Secrets of London
Czerwiec 1969 // Bad love - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: Czerwiec 1969 // Bad love (/showthread.php?tid=3084)

Strony: 1 2


Czerwiec 1969 // Bad love - The Edge - 07.04.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Środek czerwca 1969 roku

To nie jest „naturalne”, aby mówić dobrze, elokwentnie, aby ciekawie artykułować wyrazy. [...] Elokwencja - myślenie słowami - jest produktem ubocznym samotności, wykorzeniania i wzmożonej, bolesnej indywidualności.
-- Susan Sontag


Wbrew temu Crow nigdy nie nauczył się pięknie mówić. Za wyjątkowy sukces uważał to, że mówił w ogóle - nauczył się wreszcie otwierać paszczę, posługiwać słowami, mówić głośniej niż szeptem skierowanym do ucha brata - nie potrzebował, aby te wypowiedzi były piękne, skoro najbardziej liczyło się to, że w ogóle były. Na Ścieżkach nikt od nikogo nie oczekiwał elokwencji - żyło tu wielu takich jak on, biednych dzieci, które nie zaznały raju edukacji i pod wieloma względami nigdy nie dorosły, chociaż gdyby je o to zapytać, to z całkowitą pewnością odparłyby, że dojrzały o wiele szybciej od swoich rówieśników. Takich jak on poznawało się od razu - beznadziejnie smutne persony, bez cienia nadziei w oczach, niedążące już do niczego innego niż ostateczny upadek. Nie miał już w gruncie rzeczy, po co istnieć. Inni mieli jakieś idee, rodziny, coś pchało ich do przodu. On? Jedynym, na czym mu zależało byli od zawsze ludzie, ale miał o wiele więcej wrogów niż przyjaciół i... Zostawił za sobą tych, których kochał po to, żeby był z kobietą, która przestała kochać jego - badziewna  wymiana, z jakiej chyba nikt nie byłby dumny, ale okazywało się, że wystarczyło zwiększyć dawkę smacku, żeby dostrzegać w tym jeszcze resztki sensu pozwalające zwlekać się z pustego, zimnego łóżka i nie zastanawiać się nad tym, czy jutrzejszego wieczora znowu oberwie się w twarz za nic. Ile tu był? To już z... piętnaście lat. Ktoś, kto znałby ją krócej, pewnie potrafiłby stąd odejść, ale tych piętnaście lat... Uwiązała go przez nie jak na smyczy. Potrafił doszukać się w nich jeszcze więcej zła i bólu w ilości niezliczonej, niemożliwej do ujęcia, a jednak wciąż wybierał ją ponad wszystko - bo to przecież było oczywiste - dzięki niej miał swoje imię i życie, dzięki niej miał wolność, jakiej zawsze pragnął, dzięki niej...

Trigger Warning: Narkotyki, myśli samobójcze (Odkryj)
Tak cholernie nie chciał już żyć. Ona też już to widziała i wcale nie zamierzała tego ukrywać. Niby wiedział - nie powinien tyle palić - ale kiedy palił i przestawał się przejmować, darła się na niego przynajmniej odrobinę mniej. Tak było dla nich lepiej, ale wciąż musiał znosić to cholerne uczucie pustki, zalewające go za każdym razem, kiedy narkotyki opuszczały jego ciało - pustkę zalewającą go chłodem i chęcią ostatecznego odejścia. Nie nadchodziło nigdy chyba tylko dlatego, że kolejna dawka brzmiała lepiej - bo nawet jeżeli przedłużał własną agonię, to nikt nie mógł odebrać mu euforii, jaką czuł zaraz po. Nikt nie mógł odebrać mu tego przyjemnego ciepła rozchodzącego się po ciele. Ani kolejny papieros przyciśnięty do poranionego nadgarstka, ani paznokieć rozcinający jego policzek po kolejnym chlaśnięciu go ręką.

Wszystko. Było. Dobrze.

Nawet samotność można było zaleczyć czymś innym, niż błaganiem o litościwą panią o ochłapy uwagi pomiędzy kolejnymi karkołomnymi zadaniami, jakie na niego zrzucała. No bo w końcu oburzyła się o to, że kochał kogoś innego - nie o to, że zostawał u kogoś na jedną, góra dwie noce. Gorzej, kiedy to coś stawało się wzorem, czymś regularnym, tak? Trzy razy to jeszcze nie była regularność. Tak naprawdę to nie był nawet do końca pewny, czy to był trzeci raz, bo w takim cugu mógł to sobie ubzdurać. Pierwszy raz, to był... marzec? Może wcześniej. Waughy nawrzeszczał na niego za to, że pozwolił sobie na zaciągnięcie jakiejś raszpli na zaplecze w The Loft, ale ona ulotniła się jeszcze zanim dostał za to burę. Drugi raz - miesiąc temu - nie chcąc kłócić się z przyjacielem, zaciągnął ją do pokoju w kamienicy obok. Spędzili ze sobą kilka dodatkowych minut, ale nic ponadto. Szczerze mówiąc, to jej się nie dziwił. Po prostu pogodził się z tym, że jedyną rzeczą, jaką obejmie tego wieczora będzie zwinięta w rulon kołdra. Ostatecznie wolał to, niż kolejny wieczór załatwiania tych spraw pod prysznicem.

