Secrets of London
[12.03.1954] Prawdziwym Potworem Slytherina byli przyjaciele poznani po drodze - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [12.03.1954] Prawdziwym Potworem Slytherina byli przyjaciele poznani po drodze (/showthread.php?tid=3050)



[12.03.1954] Prawdziwym Potworem Slytherina byli przyjaciele poznani po drodze - Alexander Mulciber - 04.04.2024

Hogwart, łazienka Jęczącej Marty

Było krzywo.

- Jest krzywo - oświadczył gniewnie Alexander, przenosząc spojrzenie na Eden, która, jak mu się wydawało, wydała z siebie przed chwilą odgłos podejrzanie przypominający pogardliwe prychnięcie.

Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, że za chwilę napotka wzrokiem jej zniesmaczoną minę… Niestety, wiedział, że dziewczyna jest skłonna się na niego obrazić i zwyczajnie sobie pójść, jeżeli wkurzony powie jej teraz, że pentagram, który od dobrych kilku minut próbował narysować na łazienkowych płytkach wielkim, czerwonym flamastrem, jest równie krzywy, co jej morda, kiedy się tak zupełnie bez powodu marszczyła na organizację całego przedsięwzięcia.

Dosłownie kilka chwil temu przestali się kłócić o to, czy do aktywacji znaków runicznych i symboli mocy, które uparcie nie wychodziły Mulciberowi - nie posiadającemu artystycznych inklinacji - nie powinni mimo wszystko użyć prawdziwej krwi, nie zaś czerwonego tuszu. Ty wiesz ile musiałbym rozbić nosów, żeby poleciało odpowiednio dużo krwi?, obruszył się Alex. Może i ślizgonka miała w zanadrzu jakieś mroczne uroki i gotowa była wykrwawić jakiegoś puchona w ofierze dla wielkiego Salazara Slytherina, którego to misję próbowali właśnie dokończyć w szkolnej toalecie, po tym, jak dorwali się do tej samej książki o teoriach spiskowych, w której opisana była legenda Potwora Slytherina; bo czasami sam Mulciber zastanawiał się: “co tak naprawdę siedzi w głowie Eden Malfoy?”.
Takie rozważania nachodziły go zwłaszcza wtedy, gdy ta otwierała usta, by uraczyć go finezyjną (a co najlepsze, kompletnie pozbawioną wulgaryzmów) kaskadą inwektyw, tchnących w równym stopniu dziecięcą naiwnością co jakimś popierdolonym sadyzmem, których subtelna struktura z perspektywy językoznawczej nie śniła się nawet najlepszym jasnowidzom. Ale Alexander, mimo wszystko, podejrzewał, że dziewczyna za bardzo lubiła pozę lodowatej księżniczki z dobrego domu by zaryzykować upapranie wykrochmalonego mundurka krwią. Cała ta ciężka praca spadłaby więc na niego - niedoczekanie!

- Ćwiczyłaś w ogóle tę inkantację, co przetłumaczyłem ze starorunicznego? - zapytał w miarę cywilizowanym tonem, coby za bardzo się nie nudziła i nie mogła kręcić nosem na to, że tak długo zajmuje mu rysowanie pentagramu.

Eden Malfoy była dziwną dziewczyną. Nie tak dziwną, jak Ambrosia McKinnon - która jednego dnia wypłakiwała się w jego ramię na szczycie wieży zegarowej, ogarnięta jakimś dziwnym atakiem paniki, a kolejnego, z gruboskórną obojętnością uparcie rywalizowała z nim podczas lekcji wróżbiarstwa, jakby wszystko to kompletnie nie miało miejsca - nie tak dziwną, jak on sam, z jego starannie pielęgnowaną otoczką skonfliktowanego ze światem i samym sobą młodocianego jasnowidza o egzotycznym pochodzeniu; nie, w niej tkwił zupełnie inny rodzaj dziwności… Ale chyba właśnie dlatego tak ją lubił. Po prostu.

Wzdrygnął się nagle, jakby przeszedł go zimny dreszcz, i mimowolnie odchylił w tył: na kilka sekund przed tym, jak z ziemi wypłynął - ni stąd ni zowąd - duch.

