Secrets of London
[25.07.1972] Dom rodzinny Isaaca - Would you like some tea? Laurent i Isaac - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+---- Dział: Manchester (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=148)
+---- Wątek: [25.07.1972] Dom rodzinny Isaaca - Would you like some tea? Laurent i Isaac (/showthread.php?tid=3028)

Strony: 1 2 3


[25.07.1972] Dom rodzinny Isaaca - Would you like some tea? Laurent i Isaac - Isaac Bagshot - 02.04.2024

Przejście z: http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3006

Kiedy wyszli z lokalu, Isaac niespiesznie poprowadził Laurenta w boczną uliczkę. Było w niej pełno śmieci, a nieprzyjemny zapach drażnił nozdrza. Nie w tym miejscu chciał go jednak ugościć. Wyciągnął w jego stronę dłoń.
-Chodź, zabiorę Cię w milsze miejsce. Dość daleko od Londynu, ale w razie czego pomogę Ci wrócić. - Puścił mu oczko, a kiedy obaj byli gotowi, teleportowali się do… ogródka.
Laurent znalazł się w ogrodzie domu z czerwonej cegły. Wylądowali twardo na trawie i Isaac praktycznie natychmiast wyciągnął z kieszeni papierosy. Odetchnął i odłożył swój kapelusz na stolik ogrodowy. Stal na nim kubek z niedopitą kawą. Bagshot lubi jeść w ogrodzie śniadania.
-Witaj w moim domu. Nie proponuje Ci papierosa, ponieważ nie palisz. - Uśmiechnął się kącikiem ust i odszedł kawałek, żeby nie dmuchać dymem na Laurenta.
Ogród był spory i otaczał go wysoki, brązowy płot. Ziemia była w całości posiana trawą, a wewnętrzną część płotu okalał niewysoki skalniak w którym rosły różnego rodzaju kwiaty. Nie były to jednak rośliny ze świata magicznego. Budynek był bliźniakiem, ale tylko jedna część należała do Isaaca.
- Bardzo przeszkadza Ci smród papierosów? Jeśli nie, to podejdź na chwilę. I nie martw się, mugole nie zauważa nas tutaj z okien. Zawsze nanoszę iluzje przed wyjściem do pracy, żeby móc się teleportować. - Wyjaśnił i oparł się o zielony schowek ogrodowy, obserwując Laurenta i zaciągając się papierosem.
- Jesteśmy w mugolskiej części Manchesteru.
Dom nie był bardzo duży i wyglądał na typowo brytyjski budynek - czerwona cegła, nieduża kuchnia z jadalnią, spory salon i trzy niewielkie pokoje oraz łazienka na pierwszym piętrze. Wystarczająco miejsca dla trzyosobowej rodziny.


RE: [25.07.1972] Dom rodzinny Isaaca - Would you like some tea? Laurent i Isaac - Laurent Prewett - 02.04.2024

Gdzie on w ogóle szedł i co on robił..? Z każdym krokiem był mniej tego pewny. Brzydka uliczka wcale nie zachęcała, żeby w nią wchodzić, nazwisko Bagshot robiło swoje, a zagajenie akurat o ten okropny artykuł dodawało kolejny wykrzyknik do tego trigger warning. Zaraz stanie się coś złego, zaraz sytuacja upadnie na kolana, zaraz rozdziobią nas kruki i wrony i zostaną po nas już tylko kostki do rozdziobania. Jeśli zacząłby tutaj krzyczeć to w ogóle byłoby go słychać? Obejrzał się za siebie, na oddalającą się uliczkę, ale zanim dobrze to rozważył i pomyślał, dokąd właściwie jest prowadzony poczuł dotyk na swojej ręce, które wymusił ponowne skupienie się na człowieku, który był epicentrum tego niepokoju. Jak na kogoś, kto budził niepokój, miał niezwykle ciepłe spojrzenie. Paląco żywe, które można było jeszcze bardziej rozpalić, doprowadzić do granicy, w której nie wiesz, gdzie zaczyna a gdzie kończy się człowiek. Nie bardzo próbował znaleźć odpowiedź, a zanim poszukiwania zostały zakończone - teleportacja porwała ich w swój wir.

Domek był śliczny. Przepiękny wręcz. Urokliwy, brytyjski domek z ogrodem w dodatku, w którym ewidentnie nie mieszkał skrzat. To jest - w domu nie mieszkał, nie w ogrodzie. Deszcz kapał z nieba i rozbijał się na kapeluszu dżentelmena, który go tutaj "porwał" i rozbijał się na ramionach i włosach samego Laurenta. Nie przeszkadzał mu deszcz, nie przeszkadzała woda, a wraz z alkoholem rozpalającym żyły przestał się nawet przejmować tym, że mógłby źle wyglądać. Przesunął oczami po czerwonym murze i nisko osadzonym dachu - marzenie każdej angielskiej rodziny, prawda? Jego dom nie był wiele większy, a mógłby pewnie kupić cały pałac, gdyby tylko miał taką zachciewajkę. Nie miał. Nie miał, bo wolał jak smok spać na galeonach. Przecież było już wspomniane - był dziedzicznie obciążony po swojej syreniej matce. A syreny kochały świecidełka w rzeczywistości, a nie tak jak smoki - tylko w bajkach. I chociaż było tyle rzeczy do oglądania, a pogoda zachęcała do tego, żeby schować się pod daszek to Laurent stał jak zaczarowany w tym miejscu i spoglądał na kwiaty. Na ich płatki i klosze, które uginały się pod kroplami, jakby odczyniały właśnie jakiś taniec. Czarujące róże i hortensje, jak królowe i książęta między zielenią, w twierdzy wzniesionej z kamienia. Piękne... Czarujące, wbijające w głowę pragnienie, żeby zatrzymać ten obraz na wieczność. Lecz nie. Gdyby ulotność mogłaby zostać zachowana i zatrzymana - nie byłaby już tą samą piękną ulotnością.

