Secrets of London
[16 lipca 1972] Posiadłość w Szkocji | Robert & Lorien - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Szkocja (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=127)
+--- Wątek: [16 lipca 1972] Posiadłość w Szkocji | Robert & Lorien (/showthread.php?tid=3007)

Strony: 1 2


[16 lipca 1972] Posiadłość w Szkocji | Robert & Lorien - Robert Mulciber - 30.03.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Lorien Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem

16 lipca 1972, Szkocja
Robert & Lorien


Szkocja. Kolejna wizyta w tej cholernej Szkocji. Po swojej ostatniej, tutejszej przygodzie, szczerze nienawidził tego miejsca. Zarazem jednak nie miał wyboru. Nie mógł tak po prostu omijać tej okolicy. Tej letniej posiadłości, należącej od lat do jego rodziny. Nie w sytuacji, kiedy na miejscu przebywała wciąż ona. Dla niektórych, Szkocja była malownicza. Przepiękna. Budząca podziw. Kiedyś również spoglądał na nią w ten sposób. Na tutejsze góry. Na zamki, które przetrwały setki lat. Na morze, którego fale rozbijały się o klify. Wszystko to zmienił jednak czas.

Na miejscu zjawiał się regularnie, starając się trzymać rękę na pulsie. Czasem sam. Częściej jednak z bratem. Raz jeden w drogę zabrał ze sobą Rodolphusa. Nie był pewien czy był to z jego strony błąd, czy może niekoniecznie? Starał się o tym nie myśleć. Starał się nad tym nie zastanawiać. Do tego nie wracać. Zostawić za sobą, podobnie jak wiele innych spraw. Czasami bowiem lepiej było ich nie ruszać. Pozwolić na to, aby wszystko biegło swoim własnym rytmem.

Tym razem nie potrzebował niczyjej pomocy. Nie potrzebował niczyjego wsparcia. Na miejscu zjawił się więc sam jeden. O ile dobrze wszystko ocenił przy okazji poprzedniej wizyty, choć zagubiona, Lorien powinna być od pewnego czasu przytomna. Funkcjonować względnie normalnie. Na tyle normalnie, na ile normalnie funkcjonować może ktoś posiadający dziury w pamięci, regularnie poddawany praniu mózgu. Kontrolowany.

W czarnym golfie oraz jaśniejszych, szarych spodniach, w stroju nie pasującym do panującej właśnie pory roku, z wolna rozglądał się po niewielkiej posiadłości. Dobrze, że był wieczór. Dobrze, że upały nie dawały się o tej godzinie we znaki. Zwłaszcza, że tegoroczne lato zaczynało go już z wolna męczyć. Dawało się mocno we znaki.

Salon był pusty. Sypialnia, którą przeznaczyli z Richardem na potrzeby Lorien również. Kuchnia? Nie podejrzewał jej o to, ale i tak sprawdził. Nie gotowała. Nie zajmowała się w tym momencie żadnymi wypiekami. Do przewidzenia. Trzeba było sprawdzać dalej. Kolejne pokoje. Pracownia malarska, w której zdarzało się pracować Ethel. Wciąż stało tu kilka jej niedokończonych prac. Na samym końcu zaś biblioteka. Może powinien był się tego domyślić? Wybór był z tych bardziej oczywistych. Zwłaszcza kiedy innych atrakcji zdawało się zwyczajnie brakować.

- Interesująca lektura? - odezwał się, informując tym samym o swoim pojawieniu się na miejscu. Zatrzymał się w progu. Nie zbliżał. Oceniał? W jakim była stanie? Nastroju? Co mogło jej teraz siedzieć w głowie? - Selar za godzinę zjawi się z kolacją. Może trochę ponad godzinę. Chciałabyś przed tym wyjść na krótki spacer? - jak to musiało w tej sytuacji brzmieć! Czy chciała wyjść na spacer. Czy chciała opuścić cztery ściany tego budynku, który tymczasowo był dla niej złotą klatką. Więzieniem? Ponoć bezpiecznym miejscem, tak jej wcześniej powtarzał. Na ile jednak Lorien zdołała w to uwierzyć? Na ile wciąż miała wątpliwości? Tego nie dało się jednoznacznie ocenić. Nie bez sięgnięcia po pewne rozwiązania. Zbyt ryzykowne w tej sytuacji. Mogące negatywnie wpłynąć na wszystko to, co udało mu się do tej pory wypracować.




RE: [16 lipca 1972] Posiadłość w Szkocji | Robert & Lorien - Lorien Mulciber - 30.03.2024

Lorien nigdy nie była szczególną fanką Szkocji.
Zbyt wiele sielsko-wiejskich krajobrazów jak na jej gust. Zbyt wiele gór, lasów i jezior, które przyprawiały ją o dreszcze.
A jednak w tej małej, malowniczo położonej posiadłości, Szkocja zdawała się być nawet znośna. Odcięta od świata zewnętrznego czarownica powoli zaczynała doceniać ciszę i spokój.
Po to tu przecież była. Żeby odbudowywać siebie.
Prawdziwą siebie.
Tak przynajmniej uważała. Ba, przecież to samo twierdził Robert, pojawiający się od czasu do czasu. Ile tych wizyt było tak naprawdę? Nie miała pojęcia. Większość z nich zlewała się w jedną całość, zwłaszcza gdy zastawał ją w stanie agonalnych ataków paniki lub wielogodzinnego letargu.

