![]() |
|
[25.07.1972] Odważne słowa jak na pięcio... dwudziestosześciolatka! - Laurent i Isaac - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17) +---- Wątek: [25.07.1972] Odważne słowa jak na pięcio... dwudziestosześciolatka! - Laurent i Isaac (/showthread.php?tid=3006) Strony:
1
2
|
[25.07.1972] Odważne słowa jak na pięcio... dwudziestosześciolatka! - Laurent i Isaac - Isaac Bagshot - 30.03.2024 adnotacja moderatora
Isaac miał dzisiaj w pracy dość owocny dzień. Zazwyczaj był wymęczony nudą, jednak dzisiaj został zaangażowany w pomoc pracownikom innego działu. Spędził więc bardzo miły dzień na plotkach, uśmiechach i wymianie imion. Był również z siebie dumny, ponieważ bardzo skrupulatnie pracował nad przeglądaniem starych wydań Proroka Codziennego. Doszedł już do roku 1967. Mimo że szło mu to szybciej niż przypuszczał, i tak będzie potrzebował asystenta który mu pomoże. Miał już wstępny zarys swojej trzeciej książki i chciała zacząć nad nią pracę jak najszybciej. Dodatkowo, była jeszcze jedna rzecz której się podjął, więc obawiał się, że zabraknie mu na wszystko czasu. No, ale trzeba być dobrej myśli! Na pewno wszystko się uda. Rozliczono osiągnięcie - Isaac Bagshot - Piszę więc jestem Palił więc sobie spokojnie papierosa stojąc pod budką telefoniczna, czyli wejściem do krainy Smutku i Rozpaczy. Pogoda dopisywała, jednak z nieba zaczęła nagle padać irytująca mżawka. Dla Isaaca był to znak, że pora skończyć do pubu na podwójną ognista, a potem zebrać się do domu i kontynuować przeglądanie gazet. Rzucił niedopałek na ziemię i zdeptał go obcasem buta. Już miał zamiar odejść, kiedy ktoś wyłonił się z budki telefonicznej. Bagshot spojrzał na przybysza i… znał tę osobę! Laurent Prewett. Ostatnio ukazał się z nim wywiad w Proroku Codziennym - Beltaine, Knieje Godryka i… widma. Idealnie! A co do Kniei Godryka to… cóż. Isaac miał tam ostatnio dość niecodzienna przygodę. -Dzień dobry. Pan Laurent Prewett? - Wyciągnął dłoń w stronę mężczyzny. Miał na niej założoną czarną rękawiczkę. Ubrany był elegancko i schludnie. Miał na sobie białą koszulę, ciemnoszarą marynarkę oraz spodnie i kapelusz z tego samego zestawu.- Przepraszam, że w rękawiczce, ale mam ostatnio problemy skórne.- Powiedział, podając mu dłoń.- Isaac Bagshot, miło mi. Czytałem pański wywiad w Proroku Codziennym, bardzo odważne słowa atakujące zachowanie zwolenników Czarnego Pana. Moje gratulacje. - Zagadnął go, żeby nie pozwolić mu uciec. RE: [24.07.1972] Odważne słowa jak na pięcio... dwudziestosześciolatka! - Laurent i Isaac - Laurent Prewett - 30.03.2024 Przesunął palcami po rękawie białej koszuli, zatrzymując opuszki przy złotym mankiecie. Ciśnienie rosło, krew pulsowała w żyłach szybciej, pełzało uczucie ciepła po skórze stykającej się z chłodem ścian i podłóg. Ministerstwo Magii było ponurym miejscem. Zakątkiem polityki, w którym cała prawda świata zamykana była w słoikach kłamstwa. Widzisz je w gablotach, oglądach odbite w ludzkich oczach, przyglądasz się krzywym zwierciadłom - fałszywym widziadłom na ścianach, które miały imitować ludziom żyjącym pod ziemią prawdziwy, zielony świat. Niektórzy nie potrzebowali niebieskiego nieba do funkcjonowania. Laurent nie wyobrażał sobie, ja można żyć bez niego. Za głęboko pod ziemią (niżej niż sześć stóp, nawet zmarłych tak nie grzebią), za daleko na linii prawda-fałsz, za mocno zaplątany w konflikt jak węzeł gordyjski. Był tym węzłem nie dlatego, że nie dało się znaleźć rozwiązania, a dlatego, że to ludzie nie pozwalali rozwiązania znaleźć. Dobro i zło było finezyjnie uplecionymi chusteczkami z jedwabiu, którymi podcierali sobie usta królowie i baronowie setki lat temu, a teraz robili to wszyscy wpływowi ludzie. Oto mikstura, którą piłeś, jeśli wkraczałeś do tego magicznego świata intryg i manipulacji. Chcesz, nie chcesz - nie zawsze pytają cię o zdanie. Wlewają w gardło, zmuszają do przełknięcia. A jeśli Los będzie wystarczająco litościwa, to i twoje wargi przetrze dotykiem swoich warg. Chciał ten mankiet poluźnić. Odpiął też guzik pod szyją. Podróż windą do nieba. Poezja wystukiwała rytm realiów, aż niewiarygodne, że czasami potrafiła być taka dosłowna. Krótka, prosta myśl pozwoliła cicho odetchnąć, złapać to nieświeże, niezdrowe powietrze w płuca przyzwyczajone do morskiej bryzy. Miasta. Nie było nic bardziej