![]() |
|
[12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge (/showthread.php?tid=2903) |
[12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 15.03.2024 Ból miał dwie fazy w życiu człowieka - mogłeś z nim walczyć, męczyć się, zmieniać go w cierpienie, kiedy próbowałeś prostować ramiona, ale mogłeś też mu ulec. I kiedy ulegałeś to okazywało się, że był o wiele prostszy do przyswojenia. Laurent nie wiedział, co złego zrobił światu, że wplątał go w tę relację. Że teraz targał zaklęciem Fleamonta Bella (żeby szedł za jego różdżką, oh well...) i w końcu złapał go też pod ramię, bo niby szedł prosto, niby aż nader tanecznie, ale miał to złe wrażenie, że jedno przechylenie w tą a nie inną i... no właśnie. Padnie tutaj w piasek, a tego bardzo nie chciał. Wyglądał na takiego, który gotów był paść, że jego ciało nie uniesienie tego wszystkiego, mózg nie dowiezie zaklęcia do miejsca. Laurent tylko cichutko prosił w niespokojnym sercu, żeby udało im się przedrzeć przez tą ścieżkę między wydmami i byle tam do drogi, gdzie stał Michael z powozem. Gdzie czekał na niego wierny rumak, który dowiezie ich do... gdziekolwiek. Gdziekolwiek, byle tutaj nie zostawali. Oni. Nie powinien pytać świata, co złego zrobił, tylko siebie samego, dlaczego trudniejszą decyzją było zostawienie tego człowieka niż męczenie się z nim. Niepotrzebne. Przecież, że niepotrzebne, bo... bo co? Bo takie ofermy sobie poradzą? Szczury, jak ich nazywali? Bo nikt nie będzie za nim płakać, bo ten pijak na pewno nie ma dokąd wracać? Laurentowi to nawet nie przyszło do głowy. Wręcz przeciwnie. Będą za nim płakać - miał co do tego pewność. Będą się przejmować, nawet jeśli to miałaby być jedna malutka Elaine - ona by płakała. Miał dokąd wracać. Czekał na niego jego malutki, przenośny domek z łóżkiem, w którym spał z osobą, która go kochała. Kurwa, w tym zbyt łatwym do romantyzowania i wyolbrzymiania mózgu Laurenta to już to, że miał łóżko dzielone z kimś na co dzień było pieczęcią podbijającą powody, dla których powinien wrócić. Wrócić doo... cyrku. Tam go powinien odstawić, ale prawdę mówiąc wcale nie chciał tam zaglądać. Nie powinno być to jego interesem już jak się nim zajmą i nie myślał o tym, że źle, ale jakoś... miał wrażenie, że chyba by mogli go pogonić pochodniami. Więc - oto byli. Na piasku. Przedzierając się z nieznośną ciężkością (z perspektywy Prewetta) przez to złociutkie morze. - Wyglądałbym. - Potwierdził, zjeżdżając formą żeńską na męską... zjechał już wcześniej? Nie był nawet pewien. W tych dziwnych emocjach, w zamieszaniu, w paskudnym charakterze podbijających teksty Flynna... Nie ważne. Teraz dopiero jakoś zwrócił na to uwagę. I może nawet mógł sobie darować zajmowanie się tym. Machnął mentalnie ręką - nie ważne. Skoro i tak płynnie stało się tu jasne, kto jest kim, a maskarada i tak straciła dla niego smak, chociaż była takim fantastycznym przeżyciem dzisiejszego dnia, to mógł wrócić na "stare śmieci". - Prawda? Coś nas łączy... - Brak możliwości przypomnienia sobie, CZEMU w ogóle kładzie na to jakiegokolwiek faka. Czemu nie może się odciąć, czemu... ach. Nie miało to znaczenia, bo Flyna przechyliło, zwymiotował, a że Laurent go trzymał - zwymiotował na niego. Naprawdę miewał lepsze dni. Podróż minęła spokojnie. Spokojnie tylko dlatego, że Fleamont się zamknął, przestał marudzić, obrażać, próbować flirtować (bo chyba próbował to robić) i rzygać. Laurent siedział w tym wozie i trzymał go przy sobie, głaszcząc jego głowę, jakby to cokolwiek zmieniało. Na przykład komfort tej podróży, spłakanie się po rzyganiu, albo... cokolwiek innego. Ufał Michaelowi - nie czuł potrzeby kierowania rumakiem, skoro dobrze wiedział, dokąd zmierzali. Przebudził czarnowłosego tylko na moment, żeby dowlec się z nim do sieci fiuu i potem - do łóżka. Ułożył go, podał zioła, przyłożył chłodny okład, a kiedy uspokajająco przesuwał dłonią po jego ręce - cicho śpiewał piosenkę. I feel like we exist for love
Only for love And when you say my name Like white horses on the waves I think it feels the same As an ocean in my veins And you'll be diving in Like nothing is out of place And we exist for love Only for love. To nie był jeden z tych łatwiejszych poranków. Nie nawet dlatego, że się nie wyspał, bo był do tego przyzwyczajony. Nie nawet dlatego, że było mu smutno z powodu tej cholernej sukienki, którą bardzo chciał zachować na pamiątkę. Nawet nie dlatego, że jego ciało wróciło do normy, kiedy siedział w koszuli nocnej, delikatnej, jedwabnej, z koronką, na krześle przy stole z kubkiem kawy. Nogi ogrzewał mu wielki jarczuk, który spał tej nocy chyba najlepiej z tej męskiej czwórki, bo samodzielny powrót Michaela do domu też opatrzony był tym, że pewnie rumak musiał odespać swoje. Cisza. Panowała niemal całkowita cisza. Pojedyncze, malutkie fale wpełzały na brzeg, nad którym wstawało słońce. Wschód, zachód - obojętnie, która była to pora dnia, zawsze ten widok był tak samo nostalgiczny, czarujący i romantyczny. Kiepska pogoda postanowiła gładko wejść na karby zadowalającej. Morze wyszumiało się, Matka Woda opowiedziała o swojej furii i swoich bolączkach tak samo intensywnie jak ten zasraniec śpiący w jego łóżku. To było naprawdę szokujące, jak głupie wizje potrafi wyrzeźbić mózg człowieka w świecie snów, a jak prezentowała się rzeczywistość. Gdyby miał w sobie więcej energii to pewnie do samego siebie pokręciłby głową, ale właściwie już nie było na co kręcić. Słońce pięło się w górę, a kiedy znów przyłożył kubek do ust odkrył z rozżaleniem, że był już pusty. RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 17.03.2024 Mógł być nietrzeźwy, ale wcale nie kłamał kiedy mówił, że to było całkowicie w porządku, gdyby został porzucony na tej plaży. Nie przerażała go ani wizja choroby, ani zadławienia się wymiocinami, które w scenariuszu, jaki napisał dla nich Laurent, ostatecznie skończyły na nim. Piwo było alternatywą, jakiej potrzebował, żeby zasnąć, bo wiedział, że jeżeli nie odstawi na jakiś czas