- Jest krzywo - zgodziła się Jęcząca Marta, wywijając wysoko w powietrzu fikołka.

Miała szczęście, że od dawna była martwa, i że była dziewczyną, bo w tym momencie Alex miał ochotę wstać, i wyjść z siebie - do sąsiedniego planu astralnego - żeby jej wpierdolić.





RE: [03.1954] prawdziwym Potworem Slytherina byli przyjaciele poznani po drodze - Ambrosia McKinnon - 04.04.2024

Mama jej często powtarzała, żeby nie siadała na zimnym bo wilka dostanie.

A ona, oczywiście, nigdy jej wtedy nie słuchała.

Dlatego pewnie teraz siedziała w kabinie łazienki na pierwszym piętrze, przed samym wejście do kibla odgrywając swój mały taniec niezdecydowania, bo nigdy nie chciała korzystać akurat z tego miejsca. Wizja, że ją tutaj ta Marta napadnie, niezmiennie napełniała ją wątpliwościami i nakłaniała do zbyt długich rozważań, czy na pewno nie uda jej się doczłapać piętro wyżej lub niżej. Ale schody były zdradliwe i zwyczajnie robiły jej na złość, zmieniając swoje ustawienie tak, żeby doszła w miejsce, które było jej absolutnie nie po drodze.

Teoretycznie już dawno mogła i powinna z resztą wyjść z zajmowanej przez nią kabiny, ale kiedy tylko pociągnęła za spłuczkę, usłyszała jak ktoś do łazienki wchodzi. Minęło parę sekund, potem parę minut i McKinnon z każdą kolejną chwilą było coraz głupiej wyjść z ukrycia, tym bardziej że miała wrażenie że kojarzy obijające się od kafelek głosy.

Dodatkowo, jeden z tych głosów należał do chłopaka i początkowo to szczerze wierzyła w to, że za tymi drzwiami to się będą rozgrywać jakieś podboje i niekoniecznie chciała tej parce przerywać w tej wiekopomnej chwili, bo kimże ona była, żeby niszczyć dziewczynom ich miłosne podboje w kiblu. Ale potem zaczęli gadać o pentagramach, runicznych inkantacjach i znakach, przetykając to wszystko dywagacjami na temat tego, czy starczy im czerwony pisak czy może jednak należy z kogoś upuścić krwi.

Rosie była tolerancyjna, ale ten ostatni element nieco ją zaniepokoił, bo jeśli miał się sprawdzić, to ona była tutaj potencjalną ofiarą numer jeden, biorąc pod uwagę że znajdowała się na miejscu i przypadkiem podsłuchiwała właśnie rozmowę, której na bank nie powinna.

Dlatego podciągnęła nogi pod brodę, siedząc na klapie od kibla i zastanawiając się, jak właściwie powinna z tej sytuacji wybrnąć, czy długo jeszcze i że głos Mulcibera jak zawsze brzmiał niezwykle irytująco.


RE: [03.1954] prawdziwym Potworem Slytherina byli przyjaciele poznani po drodze - Eden Lestrange - 04.04.2024