strasznego od ludzkich miast, od ich tłoku, od ich gwaru, od betonu i kamienia, który był wszędzie, wszędzie, maniakalne wszędzie! Odetchniesz przy kawałku zieleni w parku, a potem znowu białe chmury przysłonięte są przez kamienice. Mimo to nie potrafiłby z tego miasta zrezygnować. Z ludzi, z kawiarenek, ze spotkań, koncertów i teatrów. Miały swój mały kawałek miejsca, zakamarek, w jego sercu. One po prostu nie mogły zastąpić jego codzienności. Budka telefoniczna otworzyła się, otworzył ją, wyszedł na zewnątrz. Drugi oddech. Uniósł wzrok ku górze, ale zanim dobrze zdążył pomyśleć, że kolor tego nieba chyba jest inny w Londynie niż na południu dźwięk czyjegoś głosu ściągnął go z tego nieba na ziemię. A konkretniej ściągnął go ciemnym oczom nieznajomego, bo nierozpoznanego w pierwszym momencie, mężczyzny. - Zgadza się... dzień dobry, czymś... mogę służyć? - Zatrzymał się po dwóch krokach, lekko wybity, nim skupienie przelało się na mężczyznę. Lekko napięte mięśnie od usłyszenia własnego nazwiska - coś nie do pomyślenia ledwo tydzień temu, a teraz spoglądał na Isaaca intensywnie, badając, czy może być zagrożeniem. Jakimkolwiek zagrożeniem. Czy po powitaniu smukłe palce tego mężczyzny sięgną po różdżkę i wymierzą w niego, czy może jednak... Może jednak nie wszystko musiało być takie kryzysowe, dramatyczne. Nie wszystko musiało być zamalowane czerwienią i czernią. Nie każdy diabeł musiał mieć rogi i nie każdy błyskał kłami. Niektóre miały szaleńczo piękne twarze, ciepłe oczy i miły głos. Niektóre wyciągały na powitanie dłoń i nastawiały każdy neuron w twojej głowie na odpowiedzenie uśmiechem, ujęcie dłoni, zatopienie się w czymś miłym. Milszym niż chwila obecna. To właśnie te diabły były najbardziej niebezpieczne. Biel cienkiej koszuli, luźnej, z lejącego się materiału, jasny beż spodni, pojedyncze złote dodatki - pierścionek, sygnet rodowy, naszyjnik z kamieniem przypominającym personifikację gwiazdy, drobne kolczyki. Zwiewny strój niekoniecznie był bardzo formalny, ale elegancki, zwiewny. Zamieniał sylwetkę Prewetta w jasną plamę, albo zbyt czystą biel z perłową skórą i platynowymi włosami. Wszystko po to, żeby oczy, w których wydawały się poruszać morskie fale były najbardziej intensywnym punktem, na którym czyjeś oko można było zawiesić. I tak chuda ręka Prewetta została wyciągnięta w kierunku tego Diabła, by uścisnąć dłoń w rękawiczce dręczoną problemami skóry. Nigdy wcześniej nie podejrzewałby samego siebie, że może być taki podejrzliwy w stosunku do innego człowieka. Oto, jak człowiek człowiekowi potrafił być wilkiem. Jak łatwo było zniszczyć cudzą codzienność. - Dziękuję. - Bagshot. Czy powinien bardziej uważać? Odwzajemnił uśmiech, chociaż był on zdystansowany. Ledwo uprzejmy, ale daleko mu było do szczerego czy ciepłego. - Choć nie uważam, żeby było czego gratulować. - Ponieważ artykuł był przekłamany i Prewett postarał się, żeby jego prawnik zniszczył karierę pana Bagshota, który się na to odważył. - Mam nadzieję, że to szczere słowa, a nie przesycone sarkazmem. - Zbieżność nazwisk mogła być zupełnie przypadkowa, ale jeśli tak było to wolał to zbadać w tym momencie. RE: [24.07.1972] Odważne słowa jak na pięcio... dwudziestosześciolatka! - Laurent i Isaac - Isaac Bagshot - 30.03.2024 Czy Isaac był zagrożeniem? Mógł nim być, a mógł też nie być. Na jego twarzy widniał lekki uśmiech, a jego ton wydawał się przyjacielski. Czy ironizował, mówiąc o jego odważnych słowach? Ciężko stwierdzić. Zbyt niska percepcja, przykro mi, panie Laurent! Bagshot czytał za to z mężczyzny jak z otwartej księgi do Historii Magii. Przyglądał mu się bardzo uważnie, jednak jego celem nie było sprawienie, żeby jego rozmówca czuł stres lub dyskomfort. Odwrócił więc od niego wzrok i rozchylił marynarkę żeby wyciągnąć papierowy. -Pali pan? Może papierosa? - Zaproponował. Sam miał zamiar zapalić kolejnego. Skoro już mieli tutaj postać i sobie pogawędzić… -To nie była ironia, panie Prewett. Nazwał pan Śmierciożerców terrorystami i otwarcie się przyznał, że ich nie popiera. Uważam, że to bardzo odważne. - Powiedział, i wydawało się, że mówił szczerze. I prawda była taka, że naprawdę tak uważał. Jeśli Laurent poczęstował się papierosem, to Isaac wyciągnął z kieszeni pudełko zapałek i użył ich, żeby odpalić im pety. Stali na chodniku pełnym