smacka, to zdechnie prędzej niż później, ale tak naprawdę niewiele w tym było poszanowania dla własnego życia - jaka to różnica, czy został wciągnięty do wody przez śpiew selkie, czy wpadł do niej, bo był idiotą - wszystko co się tam wydarzyło, wszystko, co zostało powiedziane, a nie powinno, to była tylko i wyłącznie jego zasługa. Nie zasłużył sobie na to, żeby spać tej nocy tak spokojnie. Ze snu podtrzymywanego kolejną z piosenek nie wyrwało go absolutnie nic - ani dotyk, ani obecność kogoś obcego - po prostu obudził się rano w miejscu pachnącym czystością i jego pierwsze skojarzenie było dosyć oczywiste - sięgnął ręką po swojej lewej stronie, ale natrafił tam tylko na pościel. Pomyślał więc: znowu wyszedł do pracy bez budzenia mnie, ale później otworzył oczy i uderzyła w niego ta pieruńska jasność, która na kilka sekund go oślepiła. To nie było mieszkanie Bletchleya. Podniósł się do siadu i zamrugał, rozglądając się wokół i wymieniał w głowie innych ludzi, do których mógł iść na noc. Nic. Absolutnie nikt nie pasował do tego wnętrza. Dopiero kiedy przyzwyczaił się do tej jasności, mógł dostrzec siedzącego na tarasie Laurenta. Sceny poprzedniej nocy powoli do niego wracały i być może powinien się tym przejąć, ale niezależnie od wszystkiego musiał się najpierw odlać, bo to właśnie przywołało go do świata żywych i szczerze za to dziękował - na litość boską, pomijając oczywisty fakt, że to było czyjeś łóżko, to miał na sobie skórzane spodnie. Jeżeli uwagi Prewetta nie zwróciło uwagi to, jak niezgrabnie stoczył się na ziemię i zupełnie ignorując to, pognał w poszukiwaniu łazienki, to musiał zrobić to spazmatyczny kaszel palacza i to jak głośno odcharknął i splunął mu do wypucowanego zlewu. Dlaczego to wszystko musiało być takie absurdalne? I dlaczego wszystko musiało go boleć? Odpowiedź na fizyczny ból zawsze była taka prosta - jego myśli były od razu przejmowane przez to, co obiecał sobie odstawić - ale nawet gdyby miał przy sobie cokolwiek, to i tak zniszczyłaby to słona, morska woda. Nie mógłby już tego wziąć. No dobra, mógłby. O ile byłby wystarczająco zdesperowany, a nie był. Spłukał to, przejechał dłonią po zmęczonej, bladej twarzy i wyszedł z łazienki. Nie spojrzał w lustro ani razu, bo w gruncie rzeczy nie chciał się widzieć... Wystarczyło przejechać palcami po włosach, żeby wiedzieć, jak bardzo były poplątane. Powinien dopisać to jako kolejny z powodów, dlaczego o wiele bardziej wolał golić głowę na krótko. Normalnie położyłby się znowu i spał jeszcze kilka dobrych godzin, ale dobrze wiedział, że to nie jest najlepszy pomysł, na jaki dało się wpaść. Poszukał więc swojej kurtki i postanowił się stąd zmyć. Mógł odespać resztę tych godzin w samochodzie, tak jak to pierwotnie planował, a w czym przeszkodziła mu siedząca nieopodal księżniczka na włościach. Co miał w ogóle do niego powiedzieć...? Dziękuję? Nigdy niczego od niego nie oczekiwał. Przepraszam powiedział już raz. W jego opinii o jeden raz za dużo. Powitanie brzmiałoby, jakby istniała w nim choćby iskra chęci zostania tutaj dłużej. Pożegnanie... Nagle zdał sobie sprawę z tego, że kiedy tak wymienia w głowie te wszystkie opcje, czas wokół niego mija. Stał tak w bezruchu, z dłonią zaciśniętą na materiale, z grzywką opadającą mu na pół gęby, wpatrując się w tę szybę, pozostawiając za sobą rozmemłaną pościel i znów bez sensu rozmyślał nad tym co powiedzieć, zupełnie jakby z góry nie wiedział, że jak zawsze nie odezwie się wcale. Po naprawdę długim czasie stania tam jak kompletny ciołek, wyszedł na świeże powietrze. I ponownie - najwyraźniej nie radził z nim sobie, bo za mocno przywykł do smoły i dymu miasta, zaczął kaszleć. - Kurwa - burknął, łapiąc po tym oddech i przetarł usta przedramieniem, którym wcześniej zasłaniał je, żeby nie nakaszleć Prewettowi do kawy. RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 17.03.2024 Pierwsza reakcja należała do psa. Jarczuk postawił swoje uszy w sztorc i uniósł łeb, kiedy tylko usłyszał ruch za rozchylonymi drzwiami tarasu. Tam, wewnątrz domu, w którym czasem nocowali goście, to prawda. Raczej jednak żaden z tych gości nie bywał W TAKIM stanie. Nie śmierdział tak, nie był wleczony ledwo stojąc na nogach. Anomalia, jaką stał się Fleamont w życiu Dumy był wystarczająco mocnym odstępstwem od normy, żeby go sobie zapamiętał. Ten smród fajek pomieszany z morzem i alkoholem, który z niego wyzierał. Potem był dopiero Laurent, który delikatnie obejrzał się przez ramię, kiedy głośniejszy tupot zapędził jego "gościa" (że tak ładnie go nazwiemy) do łazienki. Na szczęście nie musiał szukać długo. Wypadł z sypialni prosto do głównego pomieszczenia stanowiącego połączenie salonu, kuchni i jadalni. Po prawej te rozchylone drzwi na taras, przejrzyste, białe firany ciągnące się prawie od sufitu do podłogi, unoszone delikatnymi powiewami wiatru jak oddechem. Po lewej - korytarz. Tam drzwi, rzeczywiście. Jedne prowadzące do jakiegoś biura - nie, to nie to. To znaczy szafki i biurko też można osikać, ale chyba nie taki był cel. Drugie, niemal naprzeciwko - łazienka. Oczywiście, że wypucowana. Wszystko w tym domu było czyste, bo skrzacie oczy pilnowały tak brudu, jak i z kąta przyglądały się biegowi Flynna, który chyba właśnie rozważał, czy jeszcze raz uda mu się zwymiotować po wczorajszym tripie, czy jednak jego żołądek podoła postawionemu zadaniu. Tak właśnie niszczyli się ludzie. Przez to, że było im wszystko jedno, co się z nim stanie. Za dużo bólu, za dużo myśli, wszystkiego było za dużo. Chyba powinienem wstać... Gdyby to był chyba każdy inny człowiek to wstałby, poszedłby, zapukał w drzwi. Albo nie, najpierw poszedłby po ręcznik, żeby go podać. Zapytał, czy nie potrzeba mu herbaty, czy w ogóle czegokolwiek mu nie potrzeba, że może zostać, że w takim stanie nie powinien nigdzie iść. Powiedziałby, że może go odwieźć dokądkolwiek zechce, że nie ruszał jego samochodu. Poszukałby jakiejś koszuli na przebranie, bo jakoś wczorajszego dnia nie chciał go rozbierać i