- Zapytaj mnie, jak bardzo mi przeszkadza, kiedy nie będę pijany. - Po jednym takim drinku bycie pijanym? Niektórzy tak mieli - te bardzo słabe głowy. Język Laurenta już był bardziej gładki i wcale nie był pewien, czy nadal mówi tak samo składnie. Mówił, ale jego głos nabrał na charakterystycznej gładkości, jego oczy lśniły w ten specyficzny dość sposób, kiedy skierował swoje kroki grzeczniutko do Isaaca. - Jak sprytnie... nie jestem przyzwyczajony do obecności mugoli. Wygląda na to, że jestem zdany na mojego porywacza. - Równie dobrze mógł powiedzieć, że nanosi iluzję, żeby nikt nie słyszał moich krzyków. Pomyślał o tym, ale tego nie powiedział. Strach znów spiął ramiona, rozregulował nieco oddech.

- Ach tak... - Daleko, bardzo daleko od domu. Odpowiedź Laurenta nie brzmiała, jakby był tym bardzo zainteresowany. Bo nie był. Gdziekolwiek byli - było to daleko od miejsca, które by znał, ale może coś by jednak zmieniło, gdyby próbował jak szaleniec uciekać, zamiast stanąć tuż przed Isaaciem, wsuwając swoją nogę między jego nogi. Może gdyby jednak postanowił dla odmiany zadbać o siebie i przestać bliskich martwić, przestać grać w tę chorą grę ryzyka, które pobudzało krew... może. Może... - A gdzie powinienem być? - Na ziemi? Na twoim stole? Może w łóżku?




RE: [25.07.1972] Dom rodzinny Isaaca - Would you like some tea? Laurent i Isaac - Isaac Bagshot - 03.04.2024

Gdyby Isaac wiedział, jakie myśli w głowie ma biedy Laurent, na pewno zacząłby się śmiać. Nie ze złośliwości jednak. Po prostu nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek został oskarżony o TAK złe intencje. Owszem, kręciło go robienie szalonych i “niemoralnych” rzeczy, takich jak przygodny seks czy branie narkotyków. Jednak zawsze wyznawał zasadę, że „wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka." Nigdy umyślnie nie chciałby nikogo zranić. Chyba, że w samoobronie. Robił w życiu podłe rzeczy, takie jak czytanie wspomnień ludzi, którzy przeżyli Holocaust, lub czynnie brali w nim udział, doprowadzając do śmierci milionów istnień. Robił to bez ich zgody, jednak nigdy nie wykorzystał tych informacji żeby im zaszkodzić, i zawsze starał się robić to bezboleśnie. Czy to czyni z niego złego człowieka, skoro spisywał to wszystko z myślą o kolejnych pokoleniach? Jeden rabin powie tak, a drugi rabin powie nie. Więc może jednak jest się czego bać?
-Mmhmm, bardzo słaba głowa. Alkoholu nie lubisz tak samo, jak papierosów? - Zanim Laurent do niego podszedł, Isaac zdążył się zaciągnąć jeszcze raz, po czym wyrzucił papierosa na ziemię. Uśmiechnął się kącikiem ust i objął chłopaka w pasie. Wolną dłoń wsunął mu we włosy i przeczesał je palcami, przyglądając się już nieco mokrym blond kosmykom.
-Niestety, ale będę śmierdział tytoniem. - Powiedział cicho i przejechał nosem po skórze w okolicy jego ucha. Laurent bardzo ładnie pachniał i miał bardzo delikatna skórę, to na pewno Isaac musiał przyznać. Kapelusz zsunął mu się z głowy i wylądował pod ich butami, jednak mężczyzna nie przejął się tym zbytnio.
-Powinniśmy wejść do środka. - Przygryzł delikatnie skórę na jego szyi, zostawiając lekko czerwony ślad. Ręką, którą obejmował Laurenta w pasie, gładził go po boku, żeby zaraz przesunąć dłoń na jego biodro. Ponownie zassał delikatnie skórę, tuż obok poprzedniego śladu.


RE: [25.07.1972] Dom rodzinny Isaaca - Would you like some tea? Laurent i Isaac - Laurent Prewett - 03.04.2024