Od kilku dni Lorien stanowczo zabraniała wpuszczania światła dziennego do biblioteki. Może i czyniło to z niej jedno z nielicznych, wolnych od letnich upałów pomieszczeń w całej posiadłości, ale zamknięte okna powodowały przy okazji okrutny zaduch. Coś co najwyraźniej pani Mulciber kompletnie nie przeszkadzało.
Podobnie zresztą jak warstwa kurzu osiadająca na regałach, księgach i drogocennych drobiazgach zajmujących miejsce w przeszklonych gablotach. Najwyraźniej Selar pozostawiona do pomocy miała absolutny zakaz wstępu do pomieszczenia, choć biedna skrzatka nie potrafiła dokładnie wytłumaczyć „dlaczego”.
Lorien siedziała w jednym z dwóch foteli przy wygaszonym kominku, za jedyne źródło światła mając kilka świec.

Lekki ruch ramion i drgnięcie brwi zdradziły ją od razu – zauważyła obecność swojego gościa. Westchnęła tylko przeciągle, przewracając kolejną stronę.
- Nużąca.- Odpowiedziała szczerze, nawet na moment nie odrywając wzroku od starej książeczki. Pożółkłe kartki, obdrapane tłoczenia złotych liter, czy wytarta na grzbiecie skóra – wszystko to świadczyło wyraźnie, że wolumin wiele już musiał w swoim życiu przeżyć. A mimo to czarownica trzymała go nonszalancko w jednej dłoni, palce drugiej trzymając zaciśnięte na filiżance.- To przedruk z pamiętników Ekrizdisa.
Minęła minuta… Potem kolejna. I jeszcze paręnaście sekund na dokładkę przerwanych upiciem smolistej, czarnej kawy, nim Lorien nareszcie dotarła do końca strony. Dopiero wtedy – usatysfakcjonowana progresem w lekturze i ewidentnie zaintrygowana pytaniem o spacer, odwróciła głowę w stronę drzwi.

Bingo.
Robert trafił na jeden z lepszych dni. 
Jeden z tych, gdzie kobieta rzeczywiście przypominała żywą istotę, a nie cień samej siebie. Ułożone włosy; głębokie cienie od nieprzespanych nocy skrywała warstwa makijażu; i na dodatek ta cholerna szminka. To właśnie jej obecność (lub też brak) była najlepszym wyznacznikiem stanu psychicznego Lorien.
O dziwo była nawet ubrana w coś innego niż swój zwiewny peniuar i koszulę nocną. Zupełnie jakby czarownica rzeczywiście włożyła minimum wysiłku choćby w podyktowanie skrzatce co ta powinna wyciągnąć z szafy. A jak o samej Selar mowa…
- Możesz ją odwołać, nie jestem głodna.- Powiedziała łagodnie, unosząc kąciki krwistoczerwonych ust. Pewnie przy dłuższym przekonywaniu dałaby się namówić na wspólną kolację przy winie, ale w tym momencie temat jakichkolwiek posiłków zdawał się dla Lorien nie istnieć.

Podniosła się powoli z fotela, szeleszcząc materiałem zwiewnej szaty po podłodze. Szpilki pozostały porzucone gdzieś obok stolika, na który odłożyła wcześniej książkę. Każdy ruch Lorien zdawał się być przemyślany, uważny, gdy na boso stąpała w stronę okna. Uchyliła fragment zasłony niczym ciekawskie dziecko, zaglądające przez dziurkę do klucza do gabinetu ojca.
- Kwitną już wrzosy?- Zapytała nagle, jakby miało to jakkolwiek pomóc jej podjąć decyzję. Uniosła do ust filiżankę, przytrzymując ramieniem zasłonę, tak by móc jednocześnie delektować się resztką kawy i wyglądać na zewnątrz.


RE: [16 lipca 1972] Posiadłość w Szkocji | Robert & Lorien - Robert Mulciber - 01.04.2024

Był cierpliwy. Tej jednej, konkretnej cechy, nikt nie mógł mu odmówić. Spokojnie czekał aż Lorien skończy czytać. Dotrze do końca strony. Dał jej na to czas. Nie popędzał. Nie pośpieszał. Zamiast tego uważnie obserwował. Tak żonę, jak i otoczenie. W chwili obecnej interesowało go wszystko, co dotyczyło Lorien. Każdy jeden szczegół, mogący dostarczyć cenne informacje. Niezbędne do tego, aby wreszcie podjąć konkretne decyzje. Bo przecież nie mógł trzymać jej tu w nieskończoność - z dala od świata, znajomych, rodziny.

- Powinnaś jeść. - upomniał ją. Łagodnie. Brzmiąc tak jakby rzeczywiście zależało mu na jej dobru. Może nawet po części tak było? Koniec końców przecież, to on umieścił ją tutaj, w Szkocji, dbając przy okazji o to, aby była bezpieczna. Aby nic jej nie zagrażało. Robertowi zdecydowanie bardziej na rękę było dopilnowanie tego, żeby Lorien pozostała żywa. W dalszym ciągu mogła okazać się przydatnym pionkiem. Zwłaszcza teraz, skoro potrzebowali kogoś właśnie w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. - Bez tego nie odzyskasz sił.

Patrzył jak zmierza do okna, odsuwa nieznacznie na bok ciężkie zasłony, wpuszczając do pomieszczenia nieco naturalnego światła. Przy okazji samej też wyglądając na zewnątrz. Okolica była spokojna. Nadmorska, choć z tego miejsca samego morza zauważyć nie było można. Nie znaczy to, iż daleko było do klifów. Ścieżka prowadząca we właściwym kierunku, znajdywała się z innej strony budynku.