przebierać - jeszcze tego by brakowało w tym wszystkim. Powinien - taka była jego teoria. Odetchnął cicho, przymknął powieki i opuścił głowę na Dumę, który był o wiele bardziej zaaferowany całą sytuacją niż on sam. Poprawił wyszywane na kwiecisty wzór ramiączko koszuli nocnej, poprawił siebie samego w końcu na wiklinowym fotelu wyłożonym miękkimi poduszkami, na których się niemal zapadał. Nie słyszał większych ruchów ze środka, chociaż nasłuchiwał. O wiele mniej czujnie od uszu i złotych ślepi jarczuka, który widział w Edgu potencjalny cel, ale zwracał uwagę na bodźce otoczenia. Niewiele je zagłuszało. Za to bardzo wiele potrafiło zagłuszyć myśli. Na przykład o tym, czemu jednak nie wstaje. Dlaczego zostawiał go samemu sobie. Jeśli coś mu się stanie? Zasłabnie tam? Jeśli źle się poczuł, może potrzebuje pomocy? Mdliło go od swoich własnych myśli, dlatego przekierowywał je. Zwrócił się w stronę pewności, że jeśli zaraz czarnowłosy się nie pokaże, albo nie usłyszy trzasku drzwi wyjściowych (zakluczonych, ale cóż to za problem dla Crowa) to naprawdę wstanie. To poruszenie się było pierwszym do tego przygotowaniem. Spojrzał na własne nogi, wyciągając jedną z nich i odkrył, że nieco przeszły go dreszcze od zimna poranka. Bardzo otrzeźwiającego, a po wczorajszej kąpieli i posiedzeniu na plaży w tym wiatrzysku jakoś to tutaj wcale nie zmrażało do kości. Oparł stopę na wielkim cielsku psa, które dla miłej odmiany było przyjemnie ciepłe. Jakoś w tym momencie drzwi się otworzyły szerzej, a Duma napiął, od razu zmieniając swoją pozycję. Przysiadł i cicho, gardłowo szczeknął, co nawet zatonęło w tych szczeknięciach, którymi zanosił się Flynn, a które doprowadziły do tego, że Laurent niemal z przestrachem odsunął się na bok swojego fotela i odsunął kawę na bezpieczną odległość. - Błagam, tylko nie rzygaj znowu. - Jęknął jako pierwsze, co w ogóle przyszło mu do głowy. Ze wszystkich rzeczy, które powinien powiedzieć, żeby spełnić swoją rolę gospodarza, poprzez idealne wrażenie, jakie powinien robić jako jedyny syn Edwarda Prewetta powiedział właśnie to. TO. Przyłapał się na tym trochę za późno - już słowa padły. Stało się jednak jasne (w miarę jasne?), że to tylko kaszel. Albo AŻ kaszel. Naprawdę dopadło go przeziębienie..? Gorączka wydawała się zejść w nocy... - Leżeć, Duma... - Przesunął nogą po karku zwierzęcia i trochę go zaczął dociskać do ziemi, żeby namówić to stworzenie, potocznie zwane psem, do ułożenia się znów. Potocznie, bo jarczuk przypominał wielkością małego konia, a nie psa domowego. Z niezadowolonym burknięciem Duma się położył, ale ani myślał kłaść swojego wielkiego łba ze ślepiami wbitymi we Flynna. Laurent z zadowoleniem wrócił na niego swoimi stópkami. - Tak. Mi też "dzień dobry", Crow. - Powstrzymał się przed skrzywieniem. Dumał nad tym prawie całą noc. Dlaczego taki człowiek rzuca takimi obelgami, a jednocześnie chwilę wcześniej chce cię przelecieć bez względu na cenę. Odpowiedź na jego dziwne zaloty, na jego dziwne hasła, jakimi rzucał, na jego mądrości. I znalazł na to odpowiedź. Flynnowi nie wadziło bycie wielbionym ani nienawidzonym. Jemu wadziła obojętność wobec swojej osoby. Uniósł na tego człowieka jasne, niebieskie oczy. - Dobrze byś wyglądał pod moimi nogami zamiast mojego jarczuka, gdybyś tylko był w lepszej kondycji. - Odsłonił swój kubek i odstawił go na blat. Nie rzygaj - ani fizycznie, ani słowem. - Zapewne nie mam co pytać o twoje samopoczucie, bo rzucisz jakimś wymyślnym, dziecinnym komentarzem? RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 17.03.2024 Nie spodziewał się tego, że zostanie tutaj zamknięty, ale szczerze... nie spodziewał się też tego, że zamknięty w takim miejscu otworzy drzwi z aż taką łatwością, bo przecież ta wcześniej wspomniana księżniczka przyznała mu się całkiem niedawno, że ludzie z przeszłości deptali jej po piętach. I co? Żyła sobie tutaj teraz z mugolskim zamkiem i psem ochronnym licząc na wysyłanie przez Dantego pojedynczych pachołów? Powinien zapłacić za porywczość czymś uderzającym mu w oko, może wreszcie nauczyłby się sprawdzać drzwi przed ich otwarciem. Zmarszczył twarz, próbując odgonić tę myśl, bo Laurent coś tam jednak do niego mówił i wyszło na to, że nie mógł stąd tak po prostu pójść. No dobra, mógł - przecież nikt go nie przywiązał do łóżka, chociaż to też na nic by się przecież zdało, bo patrząc na wątłe rączki pana domu, nie dałby rady zawiązać żadnego porządnego supła. - Tak, przyszedłem tutaj zrzygać ci się prosto do tego kubka - parsknął, zasłaniając się ręką od promieni słońca. Ewidentnie miał kaca, ale pytanie go o to nie miało żadnego sensu, bo przecież nigdy by się do tego nie przyznał. Warczenie psa to jedno, ale dlaczego Laurent wydawał się być aż tak wzburzony? Tak, potraktował go jak ścierkę do podłogi, nie zamierzał się tutaj wybielać. Tak, stojąc w tym wielkim, pięknym, czystym domku musiał wyglądać jak narośl rakowa na zdrowym organie - odrzucał już samą swoją aparycją. No i co? Powiedział mu bardzo wyraźnie, że mógł tam zostać i absolutnie nic nie zobowiązywało Prewetta do tego, żeby go tutaj przyprowadzać, kłaść go w czystej pościeli, czy śpiewać mu na dobranoc kołysanki. Z tego też powodu zmierzył i jego i tego przerośniętego psa z lekką drwiną. To była mina chłopaczka ze szkoły, który ciągnął koleżanki za warkoczyki, albo pokazywał im coś obrzydliwego, a później karmił się ich niby wzburzoną, a jednak pełną zainteresowania reakcją. No bo pierwsza odpowiedź, jaka się cisnęła - zmienił zdanie, żałował - ale musiałby zacząć żałować dobrych kilka sekund temu, bo zmierzył go tym nieco nieobecnym spojrzeniem i doszedł do wniosku, że był w tym zgubiony. W jego percepcji świata Laurent bardzo dobrze wiedział, co robił, ubierając się w ten sposób i siedząc tutaj jak gdyby nigdy nic, jakby go wczoraj w tej sukience nie obłapiał spity do granic własnych możliwości, jakby... A niech to. - Wolisz psa ode mnie? Oboje dobrze wiemy, że byłoby ci cieplej, gdybym leżał tam