Jaki pan, taki kram.
Pomyślała, ale nie powiedziała. Wcale nie dlatego, że nie chciała być niemiła; chciała, wręcz ją nosiło, żeby mu dosadnie przypomnieć o jego zubożałym intelekcie. Po prostu czuła, że jeżeli się do niego odezwie, zwłaszcza w sposób zakrawający na płachtę na byka, to ten pentagram wpisze w trapez i obwini za swoje skrzywienie psychiczno-motoryczne nie samego siebie, czy choćby rodziców, którzy sprezentowali mu tę genetyczną spuściznę, a ją samą.
Między demonami a prawdą, obwini ją tak czy siak. Zwyczajnie nie chciała mu się podstawiać.
- To kwestia perspektywy - oświadczyła wreszcie, wzdychając z nutą politowania w głosie. - Jak się odwrócę i zamknę oczy, to nawet mi się podoba - skwitowała, a następnie uśmiechnęła się przeuroczo. Zamknęła nawet te oczy, buzia jak marzenie, stała tam pozornie rozmarzona, jakby się nawdychała oparów znad kociołka z amortencją i wizualizowała sobie absolutną sielankę. Oczyma wyobraźni widziała ładnie narysowany pentagram, niechybnie przez kogoś, komu ręka się nie telepała jak emerytowanemu alkoholikowi z delirką. I żadnego Mulcibera w pobliżu.
Po chwili jednak przestała zgrywać optymistkę. Od nadmiaru uśmiechu robiły się zmarszczki, to po pierwsze, a po drugie wcale nie było jej do śmiechu. Nadal była święcie przekonana, że bez krwi to się po prostu nie uda. Cokolwiek, co próbował teraz wzywać Axel, musiałoby być głupsze niż on, żeby dać się złapać na czerwony mazak, a już sam Mulciber był głupszy niż ustawa przewiduje, więc nie sądziła, że cokolwiek niżej w łańcuchu pokarmowym było w stanie przyjść na świat i przeżyć pierwsze dni. Zerkała tak na niego raz po raz, gdybając sobie, ile zajmie mu połączenie kropek latających bezwiednie po jego pustej czaszce i dojście do rewelacji, że to nie krzywizna pentagramu jest istotą problemu.
- Inkantację? Ach, tak. Już prezentuję. - Wstrzymała się z wyrywaniem mu flamastra i stanęła praktycznie na baczność. Poprawiła ładnie koszulę, wyprostowała spódniczkę, a następnie odchrząknęła. Jak przedszkolak przed recytacją wiersza. - Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Etiam condimentum... - zaczęła monotonnym tonem i z pełną powagą na twarzy, patrząc gdzieś w odległy punkt łazienki, bo jeśli tylko spojrzałaby na twarz Alexa, parsknęłaby śmiechem i niechybnie zaniosłaby się łzami. A nie wolno sobie robić jaj z pogrzebu.
Przerwała jednak recytację, gdy dotarło do niej, że dalej tego testowego tekstu nie zna. Nieistotne, liczyło się dowiezienie żartu na tyle skutecznie, by ona się pośmiała, może nawet poklepała się potem po pleckach, a Mulciber tak się zagotował i zaczerwienił, żeby można go było pomylić z Weasleyem. Przyszła się tu dobrze bawić, a jeśli na potwora się nie zapowiadało, to przynajmniej pobawi się kosztem kolegi.
Wtedy zjawiła się Marta, która normalnie spotykała się z bardzo długą wiązanką nieprzychylnych określeń, które Eden mogłaby zamknąć w jednym spierdalaj, ale pójście na skróty zepsułoby jej dobrą opinię i obniżyło szacunek do siebie samej. Tym razem, nawet jeśli mówiła prawdę, tylko prawdę, i samą prawdę, też nie mogła pozwolić jej na wpychanie się w paradę. Tylko Eden mogła tutaj gnębić Alexandra.
- Gdzie? - zagaiła, ale kiedy Marta zaczęła wskazywać z wolna na pentagram, Malfoy nie poczekała aż dziewczyna znowu otworzy jadaczkę. - Nie, gdzie usłyszałaś, że cię ktoś pyta o zdanie? Proszę cię, weź rozbieg, przeleć przez ścianę i zejdź nam z oczu, bo jakimś cudem znajdę sposób na wskrzeszenie cię. I zapewniam cię, wkrótce potem znowu będziesz straszyć, ale tym razem jako Prawie Bezzębna Marta - wyjaśniła niby na spokojnie, ale jak na dłoni widać było te kurwiki w oczach, które płonęły w oczach Malfoy. Nawet jeśli rzucała te groźby na wiatr, intencje były jak najbardziej prawdziwe.


RE: [03.1954] prawdziwym Potworem Slytherina byli przyjaciele poznani po drodze - Alexander Mulciber - 06.04.2024

- Może powinnaś zamknąc buzię, a nie oczy - burknął cicho Mulciber, bardziej sam do siebie, niż do Malfoy, potrząsając przy tym wściekle mazakiem, który nie dalej jak dzisiaj osobiście wypełnił najlepszym czerwonym atramentem dostępnym w Esach Floresach do sprzedaży wysyłkowej. Raz w życiu chciał zaufać technologii, i tyle z tego wyszło! Nie dość, że ustrojstwo było cholernie nieporęczne, to jeszcze “przerywało” podczas rysowania po kafelkach, zaburzając realizację jego artystycznej wizji.