- Zaczynają. - chwilę musiał się zastanowić. Czy jakiekolwiek wrzosy miał okazje widzieć? Na roślinności znał się tyle o ile. Nie był specjalistą. Zarazem jednak wrzosy były na tyle charakterystyczne, aby zorientować się o co konkretnie ciemnowłosa pytała. Powinny już za chwilę zacząć kwitnąć. Może nawet gdzieś już przyciągały spojrzenia. - Za kilka dni zapewne będzie już na czym zawiesić oko. - Jeśli w podjęciu decyzji dotyczącej wyjścia na spacer miało jej pomóc to czy będzie mogła obejrzeć kwitnące wrzosy, zapewne musiał ją w tym momencie mocno rozczarować. Tak to już czasem bywa. - Niezależnie od tego, powinniśmy jednak wreszcie porozmawiać i podjąć pewne decyzje.

Może zrzucał na nią teraz zbyt dużo. Może zbyt dużo oczekiwał. Tyle tylko, że mieli już lipiec. Od maja minęło sporo czasu. Od ich porostu do kraju również. Trzeba było coś zmienić. Pewnych spraw nie dało się w nieskończoność odkładać na później. W pewnym momencie mogłyby odbić się na całej ich rodzinie. A przy odrobinie pecha - konsekwencje okazałyby się znacznie bardziej bolesne w skutkach. Musiał ją wreszcie sprowadzić do domu. Do wyboru miał dwie opcje. Albo Lorien usunąć. Albo wrócić wreszcie do żywych. I pilnować. Czuwać nad tym, żeby nie popełniła błędu. Nie dopuściła się niczego skrajnie nierozważnego.




RE: [16 lipca 1972] Posiadłość w Szkocji | Robert & Lorien - Lorien Mulciber - 02.04.2024

Zmarszczyła delikatnie brwi, słysząc ten protekcjonalny, wręcz czuły ton głosu.
- Robercie, nie jestem głodna.- Powtórzyła powoli, kładąc odpowiedni nacisk zarówno na imię męża jak i magiczne słówko “nie”. Nie chciała brzmieć jak dziecko, które odmówiło kolacji, bo podano znienawidzoną brukselkę; bardziej zależało jej na tym, by zrozumiał, że nie musi się martwić. Nie głodziła się. Już nie.
Z drugiej strony nie chciała za bardzo wchodzić w szczegóły, tłumaczyć, że wieczory są najgorsze. Nawet jeśli za dnia jakoś funkcjonowała, to gdy nadchodził zmierzch wszystko wracało. Cały ból, żałoba, poczucie straszliwego zagubienia i niesprawiedliwości. Nie byłaby w stanie nic przełknąć.
Kwestii odzyskania sił kobieta nawet nie raczyła skomentować.

Wiadomość o wrzosach przyjęła rzeczywiście... rozczarowana. Za kilka dni…
Miała ochotę zapytać dlaczego zatem nie przyjechał za owe, bliżej nieokreślone “kilka dni”, kiedy spacer miałby jakikolwiek sens. Co takiego się wydarzyło, że zdołał wcisnąć tą wizytę w swój napięty grafik. Zanim jednak otworzyła usta, dostała odpowiedź na swoje niezadane pytanie.
Oczywiście.
- Powinniśmy wreszcie porozmawiać…
Potrzebowała paru sekund zanim w pełni dotarło do niej co Robert ma na myśli.
Puściła zasłonę, a pustą filiżankę odstawiła na jedyną wolną powierzchnię jaką miała pod ręką - gzyms kominka. Przez moment mogło się wydawać, że Lorien bez słowa wróci do czytania, biorąc pod uwagę jak szybko zdecydowała się odejść od okna, ale zatrzymała się przy fotelu tylko po to, by założyć szpilki.
Wyjątkowo nieadekwatne obuwie do snucia się po rezydencji.
- Wiesz Robercie, mój ojciec zawsze powtarzał, że nie bez powodu Wizengamot obraduje na najniższych piętrach. Jakie dobre decyzje można podjąć, gdy rozprasza nas piękno zachodzącego słońca?
Wiedział co miała na myśli.
Przecież nie był tak ślepy czy głupi, by nie zauważyć, że chyba za sobą mieli etap kwiatów, czułych słów czy prowadzonych szeptem rozmów zwieńczonych nieprzemyślanymi, może zbyt pochopnymi decyzjami, których dowód tkwił teraz uparcie na ich serdecznych palcach.

