Secrets of London
[28.07.1972] Nostalgia zapłakanych miejsc | Guinevere & Laurent - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [28.07.1972] Nostalgia zapłakanych miejsc | Guinevere & Laurent (/showthread.php?tid=2900)



[28.07.1972] Nostalgia zapłakanych miejsc | Guinevere & Laurent - Laurent Prewett - 14.03.2024

Proste zdanie od strony Guinevere potrafiło całkowicie zmienić ekscytację płótna w bycie artystą. Czy płótno jest tylko dla kogoś? Czy może być dla siebie samym dziełem i westchnięciem? Czy jest tylko dla pędzla i ręki, które ją prowadzi, czy może powstać, narodzić się, wytworzyć własne skrzydła z niczego i z ogromu świata, jakim była wyobraźnia? Powstaje na nim obraz - a więc obraz był narzędziem, który wykorzystujesz dla własnej przyjemności, czy jednak dajesz tą przyjemność, żeby w ogóle ją pobrać? Wystarczy czasami jedno proste zdanie, żeby spojrzeć na rzeczywistość dotąd widzianą, ale jednocześnie niepostrzeganą w pełni. Przymknięte, zlepione powieki, niewyraźny obraz, rozkojarzenie - cokolwiek wpływało na brak możliwości koncentracji to kończysz w miejscu, gdzie orientujesz się, jak bardzo umykało ci coś oczywistego. Coś oczywistego jak to, że instrument jest dla kogoś. Płótno jest dla kogoś. Ile można wyciągnąć więc dla siebie jednocześnie będąc dla kogoś? Przyjemność. Człowiek nie jest w końcu przedmiotem, chociaż wielu przedmiotowo traktowało. Zdrowy balans między tym, żeby nie dawać z siebie wszystkiego i jeszcze paru kilo więcej, by nie zostać rozebranym na kawałki i nie mieć części wymiennych, do uzupełnienia, był niełatwy do osiągnięcia, kiedy wmawiałeś sobie samemu, że "to też robi ci dobrze". Nie robiło. Potrzebne były lata, żeby Laurent przestał zasłaniać swój świat długą kurtyna rzęs. Był przez to niewyraźny, jego rysy potrafiły się rozmywać między splotami czerni, ale dzięki temu był też łatwiejszy do przełknięcia. Samooszukiwanie się było największym z kłamstw, jakie fundowali sobie ludzie. Najgorsze było to, że czasem robili to nieświadomie.

- Znowu mnie zadziwiłaś swoją przenikliwością. - Prostota mądrości polegała zazwyczaj na tym, że świat nie był taki skomplikowany, jeśli tylko trzeźwo na niego spoglądałeś i nie pozwalałeś swoim emocjom przejąć kontroli. To była druga już firana przedstawienia zwanego światem. Nic tylko obwołać je spektaklem, postawić na deskach aktorów i rozpocząć przedstawienie. I dla kogo by te przedstawienie było? Ta dla siebie samego - nie w przykrym egoizmie, a w zdrowej dbałości o chociaż odrobinę swojego szczęścia. Nie występować - być sobą. Wystarczająco długie przebywanie na scenie sprawiało, że zaczynałeś się gubić, czy ta maska to jeszcze ty, czy jednak akt odegrany na czyjeś (i swoje!) potrzeby. Bo to wszystko, jak to bywało, nie było zero-jedynkowe. W końcu stajesz się płótnem... dla własnych doznań i przyjemności. To, że jak gąbka wyciągasz emocjonalną przyjemność z uniesień innych było jednak zbyt mocnym aspektem, żeby zdrowo o tym rozumować. - Cóż... bardzo blisko kojarzą się z Nocturnem, nie wśród filantropów z eleganckim kieliszkiem wina w rękach. - Uśmiechnął się enigmatycznie, bo jedno z drugim wcale się nie wykluczało. Mówiąc to był pewien, że Guinevere również tak myślała i nie było potrzeba mówić o tym na głos. Zadziwiająco wiele składał na karby "nie trzeba tego dopowiadać" przy rozmowach z tą kobietą. Przychodziło to wręcz z jakąś oczywistością. Powinien może na to uważać, bo z drugiej strony takie pewności nie były czasem dobre nawet przy wieloletnich znajomościach i mogły prowadzić do niepotrzebnych nieporozumień. Chyba po prostu chodziło o to, że nieporozumienie z Ginny było tylko kwestią dopowiedzenia potem paru słów. Niczym, co by zmieniło relację na gorsze. Przesunął swoją dłoń w dłoni kobiety, na moment zamknął wokół niej palce, żeby zaraz pociągnąć nią po jej przedramieniu. Zmysłowo.

- Dziękujemy za zaproszenie. Być może zobaczymy się w przyszłości. - Uśmiechnął się do mężczyzny, kiedy wychodzili i zawrócili w kierunku Pokątnej, wchodząc bardzo blisko od ulicy z Nokturnem. Laurent aż przez moment podniósł głowę na pewien ulubiony zakład w tej części miasta należący do sztukmistrza ręcznych robótek, ale tylko prześlizgnął spojrzeniem po szyldzie i paru innych witrynach. Niekoniecznie pootwieranych. Przynajmniej jedna z nich wyglądała tak, jakby od lat stała opustoszała - szyby były tak brudne, że wołały o pomstę do nieba. Dopiero jak wchodziło się na samą Pokątną to takie smętne widoki znikały. Tymczasem luźna rozmowa między nimi trwała, pobłąkała się wokół tematu farb, specyficki ludzkiego organizmu i fenomenu przebarwień, Laurent nawet miał okazję poczęstować Ginny przypowiastką o tym, jak jeden mężczyzna chciał zaprotestować przeciwko przesiedleniu grupy stworzeń do rezerwatu (mimo, że to było idiotyczne, bo nie miały szans przetrwać w swoim środowisku, które było karczowane) i przykleił się do jezdni przed kopytami abraksanów. Zrobił to tak skutecznie, że musieli ciąć jego skórę, bo magiczny klej wniknął i wsiąknął w skórę i gdyby nie sprawna pomoc magimedyka to miałby na stałe uszkodzone częściowo czucie w dłoni.

- Usłyszałem kiedyś piękne zdanie, że nie ma piękniejszej melodii ponad te wydobywane ze strun głosowych człowieka. Że człowiek potrafi być jak skrzypce, jego skóra strunami, a dłoń drugiej osoby - smyczkiem. - Wrócił do jej pytania, odrywając wzrok od tutejszego otoczenia, by skupić je na kobiecie.