Stuknął parę razy różdżką w gruby flamaster, rozkładając go powoli na części pierwsze, tak, że ostatecznie wyłuskał wkład z atramentem przypominający miniaturową buteleczkę. Może coś tam się zapchało w środku? Podniósł jednak oczy, kiedy Eden przygotowała się do deklamacji starożytnej inkantacji… Nawet się trochę udobruchał, bo przez ten jej podniosły wstęp liczył, że potraktowała swoje zadanie poważnie - była dziewczyną, a one umiały mówić ładnie wiersze i lubiły artystyczne rzeczy, więc powinna dać jakoś radę - ale Malfoy, oczywiście, wolała się z nim wcześniej kłócić o kolor obrzędowych świeczek, zamiast poświęcić trochę czasu na naukę prostej formułki!!

- Jak ty niby chcesz wskrzesić Potwora Slytherina, skoro sama brzmisz, jakbyś była kompletnie bez życia? - zapytał sceptycznie Axel. - Dykcja w porządku - dodał, tonem znawcy - ale ta twoja “podwórkowa łacina” to…

Zaklął głośno, bo kiedy zmaterializowała się przed nim jęcząca zjawa, przewrócił niechcący wkład z atramentem i oblał sobie ręce i koszulę.

- Próbujecie mnie wskrzesić? - zawołała radośnie Marta i wywinęła kolejnego fikołka w powietrzu, masując przy tym ucho, tak, jakby próbowała pozbyć się zalegającej w nim widmowej wody. Głucha, czy głupia?, pomyślał Axel. Duch dziewczyny zdawał się być dalej w wyjątkowo dobrym nastroju: może ktoś tak energicznie spłukał wodę w klozecie, że zamiast zwyczajowej wycieczki po aquaparku w annałach zamkowej kanalizacji trafiła na rejs turystyczny all inclusive do samej Atlantydy?, zastanowił się Mulciber.

Marta wydawała się kompletnie nieświadoma tego, że ktoś ją właśnie obrażał - tak, jakby zdołała wyłapać tylko co drugie słowo z zasłyszanej właśnie rozmowy - tak samo jak i tego, że jej łazienka miała się wkrótce stać portalem umożliwiającym powtórne przyjście Potwora Slytherina; jak już skończyła swoje lewitacyjne swawole, zawisła bowiem nad ich głowami, przypatrując się ciekawie poczynionym przez Eden i Alexa przygotowaniom. Wyglądała tak, jakby leżała na brzuchu niewidzialnym łóżku: rękami podparła brodę, i, uśmiechając się przez łzy, zaczęła machać radośnie nogami zgiętymi w kolanach - tak jakby Alexander nie skończył dopiero co kląć na czym świat stoi, a Eden nie wygłosiła tyrady wstrząsającej solipsyzmami hogwarckich sraczy! - dla martwej uczennicy, rytualny krąg wydał się koleżeńską posiadówą!

- Jeszcze nikt nigdy nie próbował mnie wskrzesić! - załkał duch. - Wybaczę ci nawet to, że przyprowadziłaś chłopaka do łazienki dziewczyn. Jesteś taka miłaaaaa-aa! Wie-e-esz… Jeszcze n-nikt nie był dla mnie taki miłyyyyy!

- Zaraz się porzygam z tej waszej dziewczyńskiej solidarności - zakomunikował rzeczowo Alexander, krzywiąc się, kiedy Marta zaczęła wyć.

Wytarł ręce uwalane atramentem papierem toaletowym - przez chwilę zastanawiając się też, czy nie ukręcić sobie z niego zatyczek do uszu - i sprawdził raz jeszcze, czy buteleczka, którą przewrócił przez Martę jest teraz szczelnie zamknięta. Zapas tuszu miał na szczęście w swojej torbie. Nachylił się w stronę Eden, korzystając z tego, że duch jest zajęty wycieraniem swoich widmowych łez, i zaczął mówić ściszonym głosem.

