Secrets of London
[02.69] Another one bites the dust | Louvain & Millie - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [02.69] Another one bites the dust | Louvain & Millie (/showthread.php?tid=3062)

Strony: 1 2


[02.69] Another one bites the dust | Louvain & Millie - Millie Moody - 06.04.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Piszę, więc jestem

luty 1969

Londyn

Jebane imprezy bogatych dupków

Mogłaby gdzieś wywalić swoją różdżkę z kabury i nasprejować na tych ich elegancko białych ścianach kilka ciepłych słów. Ale była na służbie trzeba było być grzeczną kurwa dziewczynką. Trzeba było trzymać tą wewnętrzną bestię na wodzy, zacisnąć zęby i nie myśleć jak parszywą miała dzisiaj robotę.

Niby powinna się jarać jak choinka na Jule. Impreza bowiem była quidditchowa. Ktoś dał cynk, że coś się na niej odjebie, nie wchodziła w sumie detale. Patrol przyjechał, sprawdził i zostawili kurwa JĄ na miejscu, co by miała oko. Bo przecież hej Milusia (och porachowałaby kości komuś kto wymyślił to debilne zdrobnienie) kocha quidditcha, to się świetnie będzie bawić pośród zawodowych zawodników zawodosko zarabiających pizdyliard razy więcej od niej, mając połowę umiejętności jej z czasów szkolnych. I jeszcze te jebane Notty co miały miotły we krwi (żeby nie powiedzieć w dupie), magiczne wspomagacze, kto to w ogóle dopuszczał do gry, wszystko jedna wielka jebana ustawka po to, żeby ją wkurwiać.

I jeszcze nie mogła pić.

W końcu była na służbie.

Na szczęście snobistyczne kutafony, które chuja wiedziały o prawdziwym sporcie rozrzedzały się, impreza ewidentnie dogasała i nikt nie rozjebał tej lansiarskiej stodoły z marmuru. Wyszła na taras i wyciągnęła ze srebrzystej papierośnicy skręta. Zbliżał się koniec miesiąca i nie stać już jej było na ulubione fajki. Odliczała do wypłaty, bo nienawidziła tego taniego tytoniu, ale co zrobić, płuca domagały się uwagi. Jej czarne, splątane włosy spacyfikowane były w jakiś niedbały kucyk. Mundur prezentował się w miarę dumnie, posiadanie kuzynki ze zmysłem estetycznym pod pachą miało jakikolwiek plus skoro zarówno ona jak i Alastor w dupie mieli zaklęcia prasujące.

Zaciągnęła się odruchowo, patrząc przymrużonymi oczyma na statek w czasie sztormu, który był wygrawerowany na papierośnicy. Rozległy piorun próbował co rusz w niego uderzyć, fale poruszały się monotonnie kołysząc drewnianą łupiną galeonu. Pamiątka po tym jak jebnął nią piorun. Brat powiedział, że to ma być ostatni raz. Uspokajała go, że pioruny raczej nie walą dwa razy w to samo miejsce. Dla siebie zachowała myśl, że teraz sama jest piorunem.

Liczyła, że będzie miała chwilę spokoju.

Nigdy nie była dobra z matmy.


[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/aa/11/fb/aa11fbdf891afe8d68b6a8bb0d50c245.jpg[/inny avek]


RE: [luty 1969] Another one bites the dust - Louvain Lestrange - 07.04.2024

Te snobistyczne kutafony, które chuja wiedziały o prawdziwym sporcie, właśnie rozjebały całą ligę krajową. I chociaż Louvain spełniał bardzo wiele przesłanek do bycia snobistycznym kutafonem, nigdy samego siebie by tak nie nazwał. Bo snobistyczny kutafon w życiu nie poszedłby na taki układ z BUM, w którym jedna z mundurowych zostaje na imprezie w ramach kompromisu obu stron. Imprezowiczów z brygadzistami mianowicie. Wolałby kazać wszystkim wypieprzać do domu, niż przystawać na warunki wynegocjowane przez menagera Lestranga, któremu o wiele bardziej zależało na polubownym rozwiązaniu sytuacji, niż panu "onicniedbam". Bo co go tam interesowało, że ktoś z kimś dał sobie po mordzie, a ktoś kolejny nakręcił z tego aferę. Niech ich zabierają w cholerę, posiedzą dobę na ławeczce na komendzie i ochłoną. Ale może faktycznie, przyjęcie okolicznościowe zorganizowane u domu Louvaina, przez Louvaina nie powinno się kończyć w tak nieprzyjemnej atmosferze jak nalot glin.