RE: [28.07.1972] Nostalgia zapłakanych miejsc | Guinevere & Laurent - Guinevere McGonagall - 15.03.2024

Odmienność Chinatown była całkiem odświeżająca, lecz gdy w końcu trafili do magicznych dzielnic i okazało się, że Laurent ma całkiem niezła orientację w miejskiej dżungli, to Ginewra się bardziej zrelaksowała. Tutaj nie musiała się pilnować, mogła być bardziej sobą i choć czasami ktoś mijany na nich zerkał, to jednak w innym stylu niż to oki to mugole, dla których jej wzrost i uroda były jak magnes dla oczu. Wśród czarodziejów jej ciemniejsza, opalona skóra, może i się wyróżniała, ale nie była czymś, na co trzeba rozdziawiać buzię i wytykać palcami. Guinevere nie zdawała sobie sprawy z tego, jakie uczucia i myśli jej osoba sprawia i wzbudza w Laurencie; jak wiele w jego wnętrzu porusza swoim sposobem bycia, jak bardzo sprawiała, że ten zaczynał patrzeć na pewne sprawy pod innym kątem, jak inspirowała go, do rozmyślań i próby zmiany perspektywy. To chyba był ten dobry wpływ, bo pozwalał się człowiekowi rozwijać.

- W jaki sposób? – przenikliwość? Chyba nie mówiła niczego nadmiernie odkrywczego, przynajmniej nie dla niej; wydawało jej się wręcz, że rzucała jakimiś banałami, ale też nie starała się na siłę wypaść na mądrzejsza niż była w rzeczywistości, nie chciała zakładać tych masek celowo, a dać się poznać od tego, jaka była, a przynajmniej starała się być najbardziej sobą jak potrafiła. Ale uśmiechnęła się miło, bo to pytanie nie miało być krytyczne, a zwyczajnie… chciała zaspokoić swoją ciekawość. Prawdą było, że bogaty i elegancki filantrop nie wykluczał się z oprychem z Nokturna i choć jeszcze w studio wyłapała uśmiech Laurenta, to była daleka od podejrzewania go o jakąś podwójną tożsamość i bycie tym złym panem z tatuażem.

Zaś to, jak wcześniej pociągnął po jej skórze dłonią sprawiło ni mniej, ni więcej, że gdy już wyszli – to złapała go pod ramię, zbliżywszy się do niego trochę. Niby to dla ochrony przed spojrzeniami mugoli. Bardzo niby.

W tej części Magicznych Dzielnic chyba nigdy nie wylądowała. Niby to prawie Pokątna, a jednak nie do końca. Cześć sklepików tutaj wyglądała na bardziej obskurne niż eleganckie, a i kamieniczki tutaj zdawały się być trochę tańsze. Gdzieś w tle ich uszu dobiegł pisk, a potem ruch gdzieś przy wylocie uliczki i Ginny miała wrażenie, że to jakieś dzieci się gonią i bawią, bo niewysoka osóbka mignęła jej za zakrętem na peryferiach wzroku. Opowieść o oszołomie, który przykleił się do jezdni brzmiała jednocześnie absurdalnie, makabrycznie i cholernie głupio. A Ginny dała swój komentarz patrząc na to od strony uzdrowiciela, kogoś, kogo rodzina sama starała się zapewnić zwierzętom ich naturalne warunki do życia, jak i kogoś wrażliwego na los żywych istot, ludzi i zwierząt.

- Być może powiedział to ktoś, kto nigdy nie miał okazji usłyszeć feniksa – akurat te piękne i niemal mityczne ptaki zamieszkiwały Afrykę, a pióro jednego z nich stanowiło rdzeń jej własnej różdżki. - Albo słowika. Ale rozumiem metaforę… chociaż sama powiedziałabym, że jeśli uznać, że te najpiękniejsze melodie rzeczywiście pochodzą od człowieka za sprawą innych ludzi to tylko wtedy, jeśli trafiło się na właściwą osobę, która sprawia, że stajemy się lepsza wersją siebie. Albo gdy w grę wchodzi miłość – zamyśliła się, dając się ponieść rozmowie, porównaniom i zabawie słowem.

Była tak zaaferowana rozmową i rozmyślaniem, że w pierwszej chwili wcale nie zauważyła małej dziewczynki siedzącej na schodkach właśnie mijanego budynku.

- P-przepraszam – powiedziała dwa razy i drugi raz zadziałał, bo Ginny się zatrzymała, zwracając na nią spojrzenie i rysy jej twarzy niemal od razu się wygładziły. Miała jakieś takie miejsce w swoim sercu dla dzieci. Wtedy też zauważyła, że policzki dziewczynki za zapuchnięte, a oczy zaczerwienione, jakby dopiero co płakała. I to ją zaniepokoiło. Chyba tak samo jak rozbite kolano, widoczne spod jasnej sukienki.

[a]- Cześć, kochanie. Co się stało, maleńka? - powiedziała łagodnie i uśmiechnęła się do dziewczynki.


RE: [28.07.1972] Nostalgia zapłakanych miejsc | Guinevere & Laurent - Laurent Prewett - 16.03.2024

Londyn kochał bladą skórę, bo Anglia kochała chmury. Pozwala przesiąkać promieniom słońca w formie oszczędnej jak oszczędnie piaski przepuszczały wodę, by można było się z niej napić. Przydałby się złoty środek w życiu i w naturze - nie zamieniaj całkowitego gorąca na chłód deszczowych lat Anglii. Wybierz coś pomiędzy. Przyzwyczajenia stanowiły człowieka i do niektórych spraw się po prostu przyzwyczajałeś. Jeśli nie byłeś w stanie się przyzwyczaić - uciekaj. Nic dobrego nie czeka cię w miejscu, gdzie ciągłe bolączki będą zatruwały twoje życie i ukradną ci radość nawet z tych rzeczy, które kochałeś. Jedni nie mogli się przyzwyczaić do krzyku mew nad morzem, inni do ciągłego gwaru i szumu miasta. Świat byłby prostszy, gdyby postawić go zero-jedynkowym, ale Kolorowe Ptaki, takie jak Guinevere, nie miałyby wtedy swojego miejsca na niebie. Wytykane palcami sądziłyby, że ich mądrość to choroba. Tak jak sądził ptak zamknięty w klatce, gdy patrzył na te, co latają. Egipt był zdecydowanie za gorący, a tutaj było dla niego akurat. Znał jednak przyjemniejsze miejsca, gdzie naprawdę można było się wygrzewać, nie marznąć i nie zagrzewać za bardzo - śródziemnomorski klimat ciągnął go do siebie od jakiegoś czasu, tylko jeszcze nie wiedział, na ile był to pociąg, by tamte miejsca odwiedzać, a na ile rzeczywiście mógłby tam zamieszkać.

