Secrets of London
[17.06.1972r.] Czekolada rymuje się z... - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [17.06.1972r.] Czekolada rymuje się z... (/showthread.php?tid=3049)



[17.06.1972r.] Czekolada rymuje się z... - Neil Enfer - 04.04.2024


Zły dzień niczego nie tłumaczy. Dopóki tłumaczy. Poprzedni dzień był bowiem paskudny, spędził go całego w mieszkaniu, od rana wydarzyła się katastrofa, ten kaktus we włosach, alergia na róże wywołane bliskością kochanej sąsiadki wyperfumowanej jakby się na nią cysterna pachnideł wylała. No i Morpheus....
Zacisnął dłonie na kołdrze i wpatrywał się pustym wzrokiem w sufit, rozważając swoje decyzje życiowe. Może powinien napisać do rodziców, żeby wydziedziczenie mieć już w głowy. Nie, lubił się męczyć, z resztą teraz sprawa była już poniekąd pozamiatana. Czarodziej go nie chciał tak jak tego pragnął, to był koniec... Nie było już dla kogo marnować swoich relacji z rodziną.
Zamknął oczy i naburmuszony na świat przewrócił się na drugi bok. Wszystko o kant dupy rozbić, jak zawsze, w cholerę z tym wszystkim. Opatulił się kołdrą, spojrzał zły przed siebie i zobaczył coś czego widzieć nie chciał. Na biurku stał pakunek, papierowa torebka, a w niej świece i kadzidła.
-Putain!-fuknął, wylatując z łóżka. Kompletnie zapomniał o tym zamówieniu!

***

Zmrużył oczy pociągany za policzek w troskliwym geście.
-Dziękuję, ci skarbie i cieszę się, że jednak wszystko w porządku, złotko. Naprawdę się zmartwiłam.-mówiła starsza kobiecina, układając dłoń na swojej piersi.-Następnym razem możesz wysłać wiadomość, to przyjdę do ciebie w bigosem.-poleciła siebie, samej sobie przytakując.
-Rzadko choruję, pewnie nieprędko taka sytuacja się znowu zdarzy, obiecuję Pani.-patrzył na nią jak szczeniak na swoją panią bojąc się karcenia.-Najważniejsze, że moje spóźnienie nie wywołało żadnych nieprzyjemności.-nie były to leki jakie muszą być zażywane codziennie.
-Tak, tak, ale wiesz... Tak na zaś.-mrugnęła do wilkołaka okiem i poklepała troskliwie po ramionach.-A teraz leć do domu, pewnie jeszcze dużo pracy masz. Wy młodzi zawsze tacy zarobieni. A czekoladki... Dla ciebie są, nie dziel się z nikim, zasłużyłeś na odrobinę rozpieszczania.-poleciła mu szeptem, poruszając wymownie brwiami, aż musiał się chwilę zastanowić o czym mówiła.
-Oczywiście, jak sobie Pani życzy.-skinął jej. Wykona jej polecenie, z nikim się czekoladkami nie podzieli z NIKIM! Z resztą to nie tak, że miałby z kim nawet jakby chciał. Ukłonił się jej jeszcze lekko, otrzymał od niej skinienie głową, po czym odwrócił się i ruszył w stronę domu. Już po przejściu kilkudziesięciu metrów głód pominięcia śniadania wygrał i kilka czekoladek zostało pożartych.