Tak szczerze to nie chciał kończyć teraz baletów, a już na pewno nie chciał zostać sam. Ostatnimi czasy unikał samotności za wszelką cenę, byle tylko nie zostać w pojedynkę z własnymi myślami. Bał się, że zacznie zbyt intensywnie myśleć o tym co powiedział mu kilka tygodni temu lekarz. Że jego stan zdrowia się pogarsza, a dalsza eksploatacja organizmu może skończyć się dla niego katastrofalnie. Nie powiedział o tym nikomu. Nie powiedział trenerowi, prawnikowi, ojcu, siostrze, nikomu. On nie potrafił przyznać tego przed samym sobą, więc po prostu odbił tą informację i żył jakby nic się nie zmieniło. Przecież dopiero co wygrał ze Srokami ligę. I dokładnie w ten sposób o tym mówił, że to on wygrał, bo złapał ten znicz. Nie drużyna, nie trener, ani wierni kibice, tylko on sam. Bo on już taki był, wieczny samograj który nie potrzebował nikogo i niczego do zwycięstwa.

Pewnie dlatego nie było tutaj zbyt wielu zawodników, ba nawet przyjaciół było niewielu. Był cały jego sztab, bo im za to płacił, ale oni nie byli jego przyjaciółmi. Atreus i Borginy, byli już na dwóch innych jego balangach, więc albo byli zmęczeni nim i całym tym oklaskiwaniem Lestranga, albo mieli po prostu swoje sprawy. Z zawodników byli tutaj rezerwowi szukający, bo im się to zwyczajnie opłacało i drugi z pałkarzy Srok, który jeszcze nie zdążył się poznać na "koledze" z drużyny. Ciężko się dziwić, kiedy ten traktował resztę graczy jak tło dla siebie i to nawet nieco zbędne.

Zabawa jednak trwała dalej, a Lou przynajmniej nie był samotny. Bo kiedy dowiedział się kto konkretnie zostanie na miejscu, żeby przypilnować balangowiczów, zniknęły wszelkie wątpliwości. Nagle układ, który niby miał być karą, stał się dodatkową atrakcją, którą zostawił sobie na sam koniec. Bo wiedział, że musiała zostać do samego końca, bo nigdy nie wiesz czy tych ostatnich kilku durni, najbardziej wstawionych i odurzonych nie wpadnie na jeszcze głupszy pomysł.

I właściwie nie zauważył kiedy kółeczko uśmiechniętych i zapatrzonych w niego gości, zmieniło się w dwójkę ledwo stojących na nogach typów. Odbił od nich, bo ewidentnie przestało mu się to podobać, byli jacyś tacy mało prestiżowi i w dodatkowo słabo reagowali na jego żarty. Przybił z kimś piątkę na pożegnanie, uścisk z uroczą barmanką wynajętą na ten wieczór.

I cisza.

Przeraził się, bo jak to sam? Na moment, bo nerwowo rozglądając się dookoła trafił na czyjąś sylwetkę. Najpierw dostrzegł, że zgrabną, dopiero potem, że w mundurze. Ah no tak, prawie by zapomniał. Uśmiechnął się kącikami ust, bo dawno jej nie widział. Wychodząc na taras, zarzucił na plecy biało-czarną szatę z logotypem Srok z Montrose, przecież na zewnątrz wciąż zima.