Tylko że nie znali się. Te oczy pełne radości mogły bardzo szybko zacząć się radować czyimś nieszczęściem - i kogo byłaby to wina? Tego, co krzywdzi, naturalnie. A co z tym, co tak łatwo dał się złapać, choć pułapka była tak oczywista? To pułapka była, tylko nie składała się z przemocy, która byłaby niemile widziana. Tę przemoc zapraszało się w podwoje bram i tam gościło, przy kakao, przy herbacie... przy brandy albo whiskey. Najlepiej podwójnej, żeby jej zapach mieszał się z tym piwnym kwasem. To było wcześniej, teraz był zapach deszczu i ogrodowych kwiatów, których obecność pociągnęła struny harfy we wnętrzu Laurenta. Tak nieświadom był tego, że te dłonie mogły wyciskać z ludzi tajemnice jak cytryny. Jak niebezpiecznie było przebywać z kimś takim, na ile można było mu zaufać? Co chciałby zobaczyć, a czym zainteresowany nie był? Jeśli ta znajomość pójdzie dalej, to może dopiero zacznie się interesować? Nie było prostej odpowiedzi, kiedy sytuacja mogła mieć tylko rozwiązań i tyle wypadkowych na boki. Miał przed sobą niebanalnie utalentowanego czarodzieja. To było wspaniałe. Tylko czy warto było wyciągać te okrutne sekrety z ludzkich głów, żeby potem samemu przeżywać ich tragedie..? I wszystko to po to, żeby co? Napisać książkę? Zyskać sławę? Chciało się myśleć o drugim człowieku w jak najlepszych kategoriach, tak jak o sobie samym - nie to mówił mu jeszcze wczoraj Perseus Black, jego własny terapeuta? Nosić wrażliwość jak tarczę i broń, nie zbrodnie tego świata i wszystko, co obdzierało z piękna i delikatności.

- Być może. - Lakoniczna odpowiedź nie pasowała za bardzo do jego ust, ale też i aż tak daleko posunięta zagrywka nie pasowała do tego, za jakiego chciał uchodzić. Nie pasowała do obecnych czasów jego życia, musiała nie pasować. Za to aż za dobrze wpasowywała się do przeszłości, która urodziła strach przed tym, że ktoś zabierze cię w złe miejsce i... zrobi coś jeszcze gorszego. Małe to miało znaczenie, kiedy na jego pasie spoczęła męska dłoń i zażegnała dystans między ich ciałami. Wyciągnął do niego dłonie, by przesunąć nimi po jego ramionach, zbadać ich napięcie, zsunąć je na barki. Przeszył go przyjemny dreszcz od ciepłego oddechu tuż przy jego skórze. - Tymczasem ja czuję wanilię. - Tak, to prawda, śmierdział tytoniem, ale teraz ten gryzący zapach mu nie przeszkadzał. Nie kiedy sam palił i się napił, a alkohol rozgrzewał żyły i uwypuklał wartość kontaktu skóry ze skórą. I napiął się cały, gdy dotknęły go usta i zęby, wygiął się, przylgnął do niego, oparł na nim. Odchylił głowę na bok i zacisnął palce na jego marynarce westchnąwszy rozkosznie.

- Tak. - Wyszeptał, ale w ogóle się z miejsca nie poruszył. Tylko całkiem sugestywnie poruszył, ocierając o niego jak rasowa kotka.




RE: [25.07.1972] Dom rodzinny Isaaca - Would you like some tea? Laurent i Isaac - Isaac Bagshot - 06.04.2024

Padało coraz mocniej, więc najrozsądniej byłoby schować się w domu. Isaacowi jednak nie chciało się odsuwać od Laurenta. Kiedy poczuł bliskość jego ciała i przyjemny zapach jego skóry, zapłonęła w nim jakaś dziwna iskra, której intensywności nie rozumiał. Prewett był przecież mężczyzną. To miała być przygoda, miły eksperyment zakończony śniadaniem i luźną rozmową. Isaac nigdy wcześniej nie myślał, że tak bardzo będzie miał ochotę pocałować osobę tej samej płci.
Oderwał usta od szyi Laurenta i jeszcze raz zmierzwił wilgotne już blond włosy. Ułożył dłoń na karku chłopaka i palcem potarł delikatnie jeden z czerwonych śladów, jakie pozostawił na jego skórze. Uśmiechnął się lekko widzą swoje dzieło, i spojrzał w przyjemnie lazurowe oczy, nieco już weselsze niż parę minut temu.
-Zaatakowałeś mnie, kiedy byłem najbardziej bezbronny. - Powiedział, a dłoń w rękawiczce którą cały czas opierał na jego biodrze, wsunął pod materiał koszuli. Skrzywił się delikatnie kącikiem ust, ponieważ nie poczuł jak gładka i ciepła była jego skóra.
-Będziesz musiał nauczyć mnie paru sztuczek. - Uprzedził. Laurent był drugim mężczyzną z którym Isaac miał do czynienia. W pierwszym przypadku skończyło się dość niewinnie. Tym razem jednak wszystko wskazywało na to, że sytuacja potoczy się zupełnie inaczej. Kobiety znał dobrze i miał ich dość sporo, więc idąc do łóżka z nowopoznaną panią, już po chwili wiedział czego się spodziewać, i jakie mogła mieć oczekiwania. Ale męskie preferencje? Co Laurent lubił? Jak powinien go potraktować? Chłopak bardzo niespodziewanie wydał mu się atrakcyjniejszy niż powinien, więc nie chciał działać jak dziecko we mgle. A może po prostu powinien zaufać intuicji? Ta raczej nigdy go nie zawiodła. To było tak, jakby drzwi, o których istnieniu nie miał pojęcia, nagle się otworzyły, zalewając go pożądaniem, którego nie rozumiał. Ciekawe uczucie. Będzie musiał o tym pomyśleć, jednak już na pewno nie teraz.
Isaac spojrzał na drzwi ogrodowe prowadzące do domu. Laurent mógł zauważyć, że przez ułamek sekundy targały nim jakieś niezrozumiałe emocje. Kiedy jednak znów skierował wzrok na jego twarz, powróciło to beztroskie i wesołe spojrzenie.
-Chodźmy do środka.