Stukając obcasami podeszła wreszcie do męża.
- Masz rację. Powinniśmy…- Powiedziała wręcz spolegliwie.
Ostrożnie wygładziła jakieś niewidoczne zagięcie materiału na jego ramieniu. Nie wnikała dlaczego w lipcu nosił się tak ciepło. Angielska pogoda bywała szalenie nieprzewidywalna. Może w tej chwili w Londynie trwało oberwanie chmury i nawałnice.- Ale.- Dodała nieco twardszym tonem. Tonem, który o wiele bardziej przypominał panią Mulciber niż zagubioną ptaszynę. Wzięła głęboki oddech, jakby potrzebowała zebrać wszystkie siły jakie jeszcze jej zostały.- Wpierw zabierzesz mnie na spacer. Tam nie będziemy rozmawiać. Przynajmniej z początku. Usiądziemy na chwilę na ławce, poudajemy, że obchodzą nas te wrzosy i obiecamy sobie, że kiedyś na pewno zobaczymy je w pełnej krasie. Kiedy będą tak piękne jak na obrazach Ethel. Potem powiem, że przepraszam, że Cię zawiodłam. Powiesz mi, że nic się nie stało, że spróbujemy znowu. I oboje będziemy wiedzieć, że kłamiemy.- Cofnęła dłonie od męża, przez moment trzymając je jeszcze w powietrzu, nie mogąc za bardzo zdecydować się co z nimi zrobić. Ostatecznie objęła się za ramiona, wbijając paznokcie w materiał szaty. Ból trzymał ją w ryzach. Zupełnie jakby potrzebowała teraz uziemienia, zanim rozpadnie się na tysiąc niekompletnych kawałeczków.
Oparła się plecami o ościeże drzwi, stojąc na progu pokoju. Ani gotowa do wyjścia na zewnątrz, ani do pozostania w środku. Zawieszona w próżni.
A kiedy cisza stanie się nieznośna, powiesz, że powinniśmy wracać do środka. Zgodzę się. Usiądziemy w gabinecie twojego ojca. Albo w jadalni. Albo nawet tutaj. Gdziekolwiek tylko nie w sypialni. Napijemy się wina. I wtedy, dopiero wtedy podejmiemy jakiekolwiek decyzje.
Wypowiadając ostatnie słowa Lorien wreszcie zdobyła się na spojrzenie mężczyźnie w oczy. Nie szukała w nich żadnych głębszych emocji, zrozumienia swojego bólu. Zamiast tego wyraźnie oczekiwała odpowiedzi. Przechyliła lekko głowę i uniosła lewą brew w niemym pytaniu “mamy deal?”.
W swojej małej zbroi z makijażu, biżuterii i drogiej szaty, zdawała się mieć pełną kontrolę nad sytuacją. Ale wystarczyło jedno uważniejsze spojrzenie, by zauważyć jak kiepska była to maska - zaciśnięte usta kobiety drżały, oddech był krótki i przerywany, a oczy lśniły od łez, które tak zaciekle próbowała powstrzymać.
A mimo to stała niewzruszona jak posąg, pozwalając mężowi zadecydować czy przystaje na jej warunki. Nie pośpieszała go, nie wywierała niepotrzebnej presji. Ot czekała.


RE: [16 lipca 1972] Posiadłość w Szkocji | Robert & Lorien - Robert Mulciber - 06.04.2024

Nie zamierzał z nią dyskutować na ten temat. Niezależnie od tego, co mówiła Lorien, odwoływanie Selar nie wchodziło w grę. Skrzatka miała zjawić się na miejscu tak jak zawsze. O tej samej porze. I przy okazji zadbać o to, aby pani Mulciber niczego nie brakowało. Nawet jeśli kobieta czuła się lepiej, ciut lepiej również wyglądała, akceptowanie tego stanowczego nie, które padło z jej strony, było wciąż nazbyt ryzykowne. Robertowi zaś - z pewnych względów - zależało na tym, żeby żona odzyskała równowagę. Wróciła do żywych.

Nie odpowiedział więc nic na jej słowa. Niczego też w reakcji na nie nie zrobił. Nadal stał. I nadal czekał. Obserwował.


W ostatnich tygodniach działo się wiele. Być może więcej niż spodziewał się, kiedy na początku czerwca wracali z Lorien oraz Richardem do Londynu. Plany zmieniały się praktycznie z dnia na dzień. Kolejne informacje wymuszały podejmowanie działań, których wcześniej nawet nie brał pod uwagę. Jednym z takich był powrót żony do stolicy. Może nawet do pracy? Do Ministerstwa Magii.

Nie zamierzał jej jednak o wszystkim informować. Planował zachować tutaj sporą ostrożność, doskonale pamiętając o tym, w jaki sposób zakończyła się ich wcześniejsza wspólna przygoda. Ostatnim czego potrzebował była w tym przypadku powtórka z rozrywki. Całe szczęście potrafił uczyć się na swoich błędach. Nie zamierzał ich powielać.

W żaden sposób nie skomentował jej słów, czekając na to, aż będzie gotowa. Ubierze buty. Może zdecyduje się zarzucić coś dodatkowo na ramiona? Choć to akurat nie było potrzebne. Pogoda bowiem dopisywała. Nie spodziewał się natomiast, że zdecyduje się postawić własne warunki. Chwilę milczał, najpewniej to wszystko trawiąc. Jaki miał wybór? Mógł odmówić. Upierać się przy swoim. Po swojemu to wszystko rozegrać. Tyle tylko, że to niekoniecznie przyniosłoby oczekiwane efekty. Czasem trzeba było pewne rzeczy rozegrać inaczej.  Odrobinę się poświęci.

Na ile jednak był w stanie dać Lorien to, czego oczekiwała? Można było mieć wątpliwości odnośnie tego czy temu wszystkiemu zwyczajnie podoła. Czy będzie potrafił poświęcić jej podczas tego spaceru dość uwagi? Uwagi odpowiedniej do sytuacji? Do okoliczności? Zamierzał spróbować.

- Kawałek stąd jest miejsce, w którym moja matka uwielbiała malować. Rozstawiała tam sztalugę, przy okazji każdej kolejnej wizyty w tej posiadłości. - wreszcie odezwał się, proponując niedługi spacer. Ledwie kilka minut, które powinny być tego warte. Bo skoro wrzosy na obrazach Ethel zdawały się podobać Lorien, to być może i te konkretne miejsce mogłoby przypaść ciemnowłosej do gustu. - Kiedyś znajdywała się tam również niewielka altanka, ale nie sądzę, żeby do dziś zostało z niej cokolwiek więcej. Być może warto jednak zaryzykować i sprawdzić to na własne oczy. - dodał, starając się zarazem przypomnieć sobie cokolwiek więcej na temat tego miejsca. Nieco zaniedbanego, choć po samym budynku nie dało się tego zauważyć. Przynajmniej w środku. Dużo więcej dało się w tym przypadku dostrzec z zewnątrz.