- Twoje oczy, równie bystre co oczy jastrzębia, przenikają przez zasłonę rzęs i dostrzegają świat w całej jego okazałości. - Nie wiedziała wszystkiego, nie widziała wszystkiego, ale nie o wszechwiedzę chodziło. Laurent doceniał to, że wyciągała proste wnioski z prostych rzeczy i była w tym trzeźwa. Jednocześnie ta trzeźwość w ogóle nie zabijała marzycielstwa, który w niej drzemał i pasji, z jaką potrafiła wnieść się na jastrzębich skrzydłach ku obłokach. Tam, gdzie jej skóra mogła błyszczeć jak ciemne lotki, gdzie wiatr tańczył w jej jedwabnych włosach, a oczy błyszczały jak pretendent do największych z gwiazd. W pięknie można było się zakochać, zauroczyć, ale ono nie zostawało z tobą na stałe. Nie było powodem, dla którego chciałeś do kogoś wracać... o ile nie chciałeś, zeby ktoś był dla ciebie płótnem. Zgadza się, Ginny nie próbowała nikomu zaimponować i nie starała się właśnie być tą, co wie wszystko o wszystkim. Nie bała się mówić, co wie i nie bała się też powiedzieć, czego nie wie. Paradoks tego świata polegał na tym, że im więcej wiedziałeś tym bardziej byłeś samoświadomy niewiedzy, a Guinevere tę niewiedzę zamieniała w zaletę, by z wiedzy kuć najlepsze ostrza.

Podtrzymywał swoje ramię, żeby elegancko Ginny mogła go trzymać, kiedy powoli wkraczali na Pokątną. Tak, orientacja w terenie w miejskim zgiełku okazała się zupełnie dla Laurenta bezproblemowa, więc chociaż nie obrali na pewno najkrótszej drogi, to nie zabłądzili. A Laurent ani myślał swoją rękę cofać, bo nie bał się ewentualnych znajomych twarzy, jakie mogliby napotkać po drodze i pytań z prostej przyczyny: z niejedną damą tak chodził, jak i niejeden dżentelmen prowadził tak kobietę, która równie dobrze mogła być jego siostrą. Jeśli ktoś sobie coś dopowie też nie stanowiło to dla niego w zasadzie żadnego problemu.

- Ach, tak, feniksy... miałaś okazję posłuchać ich śpiewu? - Nie było rzeczywiście piękniejszej pieśni. Czy sam wymieniłby ją na czułe słów, westchnienia, jęki? Ha... Nie potrafił zero-jedynkowo odpowiedzieć. Nic nie poruszało aż tak głęboko jak ten dźwięk - zarówno w tym dobrym kierunku jak i tym, w którym ludzie ronili łzy, jak i czuli niepokój, jeśli ich serca nie były czyste. - Miłość, co... - Piękne słowo. Piękna emocja. Iście uskrzydlająca. I szalenie niebezpieczna. Potrafiła całkowicie wywrócić życie do góry nogami, jeśli nie potrafiłeś sobie z nią poradzić, jeśli trafiłeś na złą osobę. - Czekasz na tego jedynego partnera, Guinevero? Tego, dla którego mogłabyś się stać płótnem i skrzypcami? - Nie pytał o to tamtego dnia przy czereśniach, więc zapytał teraz. Czy czeka, czy szuka, a może już tak w gruncie rzeczy miała kogoś na oku? Może te jej jastrzębie spojrzenie kogoś wypatrzyły wśród łąk, gór i lasów? Znalazła światło między cieniami Kniei Gryfindora.

Zatrzymał się, kiedy dojrzał dziewczynkę i tak jak jego serce było spokojne, tak teraz zostało połamane na kilka kawałków. Było coś... nieznośnie nostalgicznego w widoku tego dziecka, ale przede wszystkim - nieznośnie smutnego. Płaczące dziecko. Dziecko, które wyglądało na bardzo nieszczęśliwe i to nawet nie z samej racji płaczu. Coś w niej było - coś takiego... zmarszczył brwi.

- Czy widziała pani mojego kotka? Miałam tylko jego, ale mi uciekł... - Podniosła rączkę, drobną, nieznośnie chudą, pokazując na zaułek, który właśnie minęli, ale nie na ulicę. Pokazywała na górę. Na dach?

- Uciekł ci na dach? - Zapytał dla pewności. Dziewczynka skinęła głową i potarła jeszcze raz piąstkami oczka.

- Nigdy tam nie uciekał, nie chcę go stracić... a co jak spadnie?




RE: [28.07.1972] Nostalgia zapłakanych miejsc | Guinevere & Laurent - Guinevere McGonagall - 16.03.2024

W Egipcie może i było gorąco, jeśli spojrzeć na termometr, jednak klimat, jaki tam panował, powodował, że wcale się tak tego nie odczuwało – co było zdradliwe, bo słońce jednak prażyło swoją mocą. Brak tej lepkiej wilgoci w powietrzu powodował za to to złudne wrażenie i jednocześnie przyjemność z ciepłoty. Tu w Anglii było na odwrót, powietrze zdawało się być wręcz ciężkie i poza odmiennością kultury, to chyba to było dla Ginny najtrudniejsze, chociaż znosiła to bez skargi. Nie czuła zwodu ani rozczarowania związanego z przyjazdem w tak odmienne miejsce od tego, które dotychczas znała i było jej domem. Nie była tu za karę, to był jej własny wybór, żaden przymus, więc i może podchodziła do tego tak, jak się powinno. Zawsze mogła wrócić do Egiptu, ale póki co było to ostatnie o czym w ogóle myślała.

– Pochlebiasz mi. Ktoś mógłby pomyśleć, że masz w tym jakiś ukryty cel – Laurent, kiedy chciał, potrafił być doprawdy złotousty, doskonale wiedział jak czarować, jak bajerować… A czy działało? Oczywiście. Nie była na to zamknięta, a wręcz przeciwnie, nigdzie nie była pomiędzy nimi postawiona granica, nic z tych rzeczy. Laurent miał jednak rację w tym, że Ginny potrafiła być jednocześnie konkretna, nie wymyślać zbytnio niestworzonych rzeczy (choć wyobraźnię miała niemałą, ostatnio nawet komuś proponowała transmutowanie uszu w rzepę), i pozostać przy tym marzycielką, która lubi wznieść się w obłoki. Bardzo dosłownie, jak i w przenośni.

Ani myślała cofać swoją rękę. Miała chyba zbyt mało wstydu, by przejmować się ewentualnym gadaniem zupełnie obcych dla niej ludzi, zwłaszcza, jeśli Laurentowi to nie przeszkadzało. A co sobie ludzie dopowiedzą… to niech dopowiadają, nie wszystko, co człowiek sobie wymyślił, było prawdą.