RE: [25.07.1972] Dom rodzinny Isaaca - Would you like some tea? Laurent i Isaac - Laurent Prewett - 06.04.2024

Przynajmniej jeden z nich posiadał jakieś minimum rozsądku w tym wszystkim. Tylko kto tu był ofiarą kogo? Laurent czuł się przegranym na tylu płaszczyznach, że być może Isaac był tylko szczęśliwcem, który trafił w odpowiednim momencie w pole widzenia morza, jakie niesione było w oczach Laurenta. Nie było żadnej litości w falach Matki Wody. Dziś była czułą kochanką, jutro mogła stać się zupełną zgubą, ale Laurent nie lubił tak o sobie myśleć. Nie był w końcu oceanem, który bez żadnego uczucia pochłaniałby i wypluwał. Wolał myśleć, że jest tymi chłodnymi falami w upalny dzień, które obmywają nogi na złocistym piasku. Tym przypływem, którego wyczekujesz, bo w twojej dłoni może zostać piękny bursztyn, a jeśli nie bursztyn to chociaż piękna muszla. Jesteś tym pierwszym, który się zjawił, kiedy wody były obłaskawione i kiedy chciały obdarzać, nie zabierać. Więc czy Isaac był ofiarą? Kogo? Swojego pożądania? Swojej niemożliwości, żeby nie poczuć ciepła drugiego ciała? A może Laurenta, który chciał, o zgrozo, "polować"? Czy jednak to Laurent miał być ofiarą tego, że ta owalna twarzyczka o takim zabójczo ciepłym uśmiechu obdarzyła tym uśmiechem właśnie jego w dobie takiego kryzysu, gdzie ciepło było jak diamenty wyrwane z serca krwawej Afryki? Ludzie tam za nimi ginęli, zdajesz sobie z tego sprawę? Na śmierć, kryzys, deszcz i rozsądek Laurent był teraz ślepy, bo widział tylko czerń zamkniętych powiek i błyskającą feerię barw pod nimi. Nie musiał widzieć niczego, żeby czuć całym swoim ciałem Isaaca - jego usta na swojej skórze, jego dłoń w rękawiczce, która już zepsuła idealne ułożenie jego koszuli, jego palce bawiące się platyną włosów. Jeśli przesunąłby próg tej przyjemności o jeden wyżej to zmiękłyby mu kolana i Isaac musiałby włożyć wysiłek w przytrzymywaniu go, żeby nie osunął się w jego ręce.

Wydawało mu się, że zapomniał oddychać, ale oddychał przez cały ten czas - szybciej niż kilka chwil temu. Dla odmiany nie był to ten oddech, który dusiłby go, który zaciskałby rękę na jego klatce piersiowej i sprawiał, że serce by się łamało, a umysł rozpadał jak połamane szkło. Tutaj serce też biło mocno - wygrywało tercet dla tego człowieka, którego miał przed sobą. Chociaż na ten jeden wieczór, na tych kilka chwil, odda mu je i zabierze jego własne. Morze pochłonęło już tyle serc, lecz, och Boże, ciągle jestem tylko swój. To przez Isaaca rozpryskiwał się jego umysł i myśli, ale to nie były ostre kawałki szkła. Był ja róża, która otrzepywała się ze swoich kolców, żeby palce mogły poczuć jedwab jego płatków. Choć nie do końca mogły. Nie wiedział, co stało się mu w dłoń. Czy to jedna z paskudnych chorób, nieuleczalnych, czy może faktycznie drobna niedogodność, choroba, która przejdzie - trzeba pozwolić jej tylko na odrobinę czasu. Nie zastanawiał się teraz nad tym, ale to zastanowienie przyjdzie, kiedy już pozbiera samego siebie w jedną całość i przestanie być tylko jedną komórką zapisaną tylko dla przyjemności Isaaca i zwrotnie - swojej.

- Nie, Isaacu. Ja jedynie odpowiedziałem na twoje modlitwy. - Ujął jego twarz w obie swoje dłonie i przesunął palcami wzdłuż jego twarzy, by wsunąć je w kosmyki włosów mężczyzny, jakby ten ruch mógł zetrzeć z niego to wrażenie ataku, jakby jego melodyjny, cichy głos mógł być odpowiedzią na modlitwy wypowiadane w duszy. Mogły? Na pewno jego dłonie miały teraz moc, żeby ściągnąć chociaż na parę godzin ciężar z jego ramion i wyciągnąć go z miejsca, w którym się znajdował. Gdziekolwiek by to miejsce nie było - skoro on sam był aniołem, to mógł dolecieć do bruneta dokądkolwiek. - Nauczę. - Odparł z uśmiechem błąkającym się na wargach. Zsunął swoje palce po jego potylicy tak, żeby zamknąć je za jego karkiem. Lubisz kontrolę, Isaacu? To była forma kontroli, ale innego rodzaju niż ta, którą Laurent chciał powierzyć w ręce Bagshota i jednocześnie jego ręce ująć, żeby naprowadzić je na swoje ciało i jego własne, by znalazł te miejsca, na które nacisk wywoływał najgłębszy oddech, wyciskał z płuc najgłębszą melodię. Jak gra na skrzypcach - a tej mógł się nauczyć każdy.

Cofnął się, schylił po zagubiony kapelusz i otrzepał go z trawy, by wsadzić go na swoją własną głowę. Ujął prawą dłoń Isaaca i częściowo idąc tak, żeby na niego ciągle spoglądać, żeby nie odrywać się od jego oczu, skierował się do drzwi. Nie było w tym szalonej gonitwy za tym, żeby znaleźć się w punkcie, w którym Isaac mógłby go docisnąć do poduszki. Drzwi zostały otworzone przez gospodarza, zamknięte, pewnie zakluczone. W takich chwili nie wątpił, dlaczego kiedyś popełnił błąd w swoim życiu - był niewolnikiem swojej własnej żądzy, która teraz była nabuzowana przez coś, co miało mu w teorii pomóc. Coś, co liczył, że rozwiąże jego problemy podkręciło jednak właśnie ten, w którym z takim głodem chciał szukać męskich ramion wokół siebie.