RE: [16 lipca 1972] Posiadłość w Szkocji | Robert & Lorien - Lorien Mulciber - 13.04.2024

Lorien najwyraźniej nie zależało na ciągnięciu dalszej dyskusji odnośnie kolacji; przez moment można było wręcz odnieść wrażenie, że kobieta jest wdzięczna za ucięcie tematu.
Z pewnością była jednak usatysfakcjonowana jego brakiem obiekcji.
Już w chwili wypowiadania ostatnich słów uświadomiła sobie jak bardzo nie jest gotowa na jakąkolwiek odmowę; jak krucha była ta fasada za którą teraz próbowała się ukryć. Gdzie kończyła się prawdziwa Lorien, a zaczynała pani Mulciber?

Wsunęła dłoń pod rękę Roberta, obejmując palcami jego przedramię. Pozory. Wszystko było tylko grą w pozory pomiędzy dwójką zatwardziałych pokerzystów. Tylko że jeden z nich grał znaczoną talią, błogo nieświadomy zerowej szansy na wygraną. Choć w tym geście było więcej pragmatyczności niż czułości. Nie była pewna na ile osłabione ciało nadąży za umysłem. Potrzebowała w tym momencie czysto fizycznego wsparcia o wiele bardziej niż psychicznego.

- Twoja matka miała niezwykłą wrażliwość. Dlaczego nie zabrałeś jej obrazów stąd?- Zapytała, równocześnie przystając na pomysł spaceru do ulubionego miejsca zmarłej przed laty teściowej. Nie znała Ethel Mulciber. Kobieta była dla niej tylko podpisem na zakurzonych, wyblakłych obrazach w pracowni. Tajemnicą, której nie chciała nawet zgłębiać - prawda była zwykle okrutnie rozczarowująca.
O tym, że rodzinne trupy powinny leżeć głęboko pogrzebane w szafie z dala od wzroku ciekawskich, Lorien wiedziała aż zbyt dobrze.
Pociągnęła delikatnie męża za ramię bez słowa dając znać, że jest gotowa na spacer.

Kiedyś, gdy jeszcze żyła nadzieją, Lorien lubiła wyobrażać sobie starość. W niemal każdym scenariuszu widziała się w drewnianych ławkach Wizengamotu, w otoczeniu opasłych prawniczych tomów i niekończących się zwojów.
Ale były też inne wizje - te może bardziej kliszowe, może wzbudzające nawet u niej samej równocześnie lekko pobłażliwy uśmieszek i szybsze bicie serca. Gdyby się zestarzała - wyjechałaby z Anglii raz na zawsze. Zamieszkałaby we Włoszech w rodzinnej posiadłości matki. Z dala od samej Adeline, ale blisko kultury śródziemnomorskiego magicznego światka, którym nigdy nie miała okazji się nacieszyć w młodości.
Czy gdyby miała się nad tym teraz zastanowić, wzięłaby pod uwagę szkocką posiadłość położoną pośrodku niczego? Może. Powoli zaczęła doceniać swoją izolację. Nie mniej sama posiadłość była urokliwa. Porzucona, nadgryziona zębem czasu - oczywiście. Robert którego znała nie był typem człowieka, który odrzuciłby życie stolicy na rzecz sielsko-anielskich klimatów szkockiej prowincji.
Nie mniej, kiedy tak szli pustym korytarzem w stronę drzwi wejściowych, kobieta poczuła bolesne ukłucie w sercu. Może rzeczywiście powinna tu zostać?
Tu nikt nie zadawał jej trudnych pytań. Mogła pozwolić sobie na przeżycie żałoby, przetrawienie bólu.
- Wszystko przemija.- Mruknęła wzruszając lekko ramionami. Ni to do siebie, ni to do Roberta.- Nawet takie zwyczajne altany.

Lorien zamarła w otwartych drzwiach wejściowych, wręcz komicznie zawieszona w półkroku.
Zacisnęła mocniej palce na przedramieniu Roberta, wpatrując się w żwir, którym wysypano ścieżkę. Zupełnie jakby najmniejszy kontakt ze światem zewnętrznym miał stać się kroplą, która na nowo przeleje czarę goryczy.
To nie był dobry pomysł.
Nie powinna ryzykować. Ostatnia przemiana zabiła jej dziecko, a co jeśli kolejna…
Cofnęła ostrożnie nogę, pozostając w bezpiecznym przedpokoju.
- Robercie… Ja…- Zaczęła, wzdychając niemal zrezygnowana. Nawet zebranie konstruktywnej myśli stało się teraz zbyt trudne, gdy stała na progu wolności, o którą tak walczyła, a która ostatnio przynosiła jej samo pasmo rozczarowań.- Może jednak nie powinniśmy?
Pytanie kogokolwiek o zdanie nie leżało nigdy w jej naturze. A jednak, teraz wyjątkowo wolała poświęcić resztkę dumy i dać mężowi podjąć ostateczną decyzję o spacerze.


RE: [16 lipca 1972] Posiadłość w Szkocji | Robert & Lorien - Robert Mulciber - 14.04.2024

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w jakim znajdywała się stanie. Widział. Pewne rzeczy dostrzegał. Poświęcał Lorien dużo uwagi, przy każdej kolejnej wizycie upewniając się, że sprawy wyglądały wystarczająco dobrze. Nad osłabioną, wymęczoną kobietą, łatwiej było zachować odpowiednią kontrolę. Łatwiej było manipulować jej wspomnieniami oraz sferą bardziej... emocjonalną.