– Raz, zupełnym przypadkiem – ptak przysiadł na drzewie w okolicy Uagadou, gdy ona sama latała sobie w swojej formie sokoła. Może dlatego pozwolił jej się zbliżyć na tyle, że zdołała go posłuchać. Potem zerwał się z miejsca i tyle go widzieli. Zostawił po sobie jedno pióro, które ciągle nosiła przy sobie – bo w rdzeniu różdżki, którą później zrobiono dla niej na zamówienie. W Afryce różdżki nie były nazbyt powszechnym narzędziem. – Mam jego pióro w różdżce – dodała z uśmiechem błąkającym się po jej pociągniętych różową szminką ustach, to przywoływało wspomnienia, tak… A na kolejne pytania Laurenta uśmiechnęła się szerzej, jednak zupełnie inaczej. – Nie czekam. Można tak czasami czekać i się nie doczekać, szczęściu potrzeba czasami dopomóc – ten jedyny partner… Szanowała to, że ludzie mieli takie potrzeby, mieć kogoś na wyłączność, sama jednak nie była wcale pewna, czy miałaby dokładnie takie potrzeby, gdyby się w kimś zakochała. Może tak właśnie by było, a może nie. Może sama nie szukałaby nikogo innego, a nie miałaby nic przeciwko, gdyby jej wybranek nie był taki stały, tak długo jak byłaby tym pierwszym wyborem. Nie była pewna, bo większość jej relacji była przelotna, nikomu dotychczas nie udało się sprawić, by ten ptak zechciał zostać gdzieś i przy kimś na dłużej. – Wierzę, że cokolwiek jest mi pisane, to przyjmę to z pokorą – dodała jeszcze i się uśmiechnęła. – A ty? – zapytała niewinnie.

Puściła w końcu ramię Laurenta, wyślizgując swoją dłoń delikatnie, gdy tak patrzyła na tę dziewczynkę.

– Kotka? Nie widzieliśmy chyba żadnego kiciusia – powiedziała spokojnie, przyglądając się dziecku. Obróciła głowę, zerkając w kierunku, który wskazywała mała i wtedy faktycznie dopiero przyszło jej do głowy, że może na dachu… Nie patrzyła na dach, gdy szli, zbyt była zaaferowana rozmową i towarzystwem Laurenta. – Nie martw się, koty są doskonałymi skoczkami i zawsze spadają na cztery łapy. Przewróciłaś się, gdy za nim biegłaś? – ponownie patrzyła na dziewczynkę i jej kolano. – Jestem lekarzem, mogę na to zerknąć… – nie dokończyła, bo dziewczynka wpadła jej w słowo.

– Ja… Tak, przewróciłam – popatrzyła na swoją nogę. – Ale pan Mruczkens! – niemal krzyknęła, patrząc z jakąś taką zaciętością i nadzieją. Ginny tylko westchnęła.

– No dobrze, poszukam go, co? Zostaniesz tutaj, Laurent? – odwróciła się do swojego towarzysza, ani myśląc nawet proponować, by to on gonił za kotem po dachu. Zaraz zresztą wyciągnęła różdżkę z torebki i na ich oczach przemieniła się w piękną kocicę rasy abisyńskiej, gotowa pobiec we wskazanym kierunku i wspiąć się na dach.




RE: [28.07.1972] Nostalgia zapłakanych miejsc | Guinevere & Laurent - Laurent Prewett - 17.03.2024

To prawda, klimat był zupełnie inny. Laurent czuł się tam mimo wszystko o wiele lepiej niż na przykład w Londynie, kiedy temperatury potrafiły uderzać w przedziwnie wysokie tony. Wszędzie chyba czułby się lepiej niż... dobrze, może nie wszędzie. Świat był bardzo rozległy i były w nim dziwne miejsca. Z takimi odważnymi zdaniami należało uważać, a już szczególnie, kiedy przebywało się w towarzystwie osoby, która potrafiła bardzo gładko łapać za słówka! Nie musiała słuchać jego myśli, nie musiała przeglądać się w nim jak w lusterku, które zdradzało zbyt wiele, było zbyt wyraźne. Jeśli myślisz jedną kategorią, to potem będzie ci za łatwo przenieść tę myśl na struny głosowe. To już była prawdziwa zdrada stanu. Nie słucha cię twoje własne ciało, ba! Twój własny mózg! Brak koordynacji na punkcie myśl-ciało stanowiła poważny problem, a w niektórych przypadkach była przecież udokumentowanymi chorobami. W większości, na całe szczęście, to tylko niedopatrzenie. Tylko - albo aż. Koniec końców Laurent miał tylko swoją głowę. Swój umysł, którym mógł wykonywać ruchy, przewidywać, starać się dostrzec w ludziach wszystko, co musiał wiedzieć, zanim kroki zostały poczynione. Nie wszyscy byli prości do odczytania. Kiedy nie potrafił kogoś odczytywać zaczynał czuć, że jest na nijakiej pozycji. Bo skoro nawet umysłem nie jest w stanie dogonić osoby, z którą jest, to co mu pozostawało? Ciało go nie obroni, a nie zawsze byli obok przyjaciele i rodzina, która mogłaby mu pomóc. Nawet nie chciał, żeby ciągle byli obok. Chciał być sam - chciał sam walczyć, chciał sam podejmować swoje wyzwania. Owszem, kiedy tej pomocy potrzebował to nie wahał się zwracać do nich - w końcu wiedział, że nie ze wszystkim sobie mógł poradzić i nie było w tym niczego złego. I może to właśnie przesądziło o tym ich pierwszym spotkaniu po latach - Laurent nie potrafił dobrze złapać Guinevere i gubił się trochę w tym, na jakim miejscu się znajdował i w jaki sposób powinien się z Ginny komunikować. To wrażenie przeminęło.

- Osobą, która mogłaby tak pomyśleć, jesteś tylko - i aż - ty. Więc? Mam w tym ukryty cel? - Szarmancki uśmiech byłby może bezczelny, ale ginął na twarzy o perłowym charakterze. Jego twarz może i była zdolna do takich grymasów, ale teraz była nasycona anielską łaską - łagodnością i ciepłem, które dostawał od Ginny i które chciał jej w podzięce przekazywać zwrotnie. - Chciałabyś usłyszeć ten śpiew ponownie? - Fuego był kapryśny, ale był pewien, że zaszczyciłby ich piękną piosenką. Bo śpiewać lubił. A Laurent bardzo lubił śpiewać z nim. Różnica między nimi polegała tylko na tym, że Laurent niemal czekał, aż ktoś go poprosi o śpiewanie. Mógłby jak w tych przedstawieniach teatralnych śpiewać idąc środkiem ulicy. Złote słowa - że na niektóre rzeczy można czekać i czekać, ale się nie doczekasz. Czekanie kształtowało cierpliwość - cnotę Cesarzy, ale nie wszystko przychodziło do ciebie samo. Niektórych rzeczy (niemal wszystkim) należało dopomóc. Wychodzić naprzeciw i szukać aktywnie. Dlatego właśnie to, co powiedziała, było takie mądre. To była filozofia, którą sam ukształtował. Byle nie przesadzić. Ludzie mieli za duże skłonności do przesadzania w złych kierunkach. Chciał nawet rozwlec się nad tematem, odpowiedzieć na to zadane pytanie, ale dziewczynka, która się pojawiła, bardzo skutecznie pochłonęła ich uwagę.