- Zapomnijmy na razie o inkantacji, nie słyszę przez nią własnych myśli. - Mulciber od razu rzucił Malfoyównie ostrzegawcze spojrzenie, które mówiło: jeżeli powiesz, że to dlatego, że wcale nie myślę, to naprawdę się pogniewamy. - Co ty na to, żeby poświęcić w ofierze esencję życiową ducha? Może dostalibyśmy nawet jakieś honorowe odznaczenie za… Nie wiem. Usługi deratyzacyjne? - Miał w torbie puszka pigmejskiego, którego był gotów oddać Potworowi Slytherina na pożarcie, ale wstyd było przyznać, że trochę się już do niego przywiązał. A taka Marta, przecież to-to tylko lata po świecie i ludzi wkurwia!


RE: [03.1954] prawdziwym Potworem Slytherina byli przyjaciele poznani po drodze - Ambrosia McKinnon - 08.04.2024

Rosie musiała przyznać dziewczynie w duchu, że była całkiem sprytna ze swoimi odzywkami kierowanymi do Mulcibera i gdyby nie sytuacja, w jakiej się znajdowała, to chętnie by sobie jeszcze na to wszystko popatrzyła z bliska. Ale nawet jeśli mogła sobie teraz co najwyżej policzyć odpryski farby na wewnętrznej stronie drzwi kabiny, albo wszystkie te złote sentencje, które ktoś tutaj wypisał lub wyskrobał, bo mogła sobie całkiem dobrze wyobrazić te jego głupią twarz, kiedy jego towarzyszka podsumowywała go w kolejny sposób.

Powinna sobie zrobić jakieś notatki z tego, co ona właściwie tam gadała. Ale bardzo szybko doszła do wniosku, że absolutnie nie, bo skoro przyszła robić tutaj nie wiadomo co z tym Mulciberem, to głupie odzywki musiały być jedynym przejawem inteligencji, do jakiego była zdolna.

McKinnon przez moment nawet poważnie rozważała, żeby ruszyć się z tego kibla i stanąć na nim, próbując wyjrzeć ponad kabiną i popatrzeć, może nawet zidentyfikować tę dziewuchę, która mu towarzyszyła, a przede wszystkim ocenić, czy rzeczywiście było tak krzywo, ale do jej uszu doszedł wtedy głos Marty. Po plecach przeszedł jej nieprzyjemny dreszcz, który pojawiał się za każdym razem, kiedy uświadamiała sobie że gdzieś w okolicy plątał się jakiś duch, co w Hogwarcie było dość niefortunną przypadłością, biorąc pod uwagę że w zamku wręcz roiło się od duchów. Plus był taki, że Szara Dama, opiekująca się Ravenclawem, nie przepadała za towarzystwem uczniów i akurat jej McKinnon nie musiała często oglądać na oczy.

- To dlatego, że wcale nie myślisz - burknęła pod nosem, słysząc jego utyskiwania, mocniej obejmując kolana rękoma i trochę na tym klozecie zaczynając się bujać, od tego wszystkiego ją chyba choroba sieroca łapała.


RE: [03.1954] prawdziwym Potworem Slytherina byli przyjaciele poznani po drodze - Eden Lestrange - 27.05.2024