mijających ich mugoli. Nie mogli pozwolić sobie na bezpieczne używanie czarów. -Żyjemy w czasach, gdzie większość społeczeństwo boi się wypowiadać, a pan udzielił wywiadu dla największej gazety w Wielkiej Brytanii i skrytykował postępowanie Czarnego Pana. Dlaczego miałbym ironizować? - Zaciągnął się papierosem i ponownie spojrzał uważnie na chłopaka. Na jego twarzy błąkał się delikatny uśmiech, który był dość ciężki do zinterpretowania. -Panie Prewett, a może pozwoliłby pan zaprosić się na drinka? Widzi pan, trochę się przyglądałem temu co działo się na Beltaine, i na ten moment badam również nastroje społeczne w Londynie. Miałbym do pana kilka niezobowiązujących pytań, jeśli ma pan czas. - Proponując wyjście na drinka, uśmiechał się przyjaźnie. Ponownie zaciągnął się papierosem i wypuścił dymn w druga stronę. -Nie jestem reporterem i nie pracuję dla żadnej gazety. Aktualnie mam przyjemność pracować w dziale handlu międzynarodowego w Ministerstwie Magii. Dwa miesiące temu wróciłem do kraju po jedenastu latach nieobecności i… cóż… - Rozłożył ręce w geście poddania.- Jestem w szoku przez to co się dzieje. To już nie jest to samo miejsce, co kiedyś. - Miał nadzieję, że mówiąc o sobie coś więcej niż tylko imię i nazwisko, uspokoił Laurenta i to go zachęci do wybrania się z nim na drinka, oraz żeby porozmawiać. Zaczynało padać coraz mocniej, więc żeby nie zmoknąć do suchej nitki, Prewett musiał podjąć jakąś decyzję. Intencje Isaaca wydawały się szczerze, podobnie jak jego słowa podziwu, którymi uraczył mężczyznę mówiąc o jego odwadze. Bagshot miał dość przyjemna aparycję, i mimo że sporo mówił, to nie wydawało się, aby był cwaniakiem. RE: [24.07.1972] Odważne słowa jak na pięcio... dwudziestosześciolatka! - Laurent i Isaac - Laurent Prewett - 30.03.2024 Charyzma. Niebezpieczeństwo w człowieku rodziło się w charyzmie. Zaczynało się w niej i na niej kończyło. Przysłaniała kłamstwa i tworzyła parasolkę na prawdę. Padał deszcz, błękit nieba nie istniał, bo zasnuły go ciemne chmury, a człowiek kłamał, kłamał i kłamał... Bajerował. Zaintryguj się czymś nowym, kimś nowym, przecież to jak zawsze. Pozwól zaprosić samego siebie do tańca niejednoznacznego, poprzecinanego nieznanymi krokami, w rytmie nowej melodii. Przecież tak powinieneś zareagować. Pozwolić się owinąć temu uśmiechowi jak wstążce na kobiecym warkoczu. Pozwolić sobie na niewinną (czyżby?) ciekawość względem drugiego człowieka. Nazwisko Bagshot, charyzma na dłoni, oszałamiający uśmiech numer dwa (albo i dziesięć) i całe domino nieszczęść ciągnące się za plecami i voila! Tak można było spoglądając ostrożnie na osobę, która jeszcze przed miesiącem byłaby wciągnięta wtórnie we własny taneczny świat. Mimo to Laurent odwrócił się przodem do Isaaca, wyprostowany, z tym charakterystycznym drygiem każdego, kto przyzwyczaił się do czerwonych dywanów pod swoimi stopami. Ta postawa była tak samo naturalna jak oddychanie. Całkowicie niewymuszona. - Z przyjemnością. - Odpowiedź nie pojawiła się od razu, chociaż pytanie było oczywiste. Utknęło w zawieszeniu, ale w końcu wyciągnął blade palce do papierośnicy, żeby poczęstować się fajką. Żeby móc pochylić się, pozwolić sobie zapalić ją i przycisnąć do ust, by się zaciągnąć. Papieros, którego nie zwykł palic. Smród, którego nie lubił, który tłumił delikatne perfumy, jakimi okraszona była jego szyja, jego koszula na bazie spiżu. - Między głupotą a odwagą jest bardzo cienka granica. - Dość oczywiste, ale chyba niepotrzebnie tak negował komplement od mężczyzny. I ponieważ był tego świadom, to zaraz dodał: - Dziękuję. - Odetchnął wraz z dymem. Lubił to uczucie. Wyciszające, sakralnie zbezczeszczone, bo chociaż w wielkich kościołach palono kadzidła, które równie mocno wsiąkały we włosy i ubrania, to żadne z tych kadzideł nie truło tak skutecznie jak tytoń. I tą truciznę człowiek sam wpuszczał do płuc. Czemu miałby to ironizować? Znalazłoby się wiele powodów, chociażby ludzkie skurwysyństwo, ale nie padła żadna z odpowiedzi. Skoro pytane było zaprzeczeniem, a więc było pytaniem retorycznym, to odpowiadało na siebie samo. Chciało wbić do głowy człowieka automatyczne, samoistne zaprzeczenie - bo najlepiej manipulować człowiekiem, kiedy on sam wynajduje sobie odpowiedzi. Łatwo podważać słowa innych, ciężej swoje własne. I to też przeszło przez