- Oczywiście. Leć. - Nie było przecież niczego złego ani niebezpiecznego w szukaniu kota dziewczynki, prawda? Dlatego sam przykucnął przy niej i wyciągnął do niej uspokajająco dłoń, żeby musnąć jej malutkiej rąckzi, żeby ocenić, czy nic jej nie jest, czy się nie stało coś bardziej złego od stłuczonego kolana, ale chyba nie. Obejrzał się za kocicą, która czmychnęła na dach we wskazanym kierunku, a tam? Rzeczywiście - Mruczkens siedział sobie na starym parapecie okna poddasza. Lizał swoją łapę jakby nigdy nic i błysnął swoimi mądrymi i leniwymi ślepiami na widok innego kota. Nie było zjeżenia się, nie było żadnej wielkiej reakcji. Podniósł swój tyłek, uniósł ogon w górę i potuptał z wdziękiem w przeciwną stronę. Zupełnie jakby był w iście kocim nastroju do zabaw.

- Ludzie potrafią czarować różne rzeczy. Ale drugiego Mruczkensa nikt jeszcze nie wyczarował. - Burknęła dziewczynka cicho zwracając z powrotem na siebie uwagę Laurenta. Blondyn wyciągnął różdżkę i machnął nią, tworząc imitację kota przed nią. - Niee... to tylko czar. A Mruczkens jest jeden. Jeden jedyny. I ja tez jestem jedna. I pan jest jeden.




RE: [28.07.1972] Nostalgia zapłakanych miejsc | Guinevere & Laurent - Guinevere McGonagall - 17.03.2024

Ginny bardzo wątpiła, że odnalazłaby się w tych zimnych krajach, jak Skandynawia, dlatego nawet nie myślała o tym, by się tam wybierać. W celach naukowych i na chwilę… Pewnie chciałaby zobaczyć to i owo, ale na pewno nie na dłużej. Dlatego nie zdziwiłoby ją, że są miejsca, w których Laurent czułby się gorzej, tak jak podejrzewała, że są takie, gdzie czułby się jak najlepiej. Jakie to były? Nie wiedziała. Jakoś ten temat, póki co, się nie przytrafił. To, że dla zabawy i podtrzymania zainteresowania faktycznie łapała za słówka to jedno, ale nie robiła tego, by pokazać drugiej osobie błędy w rozumowaniu, albo jakieś braki. Nie sądziła nawet, że to kwestia tego, że była dla niego takim umysłowym wyzwaniem, stanowiło o tym, że tak się obkopał w mury w czerwcu, a potem na początku lipca. Że go tak swoją osobowością przytłoczyła, że trzeba było się przed nią, błyszczącą i mieniącą się w słońcu, bronić. A wcale nie chciała, by tak było, nie miała powodu, by swoim blaskiem przyćmiewać osobę, stojącą u jej boku, a już zwłaszcza nie taką, która sama miała coś do zaoferowania światu, jak Laurent. Bo gdy zaczynał promienieć, jak kilka dni temu u niej, po śniadaniu, wtedy dopiero zaczynało się dostrzegać to prawdziwe piękno, a nie tylko to powierzchowne.

– Tylko ja? – aż trudno było jej uwierzyć, że tylko ona mogłaby tak pomyśleć, na pewno nie była jedyną osobą, z którą tak się bawił na słówka, tony i gesty, jakby to była jakaś gra. W sumie to chyba jednak była. – No dobrze, masz rację, nie masz żadnego ukrytego celu – bo cel ten był całkowicie nieukryty, a Laurent zwyczajnie bajerował Ginewrę i z nią bardzo otwarcie flirtował, na co ona mu zresztą odpowiadała. – O tak, chciałabym – bo była to melodia prawdziwie poruszająca struny serca i duszy. Feniksy były pięknymi ptakami, ich barwa, usposobienie, to, co potrafiły robić ich łzy, jak silne były – ot, magia w najczystszej postaci. Nie miała pojęcia, że jeden z tych ptaków mieszkał w rezerwacie prowadzonym przez Laurenta. Tym bardziej nie miała pojęcia, że Prewett śpiewał – i to jak. Nie wiedziała, że miał w sobie krew selkie, przecież się jej do tego nie przyznał, więc jeśli czekał, aż ktoś go poprosi o zaśpiewanie, to nawet nie mogła tego zrobić, bo skąd miała wiedzieć?


Podbiegła do budynku, w drodze robiąc wszystkie potrzebne kocie obliczenia, by ostatecznie wybić się z ulicy, odbić od parapetu, murku i ostatecznie podciągnąć na górze, wdrapując się iście po kociemu na dach, gdzie zaczęła się rozglądać za zgubą. I był – siedział sobie jak gdyby nigdy nic na kolejnym parapecie, jakby właśnie był jego czas na relaks. Gin powoli, spokojnie zaczęła człapać w jego stronę, kiedy ten podniósł się i zadowolony z siebie czmychnął w drogę. Wróżbitka pobiegła więc za nim, robiąc zapewne hałas w mieszkaniu znajdującym się bezpośrednio pod dachem, na którym dwa koty urządziły sobie właśnie plac zabaw. Chwilę to trwało – ta gonitwa, skoki, chwila na stop, gdy Guinevere już myślała, że zaraz dogoni kolegę, ale nie, on wtedy znowu podnosił tyłek i uciekał, faktycznie chętny do zabawy. W końcu jednak zeskoczyli na poziom ulicy, a kot się zmęczył, albo stracił uwagę, bo pozwolił podejść do siebie na tyle blisko, że Nefret zaczęła się zmieniać i taka na wpół zmieniona, jak taka abominacja pół kota i pół człowieka, złapała Mruczkensa i przytuliła do siebie.

– Mam cię, łobuzie. Ta dziewczynka strasznie za tobą płacze – niemalże wymruczała, głaszcząc uspokajająco kota, trzymając go w ramionach o kocich łapach i przytulając do piersi. Spokojnie wracała do miejsca, gdzie zostawiła Laurenta z dziewczynką, pozwalając transmutacji i transformacji dojść do skutku i stać się w pełni człowiekiem, by nie wystraszyć dziewczynki.

– To ten? – zapytała, widząc ich w tym samym miejscu, które wcześniej opuściła.

– Tak! Mruczkeens! – zakrzyknęła dziewczynka, wyciągając ręce po kiciusia, a Ginny przekazała go spokojnie, rozmruczanego jak traktor, bardzo z siebie zadowolonego.

– Chciał się pobawić i pobiegać – wyjaśniła, zerkając na małą, a do Laurenta puściła tylko oczko. – Wszystko w porządku? – to było bardzo taktyczne pytanie, w trakcie którego klęknęła na ziemi, wyciągając ciepłe dłonie do nóżki dziewczynki. – Pokaż, zrobię tak, że nie będzie bolało – na szczęście nosiła w torebce jakieś zupełnie podstawowe rzeczy medyczne, tak na wszelki wypadek.