ja. - Wpatrywał się w niego, w te błękitne oczy, które wreszcie uniosły się do góry i mógł w nie zajrzeć. - Nie dowiesz się jeżeli tego nie sprawdzisz. Powitanie zignorował. Nie lubił kiedy ludzie mówili mu coś z takim wyrzutem, jakby to on zawsze musiał pierwszy się odezwać, a tak to właśnie zinterpretował. Postawiłby kilka kroków w przód, ale to światło było naprawdę, naprawdę nieznośne - nie opuścił więc ręki i mimowolnie oparł się plecami o framugę drzwi, opuszczając głowę tak, żeby gęste, czarne loki skutecznie odcięły go od promieni słonecznych. - Gdzie ty mnie właściwie zaciągnąłeś? - Zaciągnąłeś, a nie zaprowadziłeś, bo chociaż nikt tu nikogo nie szarpał, to wciąż odbyło się to wbrew jego woli. RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 17.03.2024 Obrażona księżniczka całkiem pasowałoby do określenia Laurenta, prawda? Było to w nim. To... coś. W bardzo małej dawce w porównaniu do tego, co działo się wczoraj, rozpływało się jak granat nocy pod napływem poranka, ale było. Przysłonięte zmęczeniem, obojętnością w większej formie. Spodziewał się tego rzygania - tak, fizycznego też, bo nie wiedział, co dokładnie wczoraj ten człowiek pił, a zakładał, że był zdolny do picia czegoś więcej niż tylko wina. Czy tam... jakichkolwiek innych wyskokowych rzeczy. Dlatego spojrzenie morza nie było pełne urazy i obrazy. Było za to uważne. Takim samym spojrzeniem nie obdarzało się wymiętego, starego prania na środku twojej podłogi, albo kupy, bo jakiś złośliwy kot przyszedł ci nasrać. Takim spojrzeniem obdarzało się kogoś, kto mógł definitywnie zakłócić spokój twojego miejsca. Powinieneś więc spojrzeć w lustro, bo koniec końców - sam sobie ten spokój zakłóciłeś. Fleamont się tutaj nie pchał i przecież był taki gotów tam zostać porzuconym na piasku! Taki hardy do tego, taki przygotowany! Jak karaluch - pewnie by przetrwał. Teraz już złośliwości były rodzone pod kopułą jasnych włosów, na których światło poranka wygrywało złociste refleksy. Teraz widział go tutaj jak nawet prychnął - chyba rozbawiony? - i stał o własnych siłach. Kolejne odetchnięcie należało do uczucia ulgi. Dobrze. Stój, rośnij w siłę i całe te szmery-bajery... wyciągnięty z morza skazaniec, którego przydałoby się wrzucić do wanny... Przydałoby. Kiedy pomyślał o wannie jego wzrok jeszcze trochę się wyostrzył. Akurat jak Fleamont zasłaniał swoją twarz i chował oczy za przedramieniem. Światło. Musiało go kuć, boleć, bo nawet on sam mrużył oczy spoglądając na morze. Co dopiero ten straceniec, który dopiero co powieki otworzył... a może otworzył je już godzinę wcześniej, tylko za dobrze mu było w łóżku. Może. Nie robiło to w sumie żadnej różnicy. I tak będzie musiał poprosić skrzata o to, żeby odkaził każdy zakamarek tego... ech. Zajadliwość wychodziła całkiem dobrze, kiedy miało się nie najlepszy humor i doskonały obiekt do tego, żeby ją wylewać. Nawet nie chodziło o samego w sobie Edga. O te jego odzywki z wczoraj albo o jego wymuszoną przysięgę i veritaserum. Z jakiegoś powodu... z jakiegoś powodu jego mózg uznał, że Edge jest świetnymi, ruchomymi piaskami, do której można wsypywać całą swoją frustrację światem i każdą z bolączek. Sam nie wiedział, dlaczego. Uniósł jedną brew. - Ależ zapraszam. Jak tylko się umyjesz. - Laurent robił sporo rzeczy, które nie były do końca nieprzemyślane, mimo, że starał się nie. Popełniał za dużo błędów i za często gubił słowa i dawał wciągnąć w oszołomienie sytuacją. Starał nie, bo jedyne, co miał do obrony przed tym światem to ten skrytykowany przez Edga umysł. Ale tego tu i teraz wcale nie zrobił niewinnie, chociaż mógłby jak najbardziej niewinnie trzepotać firaną swoich rzęs. Bardzo sugestywnie przesunął nogą po sierści swojego futrzaka, jakby niemalże pokazywał, że zaraz uszykuje mu miejsce. Na razie jednak nic się nie zmieniło. - Do mojego domu. Wspominałeś coś wczoraj o jakimś samochodzie. Został tam, gdzie go sam zostawiłeś. - Albo ktoś go ukradł? Prawdę mówiąc Laurent czułby się (niestety) za to odpowiedzialny. Nie myślał o tym jakoś aż dotąd. Lekko przesunął Dumę i podniósł się, widząc jak nieszczęśliwie Fleamont wygląda i skierował się do wnętrza, Zatrzymał się tylko na moment, żeby sprawdzić dotykiem chłodnej dłoni czoło Flynna. Gorączka minęła. Potem go minął. Wypachniony, z jasną skórą na której widać było pojedyncze blizny - na łydce czy powyżej ramienia, pozbawiony teraz swojej zwyczajowej biżuterii, stawiający z rozmysłem każdy krok. - Chcesz coś zjeść? Napić się? - Spojrzał w kierunku kominka, nad którym wisiał wielki obraz przedstawiający nagie niewiasty okolone morskimi falami. Wszystkie ciemnowłose - i tylko jedna miała włosy koloru Laurenta. Była łudząco podobna do kobiety, którą Flynn widział wczoraj. - Jeśli nie masz iść przez pół kraju na piechotę to polecam sieć fiuu. - Nie to, że go wyganiał. Bo gdyby go chciał wygonić, to nie ubrałby się w taki sposób. I nie rzucał takich tekstów. Ale ani trochę nie zamierzał się dopraszać o jego obecność. Irytacja... tak, on się chyba nadal irytował bardziej na samego siebie tak na dobrą sprawę. Ale była ona tak niewielka, że nie wyłaziła na zewnątrz. Pomagała mu za to trzymać (przynajmniej na razie) pion. RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 19.03.2024 Tak, wpatrywanie się w cokolwiek poza ciemnością, w jakiej próbował skryć swoją twarz, było bolesne, ale nie na tyle bolesne, aby nie wyglądał zza tej plątaniny kudłów i ręki na tak zachowującego się Laurenta. Tak, przepadł gdzieś tam po drodze i chyba powoli przestawał się tym jakkolwiek przejmować - ciemne oczy Flynna były zbyt skupione na zgrabnych nogach poruszających się po sierści psa, na koronkowej krawędzi koszuli nocnej, zmuszającej go do dopowiedzenia sobie reszty. Nie hamował się wcześniej, więc i teraz tego nie zrobił. Rzucił najbardziej oczywistym komentarzem, nawet nie siląc się na coś bardziej wyszukanego, bo czy ktokolwiek spodziewałby się po nim czegoś innego? Głównym przywilejem bycia kompletnym wyrzutkiem było