jego głowę, gdy wpatrywał się w ten enigmatyczny uśmieszek. Może nawet byłoby to frustrujące, gdyby nie zapobiegawczy zabieg poczęstowania papierosem. Nawet jeśli odpowiedź brzmiała: nie, nie palę. Ale Pan ma na tyle ładne oczy, że z Panem mogę zapalić. I to jakoś wtedy, kiedy ważył istotę stojącą przed nią, kiedy próbował pokojarzyć jego twarz, jego nazwisko, kiedy dotarło do niego, że go kojarzył, tego konkretnego Bagshota, z jego książek, a przynajmniej jednej, to padła propozycja, która wpełzła na neutralną twarz Laurenta drobiną zdziwienia. Drgnięcie. Papieros, drink - co dalej? Normalnie zapytałby, czy mężczyzna próbuje go poderwać i dodał, że jego nie trzeba zapraszać na drinka, ale te słowa, w swojej gorzkości, nie padły. W tym prostym zaproszeniu zabrzmiało coś tak dziko wyzwalającego, że Laurent miał ochotę w tym zatonąć. Przez tę jedną chwilę swojej słabości, która kusiła i zachęcała do tego, żeby się stoczyć. - Mijają pokolenia, a każde z nich powie, że dziś nie jest tak samo, jak było wczoraj. Wczoraj to już historia, jutro to tajemnica. Ale dziś to dar losu. - Strzepnął spaleniznę z krańca papierosa, ciągle z uwagą przyglądając się rozmówcy. Próbując wycenić zyski i straty. Ma dać się zwariować? Dać się zastraszyć Śmierciożercom, którzy już za te "odważne słowa" zaatakowali jego dom? Nie. Odpowiedź była prosta... nie. - Dam się zaprosić na drinka. - Zgodził się na wydechu. - Byle tam, gdzie nie mają w zwyczaju stałego palenia. Bo odpowiedź na wcześniejsze pytanie brzmi: nie pale. - Powiedział, dopalając swojego papierosa. RE: [24.07.1972] Odważne słowa jak na pięcio... dwudziestosześciolatka! - Laurent i Isaac - Isaac Bagshot - 30.03.2024 -Wspaniale!- Ucieszył się Isaac, kiedy Laurent zgodził się z nim napić i porozmawiać. Zaśmiał się cicho pod nosem na jego kolejne słowa i poprawił kapelusz który miał na głowie. Wygładził jeszcze marynarkę, żeby nie wyglądać niechlujnie. - To prawda, że pomiędzy odwaga a głupotą jest cienka granica, panie Prewett.- Isaac spojrzał na Laurenta i spoważniał nieco.- Ten kraj potrzebuje odważnych ludzi. I pan jest odważny, a nie głupi. Powiedział pan prawdę, był pan głosem wielu czarodziejów którzy boją się odezwać. Wierni podczas Beltaine zostali sterroryzowani i potraktowani nieludzko. Coś takiego nie powinno mieć miejsca. Wiara nigdy nie powinna być częścią polityki. Sacrum, to sacrum. Powinno być święte, panie Prewett. Wie pan, co byłoby głupie? Gdyby pan stchórzył, i nie udzielił tego wywiadu.- Kiedy to mówił, można było wyczuć od niego pewna pasję oraz dużą pewność siebie. Tak jakby wiedział, że to co mówił było prawdą. JEGO prawdą, co prawda, jednak w to właśnie wierzył Isaac. Ludzie powinni zacząć się przeciwstawiać. -Lokal, w którym nie palą? I pan również nie pali? - Zdziwił się, uniósł jedną brew do góry i spojrzał na papierosa którego trzymał w dłoni Laurent. Zaśmiał się pod nosem i oparł rękę na biodrze. -Panie Prewett, czyżbym był tak bardzo charyzmatyczny, że nie jest w stanie mi pan odmówić? I dlatego pan zapalił? No, no… proszę uważać, bo co się stanie, jeśli poproszę pana o coś niemoralnego? - Zażartował i mrugnął do niego zawadiacko. Klasnął w dłonie.- Świetnie, pub w którym nie palą… hmm, może być mugolski? O ten, na przeciwko. Tam jest zakaz palenia. - Wskazał ręką na szyld “The Weatherspoon”. -Jeśli pasuje, to zapraszam ze mną.- wyciągnął rękę w zapraszającym geście, i czekając na Laurenta, ruszył w stronę lokalu. Był to typowo angielski pub - kwaśny zapach rozlanego piwa, na podłodze stare, przetarte dywany, dwa krany w toalecie oraz dość sporo wesołych, roześmianych ludzi. Wszystko ciemne, drewniane i klimatyczne! - Idealnie. - Skomentował Isaac, widząc wnętrze lokalu. Ściągnął z głowy kapelusz i poprawił lekko kręcone, brązowe włosy. Skierował się w stronę baru i zapytał swojego towarzysza, spoglądając na niego z lekkim uśmiechem: -Co panu zamówić, panie Prewett? Ja stawiam na whisky, ale tym razem proszę być ze mną szczerym. Czego by się pan napił? I jak już będziemy mieli nasze napitki, to bardzo chętnie odniosę się do pańskich wcześniejszych słów na temat pokoleń. - Położył kapelusz na barze, czekając na decyzję Laurenta. Przyglądał mu się oczywiście. Zdecydowanie jego rozmówca może mieć poczucie, że Isaac poświęca mu sto procent swojej uwagi.