***

Wrócił do domu dopiero około godziny szesnastej. Musiał jeszcze skoczyć do sklepu, bo brakowało mu kilku pierdół w kuchennych szafkach. Mąka mu się skończyła, sól, cukru było mało w domu, rozważał jednak niekupienie go, bo ma całą masę innych naturalnych cukrów, jak owoce. Westchnął ciężko, zdejmując buty. Wyprał się całkowicie emocjonalnie. Takie babsko w sklepie widział, tak bardzo go kusiło jej nagadać, no już na końcu języka miał piękne przekleństwa i to po angielsku!
Odniósł zakupy do kuchni, odstawił je na blat i poszedł do pokoju. Włączył radio, w którym akurat leciała muzyka w stylu jaki lubił. Powoli rozpiął koszulę, wyglądając przez okno na dachy kamienicy po drugiej stronie ulicy. Rzucił ubranie na łóżko i zaraz wylądowały tam też spodnie i skarpety.
Podszedł do szafy, otworzył jej drzwi i spojrzał krytycznie na przeróżne materiały i wzory.
-Na co dzisiaj mam ochotę...-zrobił dziubek czując jak na usta cisnął mu się kolejne słowa-...na koszulę w kotę.-uśmiechnął się i bez namysłu zaczął przegrzebywać szafę w poszukiwaniu tej jednej koszuli, która miała na sobie całe stado kotów. W końcu znalazł ją i założył na siebie z szerokim uśmiechem. Nie były mu potrzebne żadne inne ubrania, w końcu był u siebie, nie spodziewał się gości, a tak ubrany będzie mógł się wychładzać przy pieczeniu i ruchu, ale nie będzie mu za zimno. Idealne połączenie. Poszedł jeszcze do łazienki, upiąć sobie włosy w nieskładnego kucyka, nucąc ciągle piosenkę pod nosem.
-Ja się chyba dziś zabiję, a potem zjedzą mnie wije.-co on w ogóle dzisiaj gadał? Jakie wine go zjedzą? Wije to weganie! Mięsa nie jedzą, no może się skuszą, ale ogólnie to bardziej owoce, warzywa, ogólnie rośliny. Starcza się, stacza! Nie ma dla niego ratunku! Ale czy chciał ratunku? Nie. Tak. Znaczy wiedział jaki jest ratunek, ale nie miał odwagi po niego sięgnąć. Był też za bardzo odpowiedzialny na takie działania, w końcu ma rodzinę na utrzymaniu. No, ale tak nawiasem mówiąc wzięło go dzisiaj na rymowanie! Budzi się w nim poeta. Zaraz napisze wiersze i zabije się w wieku 30 lat, bo go baba rzuci bo wyzna jej, że woli facetów. Taki już los wielkich poetów, chociaż trudno nazwać go wielkim poetą po powiedzeniu jednego wierszyka na poziomie dziecka w podstawówce. Jak dobrze, że rodzice nie mieli wobec niego żadnych oczekiwań i cieszyli się po prostu, że ich jedyny syn żyje we wspaniałej stolicy.

***
Zabujał się w kuchni w rytm muzyki. Dwa kroki w prawo, później jeszcze jeden, a później trzy w lewo, kolejne zabujanie się i wsypanie mąki do miski w której już czekał cukier i soda. Mała słodycz tu powstaje, małe dzieło sztuki, mały cud! Ciasto czekoladowe. Miał zamiar ozdobić je czekoladkami jakie mu jeszcze zostały. Tort urodzinowy planował zrobić, chociaż osoba dla jakiej by go robił nie może jeść słodyczy. A nawet gdyby mogła, to go nie odwiedzi. Na co to wszystko? Nie rozumiał po co się tak stara? Po co próbuje? Kiedyś słyszał na straganie takie powiedzenie: ,,Jebło to jebło, na chuj drązyć temat?". Poniekąd się zgadzał, ale z drugiej strony porzucenie tematy łatwe nie było.
Uderzył jajkiem o blat, wprawnie, jedną dłonią, rozszczepił dwie połówki skorupki i lepista maź wpadła do miski, której zawartość zaraz zaczął mieszać. Gdy była wymieszana dodał kakao. Trochę kosztowało, dlatego je kitrał z tyłu szafki, jak wiewiórka orzeszki na zimę. Teraz mógł go użyć bez wyrzutów sumienia. Zacisnął usta. Nie chciał nic mówić, bo wiedział, że głos by mu się załamał, dlatego mieszał ciasto w ciszy. W takiej samej ciszy wykładał blachę papierem, wylewał ciemnobrązową masę na niego. Bez słowa wstawił wszystko do nagrzanego piekarnika i pociągając nosem zabrał się za sprzątanie. Pociągnął nim jeszcze kilka razy, po czym kichnął porządnie, przeklinając ciemny proszek.
-Boże to japę rozerwać może.-zafukał rozbawiony nagłym obrotem sytuacji, drobnym humorem jaki go nawiedził przez pyłowe drobinki składników pieczonego ciasta. Jak już produkty spożywcze próbują go pocieszyć, to musi być naprawdę bardzo źle. Czy jest jakaś nadzieja? Chyba nie. Zaśmiał się jednak krótko, przecierając blat wilgotnym ręcznikiem, który wytrzepał porządnie za oknem, wiedząc, że tak naprawdę mało co tam strzepuje, a i tak pewnie jutro sąsiadka przyjdzie do niego i zacznie narzekać, że jej kwiaty uświnił. Żeby on jej życia nie uświnił podsuwając jej mężowi informację o tym z kim ona się prowadza po pracy. Czy byłby aż taki podły? Gdy człowiek nie jest w najlepszym nastroju, to okazuje się, że najlepszym lekarstwem na to jest psucie dnia innym ludziom. To prosta zasada, może brutalna, ale na pewno skuteczna.
Odwiesił szmaty na poręcze, aby schły. Umył użyte naczynia, opłukał dłonie i teraz mógł iść nastawić budzik, aby nie zapomnieć o swoim urodzinowym wypieku.