RE: [28.07.1972] Nostalgia zapłakanych miejsc | Guinevere & Laurent - Laurent Prewett - 17.03.2024

Tak, tylko ona mogła tak pomyśleć. Nie dlatego, że tylko dla niej się wysilał, że tylko ona przykuła jego oko i złapała jego uwagę - był zbyt tani, żeby się tym obnosić, prawda? Tu i teraz była tylko ona jedna i to pozostawało faktem. Tylko do niej się uśmiechał i tylko z nią rozmawiał. Tylko ona mogła go usłyszeć, więc tylko ona mogła sobie pomyśleć wszystkie te rzeczy... o czymkolwiek teraz myślała. Mało tutaj było wielkiej subtelności. Kiedy dama przyjmowała twoje anonse to nie trzeba się było nimi za bardzo przejmować, prawda? Skoro jest chętna, skoro odpowiada i czerpie z tego równą przyjemność.

Kot był bardzo zadowolony w ramionach kobiety. Mruczał i dawał się głaskać, a jego pysk cieszył się z sugestią, że poczucie winy jest mu obcą domeną. Albo niekoniecznie przejmuje się tym, co jest do niego mówione. W takiej formie trafił do nich - do Laurenta i dziewczynki, którą Laurent próbował podpytać o imię, ale dowiedział się, że "nie można takich rzeczy mówić obcym". Właściwie to czy niedobrze, że miała takie przekonanie? Blondyn nie chciał z nim walczyć a tym bardziej przekomarzać się z dzieckiem, które dopiero uspokoiło się ze swojego płaczu i nieszczęścia. Chciał się tylko spytać: "co robisz tak daleko od domu". Tylko właściwie gdzie był jej dom? Może był blisko - może wystarczyło przejść na Nocturn. Nie wyglądała na dziecko otoczone srebrną zastawą i winogronami w pięknych szkłach. Nie wyglądała też jednak na dziecko, które zdecydowanie za wiele przeszło jak na swój wiek.

- Nie, nie trzeba! Jak mam Pana Mruczkensa to jestem zdrowa. - Złapała kota w swoje ramiona i przyciągnęła do siebie, przytuliła mocno. Kot wydawał się absolutnie zachwycony - zwisał z jej rąk jak zwłoki, tak jak niby żaden kot nie powinien pozwalać sobie na łapanie. Ale ewidentnie dziewczynka mogła z nim zrobić to, co jej się tylko żywnie podobało.

- Oj nie, młoda panno. Proszę tutaj siedzieć, dopóki pani nie zrobi porządku z twoim kolanem. - Zawyrokował Laurent, przyjmując pouczający i bardziej stanowczy ton. Brakowało tylko, żeby pomachał przed nosem księżniczki palcem w ramach ostrzeżenia, że ma być grzecznym dzieciątkiem i nie wymyślać. A po tym zjeść zupę z brukselek, czy coś w ten deseń. - Żadnego "ale", przypilnuję dla ciebie Pana Mruczkensa. - Ostrzegł, kiedy już naburmuszona dziewczynka chciała coś powiedzieć i strzelała swoje minki. Ale potulnie oddała kociaka w ręce blondyna i pozwoliła, żeby Ginny doprowadziła jej nieco obdartą skórę do porządku. - Widzisz? To nie jest takie straszne. - Pamiętał, jak jego kuzyn, Atreus, zawsze robił na przekór Florence i wkładał łapy tam, gdzie nie powinien, robił rzeczy, które nie mieściły się w głowie, a potem zawsze uciekał przed starszą kuzynką.

Dziewczynka dała się opatrzeć, chociaż nie obyło się bez syków i "ała", chociaż Ginny nawet jej nie dotykała. Ktoś, kto ich mijał, uśmiechnął się ciepło i między dwójką kobiet doszło do cichego wymiana zdań, że "znowu pewnie goniła za tym dzikim kotem". Laurent obejrzał się na obie panie tylko na moment, które obróciły się w ich kierunku i posłał czarujący uśmiech, doprowadzając je do chichotu i przyśpieszenia kroku. Oddał dziewczynce kota dopiero, kiedy Ginny skońćzyła.

- Dziękuję! - Uśmiechnęła się promiennie i pobiegła z przytulonym do siebie kotem w jedną z alejek.

- To twoja zwyczajowa praktyka? Łapanie cudzych kotów? - Zażartował sobie, bo nie tego dotyczył ten mały problem, jaki tutaj napotkali. Tu chodziło o dziewczynkę. O tym, jaka była smutna, jak zapłakana. Jak zapłakane wydawało się miejsce, w którym się z tym kotem ganiała? Tamta uliczka prosiła się aż o to, żeby dobrzy ludzie dostali tam dosłowną kosę pod żebra. Dzieci w takie miejsca nie powinny chodzić. - Jest coś nostalgicznego w myśli, że te kilkanaście lat temu sami biegaliśmy po uliczkach naszych miast goniąc za kotem czy papierowym samolocikiem. - Tak, nawet Laurent miał okazję tak pobiegać. Za głupim samolocikiem z papieru, bo nie było pieniędzy na nic więcej.




RE: [28.07.1972] Nostalgia zapłakanych miejsc | Guinevere & Laurent - Guinevere McGonagall - 17.03.2024

Ginewra zaśmiała się lekko i cicho pod nosem, widząc, jak kot staje się wodą w ramionach dziewczynki, oboje byli widać przeszczęśliwi, że z powrotem są razem, a McGonagall nie zamierzała w to absolutnie ingerować. Po prostu nie wyobrażała sobie tka puścić tego dziecka z ranną nogą, co jeśli wda się jakieś zakażenie, albo zrobi jej się blizna, której nie będzie mogła później usunąć? Nie, nie mogła na to pozwolić, to nie wchodziło w grę.

– Z taką raną długo nie pobiegasz za panem Mruczkensem – dodała do słów Laurenta, próbując się odnieść do małej, dziecięcej obsesji, jaką dziewczynka najwyraźniej miała do kota. Dzieci takie były, nie widziała w tym nic nadzwyczajnego. Fakt, mogła trafić tu na różnych ludzi, zwłaszcza jak blisko było Nokturnu… ale trafiła akurat na nich. Dlaczego nie zacząć zmieniać świata od takich małych rzeczy? To przecież nic nie kosztowało. Dlatego najpierw machnęła różdżką nad kolanem dziewczynki, gdy ta już pozwoliła sobie z nim zadziałać, chcąc je oczyścić z brudu, bo bolesnym spotkaniem z kamiennym brukiem. Potem sięgnęła do torebki, by wyciągnąć eliksir, i kilka kropel, precyzyjnie odmierzonych, wylała na ranę na kolanie. Eliksirów sama nie robiła, nie była w tym zbyt biegła, nigdy też tego nie lubiła, choć oczywiście wiedziała co z czym i dlaczego; po prostu kupowała na Pokątnej, miała tutaj znajomą poznaną kilka lat wcześniej i odkąd przyjechała do Anglii, to u niej się zaopatrywała. Akurat takie podstawowe eliksiry ze sobą nosiła, bo nigdy nie wiadomo, bardziej specyficzne miała przygotowane w swoim przyborniku z narzędziami medycznymi. Ginny odczekała kilka sekund, po czym wyciągnęła opatrunek, nad nim też machnęła różdżką, by go oczyścić. Kilka kropel wylała na materiał, który miał bezpośrednio przylegać do rany i bardzo delikatnie, jakby jej dotyk był muśnięciem motylich skrzydeł, przyłożyła je do kolanka dziewczynki i zaraz pewnym ruchem zaczęła wszystko obwiązywać bandażem, by gdy opatrunek już nie spadał, znowu machnąć różdżką i przyspieszyć cały proces.