RE: [24.07.1972] Odważne słowa jak na pięcio... dwudziestosześciolatka! - Laurent i Isaac - Laurent Prewett - 30.03.2024 Ta... radość ze strony Isaaca wydawała się nie być udawana. Szczera. Dlaczego? Dlatego, że miał okazję dowiedzieć się czegoś o widmach? O Beltane? Bo jeśli o tym drugim to Laurent będzie musiał sprawić mu zawód... mniejszy albo większy. Sporo wiedział, co się tam działo, ale osobiście tam nie zawędrował. Nie przepadał za tym świętem, trochę za dużo swawolnej miłości kwitło w powietrzu. Kiedy chciałeś zaplatać wianek i patrzeć, jak ktoś się dla ciebie wspina z nim na pal nie byłeś odpowiednią osobą, która powinna dać się omamić tamtejszej magicznej atmosferze. Elegancja tego człowieka, szarmanckość ruchów, niewymuszone wrażenie człowieka, który był duszą towarzystwa działały spójnie na prosty efekt - rozluźnienie. Minimalne, ale jednak nastąpiło. Przeważająca tutaj musiała być ta ekspresyjność - tak, to chyba to. Tak wiele stykasz się z osobami, które za maskami kryją prawdziwe intencje, że nie sposób już było powiedzieć, czy masz przed sobą już twarz, czy to nadal maska. I teraz szukaj, drogi pionku, czegoś prawdziwego w tym balu bez twarzy. Isaac był w tym bardzo lekki, naturalny - i realny. A jednocześnie przez to wszystko, nie wpasowując się w ramy tego świata czerwonych dywanów i złotych kurtyn - całkowicie nierealny. Zabawne. Laurent pomyślał, że Isaac na pewno doskonale by się odnalazł na salonach między śmietanką towarzyską, która swoje drobne wydatki liczyła w tysiącach galeonów. W tamtej chwili, gdy zagaił go dziennikarz, był akurat z gwiazdą sportu świata czarodziei - z Philipem Nottem. Zdziwienie, że reporter podszedł akurat do niego, nie do Notta, było spore. Czego jednak nikt nie mógł wiedzieć to to, że wywiad miał dotyczyć czego innego, bo stricte widm. Rzeczywiście - zajmował się nimi. Rzeczywiście - próbował coś zmienić. Ugrać w tym chorym świecie, którego pragnienie naprawienia wybijało rytm dumki na dwa serca. I wywiad wcale nie brzmiał tak, jak został napisany. Mógł kazać go ściągnąć. Mógł wymusić na Proroku odszkodowanie i sprostowanie. Chronić siebie. Jednak tego nie zrobił. Nigdy nie zamierzał robić. Głównie przez to, że skoro już mleko zostało rozlane, a on naprawdę myślał tak, jak zostało to napisane, to warto, żeby ludzie zobaczyli, że jednak niektórzy mają odwagę stanąć do walki. Powinno to cieszyć jego serce - słyszeć, że ktoś się zgadza, że podziwia, że uznaje to za odważne..! Isaac nie był pierwszy. Zamiast tego czuł gorycz, bo prawda była taka, że wcale odważny nie był. I prawie ucierpiała na tym osoba, którą miał za najlepszego przyjaciela. Słuchał więc tych słów, pełnych werwy, wiary..! Pasji, tak. Pasji młodego człowieka, którego jeszcze nie zdążyły rozerwać hieny i wrony. Szarpały na kawałki i dzieliły się nimi równomiernie, zabierając każdą najlepszą część ciebie. Potem one pęczniały, ale nie dlatego, że rosły. Obrastały larwami i gniły. Lepiej byłoby o nich zapomnieć - wtedy mniej by bolało. - Wtedy być może zapytam, jak bardzo byłoby to niemoralne i dlaczego nie zaproponował pan wcześniej. - Nie potrafił znaleźć żadnych dobrych słów na poprzednie słowa Isaaca (szkoda mi, Piękny Panie), ale te kolejne już nawet lekko go rozbawiły, prowokując uśmiech jeden z tych cieplejszych. A gdy się uśmiechał w ten sposób to jego twarz nabierała niemal anielsko niewinnego wyrazu. - Powinienem się bać niemoralnych propozycji? - Jego śpiewny głos nabrał przez moment efektu satynowego muśnięcia. Ruszył w kierunku wskazanego lokalu, spoglądając tylko na niebo. To był zdecydowanie zły dzień, żeby w ogóle gdziekolwiek się wybierać. Uwielbiał wodę, ale niekoniecznie tą, która psuła jego fryzurę i ciuchy, dlatego bardzo szybkim krokiem oddalił się od Ministerstwa, żeby zagłębić się na mugolską uliczkę. Jedną z bardzo niewielu znajomych tak swoją drogą. Puścił niedopałek na ziemię i przydepnął obcasem. Laurent wszedł do tego pubu i... cóż. Pasował tutaj jak gówno do róży. Albo róża do gówna. I to nie dlatego, że sam pub w sobie był zły. Prewett wyglądał jak wyrwany z wybiegu model, a w bieli wybijał się w tym miejscu tak samo jak czerwona płachta w oczach byka. Sam jasnowłosy zatrzymał się po przejściu przez próg i trochę z niechęcią rozejrzał wokół, chłonąc tutejsze zapachy, atmosferę. Bywał w takich miejscach, a nawet gorszych, tak... dobrych parę lat temu, kiedy nie był jednym z młodszych biznesmenów czarodziejskiego świata. Ta niechęć przegrała z ciekawością, opadami deszczu i... gadatliwym