- Striptiz był kilka godzin temu, może już pani wracać do domu... - rzucił sarkastycznie, zamykając za sobą drzwi na taras. Podszedł bliżej, by przyjrzeć się bliżej. I dopiero kiedy niby dostrzegł twarz funkcjonariuszki, zreflektował się. - Oh to Ty Millie, wybacz. - z zadziornym uśmiechem, położył rękę na swojej piersi. Chciał zapytać o papierosa, ale widząc co Moody trzyma w rękach sam sięgnął do kieszeni spodni i na szczęście znalazł w niej coś co kosztowało przynajmniej parę galeonów. Za sztukę. - No no, powiem Ci, że nawet Ci pasuje... - przerwał, by odpalić i zaciągnąć się szlugiem - Tylko Ty mi do munduru jakoś nie pasujesz. - zaśmiał się bezdźwięcznie. Nie sądził w Hogwarcie, że kiedyś Millie zaciągnie się do trepów. Nie zapamiętał jej jako harcerki, chociaż nie dzielili zbyt wielu wspólnych wartości.




RE: [luty 1969] Another one bites the dust - Millie Moody - 10.04.2024

Pojawienie się gospodarza imprezy nie zbudziło wiele więcej emocji w głowie niestabilnej, ale całkiem wysoko funkcjonującej dziewuchy. To jak wlewać kubek wody do oceanu – kapka w tę czy drugą stronę nie zmieniała za bardzo sytuacji.

Mills zmrużyła czujnie złociste oczy, w których odbijała się nikle łuna oświetlenia rezydencji. Obserwowała go czujnie, zupełnie tak jakby zamierzała w każdej chwili zarzucić mu złamanie jakiegoś paragrafu i zakucie w magiczne kajdanki. Oj mocno by pętała złociste struny na tych wyglansowanych łapkach. Cała jej postawa zdradzała gotowość do podjęcia rękawicy, niedawne rozluźnienie przy fajce podczas pełnieni służby czmychnęła gdzieś niepostrzeżenie.

Dała mu mówić, choć szczupła twarz wyrażała niechęć i dystans od pierwszych jego słów. Ani na moment nie zabrała spojrzenia, zupełnie jakby bawili się w grę, kto pierwszy odwróci wzrok. Ona nie zamierzała przegrać. Nienawidziła przegrywać, nawet jeśli całe jej życie było jedną wielką porażką.

Gdy w końcu umilkł, oblepiwszy ją tymi wszystkimi "komplementami", sarknęła w ponurym rozbawieniu:
– Striptiz był kilka godzin temu. – rzuciła zamiast jakiejkolwiek normalnej odpowiedzi, zaciągając się swoim wyciągniętym z kałuży biedy skrętem.
– Towarzystwo się rozlazło, nic nie wybuchło brawo, takie imprezy lubię najbardziej. – skłamała. Wolałaby zgarniać szufelką ich flaki rozwleczone po okolicy. Ale przystojniaczek nie musiał o tym wiedzieć. – Nic tu po mnie w takim razie panie obywatelu, w imieniu Brygady Uderzeniowej dziękujemy za współpracę i polecamy się na przyszłość. – w jej ustach formułka brzmiała płycej niż dno kałuży z roztopionej hałdy śniegu. Ciągnęła mocno, a żar przesuwał się po ususzonych liściach, nadpalając z pewnością filtr. Jej usta smakowałyby teraz jak popiół który tak zachłannie wtłaczała sobie do płuc.


[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/aa/11/fb/aa11fbdf891afe8d68b6a8bb0d50c245.jpg[/inny avek]


RE: [02.69] Another one bites the dust | Louvain & Millie - Louvain Lestrange - 14.04.2024

Czułby się przynajmniej niezręcznie, gdyby panna Moody zareagowała na niego inaczej, niż pasywną apatią. Dobrze wiedział, że prędzej ujrzy jej środkowy palec, niż uśmiech na powitanie. I właśnie tego oczekiwał, zawracając jej głowę swoimi szczeniackimi zaczepkami. Dlatego kiedy tylko zmierzyła go tym swoim niechętnym spojrzeniem, jego usta mimowolnie poruszyły się. Czupurny uśmieszek wymalował jego buźkę, bo uwielbiał pchać się dokładnie tam gdzie go wcale nie chcieli. I on również nie zamierzał odwrócić od niej wzroku, ani jedna cenna sekunda tej karcącej go w każdym calu mimiki nie mogła się zmarnować niezauważona.