odcięcie się od wszystkich norm społecznych. Wolność, jaką mu to dawało, polubił na tyle, aby prowadzić się w ten sposób przez całe życie. - A umyjesz się ze mną? - Opuścił rękę w dół. Nie odgarnął włosów zasłaniających mu lewe oko, ale zmierzył go spojrzeniem, po czym machnął dłonią i wykształtował sobie w niej parę przeciwsłonecznych okularów. Dopiero po założeniu ich na twarz zaczesał te poplątane loki za ucho. - Mogę ściągnąć z ciebie te fatałaszki zębami, jeżeli to jest to, co cię teraz kręci... - Uszczypnął go jeszcze raz, tak na wszelki wypadek, gdyby zadane przed sekundą pytanie nie było wystarczającym ujęciem tego, co o nim myślał. O nim i o tym co mogliby robić razem, odkładając jego chujowe samopoczucie na bok, poza zasięg wzroku, dokładnie tam, gdzie powinno być, skoro miał okazję do tego, żeby wreszcie poczuć się lepiej. Ale to wciąż było tam z boku - świadomość obojga, że Crow wcale nie był taki samotny, na jakiego chciałby się teraz wykreować, to co czynił sobie i innym należało do grupy działań autodestrukcyjnych. - Czyli gdzie? - Do mojego domu to dla Flynna było wciąż dużo różnych opcji. Jak on to miał ulokować na mapie świata? Powinien pamiętać to miejsce? - Gdzie jest ten dom, nie auto. - Doprecyzował. Laurent wstał i przeszedł się w jego kierunku, po czym dotknął go w geście czystej troski, Flynn zaś... nie ruszył się nawet na centymetr. Obserwował go uważnie, cudem powstrzymał się od zagwizdania, kiedy został wyminięty w przejściu do pomieszczenia, mimowolnie śledząc go wzrokiem, aż nie zatrzymał się, żeby spojrzeć na ten przeklęty kominek. Oczywiście, że był głodny. Z każdą kolejną minutą coraz bliżej mu pewnie było do wypicia wody z kałuży, bo nie jadł nic, odkąd uciekł z Fantasmagorii z płaczem, a pił... no nie była to woda. Mógłby więc odpowiedzieć tak, ale nawet gdyby się na to zdobył, istniała jedna rzecz, jakiej potrzebował o wiele bardziej ze względu na głębokie uzależnienie. - Jeżeli zaraz nie zapalę, to pewnie oszaleję... - przyznał się, chociaż papierosy nie znajdowały się na tej krótkiej liście propozycji. Prewett nawet nie sprawiał wrażenie kogoś mającego mieć cokolwiek wspólnego z papierosami, ale Flynn zdążył się już nauczyć - nawet niepalący ludzie potrafili mieć je poukrywane w szufladach, jeżeli często odwiedzali ich palacze. Zdradził tym samym, że jeżeli ich nie miał, to nietypowy gość nie zagrzeje tu zbyt długo, bo wszystko, co miał w kieszeniach było całkowicie przemoczone, więc własnych fajek już nie posiadał. - Albo po prostu się zakaszlę - bo to od kopcenia jak lokomotywa atakował go ten rozdzierający płuca kaszel. Zniknie dokładnie w tym momencie, w którym zaspokoi głód. - ...nie mogę się po prostu teleportować? RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 19.03.2024 Już myłem się z tobą we śnie, może pora na coś nowego? Pomyślał, ale tego nie powiedział. Nie było mu wszystko jedno, czy zaraz Flynn zacznie sypać przykrymi przytykami, komentarzami, obrazami, ale odniesienie takiego małego zwycięstwa, żeby słyszeć TAKIE słowa były dobrym kierunkiem. Pożądanym, chociaż niekoniecznie w pełni spodziewanym. Fleamont w tresurze z całą pewnością byłby bardziej skomplikowany i trudny od jarczuka, który może ci odgryźć rękę, zmiażdżyć ją i przy tym się nawet zanadto nie wysili. Zacznie biegać z twoją rączką po podwórku i machać ogonem, szczęśliwy, że dostał zabawkę. Coś niemożliwego, nierealnego... ale chodziło o to, żeby nad naturą ludzką jakoś zapanować. A Laurent dobrze nauczył się, że najlepiej nad człowiekiem panuje się, kiedy pokazuje mu się przed oczami coś, co mogłoby mu się spodobać. Co by docenił. Tragiczne było tylko to (a przynajmniej on samego siebie za to obrażał w myślach), że znowu przegrywał z samym sobą walkę o bycie jakkolwiek porządną osobą, żeby nie udowadniać Aydayi Prewett, że ma rację nazywając go kurwą, że w ogóle zrobił jakąś małą gierkę z Fleamontem, którego powinien był zostawić na tamtym piasku i miałby święty spokój. Zamiast tego ten spokój był grzeszny. Grzechu chyba jednak wart, skoro jego ściągnięta dystansem twarz rozjaśniła się od lekkiego uśmiechu i nadała jej niemal niewinny wygląd. Jak prawie zawsze, kiedy unosił kąciki ust. A gdzie była ta niewinność? Cóż, zupełnie jak Flynn - zapiła się i wyrzygała już dawno temu. Pozostał tylko pozór. - Ta sztuczka czarowania bez różdżki... chyba nigdy się do niej nie przyzwyczaję. - "Nigdy" było słowem, którego należało używać z rozwagą i Laurent to robił. Tutaj było tym malutkim, niepewnym mostem, który w każdym momencie mógł zostać zrujnowany, przecięte liny opuściłyby zbutwiałe deski w dół... ale można było też ten most zreperować. Nigdy nie sądził, że będzie chciał iść w stronę restaurowania czegoś, co powinno umrzeć i zostać zakopane dawno temu. Więc "nigdy", bo nie zamierzał się przyzwyczajać. Bo myślał - przecież nie będzie kolejnego razu. Samooszukiwanie się przecież też było sztuką, a ta dwójka spoglądająca na siebie przez ciemny szkła na nosie mężczyzny opanowała ją aż za dobrze. - Pasują ci. - Nadawały mu wyrazu... złego chłopca, którym przecież był. Tego, przed którym chroniły mamcie swoje córeczki - że zabierze je na drinka, potem zaciągnie do łóżka i... tyle z tego będzie. Nie to, żeby Laurent robił inaczej, ale, zabawna sprawa - takim jak on mamusie chętnie córeczki oddawały. Bo taki grzeczny, bo taki ułożony. Kiedy teraz o tym myślał to i pomyślał o tym, że był istotą gorszą od Fleamonta Bella. Obrzydliwą. - Gdybyś mi je uszkodził musiałbym ci ściągnąć obrożę. - Można się spodziewać pyskówek, bezpośrednich tekstów, wulgarności, ale jak już się pojawiały to i tak zaskakiwały. Cóż, przynajmniej Flynn zaskakiwać potrafił, a nawet poważyłby się o stwierdzenie, że zaskakiwać lubił. Zaskoczenie w końcu wyrywało człowieka z zastoju emocjonalno-umysłowego. Bardzo klarownie mógł sobie wyobrazić Flynna w akcie takim jak ten. Tylko czy to nie było zupełnie niepoprawne, kiedy myślisz o tym, że ktoś, kto go kocha czeka gdzieś