- Może powinieneś... - zaczęła pyskówkę, ale urwała. Zatrzymała się tak wpół zdania, przystawiła wyciągnięty palec wskazujący do ust w geście zadumy, po czym skierowała go w kierunku Mulcibera. - Nieważne. Miałam powiedzieć, że może powinieneś skoczyć oknem, ale wisząca nad nami niczym topór kata Marta przypomniała mi, że śmierć w tym zamku czasem nie jest permanentna. Niby byś się zabił, a i tak, jak zwykle, łaziłby za mną Kompletnie Bezmózgi Axel - wyjaśniła, kręcąc głową zawiedziona. Na twarzy Eden wykwitł smutek wręcz, ale Mulciber chyba znał ją na tyle dobrze, by wyczuć pismo nosem i zobaczyć, że podszyty jest wierutnym fałszem.
Oczywiście, że nie nauczyła się formułki. Od początku nie wierzyła, że Alexander mógłby cokolwiek w swoim życiu osiągnąć, więc nie liczyła na zobaczenie żadnego potwora Slytherina. Nie miała nic lepszego do roboty, więc przyszła tu popatrzeć jak się męczy, pośmiać się z niego (podobno prawdziwi przyjaciele śmieją się z tobą, a nie z ciebie, ale Eden była dwulicową suką i najgorętszą kandydatką na wiarołomcę roku), a potem zabrać biedaka stąd na tyle sprytnie, by nikt nie spostrzegł, że się szlaja po damskich toaletach. Pewnie doszłoby do plotek, że go kręci obłapywanie pierwszoklasistek po kiblach, i że te jęki dobiegające z łazienki to wcale nie była Marta, a Eden nie chciała zszargać sobie opinii zadawaniem się z kimś takim.
Oczywiście nikt nie wziąłby pod uwagę opcji, że ofiarą zalotów byłaby Malfoy, bo gdyby przyszło co do czego, to pierwsza wrzuciłaby go pod pociąg.
- Znam też łacinę kuchenną, ale jeśli liczysz na prezentację, to musisz się obejść smakiem, bo urąga powadze mojej osoby - oznajmiła, posyłając mu najpaskudniejszy uśmiech. Może nie miała zamiaru przeklinać na głos jak niewychowane zwierzę, ale po ujrzeniu tej miny Axel mógł być pewny, że nie oszczędza jego osoby pod tym względem w swoich przemyśleniach. Homer nie powstydziłby się epitetów, które Eden swojemu drogiemu przyjacielowi w swych myślach nadaje.
- Poza tym, w tym momencie jedyne co chcę wskrzesić, to moje zainteresowanie tą sprawą. Miało być śmiesznie, Mulciber, a póki co robisz z siebie debila na smutno. Przestań majstrować przy tym badziewiu i coś wymyśl - syknęła, podchodząc do niego, by wyrwać mu ten przeklęty flamaster i spłukać go w pobliskiej umywalce. Niestety drogę zastąpiła im Martunia, która chyba zlitowała się nad cierpieniem z nudów Eden i postanowiła rozkręcić karuzelę śmiechu. Malfoy zaśmiała się niemiło, kiedy czerwony atrament wylądował na koszuli Mulcibera. Podparła się pod boki, odchodząc z powrotem na miejsce.
Chciała skomplementować kolegę, że chcieć znaczy móc, bo właśnie pokazał, że potrafi być jednak zabawny. Niestety Marta piszczała podniecona, bo obelga przeleciała przez nią jak wszystko, co do tej pory Eden próbowała w tę siksę rzucać. Ślizgonka stała tam z kamiennym wyrazem twarzy, nie reagując choćby uśmiechem na komplementy. Jeśli Marta miała Eden za miłą, to musiała mieć nieźle rozjechane zdolności poznawcze.
- Rzygaj na zdrowie, daleko do umywalki nie masz - burknęła do Axela, który mógł sobie darować ten komentarz, bo żadnej damskiej solidarności tu nie było. Solidarnie to raczej ich dwójka chciała Martuni przydzwonić w ten pusty czerep, ale z przyczyn niematerialnych i spirytystycznych się zwyczajnie nie dało. Zerknęła raz jeszcze na zjawę, czując, że jej też śniadanie do gardła podchodzi. - Ale potem moja kolej i trzymasz mi włosy. -
Wtem Mulciber zaproponował porzucenie pomysłu inkantacji, pod pretekstem niesłyszenia własnych myśli. Eden już otworzyła usta, żeby mu dopiec, że to stan zwyczajny i nie rozumie, co mu w tym przeszkadza, ale sprzedał jej to spojrzenie, które jasno mówiło, że odwalił robotę za nią i sam się już zwyzywał w zaciszu własnego sumienia. Malfoy uśmiechnęła się szczerze, bo wdzięczna była, że jej śliny oszczędził.
I niby sobie darowała docinkę, a i tak rozeszła się po łazience. Eden przez chwilę się aż zawahała, czy aby nie postradała zmysłów i nie straciła kontroli nad własnym ciałem - co jeśli odruchowo już wyzywa Mulcibera, tak bezwarunkowo, że nawet tego już na języku nie czuje? Ale im dłużej o tym myślała, tym bardziej przekonana była, że to co usłyszała, nie brzmiało jak jej głos. Nie mogła się też uśmiechnąć ku Marcie, bo głos był za mało piskliwy jak na to latające kurwisko.
A więc mieli towarzystwo.
Spojrzała na Mulcibera, jakby chciała mu przysiąc wzrokiem, że tym razem to nie ona go zwyzywała. Nie była też pewna, czy on to w ogóle usłyszał, bo utyskiwanie było cichutkie, ale nie chciała potwierdzać. Chciała nieproszonego gościa wziąć z zaskoczenia. 
- Znakomity pomysł, ale zostawmy go na później - oświadczyła, nie mogąc ukryć dziwacznego entuzjazmu. - Nie próbowaliśmy jeszcze z ofiarą żywą. A tak się składa, że chyba gdzieś tutaj mamy ochotnika - oznajmiwszy słodko, zaczęła po kolei otwierać wszystkie kabiny, aż w końcu znajdzie autora obelgi skierowanej do Mulcibera.
Choć jeszcze nie wiedziała, czy chce tej osobie pogratulować, czy faktycznie poświęcić w ofierze w ramach kary za podsłuchiwanie.