- Najlepsze dopiero przede mną... - stwierdził niezbyt oględnie. Impreza imprezą, ale dopiero teraz liczył na pożywkę dla swoich złośliwych diablików. Przy tym całym wymienianiu niewerbalnych "czułości", pociągał z odpalonego papierosa, głęboko i siarczyście, a żar z jego końca odbijał mu się iskrą w onyksowych tęczówkach. Pokręcił głową niby z rozbawienia, kiedy rzuciła w niego trepowską formułką. Służbistka się znalazła. Zacmokał kilkukrotnie kiedy stwierdziła, że na nią pora.

- Nie zdążyłem się nawet rozkręcić, a Ty już masz mnie dość? Schlebiasz mi Millie, naprawdę. Z uśmiechem szelmy, położył otwartą dłoń na swojej klatce i pochylił się nieznacznie w jej kierunku, w sarkastycznym geście składając przed nią niby ukłon. Drobne, słowne przepychanki to urocza odmiana dla cyklicznego poklepywania go po pleckach, przez wszystkich dookoła. Przynajmniej był święcie przekonany o szczerości jej intencji w przeciwieństwie do całego wcześniejszego towarzystwa, które chciało wyłącznie uszczknąć coś dla siebie przebywając w otoczeniu Lestranga.

- Daaaj spokój... Zostań. - rzucił przeciągając ironicznym tonem. Zbliżył się o pół kroku w jej kierunku, stając jej nieco na drodze do wyjścia. Tak łatwo jej teraz nie odpuści skoro los sam podsunął mu ją na srebrnej tacy i to wręcz do jego własnego apartamentu. A skoro tak bardzo chciała spokoju to po jaką cholerę była, aż tak uroczym gnojem co? - Poleję Ci czego sobie życzyć, a Ty w zamian przypomnisz mi dlaczego jestem dupkiem, co Ty na to? Na koniec uśmiechnął się tym razem nieco pogodoniej. Byłoby miło w końcu porozmawiać z kimś kto wiedział, że jest złamasem zanim to było modne. Miał ogromny sentyment do tych ich pyskówek ze szkoły oraz sportowej rywalizacji.




RE: [02.69] Another one bites the dust | Louvain & Millie - Millie Moody - 17.04.2024

Patrząc mu prosto w oczy, przeciągając ten moment śmierdzący znikającym w bezlitośnie sunącym ku ustom żarze, rozpięła klamrę swojej brygadzkiej pelerynki. Czyli jednak striptiz? A może właśnie dawała mu znać, że służba zakończona? Że rozmawiają prywatnie.

Pet przewędrował z jednego kącika ust do drugiego, szary ocieplany dodatkową warstwą piki materiał zlądawał niedbale na śniegu, trzymany hakiem uformowanym z koniuszków palców. Kokieteryjnie, lekceważąco.

– Nie wystarczy Ci patrzenie w lustro? – odpowiedziała zaskoczona na wzmiankę o konieczności przypominania komukolwiek, że jest dupkiem. Zwłaszcza, że ten tutaj egzemplarz miał wymalowane to na czole. Ach... to pewnie dla tego, na czoło patrzysz w końcu tylko w okolicach lustra. Trzeba byłoby ujebać mu permanentnie ręce z tym krótkim memo.

– Nie po to pastowałam buty całą noc, żebyś mi je zarzygał lalusiu. Przyjmuję jednak dowody wdzięczności na wynos. Pokaż jakie skarby trzymasz w swojej ciasnej szafeczce, żebym wiedziała z którą słodką panną spędzę dzisiejszą noc. – Już wyobrażała sobie jej piękne szklane krzywizny, przelewające się wewnątrz złoto. Przez myśl jej przeszło czy wpadnie również na jakąś słodko-pierdzącą dziunię z którą Louvian zamierzał się ruchać tej nocy. Choć może to raczej będzie dziuń, z wielką pałą do obciągania. Louvian śmierdział pedałem, nie zdziwiłaby się jakby drogę zagrodził jej jakiś porzucony złamany nadgarstek obwiązujący jej szyję jebanym pierzastym boa.