towarzyszem. - Sazerac. Albo jakiegokolwiek nie słodkiego drinka z brandy. - Poprosił towarzysza i usiadł na stołku przy barze, oglądając siebie całego - a te kropelki wody, które mogłyby zniszczyć idealny obraz, jaki próbował stworzyć, palce przesunął po idealnie ułożonych włosach, chociaż mogłyby sprawiać wrażenie niepokornie krzątających się na boku głowy. Nic bardziej mylnego. - Przepraszam z góry za moją wstrzemięźliwość w kontakcie, ale w pierwszej chwili sądziłem, że jest pan krewnym dziennikarza o nazwisku Bagshot, któremu udzieliłem wywiadu. Nie mieliśmy zbyt pomyślnego zakończenia tej współpracy. RE: [24.07.1972] Odważne słowa jak na pięcio... dwudziestosześciolatka! - Laurent i Isaac - Isaac Bagshot - 31.03.2024 Sposób bycia Isaac’a na pewno był specyficzny. Zawsze był wesoły, gadatliwy oraz głośny, i naprawdę nie musiał się starać, żeby być w centrum uwagi. Miał to po Lockhartach, którzy byli lubiani i wybaczano im dosłownie wszystko. Większości ludzi mógł wcisnąć naprawdę absurdalne historie, a oni by w to uwierzyli. Nie robił tego jednak. Jeśli już musiał kłamać i kręcić, zawsze starał się robić to z jakichś większych pobudek. Bardzo lubił ludzi i bardzo szanował każdego człowieka. Nie miało dla niego znaczenia, czy był to mugol, czy czarodziej. Docenił wartość ludzkiego życia, kiedy pracował nad swoją pierwszą oraz drugą książka. Po pięciu latach spędzonych w Polsce oraz w Niemczech, nie był już tą samą osobą. Jego wyczulenie na ludzką krzywdę stało się bardzo wysokie. Historycy powinni być neutralni i spisywać historię taką, jaka była. Suche fakty. Isaac bał się, że po tym wszystkim co widział na własne oczy, nie potrafił już tego robić. Legilimencja, której nielegalnie używał żeby czytać wspomnienia czarodziejów oraz mugoli którzy przeżyli obozy oraz drugą wojnę światową, była jego pomocą oraz przekleństwem zarazem. Przez nią był naocznym świadkiem tego, co przeżyli Ci ludzie i jakie tragedie dotknęły ich, oraz ich rodziny. Teraz jednak Isaac o tym nie myślał. Teraz był w środku delikatnie poirytowany, ponieważ Laurent z nim otwarcie flirtował. Nie taki był plan na to spotkanie. Bagshot, jak ZAWSZE w takich sytuacjach, zrzucał wszystko inne na dalszy plan i dołączał do gry. - Podwójny Sazerac oraz podwójną irlandzką z lodem. Razy dwa poproszę. - Uśmiechnął się do barmana i zapłacił mugolskimi pieniędzmi. Zawsze miał przy sobie i galeony, i funty. Zamówił podwójnie, bo nie było sensu przerywać interesującej rozmowy kiedy skończy się pierwszy drink. Zwłaszcza, że Isaac pierwszą kolejkę zawsze wypijał za jednym łyknięciem. -To… - Zaczął, podając Laurentowi jego drinka. - Może przejdziemy na “ty”, podczas pierwszego toastu? - Zaproponował i wniósł toast. - Cheers! Za spotkanie. - powiedział i wypił swoją podwójna za jednym razem. Obaj panowie zdecydowanie wzbudzali zainteresowanie mugoli przez dość ekscentryczny ubiór Laurenta. Nikt jednak ich nie zaczepiał, i nie przysłuchiwał się ich rozmowie. W lokalu panował zbyt duży harmider. -Wiesz… w niemoralnych propozycjach chodzi o to, że są niemoralne. Więc teoretyczne przeciętny człowiek powinien się ich obawiać. Dlaczego więc chciałbyś jednak chcieć żebym Ci coś proponował? Może ty mi coś zaproponuj. - Powiedział z lekkim uśmiechem, bezczelnie mierząc i oceniając swoim spojrzeniem Laurenta “od stóp do głów”. W niebieskich oczach Isaaca zapaliły się wesołe ogniki ekscytacji*. Po co tak właściwie zaczepił dzisiaj pana Prewetta? Chyba już zapomniał. A Andrew? Hm, no tak, był jego kuzynem, ale kogo to teraz obchodziło? W tym momencie z głośników powinno lecieć “Kajagoogoo - Too shy”, jednak żyli w 1972, więc żeby nadać klimatu całemu spotkaniu, z głośników mugolskiego radia wybrzmiało: “Twist and shout”, The Beatles. *No dzięki, nie taki miałam pomysł na tę rozgrywkę xD jednakże cecha “Wyuzdany* zobowiązuje RE: [24.07.1972] Odważne słowa jak na pięcio... dwudziestosześciolatka! - Laurent i Isaac - Laurent Prewett - 31.03.2024 Rodzina Lockheart? Och, panie Bagshot, co za niesamowity dobór możliwości, żeby kręcić się wokół ludzi, żeby poznawać ich najgłębsze sny, ich najznamienitsze pragnienia! Żeby uczyć się, czego potrzebują i co trzeba zrobić, żeby oddali się pańskim ramionach na dokładnie tym niekochającym układzie, jakiego pan potrzebował. Laurent nie miał pojęcia, na kogo dokładnie patrzył, ale chociaż nie miał oczu orła, który dopatrzyłby myszy z dwóch kilometrów, to miał rozum, żeby analizować to co widzi, co słyszy i co odczuwał. Ta empatia mogła tę