RE: [03.1954] prawdziwym Potworem Slytherina byli przyjaciele poznani po drodze - Alexander Mulciber - 15.09.2024

Tylko przechylił z zaciekawieniem głowę, kiedy Eden rozpoczęła swoją tyradę. Zastanawiał się, jak długo przyjaciółka wytrzyma na jednym oddechu: całkiem długo, ocenił, kiedy zaczerpnęła powietrza, by kontynuować, może jakby wepchnąć jej głowę do kibla pobiłaby jakiś rekord nurkowania na czas. Żałował, że z przyzwyczajenia wsłuchał się w treść wypowiedzi Eden, zamiast puścić wszystko mimo uszu, jak to często robił w towarzystwie innych, bo nie podobał mu się kierunek, jaki obrała ich dyskusja. Gówno wiesz o duchach, pomyślał, wykonując na wszelki wypadek obronny gest odpędzający złe moce – stary zabobon, który, nie wiedzieć kiedy, zdążył wejść mu w krew – o niektórych rzeczach – o tabu – lepiej było nie mówić głośno, aby nie ściągnąć na siebie przypadkowo przekleństwa fatum. Głupia smarkula, ciekawe, co by powiedziała, gdyby stanęła twarzą w twarz z odartymi z resztek człowieczeństwa monstrami nawiedzającymi najstraszliwsze z cygańskich opowieści o duchach. Chociaż na usta cisnęło się Alexandrowi kilka nieprzyjemnych odzywek, ostatecznie nic nie powiedział, zadowalając się zrobieniem delikatnie poirytowanej miny, która sugerowała, że bardziej niż zawoalowanymi obelgami wymierzonymi w jego zdolności intelektualne czuje się urażony jej ignorancją. Chociaż, kiedy dłużej nad tym zastanowił, to słowa Eden nie wymagały komentarza: naprawdę wyobrażała sobie, że gdyby jakimś cudem stał się duchem, nie miałby nic lepszego do roboty, tylko za nią latać? Urocze. 

Zresztą, cały ten naprędce zaimprowizowany plan miał inną, o wiele poważniejszą wadę.

Eden, jesteśmy na drugim piętrze – wyjaśnił cierpliwie, z trudem powstrzymując się od przewrócenia oczami. Zwrócił się do dziewczyny jak gdyby ta była nieco opóźniona i potrzebowała, aby ktoś wytłumaczył jej, gdzie jest przód, a gdzie tył hipogryfa. – To za nisko, żebym zginął – stwierdził sucho, porzucając protekcjonalną pozę, kiedy przeszedł do sedna sprawy: ton Alexa był doskonale obojętny. – Mój brat zrzucił mnie kiedyś z antresoli z wysokości trzeciego i tylko zwichnąłem sobie obojczyk. 