Pozwolił aby objęła palcami jego przedramię. Wsparła się na nim.

- W Londynie jej prac mamy nie mniej, nie mielibyśmy gdzie ich umieścić. - prosta odpowiedź, na pytanie, które skomplikowanym nie było. Wcale. Lorien nie pytała w tym przypadku o samą Ethel, a Robert nie był typem człowieka, który dodatkowe informacje tak po prostu przekazywał. Bez wyraźnej potrzeby. Bez powodu. Poza tym, o swojej matce wypowiadał się równie chętnie, co o ojcu. Relacje Mulcibera z matką oraz ojcem, dalekie były od ideału. Nie było to jednak czymś, o czym chciał rozmawiać. Zwłaszcza z Lorien.

Miała racje uważając, że nie był człowiekiem zdolnym do tego, aby porzucić miasto, a już z pewnością samą stolicę, na rzecz  sielsko-anielskich klimatów panujących w szkockiej prowincji. Choć pod tym względem daleko było mu do Richarda, zapewne poradziłby sobie całkiem nieźle z dala od Londynu, to zwyczajnie nie było mu z tym po drodze. W mieście wszystko znajdywało się na wyciągnięcie ręki.

Doceniali to również czarodzieje.

Skinął bez słowa głową, kiedy wspomniała o tym, że wszystko przemijało. Również altany. Sam niekoniecznie miał chęć, niekoniecznie zainteresowany był takimi bardziej filozoficznymi rozważaniami. Nie uważał, aby czas był na to odpowiedni, podobnie miejsce oraz osoba, która mu właśnie towarzyszyła. Więcej uwagi poświęcił jej dopiero kiedy stanęła w otwartych drzwiach wyjściowych; kiedy mocniej zacisnęła palce na jego przedramieniu. Po części rozumiał co się działo. Dostrzegał problem. Zarazem nie był dobry, kiedy przychodziło do rozwiązywania tego rodzaju problemów. Do radzenia sobie z nimi.

Może radzić sobie z nimi po prostu nie chciał? Zwłaszcza w przypadku osoby, względem której swojej postawy nie zamierzał zmieniać. Wiedział do czego Lorien był mu potrzebna. Wiedział, że na pewne rzeczy nie było w ich relacji miejsca.

- Oczywiście. - zwrócił się w jej stronę, wolną dłoń umieszczając na jej ramieniu. Brakowało jeszcze, żeby żonę przytulił, dając tym sposobem kobiecie fałszywe poczucie wsparcia. Tak daleko jednak nie zabrnął. Pozwolił sobie jedynie na ten krótki kontakt. Na tych kilka chwil. - Jeśli rzeczywiście nie czujesz się na siłach, możemy wrócić do salonu. Selar przyniesie nam wino. Będziemy mogli na spokojnie porozmawiać, odrobinę się rozluźnić za sprawą alkoholu. Tylko, Lorien... - patrzył jej teraz w oczy. Bezpośrednio w oczy. - ...jeśli nie zrobisz tego kroku dzisiaj, to ile jeszcze czasu Ci to zajmie? Minął już 2 miesiąc. Nie możesz wiecznie odcinać się od świata, choć rozumiem, że w pewnych sytuacjach, wydaje się to jedynym sensownym rozwiązaniem. Jeśli to nie brak sił, a strach... kiedyś musisz sobie z nim poradzić.

Mogli to rozwiązać w inny sposób. Oczywiście. Tylko czy inny sposób, być może sposób bardziej inwazyjny, przyniósłby odpowiednie efekty? Wszystko należało odpowiednio dawkować. We wszystkim należało trzymać się odpowiednich grac. Ludzki umysł był zarazem cholernie delikatny, jak i również niesamowicie wytrzymały. Sprzeczność? Nie, kiedy wiedziałeś, w jaki sposób należało się z nim obchodzić. Kiedy posiadałeś na tym polu pewne doświadczenie.




RE: [16 lipca 1972] Posiadłość w Szkocji | Robert & Lorien - Lorien Mulciber - 27.04.2024

Może faktycznie mógł ją przytulić?
Może mógł ją porwać w ramiona i przenieść przez próg jakby byli parą naiwnych, zakochanych nastolatków pierwszego dnia po ślubie?
Nie żeby tego oczekiwała. Absolutnie nie! Ba, prawdopodobnie nawet tego nie chciała, starając się ograniczać kontakt do minimum. Tyle ile potrzebowała, żeby ustać na nogach. Czułość była tylko placebo na ból, którego nie potrafiła uciszyć.
Ale powinien był podjąć decyzję za nią, kiedy dawała mu taką możliwość. Odciążyć ją, gdy tego potrzebowała. Zrobić cokolwiek co wyrwałoby ją z samonakręcającej się spirali rozterek i wątpliwości.
Robert jednak najwyraźniej postanowił iść po najmniejszej linii oporu, co spotkało się z ewidentnym, niemym buntem ze strony żony. Bo o ile wizja napicia się wina w kontrolowanych, bezpiecznych czterech ścianach wywołała na twarzy czarownicy cień uśmiechu, o tyle dalsze słowa przyniosły wyraźnie odmienną reakcję.

Ludzki umysł był niesamowicie delikatną maszyną. Finezyjnie wykonaną, rzemieślniczym cudem Matki. Rozregulowany, powracał do najbardziej znanych sobie schematów i ustawień.
Przez moment wydawała się wręcz zszokowana tym co usłyszała. Zakopała resztki swojej godności i dumy… po to by dostać w odpowiedzi wyświechtane porady rodem z jakiegoś niskonakładowego magazynu dla czarownic?!
Boisz się? Zrób ten pierwszy krok! Następne będą dużo prostsze.
Wyjdź do świata, do ludzi!
Staw czoła swoim problemom!