– Gotowe. Za godzinę nie będzie już śladu po ranie – uśmiechnęła się do małej. Nie zwróciła w ogóle uwagi, że są obserwowani i komentowani przez jakieś dwie kobiety, zbyt zajęta była swoją pracą. Dziewczynka odebrała kota, podziękowała i pobiegła, jakby nic się nie stało.

Bo na szczęście się nie stało. A Guinevere uważnie zakręciła fiolkę eliksiru i ostrożnie wsadziła ją do torebki, po czym podniosła się z klęczek i wytrzepała swoje kolana.

– Łapanie kotów może niekoniecznie – odpłaciła mu pięknym za nadobne i poprawiła torebkę na ramieniu, gotowa do opuszczenia tego miejsca, skoro mieli jakiś tam cel tego powolnego spaceru, przeciętego spotkaniem dziewczynki i kota. Wiedziała, że to nie o tego kota chodziło, kot był tylko wypadkową. – Ale jak mogłabym przejść obojętnie – odparła i spojrzała w kierunku, w którym pobiegła młoda. Sama też wyglądała na zamyśloną. – Tak, to rzeczywiście nostalgiczne. Chociaż w moim przypadku obawiam się, że to bardziej już dziesiąt lat, a nie kilkanaście – puściła do niego oko, bo w czerwcu stuknęły jej trzydzieści dwa lata na liczniku i te… nawet piętnaście lat temu, to już była po szkole. Nie, to musiało być już nawet ze dwadzieścia lat temu… Nawet więcej. – Ale tak, przekąska na patyku i biegało się pomiędzy straganami z piskiem i krzykiem – pokręciła głową do swoich myśli i przeniosła spokojne spojrzenie jasnobrązowych oczu na Laurenta. – Mam nadzieję, że się z nią nie wynudziłeś. Idziemy?




RE: [28.07.1972] Nostalgia zapłakanych miejsc | Guinevere & Laurent - Laurent Prewett - 19.03.2024

Kobiety potrafiły być niezwykłe pod względem tego, co nosiły przy sobie. Starał się być przewidujący, a tym bardziej, kiedy miał wrażenie, że musi się opiekować tymi niemądrymi mężczyznami wokół, którzy... w większości zachowywali się jak wieczne dzieci, nie oszukujmy się. Najtrudniejsze dla nich było pierwszych 40 lat dojrzewania. Potem szło już z górki. Ale niewiasty? Kobiety zostały zesłane na ten świat, żeby być jego błogosławieństwem. Żeby chronić tych niemądrych panów przed ich własnymi błędami i porażkami. Żeby pomagać im się pozbierać do pracy, bo przecież sami sobie nawet krawatu nie zawiążą. Ich delikatne dłonie, ich uśmiechy, czujne spojrzenia i pełne miłości wargi były anielskim poselstwem, żeby pojawiło się na tym padoku coś dobrego. Cokolwiek, co przynosiłoby światło w dobie ciemności, w którą wkroczyli. Guinevere należała do aniołów, które witały każdy poranek z jasnością ciemnych oczu skrytych pod welonem ciemnych rzęs. Jej dłonie przynosiły ukojenie, a jej pieszczotliwe usta potrafiły trochę napsocić, żeby potem powiedzieć kilka czułych słówek. Miło było mówić, że ktoś taki zasługuje na coś więcej od życia. Na kogoś lepszego. Najlepszego, prawdziwego rycerza, który na pewno będzie miał swoje wady, ale przede wszystkim będzie jej oddany, szczery i będzie ją kochał i szanował. Całą resztę chyba człowiek mógł dopracować, prawda? Dopóki uczucie było prawdziwe i obie strony chciały nieść do siebie wszystko, co najlepsze... ciekawe, kto byłby takim ideałem. Drugą połówką, której potrzebowała, chociaż wcale uparcie jej nie szukała. Pozwalała życiu toczyć się naturalnie.

- Masz rację. Nie mogłabyś. - Powiedział to ciepło, tonem, który nie był pełen arogancji, ale jednocześnie przedstawiał najbardziej oczywistą prawdę, która nie potrzebowała żadnego poparcia czy udowadniania czegokolwiek komukolwiek. A potrzebowała? Czyny mówiły więcej niż słowa, a dowód wymalował się przed jego oczami. Rozegrał w scenariuszu nieplanowanym, na który nie mogli być gotowi. Imponowało mu to. Przynosiło nadzieję do tego pękatego, wybrzuszonego od zgrozy i antypatii świata. Przebijała delikatnie szpileczką worek ropy i uzdrawiała, pozwalając jej ulecieć. Cieszył się, że spotykał takich ludzi na swojej drodzie. Tak bardzo... Był wdzięczny. Guinevere przypomniała mu, że ten świat wcale nie był aż taki wściekle zły i nie każdy człowiek musiał mieć podszytą złą motywacją potrzebę wzięcia od ciebie paru gryzów, żeby potem pójść świat - z ustami okolonymi słodkim pudrem landrynek, jakie chciał wsuwać na języki osób, które przecięły z nim swoje ścieżki. Znał wiele osób, które były ponad tym. I które nie zadawały się z nim tylko dla tej powierzchownej słodyczy. Potrzebował teraz jednak osoby takiej jak Guinevere jak powietrza - zobaczyć kogoś takiego jak ona właśnie w takiej prostej, życiowej czynności. Każdy powinien tak postąpić, a był pewien, że postąpiłoby tak niewielu. Każdy się gdzieś śpieszył. Każdy chciał zdążyć na obiad w domu. Każdy miał własną tragedię na tyle mocną, żeby odwracać wzrok. Tak tragedie kumulowały się jedna na drugiej. Na szczęście taka Ginny na to nie pozwalała. I Laurent też... nie chciał przestawać się starać, żeby zmienić to miejsce na lepsze. - Psujesz moją dyplomatyczną narrację. - Och, Laurent miał niepoprawną słabość do osób starszych od siebie. Jakoś zazwyczaj nawet łatwiej było mu złapać z nimi kontakt niż z rówieśnikami, albo tylko sobie to tak tłumaczył, tak sobie wmawiał. Ze wszystkich rzeczy, jakie powinny być spisane na liście problemów - tej tam nie było. Była nieistotna, bo przecież żadnej przyzwoitości tym nie łamali tu i teraz, prawda? A przynajmniej on tego tak nie odbierał. Nie czuł też, żeby ta przyzwoitość była nadwyrężana parę lat temu. - Naprawdę tak biegałaś? - Dopytał z rozbawieniem i zaoferował jej znów rękę, żeby ruszyć w kierunku umówionej restauracji, w której zarezerwował uprzednio miejsce z myślą o tym spotkaniu. - W żadnym wypadku. Bardzo bystra dziewczynka. Chyba bardziej zajęła mój czas niż ja jej. - To też był żart, bo Laurent się starał utrzymać skupienie dziewczynki, żeby się uspokoiła, nie płakała, żeby miała pewność, że kotek zaraz do niej wróci - i nie musi w tym celu liczyć minut. A to nie była łatwa sprawa, szczególnie, że niekoniecznie miał doświadczenie z dziećmi. W końcu sam był trochę... mało wyskokowym dzieciakiem w przeszłości.