Przyciągnął Isaaca do siebie po przekroczeniu drzwi, kapelusz znowu był skazany na to, żeby się zsunąć i spaść na ziemię. Zapach perfum Bagshota mieszał się z cudowną wonią deszczu i trawy, kiedy w pocałunkach, pieszczotach, przesunął się z nim do sypialni, gubiąc po drodze kroczek po kroczku elementy garderoby. Nieśpiesznie. Bo Laurentowi się nie śpieszyło. Przeciągał te chwile i badał. Nawet już siedząc na łóżku, wciąż w spodniach, badał Isaaca i płomień jego oczu. Sprawdzał. Czy rósł? Czy nabierał na sile? Czy zaraz uda mu się go doprowadzić do tego, że spłonie całkowicie i z niecierpliwością, zupełnie opętany żądzą, przestanie mu pozwalać na te frywolne i prowokujące zabawy, w których pozwalał na eksplorację swojego ciała - i w których chciał, żeby Isaac eksplorował też własne? Znał wielu ludzi, którzy by potępili go za rozłożenie nóg przed kimś o nazwisku, które naraziło jego życie. Ale to nie było coś, czym przejmował się w momencie, kiedy czerpał pełną rozkosz z rozkładania tych nóg.


Naprawdę nie czuł się doskonale, kiedy się przebudził. Właściwie to czuł się całkiem źle - jak zawsze, kiedy wypił o parę łyków alkoholu za dużo i cały jego organizm chciał już tylko zatopić się w morskich falach i tam schronić przed bodźcami tego świata. Musiał przysnąć tylko na chwilę sądząc po tym, że nawet nie zrobiło się dobrze ciemno, ale wystarczającą, żeby policzki przestały być rumiane, a ciało rozgrzane do czerwoności rozkoszą. Odetchnął, czując mieszankę tytoniu i alkoholu - najgorsza mieszanka, na jaką nie pozwalał sobie od lat. Potarł powieki i ze znużeniem uniósł się na łóżku, spoglądając, czy jego gospodarz leży obok, czy może jednak urzędował w domu, chociażby po to, żeby się umyć.




RE: [25.07.1972] Dom rodzinny Isaaca - Would you like some tea? Laurent i Isaac - Isaac Bagshot - 06.04.2024

Ta noc zdecydowanie należało do tych udanych. A przynajmniej dla Isaaca. Nauczył się czegoś nowego, co zdecydowanie wychodziło poza schematy które znał. Nie potrafił zmusić się, żeby myśleć o tym jak o eksperymencie. To umniejszyłoby Laurentowi oraz temu, co wczorajszej nocy czuł. W przeciwieństwie więc do swojego partnera, obudził się z bardzo dobrym samopoczuciem. Nie wypił tak dużo żeby mieć kaca, jednak przed snem nie zażył eliksiru nasennego, więc spał bardzo krótko.
W sypialni miał zaczarowany sufit który przedstawiał gwieździste niebo oraz drogę mleczną. Przed zaśnięcie lubił obserwować spadające gwiazdy i wyszukiwac nowe lub znane już sobie konstelacje. Nawet w ciągu dnia jego pokój był zawsze zaciemniony i gwieździsty. Kiedy był sam, używał go tylko i wyłącznie do spania, więc oprócz dużego łóżka, drewnianej szafy i nocnego stolika, nie było w nim nic więcej.

[Obrazek: IlgH02O.jpeg]

Po przebudzeniu spojrzał na śpiącego Laurenta. Nie chciał go budzić, więc bardzo cicho wyślizgnął się z łóżka i poszedł zapalić oraz odświeżyć się w łazience. W ogrodzie na stoliku leżały świeże wydania Proroka Codziennego i innych gazet które codziennie czytał od deski do deski, jednak na ten moment nie miał ochoty ich ruszać. Była dopiero szósta rano, więc zrobił sobie kawę i wrócił do gwieździstej sypialni. Prewett jeszcze spał, jednak zaczął się przebudzać, kiedy Isaac usiadł na brzegu łóżka z filiżanką w dłoni. Miał na sobie zwykły, granatowy t-shirt i czarne krótkie spodenki. Zero w nim było wczorajszej elegancji. Odstawił filiżankę na stolik nocny i usiadł bardziej bokiem do chłopaka.
-Nie chcesz jeszcze pospać? Jest dopiero szósta rano. - Powiedział, uważnie mu się przyglądając. Widząc jego cierpiącą minę, wyciągnął rękę i posmyrał go opuszkiem palca po czubku nosa. Była to dłoń na której jeszcze wczoraj miał rękawiczkę. Jak Laurent mógł jednak zauważyć podczas ich wspólnej nocy, skóra nie była ani zaczerwieniona ani nie wyglądała jakby faktycznie zaatakowała ją jakaś choroba. Isaac miał na dłoni wyblakłe, czarne ślady po tuszu, którego nie mógł do konca zmyć.
-Kawy? Śniadanie? - Zaproponował. Czy był to poranny kryzys blondyna, czy niezadowolenie z nocy którą razem spędzili? Nie sądził, żeby chodziło o to drugie. Bagshot bardzo szybko się uczył i mimo że wolał dominować, to nie uważał żeby to wpłynęło specjalnie na jakość ich zbliżenia. Przyzwyczajony był do sypiania z kobietami, więc zawsze w pewnym momencie przejmował inicjatywę. Miał nadzieję, że zrobił to dobrze. Co więc siedziało w głowie Laurenta?  No cóż, zapewne zaraz się o tym przekona!
-Jak się czujesz? - Kiedy zostawił w spokoju jego nos, pogładził go otwarta dłonią po policzku. Uśmiechnął się lekko kącikiem ust. Lubił takie drobne, czułe gesty. Nie musieli być wcale parą, żeby okazywać sobie sympatię.