tam na niego..? Kogo on chyba też kochał. Chyba - w końcu kochał również (z jakiegoś powodu) tamtą upodloną wiedźmę. Ciekawe, czy jego obecny partner (o ile dobrze pamiętał z tamtego dziwnego wydarzenia to był partner) jest też takim... chyba ten cały cyrk był dziwny i pełen niebezpiecznych ludzi. Choć przecież elaine była kochana. Kusiło go, żeby zapytać, ale chyba nie chciał prowokować czegokolwiek, co mogłoby razem z tym nastąpić. I jakże egoistycznie - nie chciał sobie psuć poranka. Tylko że w zasadzie Flynn sam zagaił. Jak to mawiają: muszę, albo się uduszę. A wolał być duszony dłońmi Flynna niż własną ciekawością. - Masz ochotę na filozoficzne dysputy? - W zasadzie to nadawałby się do takich - że Flynn. Miał w głowie więcej, niż chciał pokazywać światu z jakiegoś powodu. - Czy może mam ci znaleźć, gdzie twój dom. Albo powiedzieć, że wspominałeś, że masz nowego partnera, więc dom tam, gdzie serce twe? - A może w ogóle powinien się tym bardzo przejmować? Starał się uzbroić na ten poranek, przygotować mentalnie. Zdecydowanie lepiej mu szło wtedy zachowania spokoju, a tutaj - odcięcie się, gdy nie wiedział, czego się po nim spodziewać. Ale ciężko nie mieć lepszego humoru, kiedy ktoś patrzy na ciebie w taki sposób, w jaki robił to teraz Fleamont. - Migotku, przygotuj dla Crowa śniadanie i herbatę. - Skrzat pojawił się na blacie kuchni i naczynia zaraz zaczęły fruwać poruszone jego magią. - Mam tylko cygara. - Owszem, Laurent nie miał niczego wspólnego z fajkami. Przynajmniej obecnie. Kiedy kręcił się po Nocturnie czasem podkradał fajki różnym osobistościom. W rytuale palenia było coś kojącego. Z tym, że potem musiał machać różdżką na prawo i lewo, bo prawie płakał od tego smrodu palonego tytoniu, kiedy trzeźwiał za bardzo. - Nie możesz. - Po co w ogóle pyta... Rozbawienie odmalowało się na jego facjacie, kiedy przesunął się do barku, gdzie leżała mała kasetka z cygarami - o ile odpowiadały Flynnowi. Wrócił do niego. Nie, nie mówił poważnie o tym, że nie może, ale też jego ton głosu brzmiał całkiem poważnie w kontraście do jego mimiki na tę chwilę. - To całkiem tragiczne, że nawet kiedy masz dla kogo o siebie dbać - po prostu się niszczysz. - Stanął przed nim i wyciągnął kasetkę z cygarem w jego kierunku. Chyba nie potrzebował pomocy z podcinaniem go i odpalaniem..? - Jak chcesz palić to na zewnątrz. - Śmieszna sprawa, bo tego poranka sam był gotów prosić Flynna o fajki. RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 20.03.2024 W odpowiedzi na nazwanie jego zdolności „sztuczką” Crow uśmiechnął się do niego szeroko i opuścił te okulary niżej na nos, bardzo bezpośrednio wlepiając spojrzenie brązowych tęczówek w cztery litery mijającego go chłopaka. On się z tym ani trochę nie ukrywał. Wręcz przeciwnie - chciał być w tym geście zauważony, chciał, żeby Laurent ten wzrok czuł tak, jak czuło się czyjś dotyk, żeby decyzja ubrania się w ten sposób miała być przez niego skwitowana jako najlepsza albo najgorsza decyzja tego dnia, ale na pewno nie żeby poczuł, jakby miała być bez znaczenia. Wiedział dobrze, że inni ludzie często wstydzili się takich odruchów, ale on...? Gdyby nie chciał, żeby ludzie brali go za kogoś ordynarnego, musiałby przemyśleć o wiele więcej życiowych decyzji niż pojedynczą scenę, w której próbował wyobrazić sobie, jaką Prewett mógł mieć na sobie bieliznę. O ile w ogóle ją na sobie miał. - A nie zacisnąć ją mocniej? Albo smagnąć mnie smyczą? - Uniósł w górę brwi, nie do końca rozumiejąc rzucone w niego słowa. Ale okej. Mógł spróbować czegokolwiek. Nie przeszkadzały mu nawet najgłupsze wymysły, bo ostatecznie wszystko sprowadzało się do tego, że chciał w pewnym momencie mieć go na sobie - tylko i aż. Nawet go trochę zastanawiało, czy chłopak karmił się tą uwagą, czy bardziej uważał ją za śmieszną, ale niezależnie od powodu jakim się kierował - trafił na bardzo, ale to bardzo podatny grunt. - Mam ochotę na ciebie. Nawet jeżeli nie znasz się na mapie - i z jakiegoś durnego powodu nie chcesz mi podać adresu, przeszło mu przez łeb, ale nie dodał tego, bo po cholerę to w ogóle drążyć poza tym, że go nieco zdenerwował brak odpowiedzi. Mimo wszystko wolał zabrzmieć, jakby mu tym robił jakąś łaskę, przy okazji zbywając wzmiankę o posiadaniu partnera. Wywrócił tylko oczyma, bo odebrał to jako przytyk i wyjaśnienie, dlaczego nie dostanie tego, o co próbował doprosić się durnymi tekścikami. No jasne. Normalnie jakby to miało mieć jakieś znacznie, jakby po powrocie nie miał usłyszeć, że to koniec, a poza tym... Czemu właściwie ktoś kto ich tak naprawdę nie znał miałby go umoralniać? Poprawił okulary i kiedy Laurent szukał cygar, on przeszedł się po tym tarasie i rozglądał się wokół, analizując to, w jaki sposób ten budynek był w ogóle skonstruowany i co być może na niego nałożono. Jakieś zabezpieczenia? Pułapki? Cokolwiek co mogłoby sprawić, że ktoś chcący dostać się do środka musiałby obejść się ze smakiem, albo przynajmniej dostałby w łeb tak mocno, żeby móc założyć Prewettom sprawę w Wizengamocie za napaść? - Dziękuję - odpowiedział mu, odbierając od niego cygaro, kiedy wrócił i uraczył go tą jakże pasjonującą wypowiedzią, zapewne w jakiś sposób podsumować jego działania, ale co on mógł kurwa wiedzieć. O czymkolwiek. - Za tytoń, za tę bezcenną opinię nie dziękuję, ponieważ mam to głęboko w dupie. - Nie, nie potrzebował z tym pomocy, ale nie dlatego, że lubił palić cygara i miał w tym jakieś większe doświadczenie - po prostu wiedział, jak palili je inni. To nigdy nie była opcja dla niego, bo cygara paliło się powoli i z wyczuciem, on tego wyczucia nie miał nawet w minimalnym stopniu - nie dało się zaciągać nimi do płuc, nie dało się palić jednego za drugim w wręcz szale wywołanym stresem. Ale to faktycznie mogło mu pomóc zanim zacznie wariować od braku nikotyny, bo już teraz miał ochotę skubać sobie paznokcie. Wzruszył ramionami odsuwając się od niego, żeby podejść do krawędzi tarasu i oprzeć się łokciami o... Barierkę? Plotek? Za cholerę