Niedopałek poleciał w śnieg, nie zamierzała ani na moment interesować się jego losem. Śmieciła? Może. Sama sobie nie wystawi mandatu przecież. Wyminęła go i przekroczyła próg na powrót do domu jego domu, wyjście w końcu było z drugiej strony tego ociekającego luksusem i smrodem minionej imprezy potwora. Za trzeźwa była zdecydowanie na tę "misję", na samo wspominanie jej, tego nie dało się ukryć.


[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/aa/11/fb/aa11fbdf891afe8d68b6a8bb0d50c245.jpg[/inny avek]


RE: [02.69] Another one bites the dust | Louvain & Millie - Louvain Lestrange - 23.05.2024

Jeśli jego błędy sprowadziły go do tej sytuacji, to chętnie cofnąłby się w czasie by spierdolić coś jeszcze. Te milczące mikro momenty pomiędzy zaciąganiem się dymu, znienawidziłby z miłości gdyby chociaż wiedział co to takiego. Zagwizdał pod nosem, niby z wrażenia, widząc jak służbowa peleryna ląduje na śnieżnej posadzce. Nasi prowadzą.

- Ten przystojniak zza zwierciadła? Wie wszystko, zanim otworze usta... - odrzucił z chłopackim uśmieszkiem sarkazmu. Ciężko prowadzić dysputę z kimś, kto ma dokładnie takie samo zdanie na każdy temat. Może i szybko, bo on i ten narcyz z lustra dochodzą do tych samych wniosków, jednak przewód naukowy jest skąpy w metodologie. Być dupkiem to nie grzech, ani wstyd. Grzechem byłoby nie podzielić się treścią swoich złośliwości ze światem. Dlatego Millie szybko udzieliła samorozgrzeszenia, a jej słowa choć z pozoru cierpkie, rozbawiły go.

Sama wytoczyła ścieżkę, nie musiał jej nawet przepuszczać w drzwiach tarasu. Przymknął za nimi wyjście na zewnątrz, nie robiąc sobie wiele z porzuconego niedopałka na podłodze rzuconego przez Moody. To również nie jego problem, przecież nie on będzie to sprzątał. Uraczony jej nonszalancją powtórzył czynność dołączając swój papieros do jej.

- Naprawdę szkoda Ci tych trzewików? - odburknął cienkim głosem, sugerując oceniający ton wymieszany z delikatnie kpiącym zabarwieniem. Spojrzał w dół na jej buty ze skwaszoną miną, choć oczy sugerowały całkiem dobrą zabawę. Westchnął ciężko niby rozczarowany tym jak Ministerstwo tnie koszta na swoich biednych i wyzyskiwanych trepach. - Wiesz, mam taki zwyczaj, że ostatnia ślicznotka, która ode mnie wychodzi, może liczyć na drogi prezent jeśli tylko spisze się na medal... - dorzucił nie odpuszczając z zadziornego tonu. To tyle ile mogła liczyć z podarunków, bo alkoholem dzielił się tylko wtedy kiedy rozlewał na dwóch. Nawet jeśli był nieprzyzwoicie bogaty to wciąż każda butelka miała swoje dno, niestety.

Odwrócił się w końcu, by sięgnąć do jednej z szafek i poszukać coś odpowiedniego do tej rozmowy. Co nie było takie proste, bo dobrze wiedział, że ma przed sobą nie byle jakiego gorzelnika i zapewne to ona pierwsza by zwróciła treści na widok ginu który najbardziej lubił i który najczęściej serwował swoim gościom. Pomruczał moment przed nosem, zaglądając do barku i próbując złowić coś dobrego wzrokiem. - Ah tak...- rzucił cicho, kiedy odpowiednia butelczyna ujawniła się zza rogu niczym profesjonalna modelka wybiegowa. Najprawdziwszy armaniak prosto z serca Francji, podarowany mu w grudniu na święta. Wysoki woltaż, dla wysokich oczekiwań. Pewnie przeleżałby tam zamknięty i całą wieczność, bo on nie pijał takich mordo wykrętów, ale na te jedną noc mógł zrobić wyjątek. Najwidoczniej bardzo mu zależało na utrzymaniu uwagi Milesa.