RE: [25.07.1972] Dom rodzinny Isaaca - Would you like some tea? Laurent i Isaac - Laurent Prewett - 06.04.2024

To musiała być tylko chwila. Tylko moment, kiedy zmrużył oczy, drugi kiedy je otworzył. Parę godzin, nie, może dwie godziny? Przecież JESZCZE nie było ciemno, tak mu się wydawało, spoglądając na okno. Nie docierało do niego, że to nie "jeszcze" było ciemno, tylko "już" ciemno nie było. Że to zbliżał się poranek, a godziny wczorajsze przepłynęły mu między palcami. Tak samo jak te, w których spał. To zaś nie było żadną normą, bo Laurent zazwyczaj modlił się o spokojny sen, który nie będzie niczym przerywany, o takie błogie zaśnięcie bez myślenia o lekach nasennych, których i tak powinien był się wystrzegać, chociaż Perseus, jego wspaniały terapeuta, zalecił inaczej. Wzrokiem przewędrował przez sufit. Miejsce, które na moment otworzyło szeroko jego oczy - bardzo szeroko - i pobudziło od razu umysł, nawet jeśli był on ciężki od sławnego kaca. Nie był to kac moralny. Gwiazdy nad jego głową zerwały żniwo z jego serca porośniętego różami, którymi zachwycił się na moment wczorajszego dnia, póki czyjeś oczy nie stały się bardziej atrakcyjne. Ten poranek miał przynieść to samo. Oderwanie się od piękna natury, żeby odnaleźć się w pięknie naturalnym, na jakie potrafił składać się człowiek. Doskonałość w niedoskonałości, bo nie było idealnie symetrycznych twarzy, bo palce potrafiły mieć różne długości, bo jeden kochał blondynki, drugi tylko szatynki. Laurentowi było to chyba wszystko jedno - blondyn, szatyn... kolor włosów miał dla niego znaczenie nieistniejące. To ten błysk w oku, to ciepło, to poczucie, że możesz mieć wzrok tego człowieka tylko dla siebie był tym, co włączało go do gry po przejściu przez pierwszą atrakcyjność. I potrafił, jak to tylko ludzie mogli, kochać się w prawdziwych niedoskonałościach.

- Nie, dzięk... która rano? - Aż się naprostował i tak, znów otworzył szerzej oczy, ale teraz ze zdziwienia. A kiedy tak mocno te oczy otwierał to dopiero było widać, jakie były duże - zazwyczaj półprzymknięte z ciemną firaną rzęs podkreślających je. Napiął się nieco i spojrzał na swój nadgarstek, na którym nosił zawsze zegarek, ale go tam nie było. Rozejrzał się i złapał go zaraz ze stolika. Tak, nie chciało być inaczej - ledwo po szóstej. Jakoś bardziej rozbolała go głowa i bebechy na myśl o tym, że cała noc przeminęła, był poranek, a on będzie musiał się zebrać, wyperfumować i funkcjonować dalej, jakby ze światem było znów wszystko w porządku. Bo nie, ta mina zbolała nie była wynikiem wczorajszej nocy, wręcz przeciwnie. Wczorajsza noc była wspaniała.

Drgnął, kiedy pojawił się dotyk na nosie i zwrócił znów uwagę na Isaaca. Na dłoń. Dłoń... uleczoną? Zaleczoną? Klątwy bywały kapryśne, potrafiły trwać tylko kilka godzin, a potrafiły ciągnąć się latami. Bo w tym konkretnym momencie nie pomyślał, że mężczyzna chciał skryć tylko (aż!) zaplamienia po tuszu.

- Kawy. Tak, kawy. - Uśmiechnął się cierpiętniczo, ale w głowie znów zabrzęczały mu słowa Perseusa przestrzegającego przed nadmiarem kawy z uwagi na jego niestabilny stan zdrowia. Jeszcze Guinevere, druga medyk, upominała, że nie powinien tak na pusty żołądek... Ale wcale nie miał ochoty jeść. Jak niemal zawsze. - ... do śniadania... - Dodał mruknięciem tak, jakby wcale nie chciał tego mówić, a siła wyższa go postraszyła nad głową.

Drgnął drugi raz, drugi raz go Isaac zaskoczył. Tym gestem. Może nie powinien być tak zaskoczony, bo to nie tak, że nikt go tak nie traktował, sam przecież tak traktował ludzi, których zapraszał, albo chcieli spędzić chwilę czasu i nie stawiali sobie za cel ucieczkę przy pierwszej lepszej okazji. Było w Isaacu coś naprawdę ciepłego, co chciało z człowieka uczynić ćmę, która przylgnie do ognia. Dziwnie, bardzo dziwnie było być po drugiej stronie medalu, kiedy chciało się o płomień ogrzewać, a nie płomieniem być. Otarł się więc policzkiem o jego dłoń, przechylając do niego głowę i odwzajemniając uśmiech.