nie wiedział jak się na to mówiło, ale to nie miało przecież większego znaczenia. Nic nie mówiąc przewiesił przez to swoją kurtkę, po czym powąchał koszulkę, którą miał na sobie i aż sam się wzdrygnął, a to nie zdarzało się zbyt często. Ostatecznie ją też ściągnął i przewiesił przez balustradę, po czym powrócił do poprzedniej pozycji. Pochylając się do przodu, pstryknął palcami, z lekkim świstem rzucając zaklęcie translokujące. Nie, to nigdy nie mogłoby zastąpić mu papierosów, ale faktycznie się uspokoił. RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 20.03.2024 Lubił tę grę. Grę, w której mogło nie być ani wygranych, ani przegranych. Mogło, bo on czuł się wygranym już na samym jej rozpoczęciu. Sam fakt podjęcia jej budził do życia. Stawka? Najtańsza na świecie, bo przecież mimo wczorajszych pyskówek, mimo hardych słów, że dla Fleamonta to zdecydowanie za wysokie progi to wcale takimi nie były. Wręcz przeciwnie, przecież to była kwestia wyciągnięcia ręki. Więc gra trwała. Podjęta tak szybko i pewnie, że to było wręcz odświeżające. Brak złudzeń, brak fałszywych anonsów, że przecież nigdy nie dotknęłoby się mężczyzny, no bo jak tak można? Zgrabnie i zręcznie, chociaż topornie w tych przekomarzaniach. Zbyt łatwo ta partia rozganiała kiepski nastrój i za łatwo zamazywała wczorajsze wrażenie. Ono wróci, oczywiście, uderzy w nich obu, wystarczy tylko wstać od tego stolika. Pokera? Nie, prędzej blackjacka, w którym każdy liczył swoje karty. Miłość była w tym wszystkim ulotnym ptakiem, ale Królowa Kier nie grała w tym rozdaniu. Sprawy sercowe zostawione były pewnie na tamtej plaży, albo rozmyły się w morzu. Flynn wypluł ją wraz z morską wodą, a Laurent się jej po prostu nie nałykał. Nie, wróć... nałykał. I zakrztusił równie mocno, że ścisnęła serce palcami agonii. Mawiali, że to dawno temu, więc nieprawda. W istocie - nie mogła to być prawda, skoro teraz uskuteczniał cyrk, żeby być adorowanym przez skacowanego cyrkowca. Gorsze samopoczucie z tego faktu przyjdzie dopiero później. Teraz czuł muśnięcia na swojej skórze, chociaż nikt go nie dotykał fizycznie. Jeszcze. Jeszcze trochę i będzie chciał się pod tym spojrzeniem wyginać. - Tak, ściągnąć. Więc zacisnąć mocniej w tym kontekście, Crow. - O, to też go rozbawiło i to bardziej, niż powinno. Pan mądraliński, co to tak lubił obrażać czyjąś inteligencję, a tu proszę bardzo, sam zakręcił się we własnym tańcu. Co prawda niekoniecznie zostało tu celowo użyte słowo mające dwa znaczenia, ale w swojej próżności dodał sobie jeden mały punkcik. Zwycięstwo nad skacowanym ćpunem, brawo Laurent. Jest czym się szczycić. Bardzo wątpił, żeby w ogóle komukolwiek przyznał się, że taka osoba jak on tutaj przyszedł. Przyszedł?! O zgrozo... musiałby się przyznać do tego, jak ekscytująca stała się przez moment władza nad życiem i śmiercią, do tego, jakie to było boskie uczucie i jak mrowiło koniuszki jego palców, że potem wyciągał Flynna z paniką na wargach z wody, że... nie. Oczywiście, że nikomu się nie przyzna, bo komu miałby? Pojawiło się to przyjemne uczucie w podbrzuszu, pobudzające, liżące rozgrzaną skórę, kosteczka lodu wędrująca po rozpalonym udzie. Banalne, proste słowa. Z pięknym dodatkiem, który sprawił, że prawie zachichotał. Nie z samego prztyczka, który w tym wypadku spłynął po nim jak po kaczce, ale w tym wspaniałym połączeniu jednego z drugim. Jakby Flynn był albo tak pewny siebie, że prawie nic nie może mu zaszkodzić w drodze do celu, a cel nakreślił bardzo wyraźnie, albo to było pragnienie, które po nim zupełnie zejdzie, kiedy tylko stąd wyjdzie. Teraz wyszedł, ale tylko na moment. I teraz to Laurent obejrzał się za nim. Za człowiekiem, którego się bał, ale po wczoraj to... to było coś innego. Coś, czego dawno nie widział, odkąd opuścił Ścieżki całkowicie. Teraz wydawał się niemal bezbronny. Niemal, bo wciąż przypominał czarną panterę, a pieprzenie się z panterą wydawało się kompletnie irracjonalne, niezdrowe i odjechane, szczególnie dla takiego szanującego się panicza jak on. Owszem, dom był zabezpieczony, szczególnie po tym, jak pan Edward Prewett usłyszał, że ktoś nastawał na życie jego synka. Posiadanie w rodzinie Bulstrode zdolnej Florence też całkiem pomagało. Tym nie mniej nie stanowiło to najwyższego kunsztu dla sprawnego oka Fleamonta. Ktoś taki jak on mógłby tutaj wejść szybko. Za szybko. Łatwy cel, szczególnie, kiedy niby nie było kogo wołać o pomoc. Ten brak możliwości wołania o pomoc był jednak tylko pozorem. W pobliżu znajdowały się dwa zamieszkane budynki - jeden przez jego kuzyna, który miał od ojca przykaz czuwania nad bezpieczeństwem Laurenta i drugi należący do jego pracownika, o zgrozo, imieniem Alexander. Po tym jeszcze taki włamywacz musiał umknąć paszczom tego stworzenia, które leżąc ciągle w tym samym miejscu właśnie śledziło złotymi ślepiami każdy ruch nieznajomego gościa. Z cienia drzew sosnowego zagajnika, który rósł przy wydmach i siłą rzeczy tej części domu ruchy Flynna śledziła też inna istota - bo odziany w szkarłatne pióra feniks. To miejsce było tylko bardzo pozornie puste i samotne. Słoneczniki kiwały się na wietrze przy płocie oddzielającym posesję od zejścia bezpośrednio na plażę. Róże otwierały swoje płatki zachęcone pierwszymi promieniami słońca, które zaczęły je rozgrzewać. Bladoróżowe begonie kołysały się delikatnie jak w dreszczach. Czyste powietrze, woń kwiatów. A wszystko to zabijane tym, co Laurent sam określiłby jako smród - bo o ile zapach suszonego tytoniu był przyjemny, tak tego spalonego już - okropny. - Smacznego. - Odezwał się, wychodząc za Migotkiem na taras, który rozstawił śniadanie dla Fleamonta na stoliku tarasu. Angielskie śniadanie - sadzone jajko, tost, kiełbaski, bekon, warzywa. Jak z dzieckiem, co? Tak, jeśli zakładać, że faceci byli wiecznymi dziećmi. Zamieniali po prostu drewniane rycerzyki na większe zabawki. Niewinne ciągnięcia na kucyk na ciągnięcie... Dać mu łóżko, nakarmić, umyć, szybki seks i można było zostać wypuszczonym z domu. Laurent