Przede wszystkim, nawet będąc na dnie, Lorien nie sądziła, że Robert zniży się do próby wciśnięcia jej żałoby w kalendarz jakby była zwykłym urzędniczym świstkiem pozostawionym gdzieś na dnie szuflady. Sprawa zostanie rozpatrzona w ciągu najbliższych trzydziestu dni roboczych.
Nie rozumiał. Oczywiście, że nie rozumiał, bo to nie on stracił jedną, jedyną szansę na namiastkę normalności.
Świadomość bycia samotnym w cierpieniu, którym powinna móc się podzielić była równocześnie przytłaczająca i otrzeźwiająca.
Marnowała swój czas. To jej życie miało termin przydatności i zbliżało się ku końcowi.

Twarz kobiety w jednej chwili stężała jak maska pośmiertna. Ułożyła szczupłe palce na wierzchu dłoni, którą mąż trzymał na jej ramieniu. Jeśli gest miał ją w jakikolwiek sposób uziemić albo dodać otuchy - w połączeniu z bolesnym słowem był tylko ciężarem, którego w tej chwili nie chciała dźwigać.
Ale drugą dłonią uparcie trzymała męża w niemal żelaznym uścisku, uniemożliwiając mu nawet najmniejszy ruch prawą ręką. Niby to małe, zmęczone, ale jak się uczepiło to gorzej niż rzep psiego ogona.
Obiecał jej spacer.
Zamierzała tą obietnicę wyegzekwować bez względu na to jak duży opór stawiał jej własny wykończony umysł.

Bez słowa postawiła nogę na ścieżce.
Świat się nie zawalił. Nie poczuła żadnych, głębokich emocji. Kości nagle nie zaczęły boleć, słowa nie zamieniły się w melodyjny świergot, a ona wciąż była człowiekiem.
Podniosła głowę wpatrując się po raz pierwszy od dwóch miesięcy w niebo.
- Piccola morte...- Mruknęła pod nosem jak mantrę. Każdy kolejny dzień był sam w sobie małą śmiercią.
Co za różnica czy doświadczała jej na zewnątrz czy w posiadłości?


RE: [16 lipca 1972] Posiadłość w Szkocji | Robert & Lorien - Robert Mulciber - 28.04.2024

Prawda była taka, że szczytem jego możliwości, było zachowanie spokoju. Spokoju oraz cierpliwości, niezbędnych do tego, żeby zrealizować plan. Krok po kroczku. Pokonując jeden etap i zaczynając kolejny. A później jeszcze następny. Dlatego też odetchnął z ulgą, kiedy Lorien ostatecznie zdecydowała się postawić stopę na zewnątrz. Kiedy do pierwszej stopy, dołączyła w sekundę później również ta druga. Pierwsza przeszkoda zdawała się tym samym pokonana. Ile jeszcze miało znaleźć się na tej drodze?

Nie komentując wypowiedzianych pod nosem słów, wskazał jej właściwy kierunek. Zaprowadził w stronę ścieżki, która miała prowadzić do wybranego miejsca. Wspomnianej chwilę wcześniej altanki. Wyłożona kamieniami, zaniedbana, zarośnięta. Zapomniana? Droga sama w sobie nie zachęcała. Podobnie jak sama okolica. Choć niegdyś musiała być urokliwa, dzisiaj nie poświęcano temu miejscu wystarczającej ilości czasu. Pozwolono na to, żeby z wolna popadało... może jeszcze nie w ruinę, ale to nie znaczyło, że nieruchomość była w dobrym stanie.

Mogło być tego widoku po części szkoda.

Choć niekoniecznie samemu Robertowi.

- Nie miałem okazji nigdy opowiedzieć Ci o tym miejscu. - nie pozwolił, żeby cisza, jaka pomiędzy nimi zapadła, trwała szczególnie długo. Wiedział, że choć czasami milczenie było złotem, wielokrotnie potrafiło też zbudować mur nie do sforsowania. Zwiększało dystans, który później ciężko było zmniejszyć. Mulciberowi zaś zależało na tym, żeby pewne kwestie naprawić. Poustawiać po swojemu. W taki sposób, który zapewniłby mu nowe możliwości działania. - Choć dla niewprawnego oka, może być to zaskakujące, nieruchomość ma swoje lata. Została wybudowana na przełomie XVIII i XIX wieku, następnie przekazana młodszej córce Anthony'ego Borgina. Ta zaś, po ślubie zmieniła nazwisko na Burke. Od tego momentu, dworek przekazywany był z matki na córkę. W roku 1925, trafił w ręce Ethel Avery, później Malfoy. - mówił, kiedy nieśpiesznie pokonywali kolejne metry; kiedy oddalali się coraz bardziej od drzwi wejściowych. Od posiadłości. Kiedy zamiast ścian budynku, obok nich znalazły się wreszcie coraz liczniejsze drzewa oraz krzewy. - W odpowiednim momencie, budynek miał trafić w ręce mojej starszej siostry, ale z racji na pewne... rodzinne zawirowania, nie otrzymały go ani ona, ani Niobe. - tutaj przez moment zwątpił w to czy opowiadanie o tym miejscu, to aby na pewno dobry pomysł. Zwłaszcza, że opowieść w pewnym momencie zahaczała o tematy mniej wygodne. Dotyczące również w pewnym stopniu spraw współczesnych. Odetchnął jednak, kontynuował. - Prawdopodobnie zdecyduję się przekazać go Sophie. Rzecz jasna w odpowiednim momencie. Na ten moment jest jeszcze zbyt młoda, rozt... - wreszcie spojrzenie natrafiło na to, czego zdawali się poszukiwać. Na cel tej krótkiej wycieczki. Niedługiego spaceru.