- Powiedziałem ci wczoraj, żebyś zapytał, czy nie lubię alkoholu, kiedy będę trzeźwy. To teraz ci powiem, żebyś zapytał, jak się czuję, kiedy przestaniesz być taki słodki. - Powiedział to żartobliwie, z delikatnym błyskiem rozbawienia w oczach. - Mam nadzieję, że nie sprawiłem kłopotu. - Zazwyczaj mi się nie zdarza. Wysunął nogi na ziemię bez wstydu, bo czego tu się wstydzić? Uważał swoje ciało za niebiański dar, który wybrani mogli podziwiać. Przynajmniej w tym jednym kompleksów nie miał. Nawet jeśli jego ciało wcale nie było już tak idealne - blizna na nadgarstku po bardzo sugestynym cięciu, ślady pazurów na łydce, blizna po głębokim cięciu nożem na barku. Ale i tych niedoskonałości bardzo się nie wstydził. - Czujesz się już wystarczająco zdobyty, czy dalej atakowany? - Podniósł się z łóżka, spoglądając na Isaaca, ale zaraz rozejrzał się po pomieszczeniu za własnymi ciuchami. - Mógłbym skorzystać z łazienki?




RE: [25.07.1972] Dom rodzinny Isaaca - Would you like some tea? Laurent i Isaac - Isaac Bagshot - 06.04.2024

-Skoro nie lubisz alkoholu ani papierosów, to będę pamiętał, żeby już nigdy Ci ich nie proponować. A teraz bądź ze mną szczery i powiedz, co zazwyczaj jesz na śniadanie. Owsiankę? Tosty? Jajecznicę? Może nie wyglądam, ale dość dobrze gotuje. Jako stary kawaler musiałem jakoś nie umrzeć z głodu. - Mówił pogodnym tonem i patrzył jak Laurent łasi się do jego dłoni. Musiał przyznać, że był to całkiem uroczy widok.
-Ja słodki, a ty sprawiający problemy? Jest pan mistrzem oksymoronów, panie Prewett. - Opadł na łóżko. Czuł że był wykończony, i zastanawiał się czy nie wysłać sowy do Ministerstwa, że dzisiaj nie pojawi się w biurze. Praca tam i tak była tylko przykrywką, więc zazwyczaj grzecznie robił swoje, jednak nie traktował tego miejsca jako priorytet.
Oparł głowę na ręku, jak zwykle wnikliwie przyglądając się swojemu rozmówcy. Nie zdziwił go widok blizn, ponieważ przez ostatnie kilka godzin poznawał każdy kawałeczek ciała Laurenta. Było mu jednak trochę przykro, ponieważ  chłopak najwyraźniej musiał przejść w swoim życiu przez ciężkie i nieprzyjemne chwilę. Bagshot miał nadzieję, że miniona noc nie przysporzy mu niepotrzebnych myśli lub wyrzutów sumienia.
-Tak, czuje się dostatecznie zdobyty, moje gratulacje. Nie było to trudne, prawda? - Zaśmiał się krótko w głos, bardziej sam z siebie. Widział, że był łatwy do zdobycia, chociaż zazwyczaj to on zdobywał. Dużo kobiet potrzebowało, żeby to mężczyzna pierwszy je czymś zainteresował.
- Łazienka jest naprzeciwko sypialni. W szafce są ręczniki i szczoteczka do zębów. Chcesz coś luźnego na przebranie? - Również zaczął podnosić się z łóżka. Przez ten czas pójdzie przygotowywać śniadanie.
Oprócz sypialni Isaaca oraz łazienki, na piętrze znajdowały się również dwa inne pokoje. Były one jednak zamknięte, więc mogło się tam znajdować dosłownie wszystko; Łazienka była dość spora i cała wykafelkowana na biało. Laurent miał do wyboru wannę lub prysznic. Isaac nie używał jednego płynu co mycia ciala, włosów oraz naczyń, więc chłopak spokojnie mógł skorzystać z podstawowych produktów do higieny. Na półce pod lustrem stały również ulubione perfumy Bagshota, których używał od wielu lat. Zapach Smokey Amber z nutą wanilii.

W międzyczasie Isaac zszedł do kuchni żeby przygotować śniadanie oraz drugą kawę. Pogoda była ładna i słońce powoli wychodziło zza chmur, więc mogli zjeść posiłek w ogrodzie. Miał zamiar zaproponować to Laureatowi, kiedy już zejdzie na dół. Żeby jednak dostać się do kuchni, Prewett będzie musiał przejść przez salon zawalony pudłami, w których znajdowały się stare wydania Proroka Codziennego. Isaac od kilku tygodni nadrabiał swoją jedenastoletnią nieobecność w kraju.


RE: [25.07.1972] Dom rodzinny Isaaca - Would you like some tea? Laurent i Isaac - Laurent Prewett - 06.04.2024

Pokręcił głową z lekkim uśmiechem w geście zaprzeczenia. Nie, to nie tak miało być, żeby ich nie proponował. Właśnie dlatego, że w ogóle zaproponował Laurent poczuł się zadziwiająco... normalnie. Właśnie - normalnie. Nie było tutaj żadnej magii, nie było niezdrowego rwania serca ani wyrywów umysłu, który gotów był rwać z ciała kolejne fałdy skóry, żeby spisywać na nich historię wszystkich grzechów dokonanych nocą, gdy Sol chowała swoje promienie i nie chciała spoglądać na to, co dzieje się na świecie. Jedynym świadkiem mogła być Luna, ale ona umknęła i nie została zaproszona do środka.