przez moment spoglądał na czarnowłosego, jakby chciał coś powiedzieć. Chciał. Przykro mi.Przykro mi, że ten świat jest okrutny, że zeszpecił ciebie, że dotknął cię tak mocno. Przykro, że czujesz potrzebę takiego niszczenia samego siebie i że boli cię tak mocno, że musisz ten ból przelewać na innych, żeby poczuć się chociaż odrobinę lepiej. Nie powiedział ani jednego słowa. To był niemy monolog zatrzymany w jego spojrzeniu. - Tylko nie jedz za wolno, bo boję się, że moja rozpalona twoim spojrzeniem skóra zdąży ostygnąć i znowu będziesz musiał popracować. - Powiedział zamiast tego wszystkiego, co chciałby powiedzieć, a co pewnie i tak nie miałoby żadnego znaczenia dla samego Flynna. Już się odrobinę wyzłośliwił. Wystarczy. RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 25.03.2024 Kiedy Laurent przeżywał w swojej głowie mały triumf, Crow wydawał się być zwyczajnie zamyślony. Nie w nieobecny, ale w zaciekawiony sposób - miał minę, jakby obracał sobie to słowo w głowie i oglądał je z każdej strony, żeby zakodować nową informację i więcej razy się w tym nie zgubić. Bo dla niego to wcale nie było wstydliwe, o ile się w niego nie rzucało takimi tekścikami jak obelgą, albo nie był czymś wyraźnie zirytowany - no bo przecież poznawanie nowych słów kojarzyło mu się teraz dobrze. Tak dobrze jak tylko mogło. - O, to to ma jeszcze takie znaczenie - odparł trochę bez wyrazu, w dodatku cmoknął z jakąś taką dezaprobatą. - Lubię poznawać nowe, ciekawe słowa - no w tym kontekście powinien ująć również ich dodatkowe znaczenia - ale - bo to by było już zbyt dziwne, jakby nie znalazł w tym żadnego „ale” - to jest jakieś denerwujące. - Naprawdę tylko on to dostrzegał? Ściąganie czegoś skojarzyłoby mu się bardziej z luzowaniem takiego uścisku, ze ściąganiem jakiegoś ciężaru. I tak, niby mógł pojąć jak do tego doszło, ale i tak jakoś go podświadomie wkurwiało. - Zajebiście do ciebie pasuje. - Też go wkurwiał niemożebnie. Wciąż nie na tyle denerwujące, aby przerwać ogarniającą go melodię spokoju. Albo to nikotyna, albo szum fal, albo po prostu nastrój tego miejsca - czy to miało znaczenie? Nie. Liczyło się tylko to, że cokolwiek naciskało mu teraz na duszę, dobrze z nią rezonowało, nie na tyle dobrze, aby ktoś taki jak on wyciszył się kompletnie, za to wystarczająco ku temu, aby odetchnął. Lubił takie momenty. Momenty ciszy, kiedy nie musiał zasłaniać się maską Crowa, udawać kogoś o wiele bardziej gadatliwego, niż czyniła go jego natura. To mogłoby pewnie zbudować wrażenie, że scenariusz pisany przez Prewetta był czymś, co mogłoby przynieść mu jakieś ukojenie - mógłby w nim znaleźć kogoś, kto o niego zadba, kto mu da dokładnie to, o co się tak niby dopraszał od Alexandra, ale to przecież nigdy nie mogło być takie proste, prostych scenariuszy nie pisano dla ludzi jego gatunku. Niech sobie tka takie historie dla jakiś tam jego nudnych, pomarszczonych kochanków, jakich tu sobie być może sprowadzał, ale w gruncie rzeczy Bell się w ogóle nad tym nie zastanawiał - po prostu wcale nie chciał tego śniadania, nie chciał brać żadnej kąpieli. Miał tu tylko jedno chciejstwo - jego, bo miał do niego słabość. Nie szukał tu swojego dobrego miejsca, ani odpoczynku. To podniecenie, jakie go ogarniało, podszczypywało go i przypominało mu o tym, że wciąż żyje. Obserwował więc uważnie, jak Laurent do niego wraca, z tym śniadaniem, o które absolutnie nie prosił. Wciąż wsparty o balustradę obrócił głowę w jego kierunku, napinając gołe i nieco zmarznięte plecy, na moment mrużąc przy tym oczy i tak skryte za czarnymi szkłami. W takich warunkach nie widział niemal nic, ale Laurent był z całą tą swoją bladością tak niesamowicie wyraźny - powinien być jasną plamą na rozmazanym polu widzenia, ale Flynn przysiągłby, że dostrzegał każdy detal jego jestestwa. Kurwa. Trochę łatwiej by było, gdyby go na noc zgarnął ktoś kompletnie przypadkowy. Ktoś, kto by go po prostu położył spać, rano kazałby mu wyjść, a on nawet nie pamiętałby jego imienia - pamiętałby tylko wygodne łóżko. Takie łóżko warte wiecznego zapamiętania. Prawdziwa miłość nie rdzewieje. To łóżko było wygodne, ale miał wrażenie, że płacił za nie czymś, czego nie powinien czuć. - Szybko ci przeszło granie niedostępnego - zauważył. Jeszcze chwilę temu wydawało mu się, że świadomość jego paskudnych działań skutecznie odgoniła Laurenta od wizji dopuszczenia go do siebie, a jednak... - I dobrze, bo wyglądasz w tym smaczniej niż to jedzenie. - Oderwał się od krawędzi tarasu, żeby powędrować w kierunku krzeseł, ale od razu było widać, że nie jest ani trochę zainteresowany zawartością talerza, ani skrzatem. Usiadł na jednym, Laurentowi skinął na drugie, a później odłożył to cygaro na stolik, żeby przysunąć się blisko niego i pewnym, chociaż nie nachalnym ruchem (bo zakładał, że wciąż mógł być za to zdzielony po łapach) podniósł jego nogi do góry, żeby położyć je na sobie. W niesmacznie perwersyjny sposób - lokując jedną ze stóp Laurenta na swoim kroczu, a własne usta na jego bladych kolanach, pozostawiając je tam na kilka przydługich sekund. Lubił Fantasmagorię za to, jak normalnie mógł się tam czuć, ale pewnych rzeczy chyba nie dało się z niego usunąć, bo to wymagało czegoś więcej niż wyrwania chwastów. Trzeba by go chyba zalać całego wrzątkiem i nie pozwolić na to, aby cokolwiek wyrosło na pustej ziemi, żeby odgonić od niego wszystkie te brudne myśli... Gdzieś tam siedział sobie spokojnie mityczny ptak, a on był myślami gdzieś pomiędzy tą sceną i wspomnieniem przeszłości, kiedy miał go tak blisko po raz pierwszy. Laurent mógł fantazjować o świecie, w którym oboje byli czyści jak łza i delikatni, Flynn nie musiał o niczym śnić - bo jego fantazje były tak szorstkie i szare jak rzeczywistość. - Trzeba było zostać ze mną w tym aucie, pewnie mam tam jeszcze ze dwie działki. - Bezpiecznie założył, że byłby zainteresowany, skoro kusił właśnie kogoś, kto całą swoją egzystencją krzyczał, że smakował jak dno popielniczki wymieszane ze smutkiem. |