Ostatni raz potrząsnął mazakiem zanim schował go do tylnej kieszeni spodni, zdegustowany, że poplamił sobie swoją ulubioną koszulę przez to badziewie.

“To dlatego, że wcale nie myślisz.”

Ten głos nie należał do Eden, nie należał także do Marty, wciąż jednak brzmiał dziwnie znajomo. Alexander podniósł się z podłogi, sięgając leniwie po różdżkę. Wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Eden. Niespiesznie ruszył w stronę kabin toaletowych, zaczynając od przeciwnego końca niż ślizgonka, niby od niechcenia otwierając kopniakiem kolejne drzwi.


Czym jest łacina kuchenna? – zainteresowała się międzyczasie Marta, lądując na krótką chwilę na ziemi. Desperacko próbowała ściągnąć na siebie uwagę uczniów, którzy wydawali się do tej pory na poważnie podchodzić do sprawy wskrzeszenia jej: wydawała się być trochę onieśmielona krukonem – kiedy wbił w nią to intensywne spojrzenie na chwilę niemalże stała się przezroczysta – ale po chwili stwierdziła, że nie może być taki zły, skoro przyprowadziła go tutaj ta miła blondynka. Byłby całkiem przystojny, gdyby nie patrzył cały czas spode łba, stwierdziła złośliwie. Mimo to, dalej nie ufała chłopakowi – w dziewczęcej łazience był w końcu intruzem, nieważne, jaka motywacja go tutaj sprowadziła – zamierzała trzymać się bliżej ślizgonki. Tylko dlaczego blondynka nie zwracała na nią uwagi? Czyżby zapomniała o swojej misji? 

Jeżeli mnie nauczysz jakichś interesujących słówek, ja mogę nauczyć ciebie… Hmmm… Łaciny łazienkowej! – Martwa dziewczyna klasnęła w dłonie, spontanicznie wywijając kolejne salto w powietrzu. Duch podążył za blondynką, która – z tego, co zrozumiała Marta – wyczuła w jej łazience obecność intruza. Kolejny dowód na to, że można jej ufać, pomyślała triumfalnie martwa dziewczyna. Marta nie cierpiała intruzów. Nie cierpiała, kiedy ludzie pałętali się po łazience bez żadnego poszanowania dla jej prywatności: to była jej łazienka, ona tutaj zginęła, na gacie Merlina, a żywi przychodzili tu, żeby poplotkować albo wysikać się w przerwie między lekcjami?! Na grób własnej matki też by nasikali?! Och, uwielbiała ich straszyć, mieli wtedy za swoje! Może gdy już ślizgonka pomoże jej powstać z martwych zostaną przyjaciółkami? 

No dobrze, nauczę cię łaciny łazienkowej i tak, tylko nie wolno ci powtarzać tego nikomu innemu – wyszeptała konspiracyjnie Marta, zawisnąwszy nad uchem Eden, choć piskliwy głos, nawet zniżony do szeptu, niósł się bez przeszkód po całej łazience. – Sssss… – Dziwne zimno owionęło policzek ślizgonki, kiedy ta zamierzała się, by otworzyć kolejną kabinę. Odgłosy, które wydawała z siebie Marta nie były odgłosami, które mógł wydać z siebie człowiek: przypominały coś pomiędzy cichym szumem płynącej wody, a sykiem węży, magicznie zwielokrotnionym przez echo zaświatów.


Alexander miał gdzieś zdolności lingwistyczne Marty. Otworzył z impetem kolejne drzwi.

No proszę, kogo my tu mamy. – Oparł się nonszalancko o framugę otwartych na oścież drzwi, blokując przejście. Czuł, jak na wargi ciśnie mu się głupi uśmieszek, ale powstrzymał się w ostatniej chwili: zdradzić mógł go tylko kącik ust, który zadrgał nieposłusznie na widok skulonej w kabinie Ambrosii. Zniżył głos, by brzmiał nieco głębiej. – Szpiegujesz mnie, McKinnon?

Koniec sesji