Chwycił za dwie szklanki i razem z butelką przystanął przy czarnym, kamiennym blacie, przestronnej wyspie w kuchni. Jednym ruchem ramienia, zrzucił wszystko co stało na jednym z rogów, mając kompletnie w dupie ile szkła i zastawy roztrzaskał tym posunięciem. To wciąż nie był jego problem. - Ehh młoda... Powinnaś razem ze mną świętować wygrany sezon, a nie bawić się w jakiegoś harcerzyka. - rzucił niby od tak, od niechcenia. Bo chociaż w tym mundurze, jej uszczypliwości nabierały dodatkowego uroku, to zdecydowanie wolał ją widzieć w jednej drużynie na boisku. Przysunął bliżej niej jej szklankę z winogronową wódka oczywiście z zadziornym uśmieszkiem na twarzy.




RE: [02.69] Another one bites the dust | Louvain & Millie - Millie Moody - 29.05.2024

Ostatnia ślicznotka, która ode mnie wychodzi, może liczyć na drogi prezent jeśli tylko spisze się na medal...

To była czerwona, bardzo piękna i szykowna płachta na byka. Gdyby Mildred wiedziała cokolwiek na temat muzyki, gdyby znała się na niej tak jak znała się na malarstwie, pomyślałaby pewnie, że o to ruszają nie w tango, tylko w hiszpańskie paso doble, które – choć podobne w gorącym rytmie – niosło ze sobą nieco inny wymiar niż starcie ciał podczas argentyńskiej nocy. Paso doble było odtworzeniem w ludzkich ruchach corridy, walki na śmierć i życie między torreadorem a bykiem. Kobieta w tym tańcu sprowadzona była zarówno do roli płachty, jak i byka właśnie, czerwień łopotała, podczas piruetów i zawijasów wprawiających powietrze w drżenie.

I on zamachał jej tą czerwienią przed oczami, choć zaraz potem czmychnął do barku szukając odpowiedniej zachęty, zaczepki, przynęty, która pozwoli mu ją zatrzymać w domu. Niepotrzebnie zupełnie. Wyzwanie zostało już rzucone, wyzwanie zostało przyjęte. Zrzucił zastawę, trzymając w ręku nieistotną zupełnie butelkę, gdy czernowłosa funkcjonariusza już po służbie (wszak dom był zabezpieczony) kroczyła do niego rozsupłując swoje włosy, pozwalając im leistą kaskadą spłynąć na ramiona, zasłonić tą nijaką szarość, kruczą czernią. Złociste oczy wbite było w ciało rosłego zawodnika.

– Jeśli mam się spisać na medal, to powinieneś być odpowiednio przygotowany. Nie lubię nudziarzy. – Jej dłonie znalazły się na pasku od spodni, który gwałtownie szarpnęła, korzystając z zaskoczenia, jeśli i sił by nie starczyło na przesunięcie rosłego chłopa bliżej siebie. Sprzączka odskoczyła, kolejne szarpnięcie i trzymała już w kościstych palcach skórę gotową do tego by smagać co innego. – Nie lubię się nudzić, a ostatnie godziny musiałam tu tkwić jak jebany kołek i patrzeć na to, jak nie wybuchają Wam te jebane zadki. – Przez moment ześlizgnęła się złotymi ślepiami po twardej czarnej powierzchni złożonego na pół pasa chwyconego oburącz, ale nagle wróciła uwagą do twarzy Louviana. – Rozbieraj się – syknęła.


[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/aa/11/fb/aa11fbdf891afe8d68b6a8bb0d50c245.jpg[/inny avek]


RE: [02.69] Another one bites the dust | Louvain & Millie - Louvain Lestrange - 05.06.2024

Był zbyt nabity pychą by móc kiedykolwiek czynnie zainteresować się tego typu tańcem, chociaż tempo 60 taktów na minutę brzmiało naprawdę obiecujące. No i cały czas miał nadzieję, że chociaż jedno z nich zostanie potraktowane jak mięso.