dwójkę połączyć, tylko czy na pewno na dobrym podłożu? Na razie blondyn był jak jeż, który bał się odwijać ze swojego kłębka, a mimo to zapach proponowanego jabłka był zbyt słodki, pełen pokus. Nie mógł mu powoli nie ulegać. Może to magia krwi Lockheartów, a może jeszcze coś innego - fakt był prosty, że Laurent kochał ludzi. I koniec końców - kochał kochać. Wbrew nazwisku, serce Isaaca zamknięte nie było. Chyba wręcz za mocno otwierał ja na nowe znajomości i ludzi, ale to jeszcze przyjdzie nam ocenić. Tu i teraz ten pachnący piwem bar przypominał o tym, że nawet najbardziej pasujący do swojego schematu człowiek może trafić w najbardziej abstrakcyjną scenerię. Prewett znosił to niezwykle godnie, jakby był idealnym człowiekiem w odpowiednim miejscu. Pierwsze wrażenie z niego spłynęło i siedział teraz na tym stołku, jakby był Księciem Jednej Nocy. W końcu to z jednych nocy takie miejsca słynęły, tak? Wchodzisz, upijasz się, wychodzisz... i budzisz się rano zastanawiając, czy warto było tak tę noc przeszaleć i próbując sobie przypomnieć wszystkie wydarzenia, w jakich brałeś udział. Pilne oko Isaaca bez problemu mogło jednak dopatrzyć się chociażby w lekko rozglądającym się i rozkojarzonym spojrzeniu Laurenta, że wcale się takim panem miejsca i sytuacji nie czuł. Po prostu nie mógł pokazać, że było inaczej. Odebrał drinka prosto z dłoni Isaaca i niby to przypadkiem przesunął swoimi palcami po jego palcach, uśmiechając się wdzięcznie. Niewinnie. Nie dlatego, że naprawdę ten gest był niewinny. Obrócił twarz w jego kierunku i skupił więcej uwagi na nim, nie na otoczeniu. - Za spotkanie, Isaacu. - Nie stuknął się z nim bezpośrednio, nie wypadało, to nie było eleganckie. Lekko uniósł szklankę w górę, żeby oddać toast i upił... ledwo łyka. Nie sądził, że ktoś będzie mu proponować papierosy, a potem poił alkoholem, żeby zniszczyć ich paskudny, palący smak w gardzieli czymś jeszcze bardziej kłującym. I cieszyło go, nawet bardzo, że ktoś taki się pojawił. Ściągnął go z ulicy prawie jakby nigdy nic, uśmiechał się tak ciepło, tak miło, tak wesoło błyszczał oczami... Kiedy to się stało, że to ktoś lśni dla mnie? Kiedy zgasłem? Nie bardzo potrafił odpowiedzieć na to pytanie, ale w obliczu tego towarzystwa nie miało to chwilowo znaczenia. - Łatwo przychodzi ci zagajanie nowych osób, prawda? - Oparł głowę na ręce, spoglądając teraz z ukosa w te wesołe oczy spoglądające na niego z uwagą, które go mierzyły, jakby oceniały. Ciekawe, co teraz działo się w głowie tego człowieka? Czy właśnie zastanawiał się, czy warto, czy może już to ocenił i teraz tylko ważył, jak duża mogła być nagroda? Możesz mieć każdego. Zadźwięczało znów w jego uszach, jak mantra. Denerwująca, bolesna w tym momencie mantra. Bo co to znaczy mieć każdego, kiedy jedyne, czego się chciało, to... coś stałego. Coś na dłużej. Ciekawe, na jak dużo teraz mogłeś sobie pozwolić i jak daleko ta gra mogła zostać pociągnięta? Czy to zagajenie na początku w ogóle taki miało cel, czy może Isaac był jednym z tych, który chciał się przekonać, czy plotki o byciu kurwą są prawdziwe? Ludzie potrafili być tacy troskliwi i czuli, a potem... wyrzucali cię na bruk, kiedy już zerwali wszystkie kwiaty z twojego ogrodu. - Masz bardzo gładki i zręczny język. - Uśmiechnął się filuternie. - Jestem bardzo ciekaw, jak bardzo. RE: [24.07.1972] Odważne słowa jak na pięcio... dwudziestosześciolatka! - Laurent i Isaac - Isaac Bagshot - 01.04.2024 “Chcieliście wydymać Freda, to teraz Fred wydyma Was.” Cały misterny plan Isaaca poszedł się walić. Był więc nieco rozdarty. Z jednej strony podekscytowany, ponieważ czekają go nowe przeżycia, a z drugiej zirytowany, bo ktoś tak łatwo owinął go sobie wokół palca kilkoma słowami. Nie był na to zupełnie przygotowany, nie przywykł do atencji ze strony mężczyzn, więc “zaatakował” Laurenta z opuszczoną gardą. A on to wykorzystał w mistrzowski sposób. Bagshot oparł się plecami o bar, nie siadając na stołku. Zdecydowanie Wielka Brytania mocno zmieniła się przez ostatnie jedenaście lat. Trzymając szklankę w dłoni, zerkał z ukosa na swojego rozmówcę. Na ustach błąkał mu się oczywiście lekki uśmiech. -Tak, bardzo łatwo. Zawsze lubiłem dużo mówić i jestem towarzyski. Lubię ludzi. - Upił łyk ognistej.- A jeśli chodzi o mój język… - Przekręcił się w stronę Laurenta i odstawił swojego drinka na ladę. Wyciągnął rękę w jego stronę i poprawił mu złoty mankiet przy rękawie koszuli.