W odległości ledwie kilku metrów, znajdywała się niewielka, zaniedbana altanka. Nadal jednak mogąca zachwycić kogoś, kto był w stanie wyobrazić sobie to, w jaki sposób musiała wyglądać dawniej. Być może w czasach swojej świetności? Miejsce miało potencjał, który można było wyciągnąć na nowo. Przy odrobinie pracy. Poświęcając temu odpowiednią ilość czasu oraz wysiłku.

- Wygląda na to, że dotarliśmy na miejsce. - po tych słowach pozwolił, jeśli tylko Lorien miała na to ochotę, żeby kobieta odsunęła się od niego. Podeszła do altanki. Samodzielnie zbadała to miejsce. Zbliżyła się do niego. Doświadczyła?




RE: [16 lipca 1972] Posiadłość w Szkocji | Robert & Lorien - Lorien Mulciber - 18.05.2024

Nie zadarła głowy, żeby dać jakikolwiek znak, że go w ogóle słucha.
Zamiast tego wędrowała spojrzeniem po zaniedbanym ogrodzie, który stopniowo przejmował władzę nad całą posiadłością. Pozostawione same sobie krzewy rozrastały się w zastraszającym tempie, drzewa rzucały przyjemny cień w ten gorący wieczór. Gdzieś w połowie opowieści o posiadłości, Lorien przystanęła w miejscu.
Wrzosy mogły faktycznie potrzebować kilku dni, ale tutejsza odmiana róż najwyraźniej zaczynała kwitnąć już w okolicach czerwca, bo pąki na krzewie przy którym się zatrzymała były już całkiem rozwinięte. Białe płatki kwiatów odciągnęły jej uwagę na dłuższą chwilę. Nienawidziła róż. Nienawidziła jak kwitną, by zwiędnąć. Umrzeć. Zgnić. Biel splamiona głębokim szkarłatem krwi.
Zginął przez ciebie. Zabiłaś go. Zabiłaś!

Otrząsnęła się zanim myśli wciągnęły ją na nowo pod taflę lodu. Wsparła lekko głowę o ramię męża pozwalając się zaprowadzić dalej. Mimo to aż do końca trzymała wzrok zafiksowany na kwiatach. Dopiero gdy weszli w obszar, gdzie nie było już kwiatów– rzeczywiście zaczęła poświęcać Robertowi większą uwagę.
Lekcja historii działała wręcz kojąco na jej umysł. Nie musiała się na niej szczególnie mocno skupiać – nie planowała zapamiętać nawet połowy faktów którymi się z nią dzielił. Wychwyciła jednak moment, w którym temat zrobił się dla Roberta na tyle niewygodny, że postanowił część trupów rodzinnych pozostawić w szafie; tam gdzie ich miejsce. Uniosła tylko wyczekująco brwi – czekając cierpliwie czy zdecyduje się jednak kontynuować.
Sophie.
Oczywiście. To szesnasto- , a może i siedemnastoletnie dziewczę. Robertowa córka z pierwszego małżeństwa. Lorien na palcach jednej ręki mogła policzyć ile razy widziała pasierbicę na oczy i może raz czy dwa, gdy w ogóle zamieniła z nią parę słów. Nie odczuwała szczególnej potrzeby zacieśniania więzi z dzieckiem, z którym nie wiązały jej nawet najmniejsze więzi krwi.
Nie byłaby jednak sobą, gdyby nie postanowiła wtrącić trzech knutów, gdzie była taka potrzeba.
- Jest praktycznie dorosłą kobietą.- Stwierdziła, z początku kompletnie ignorując cały ten rustykalny urok altanki. „Zbyt młode” to były trzynastolatki, które musiały wybrać między wróżbiarstwem, a mugoloznawstwem. Czternastolatki, które odkrywały, że bardzo szybko będą musiały zrozumieć co chcą robić w życiu i boleśnie odkryć, że w większości przypadków – nie będą miały żadnego wyboru. Pienastolatki, które udowadniały światu, że mogą rozbić szkolny szklany sufit. Ale nie dziewczyny w wieku Sophie, które powinny od dawna wiedzieć co je czeka.- Powinieneś zacząć rozmowy z innymi rodami, zanim zaczną jej przychodzić do głowy głupie pomysły.
Musiał się domyślić do czego piła.
Mulciberowie nie mogli sobie pozwolić na to by Sophie pozostała starą panną szczególnie długo. Na razie jeszcze mogli dyktować warunki – dziewczyna miała odpowiednią krew, a to czego jej brakowało w urodzie nadrabiała potencjalnym wianem w postaci szkockiej posiadłości.
Ostatecznie uznała, że tyle jej komentarza do całej sytuacji wystarczy.

Rzeczywiście odsunęła się od Roberta, gdy tylko znaleźli się wystarczająco blisko altany. Każdy jej krok w stronę zniszczonego budynku był uważny. Nie śpieszyła się – chodzenie samo w sobie było trudne, a szpilki wcale nie pomagały. Pani Mulciber nawet przez myśl nie przeszło natomiast żeby je zdjąć. Wchodząc po skrzypiących schodkach zadarła lekko szatę, aby się nie zaplątać. Nie ryzykowała siadaniem na starej ławeczce. Zamiast tego oparła się o balustradę. Wpatrywała w zachód słońca, mimo że nie czerpała z tego widoku żadnej radości.