Przekręcił głowę i uniósł brwi tak wysoko jak mógł, kiedy usłyszał pierwsze zdania w tej nieoczekiwanej, nagłej zmianie Millie. Tu go zaskoczyła i nie zmierzał nawet tego szczególnie ukrywać. Sprytnie odwróciła jego uwagę, rozpuszczając falę długich, kruczoczarnych włosy w których najchętniej utonąłby bezpowrotnie. Właściwie ten jego teatrzyk był już zbędny, bo ona tymi kilkoma prostymi, ale lepiej, niż znakomicie działającymi ruchami zgarnęła całe światło reflektorów.

Nie zamierzał stawiać żadnego oporu, nie powinno być dla nikogo żadnym zaskoczeniem, że miał za nią jęzor tak długi jak stąd do wieży astronomicznej. Dobrze wiedział, że charakter miała silny, ale jeszcze nie słyszał by mówiła w ten sposób, tym bardziej do niego. Nie przywykł do wypełniania czyiś rozkazów, więc buńczuczną naturę postanowił czym prędzej utopić w armaniaku. Nagle ostry smak przestał mu tak przeszkadzać, kiedy zaaplikował w gardło prostu z gwintu.

- Nic się nie zmieniłaś... - z szerokim, zadziornym ale i usatysfakcjonowanym uśmiechem dodał od siebie półszeptem, kiedy został przyciągnięty przez nią bliżej. Niczym posłuszny i przykładny obywatel, podążył za rozkazem od pani władzy. Najpierw zaczął od koszuli, rozpinając guziki od góry do dołu. A kiedy odsłonił obojczyk, w oczy mógł rzucać się czerwony ślad na skórze, spowodowany nowym tatuażem. Trzy postępujące po sobie litery T.D.K, które dla cywilów niewiele mogły mówić, ale podczas chwilowego, bo bogatych zbyt długo nie trzymają, pobytu w areszcie kilka tygodni temu sprzedał mu to jeden ze współosadzonych. Tylko Dla Kata, bo swoją szyję i kark przeznaczył już wymiaru sprawiedliwości, wiedząc, że tacy jak on, nawet jeśli gładcy i piękni z domu, kończą w tym samym miejscu.

Od dźwięku uderzeń pasu ze skóry, włos jeżył mu się na dłoniach i przedramionach. Tym samym nadała mu szybsze tempo do negliżu. Zrzucił z grzbietu koszulę, zostając w samych spodniach. A cóż to? Ten sam tatuaż, te same litery, tylko teraz na linii podbrzusza. Wbrew złośliwym opinią, ten rejon przeznaczony był Tylko Dla Kobiet.

Jeszcze raz przechylił butelkę, czując narastające, przyjemne napięcie. - Uderz mnie. - rzucił jeszcze, zanim jeszcze rozebrał się do końca, zanim jeszcze nawet ją dotknął.




RE: [02.69] Another one bites the dust | Louvain & Millie - Millie Moody - 17.06.2024

Patrzyła na jego entuzjazm z nieruchomą twarzą, zasłoną czarnych rzęs przesłaniając nieco w zmrużeniu złociste ślepia śledziły każdy jego krok, każdy ruch, ześlizgiwały się po mięśniach poruszających się pod jasną skórą zawodnika. Oceniała go bardziej, niż trener, niż selekcjoner, oceniała bardziej niż fizjoterapeuta czy lekarz. Ale co gorsza, absolutnie nic nie dało się wyczytać z jej twarzy, jakby założyła porcelanową maskę, jakby zalała swoje ostre rysy żywicą, bursztynem złocistych ślepi.

Millie zsunęła się z jego pleców, gorący śnieg popiołu delikatnie ucałował Louvianową skórę.

– Prowadź.– rzuciła niedbale, wciąż trzymając koniec paska, a teraz z zainteresowaniem rozglądając się za butelką, która gdzieś tu leżała zainicjowana, żeby zabrać ją ze sobą na "zwiedzanie".


[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/aa/11/fb/aa11fbdf891afe8d68b6a8bb0d50c245.jpg[/inny avek]


RE: [02.69] Another one bites the dust | Louvain & Millie - Louvain Lestrange - 07.07.2024