sugestie co do tego, co powinno trafić w moje gusta, to bardzo chętnie je przyjmę. Konstruktywną krytyką staram się nie gardzić.

Nieoczekiwana oferta odwiedzenia Shafiqa we Francji, sprawiła, że rozpromieniona twarz Longbottoma uległa mieszance zdziwienia i zainteresowania. Miewał znajomych z różnych kręgów, a rodzinny skarbiec nie świecił pustkami, jednak rekreacyjne wypady poza granicę kraju, dalej stanowiły poniekąd luksus. Pieniądze i współtowarzysze zawsze by się jacyś znaleźli, jednak czas na takie wyprawy było dużo trudniej wygospodarować. Zwłaszcza gdy wezwanie do Brygady Uderzeniowej mogło przyjść o każdej porze dnia i nocy, jeśli sprawa była wyjątkowa poważna.

Nigdy się nie dowiemy, jeśli nie spróbujemy — odparł.

Mimowolnie poprawiając się na kanapie, gdy Anthony nachylił się ku niemu. Ciekawiło go, jakie to też myśli podsuwało mu włoskie wybrzeże i francuskie wzgórza. Jaką historię tkały w jego głowie, sycąc zmysły obrazami, odgłosami i dźwiękami, tak znajomymi, a zarazem tak obcymi dla kogoś, kto zapewne większość życia spędził na Wyspach?

Okoliczności też mają na to spory wpływ. Jak i to, kto wykonuje pierwszy krok. — Bądź co bądź, to nierzadko właśnie pierwsze chwile kontaktu jednego człowieka z drugim wyznaczały tempo ich relacji, pokazując, jak duża chemia występuje między nimi. Czasem trafiało się na bratnią duszę, z którą momentalnie łapało się świetny kontakt, a czasem szło jak po grudzie i każdy uśmiech czy komplement był jak łup wywalczony w wielkiej bitwie. — Na przykład...

Lekki uśmiech zamarł na jego twarzy, gdy przy wejściu do apartamentu rozbrzmiał dzwonek oznajmiający przybycie motylka pocztowego. Oczywiście, akurat, kiedy zaczynał się rozkręcać i ugruntowywać swoją pozycję w tej rozmowie, ktoś musiał przerwać. I cały misterny plan zaczął się walić. Równie dobrze mogli wrócić do początku, bo informacja o wezwaniu na masaż, zupełnie wytrąciła Erika z rytmu. Westchnął przeciągle i odstawił pusty kieliszek na stolik, aby zaraz podnieść się z kanapy.

Chyba czas na nas — rzucił, pocierając bezwiednie kłykciami dłoni o siebie nawzajem. — Pójdę się przebrać. — Ruszył w stronę korytarza, jednak zatrzymał się na progu salonu, aby zwrócić się ku starszemu czarodziejowi. — A i tak na przyszłość... Na drugie imię mam Alexander, a nie kalo..ghita?

Skrzywił się, kiedy wypowiadał to... Imię? To chyba było imię. Czuł się nieco niekomfortowo, bo miał wrażenie, że wyprowadza Anthony'ego z błędu, w jakim tkwił od początku delegacji. Skąd w ogóle wpadł na taki pomysł? Może ktoś coś pomylił w jego papierach paszportowych? Jednak z drugiej strony, mimowolnie rzucona fraza brzmiała, jak coś z greckiego, a więc mogło tu sugerować, że Morfeusz maczał w tym palce. Czyżby miał to być w jakiś prezent od wuja, który postanowił puścić w obieg niegroźny żarcik na temat bratanka? Już on się z nim rozmówi po powrocie... Z tą myślą, Longbottom ruszył do swojej kwatery, gotów za kilka minut ponownie spotkać się z Shafiqiem.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7dCsSSz.png[/inny avek]