RE: [28.07.1972] Nostalgia zapłakanych miejsc | Guinevere & Laurent - Guinevere McGonagall - 19.03.2024

Nie bez powodu mówiło się, że torebka kobiety jest przepastna… a jeszcze gdy było się geniuszem transmutacji, która przychodziła z największą łatwością od małego, to tym bardziej można było sobie wyobrazić, co mogła zrobić z torebeczką – zresztą Laurent już to widział, gdy przyszła z nim na ognisko. Zaklęcia zmniejszająco-zwiekszajace miała opanowanowane do perfekcji, w małym paluszku, rzuciłaby takie nawet dopiero co wyrwana że snu, i to zanim przypomniałaby sobie jak ma w ogóle na imię. Nie nosiła nie wiadomo czego ze sobą, natomiast takie podstawowe, mogące się przydać rzeczy jak na przykład antidotum, eliksir ochrony przed ogniem, czy wiggenowy, albo jakąś maść na oparzenia czy rany – już jak najbardziej. Tak jak bandaż, lusterko, szczotkę do włosów… robiła się z tego całkiem pokaźna lista wcale nie takich "podstawowych" rzeczy. Czy były one po to, by pomagać tym niemądrym mężczyznom? Poniekąd też, Ginny nie kategoryzowała ludzi w ten sposób, pomagała potrzebującym, zasłoniła by ich własną piersią, gdyby zaszła taka potrzeba. Ale jeśli ktoś nadepnął jej na odcisk, to nie wahała się zadziałać – tak, by przepłoszyć i zniechęcić w większość. Bo kto by chciał mieć marchewkę zamiast nosa? Dlatego czy potrzebowała rycerza? Może i wychowała się na opowieściach o nich, o królu, jego królowej, magach, magii, prawych i tych czarnych rycerzach… ale to były opowieści, a Ginevra potrzebowała w swoim życiu kogoś z krwi i kości. Nie bujała w obłokach – uważała, że jeśli coś jest jej pisane, to kiedyś do niej przyjdzie. Albo ją trafi. A tymczasem nie zamykała się na ludzi.

- Mówiłam ci już kiedyś, że kocham wszelkie życie. Naprawdę miałam to na myśli – rozmawiali o tym wtedy, gdy trzymając w ramionach niuchacza, nieśli go do lasu, do miejsca, gdzie te stworzenia miały swoje leże.

Ginny też znała wiele osób, które by się nie zatrzymały, a zignorowałyby dziewczynkę, zapłakaną, ranną… nic poważnego jej co prawda nie było, ale jednak to było tylko dziecko. I czy ją to cokolwiek kosztowało? Kilka minut życia – to wszystko. Mała cena za uśmiech dziewczynki i jej szczęście, rozpromienioną twarz, gdy znowu zobaczyła kotka i za chwilę mogła nadal z nim biegać po zaułkach magicznych dzielnic Londynu. Świat był paskudnym miejscem, ale dlaczego dokładać swoją cegiełkę zepsucia, gdy takimi małymi gestami można go było naprawiać?

- Ach, no tak – roześmiała się i zmrużyła jasnobrązowe oczy. To było słodkie, urocze w wykonaniu Laurenta. - Ale to sama prawda. Młodsza już na pewno nie będę – roześmiała się znowu, ale to naprawdę był w jej wykonaniu tylko żart. Powinna się tym przejmować? Że już przekroczyła próg trzydziestu lat i nadal nie ułożyła sobie życia? Chyba nie potrafiłaby ciągle siedzieć w domu, za bardzo kochała swoją pracę. A pewnie nie każda osoba mogłaby taki tryb życia zaakceptować – że jednak poświęcała się pracy na wykopaliskach i znikała co kilka dni na kilka dni. I jej nie przeszkadzała ta różnica wieku między nią a Laurentem – ani teraz, ani wtedy. Bo dlaczego by miało? To przecież tylko sześć lat, były większe problemy niż to, że była od niego starsza i bardziej… cóż. Dojrzała? Nie. Może bardziej doświadczona? Zależy w czym. Na pewno jednak była już na takim etapie swojego życia, że dokładnie wiedziała, czego od tego świata oczekiwać i czego w ogóle chciała.

- O tak, naprawdę. Byłam bardzo ruchliwym dzieckiem, a matka czasami wróżyła w takim namiocie blisko targu. Nie żeby się czegoś wstydziła, po prostu chciała zaoferować swoje dary tym mniej zamożnym. A wiesz ilu wysoko urodzonych chyłkiem się wtedy do niej wybierało…? W każdym razie jak mi się już nudziło przy mamie, to chodziłam… em… pozwiedzać. A tak naprawdę to chyba szukałam kłopotów. Byłam raczej trudna do upilnowania – nawet dla kogoś, kto otrzymał dar Oka Horusa, jak jej matka. Ta psota została w niej do dzisiaj, chociaż ewidentnie kobieta się z wiekiem uspokoiła i nie robiła już takich dziwnych numerów. Dojrzała, to na pewno. Skorzystała znowu z ramienia Laurenta, bardzo zresztą chętnie. Ten mężczyzna, który czasami jak się rumienił i uśmiechał, miał w sobie coś z chłopca, bardzo ładnie pachniał. - To dobrze, że tak cię zajęła. Wyglądała na bardzo upartą i zdecydowaną. A ten kot to psotnik, siedział sobie na parapecie przy dachu zadowolony z figla i się mył – podkręciła głową i uśmiechnęła się do swoich myśli. - Mam nadzieję, że to nie problem jeśli się chwilę spóźnimy na tę rezerwację?


Koniec sesji