- Lubię alkohol. Po prostu mam bardzo słabą głowę. - Więc picie go nie było ani trochę rozsądne, co rozumiało się samo przez siebie. Isaac nie sprawił na nim wrażenia osoby, której trzeba wszystko tłumaczyć, wręcz przeciwnie. Dał mu wrażenie kogoś inteligentnego, kto bez problemu łapie fakty i łączy wątki. Jak przystało zresztą na pisarza i historyka. - Z papierosami zaś łączy mnie specyficzna relacja. - Nie zamierzał zanudzać Bagshota tym, że miał wrażliwy nos i w ogóle źle znosił jakieś intensywniejsze zapachy, że był tym dzieckiem, które nie mogło nigdy wysiedzieć przy ognisku, bo się dusił od dymu, a potem nie mógł się domyć, bo ciągle miał w nozdrzach ten paskudny smród. Natomiast lubił czasem zapalić papierosy. Rytuał ich palenia był kojący. Po prostu. - Jajecznicę, chętnie. - Prawidłowa odpowiedź brzmiała: sałatka, a jeszcze bardziej prawidłowa: nic. To "nic" było problemem, z którego zdawał sobie sprawę, dlatego starał się to zmienić na zjedzenie chociaż paru warzyw, co czasami kiepsko wyglądało, więęc... tosty. Jajecznica. Tak, lubił jajecznicę - lubił, kiedy KTOŚ robił jajecznicę. Z całym szacunkiem do umiejętności Migotka, skrzata Laurenta, ale jego towarzystwo i jego zdolności kulinarne nie mogły zastąpić nawet najgorszej jajecznicy, którą podał ci drugi człowieka. Laurent kompletnie gotować nie potrafił. - Osiągnąłeś niewątpliwy sukces, dobrze się trzymasz. - Oj tak, bo było na czym oko zawiesić. Isaac miał bardzo specyficzną urodę, albo może tylko mu się tak wydawało? Czar mogły tworzyć oczy i jego uśmiechy, albo jeszcze coś innego... Był śliczny. W tym eleganckim wydaniu, szarmanckim, tak i teraz, w tym prostym, domowym, bardzo swobodnym.

- Byłem oskarżony o atakowanie i celowanie w słabe punkty. To brzmi jak sprawianie problemów. - Oj nie, zdecydowanie Isaac pokazał wiele, ale nie niewinność. Nie krępował się jednak z tymi drobnymi żartami, zaczepkami, bo był teraz już spokojny. Bliskość drugiego ciała zawsze go uspakajała. Nawet jeśli znów zakręciła się w jego myślach złośliwa mucha, że może stąd nie wyjdziesz. Obsesja kanarka w złotej klatce, który nie chciał oglądać klatki od wewnątrz. - Skąd. To było prawdziwe wyzwanie. - Miło było usłyszeć jego śmiech i miło było słyszeć, że miał do siebie tyle dystansu. Byłeś przyzwyczajony do nieco innych zachowań, szczególnie ostatnimi czasy. Krzyki, niezadowolenie, przykre słowa, szybkie rozstania, albo konieczność ugłaskania męskiego ego. Strach przed tym, że jeśli powiesz coś za dużo, to stanie się coś niedobrego. Cokolwiek robił Isaac tworzył strasznie rozluźnioną atmosferę, swobodną. - Dziękuję, zaraz namierzę moje ubranie... - Wychylił się na korytarz zastanawiając się, gdzie one się poniewierają i pamiętając aż za dobrze, że ich ubranie właściwie znikało kawałek po kawałku na całej długości drogi do sypialni.


Spoglądał z ciekawością na perfumy Isaaca - piękne perfumy. Wspaniale pachniał - na tyle, że mógłby trzymać nos w jego szyi. Ten delikatny, przyjemny zapach był tak dobrze zgrany z jego skórą, że chyba wanilia na długo będzie mu się teraz kojarzyła z Isaaciem Bagshotem. Nawet jeśli nie posiadały piżmowego sedna, który był najbardziej hipnotycznym dla Laurenta zapachem perfum - ale i tak nie wszystkich. Bo jak i z wonią spalenizny, tak i mocne perfumy potrafiły go tak samo mocno odrzucać.

Przebrany i wymyty, powstrzymując się przed potrzebą pachnięcia jak Isaac w tym momencie (bo byłoby to zwyczajnie niegrzeczne) powoli wypełznął na korytarz, szukając drogi na dół. Nawet nie naciskał klamki do zamkniętych pokoi, po co miałby? Szanował prywatność gospodarza. Poszedł za słuchem - i zapachem śniadania. Wyciągnął białą, misternie zdobioną różdżkę, która idealnie pasowała do swojego właściciela lekkością, żeby wygładzić koszulę, doprowadzić swój pomięty ubiór do porządku, osuszyć włosy i zaczesać je na bok. Już nie będzie się bawił w układanie ich, bo jajecznica zdąży wystygnąć, ale nie było takiej możliwości, żeby miał się pokazywać mniej niż idealnie. Więc do kuchni wkroczył wyprostowany tak samo jak wczoraj. Po prysznicu nawet kac zmalał.

- Jesteś fanatykiem Proroka Codziennego? - Zagaił apropo tych gazet, spoglądając teraz uważnie na dłoń Isaaca - tą poplamioną, tą w rękawiczce wczorajszego dnia. Kiedy ta rękawiczka zniknęła sam nie wiedział.