- Żeby się przekonać, czy naprawdę jest tak gładki i zręczny… - Kiedy uznał, że mankiet został “naprawiony”, uniósł dłoń i poprawił mu łańcuszek który przylegał do boku jego szyi. Miał nieco chłodne dłonie. Mierzył wzrokiem tors i szyję chłopaka, potem przeniósł niespieszne spojrzenie na jego usta, nos oraz w końcu oczy. - To trzeba się trochę postarać. Mnie trzeba zdobywać. A jak jest z Tobą? - Zaśmiał się pod nosem i uśmiechnął nieco bezczelnie. Było to oczywiście wierutne kłamstwo. W sprawach seksu był otwarty i prosty jak budowa cepa. Jeśli jego obiekt “westchnień” mu się podobało, był gotowy na zabawę niemal od razu. Miał jednak ważna zasadę - nigdy nie sypiał z bardzo pijanymi kobietami. No chyba, że będąc trzeźwe wyraziły chęć i zgodę na późniejszą zabawę i przez cały czas piły razem z nim. Jak było z mężczyznami? Isaac nie wiedział, ale zapewnie podobnie. Laurent był jego drugim mężczyzną w życiu z którym flirtował. I to wszystko praktycznie w ciągu jednego tygodnia. A czy uważał, że warto? Oczywiście. Już w pierwszej chwili kiedy Laurent zaczął z nim flirtować, Isaac odbijał piłeczkę i wiedział, że warto. RE: [24.07.1972] Odważne słowa jak na pięcio... dwudziestosześciolatka! - Laurent i Isaac - Laurent Prewett - 01.04.2024 Widzisz, Isaacu, czasem nie trzeba było wielkiej percepcji. Tych orlich oczu, co tlą się barwą złota w samo południe na londyńskim niebie. Czasem wystarczyły niebieskie oczy klarowne i smutne tak jak krople deszczu, które stukały nam w szyby tego baru zaraz przy Ministerstwie. Nie słyszymy ich, bo gra muzyka, ale nie zmienia to tego, że są. Grają kołysankę dla tych, którym dane jest spędzić ten dzień samotnie. Czasem nie potrzeba było również wielu słów. Nawet nie trzeba było przejmować inicjatywy. Wystarczyło odpowiednio wykorzystać to, co druga strona już dawała ci w ręce. Laurent nie zrobił tego, żeby celowo uciec od tematów, jakie Isaac chciał omówić, a tym bardziej nie chciał go irytować. Właściwie to była dla niego tylko gra. Tak naturalnie leniwa jak oddychanie. Kolejna przygoda, jutro powiemy sobie "do widzenia" i nigdy się nie spotkamy. Choć - jutro? Po co czekać do jutra, zróbmy to już teraz, tutaj, dzisiaj. Nie musisz palić nałogowo papierosów, żeby zapalić jednego tylko dla przyjemności towarzystwa. Nie powiedziałby tego na głos, ale nieszczególnie się zmęczył i nieszczególnie napracował głową, żeby naprawdę Isaac zapomniał o bożym świecie i miał chociaż w obecnie chwili tylko jednego bożka. To mu odpowiadało i nie odpowiadało jednocześnie. Bo czy na pewno taki był cel? Podjęta gra, bardzo szybko i szczegółowo ukierunkowana, mogła być takim niewinnym spotkaniem przy drinku, którego nawet nie powinien pić. Syreny zawsze miały słabe głowy - przypadłość ta nie ominęła i Laurenta. - Lubienie czasami nie wystarczy. - Wielkie amory? Nie, nie... Ale kiedy rozpala się płomień w ludzkich oczach to już nie mówi się o lubieniu. Zaczynamy mówić o pożądaniu. I dokładnie to sugerował uśmiech Laurenta w całej swojej anielskości. - Tak. Skupmy się na tym języku. - Teraz i syrenie oczy Laurenta, które były jak dwie magiczne, szklane kulki w których zaklęto lazur morskich fal, zabłysnęły rozbawieniem. Usiadł bardziej przodem do mężczyzny na stołku i nadstawił nawet dłoń, żeby ułatwić mu dostęp do mankietu. Przechylił leciuteńko głowę, żeby odsłonić łabędzią szyję i cieniutki rys złotego wisiorka. - Ależ Panie Bagshot... - Laurent ujął delikatnie jego dłoń i ułożył ją sobie na kolanie. Przesunął palcami po jego dłoni, wsunął je pod materiał koszuli. Pochylił się do Isaac tak, że ten mógł poczuć woń jego delikantych perfum. - Przecież już pana zdobyłem. To był szept, tak intymnie cichy, z powietrzem rozbijającym się na skórze uszu i szyi. Nie brzmiał arogancko. Nie brzmiał też niepewnie. Wypowiedział te słowa tak, jakby zdradzał sekret, który ledwo potrzebował być wypowiedziany na głos. Lecz cóż? Może się mylił? Może jednak Isaac był dokładnie tak trudno dostępny, za jakiego chciał się widzieć? Push-pull działał czarne bardzo dobrze na niektórych mężczyzn, ale Laurent nie był pewien, czy w tym przypadku tak było. - A ja? - I tak Laurent się odsunął od niego i puścił jego rękę, pozwalając jej zostać na swojej nodze. A sam zacisnął znów palce na drinku. - Ja, piękny Isaacu, jestem z tych, którzy wiedzą, że jeszcze kilka chwil i będziesz myśleć tylko o tym, żeby przelecieć mnie w zapyziałej łazience tego baru. - Mało to było w jego stylu, jak tak o tym pomyślał. Ale za dużo było tej gorczycy, za dużo niechęci, żeby zgrywać anioła, skoro było oczywiste - był tym wężem, który skusił Ewę do ugryzienia jabłka. |