***
Miał na dzisiaj dosyć wszystkiego, choć i tak było dużo lepiej niż wczoraj, wczoraj to była męczarnia. Ten kaktus na głowie... Siedząc na łóżku spojrzał na niego, jak grzecznie chlebkował w doniczce, w ziemi idealnej dla kaktusów. Mógł go wyrzucić, ale nie miał serca. Ten kaktus był... był jego dzieckiem. Sam go na sobie wyrósł, jak polip swojego bąbelka. Westchnął ciężko, a jego głowę przepełniały myśli, bez żadnego wypowiedzianego słowa, bo do kogo miał mówić? Kaktusowi dupy truć nie będzie, więc co? Tak właśnie wyglądało jego życie. Skazany na pracę i łaskę losu, że taki jeden postanowi go odwiedzić, albo że sąsiadowi będzie się nudzić i zapuka. Naprawdę nie miał tu nikogo? Nawet nie mógł ponucić piosenek, bo radio wyłączył szykując się do snu. To, co teraz?
Wpakował się pod cienką kołdrę, otulił się nią, zarzucając wcześniej na siebie ciężki, wzorzysty koc.
-Dobranoc, pchły na noc. Karaluchy pod poduchy.-życzył, patrząc na roślinę, bo nie miał na kogo innego się patrzyć. Tak to właśnie jest w tej wielkiej stolicy. Tylu ludzi, a on nie ma do kogo się odezwać sensownie. Mógłby coś z tym zrobić, ale każda próba dawała złe uczucie pod skórą, bo to nie tak, że te znajomości przetrwają. One się rozpadną jak tylko wyjedzie stąd i czas jaki na nie przeznaczy okaże się być kompletnie zmarnowany. Już wolał mówić do swojego kaktusa, nawet jeśli ten nie odpowie ,,Dobranoc".
Za bardzo popada w depresyjne stany, może to te opary z samochodów i fabryk, może brak słońca, za którym tęsknił odkąd ukończył szkołę. Może gdyby mieszkał poza miastem byłoby lepiej, na wsi zawsze było słońce, a nawet jeśli padało, to deszcz nie zostawiał na skórze lepkiej powłoki. Tutaj wszystko było inne. W Londynie było inne niż na wsi. Na wsi z kolei wszystko było inne niż we Francji, w takiej Francji jaką pamiętał. Ile się zmieniło? Czy rozpoznałby swój dom?
-To są wszystko głupoty, na które nie mam ani grama ochoty.-zaburzał, przekręcając się na drugi bok, tyłem do kaktusa, jakby to on mu nagadał nieprzyjemnych rzeczy, a tak nie było. Dlatego też dość szybko zaczęły dopadać go wyrzuty sumienia i po sekundzie kaktus stał w doniczce na jednej z poduszek w dużym łóżku. Jego mały, kujący partner do wspólnego spania w samotności. Może powinien wyhodować na głowie kolejnego kaktusa, żeby jego obecny miał chłopaka? Rozważy to... rozważy. Mruczał w głowie postanowienia kiedy sen coraz bardziej go oplatał, w końcu obejmując całkowicie i ciepło.

Koniec sesji