Trigger Warning: Erotyka (Odkryj)
Nie spodziewał się, aby ich czerwcowe spotkanie (załóżmy, że to faktycznie było ich trzecie spotkanie, a on nie pomylił jej z kimś innym) minie szczególnie inaczej, szczególnie przez przebywanie w stanie swojej najgorszej egzystencjalnej upadłości. To chyba ona nie powinna go poznać, a nie on jej - bo zestarzał się od lutego z kilka długich lat. Siwizna, przez którą zaczął golić się na zero w tę zimę, była widoczna już nawet przy kilkucentymetrowym odroście, a kiedy golił się na absolutne zero, nic nie przysłaniało ani nie ujmowało w ramkę paskudnej, zniszczonej od braku słońca i narkotyków gęby bandyty. Chyba jedynym co nadawało mu jakąkolwiek delikatność był aktualnie język - zanurzony pomiędzy jej udami, cierpliwie pieścił ją do stanu uniesienia, z czego czerpał chyba nawet większą przyjemność niż ona sama, a gdyby tylko poderwała głowę z wygniecionej poduszki... zauważyłaby, dlaczego pomagał sobie tylko jedną ręką. Był tak samo bezwstydny jak zawsze, tylko tym razem nie mówił nic zbereźnego, bo miał zajęte usta - to dlatego właśnie tego dnia nie zostawiła go samego?

Przeciągnął jej orgazm do granic możliwości, a kiedy się od niej wreszcie odkleił, przetoczył się przez łóżko i sięgnął po leżącą na podłodze koszulkę, żeby wytrzeć własny brzuch i chwycić leżącą pod nią paczkę papierosów, która wypadła na podłogę.

Odkaszlnął.

- Palisz? - Właściwie, to spodziewał się, że pani bezimienna znowu wstanie i wyjdzie bez słowa. Sam nie krępował się ani momentu - po prostu położył się z powrotem na łóżku i wyciągnął sobie jedną fajkę, po czym odpalił ją... niczym. Zapłonęła jak gdyby nigdy nic, a on od razu zaciągnął się dymem.[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=amSxAil.png[/inny avek]


RE: Czerwiec 1969 // Bad love - Millie Moody - 09.04.2024

Alastor umarł.

Nie. Błąd.

To Mildred umarła.

Prawda była taka, że umierała za każdym razem podczas jebaniutkich wspólnych posiłeczków, uśmiechając się szeroko zmuszona do tego by patrzeć jak dwa gołąbeczki spijały sobie z dziubków swoją wielką kurwa miłość. I to jeszcze Mav, JEJ Mav, jej kurwa przyjaciółka. Jak mogła jej to zrobić? Pieprzony backstabber.

A tak się starała. Ileż energii poświęciła na to, by trzymać te wszystkie pizdeczki z dala od swojego brata? To znaczy, nie przeszkadzały jej wypady Alika do klubu na jeden, góra dwa numerki z tą samą cizią. Ale obiadki?

Powinnaś się cieszyć – zgryźliwy głos wewnątrz głowy strofował Miles na każdym kroku, gdy rozgryzała wnętrze ust do krwi, byle tylko nic nie powiedzieć, byle nie wybuchnąć. Bądź dobrą siostrą, ciesz się szczęściem brata.

Więc się cieszyła.

A potem się bardzo nie cieszyła. Pozostawało jakoś odreagować. Pozostawało się znieczulić.

Minęło wystarczająco dużo lat, żeby gdzieś przy okazji zrewidować sny o byciu aurorką. Te okazały się być idiotyczną mrzonką młodocianego, popierdolonego umysłu. Teraz była tego pewna, zwłaszcza po tej całej akcji z Loufuckinvain'em. Trzeba było zostać ligową szukajacą. Trzeba było zostać malarką. Trzeba było zostać wróżbitką. Trzeba było zostać pieprzoną młynarką na jakimś zadupiu, albo przerzucać węgiel. Wyjebać do Afryki i polować na słonie. Wszystko, tylko nie być przykutym do gruchających gołąbeczków. Cały. Kurwa. Czas. Albo gorzej. Gorzej jak ich nie było i nie wiedzieli co robią. Gorzej jak musiała wyjść, gdy oni mieli dom cały dla siebie. Gorzej, gdy potem miała do tego domu znowu wejść i zastanawiać się...

Ubot raz, ubot dwa, kieliszki wódki lądowały w kuflu ciemnego Ale pitego na hejnał. Najskuteczniejsze drineczki rozwiązujące ciasne emocjonalne sploty. Muza, to był punkt drugi. Pozwolić ciału na odrobinę wolności, na czas poza kurwa spojrzeniami wszystkich. Dlaczego nie robisz stażu na detektywa jak Twoi koledzy? – ile razy można było słyszeć to pytanie? Jedyne co interesowało ojca. Nie czy kurwa była szczęsliwa, ale może wszyscy doskonale znali na to pytanie odpowiedź. Kiedy przyprowadzisz do domu jakiegoś kawalera, zobacz NAWET Alastor się powoli statkuje. Tłusty beat, puls narzucający bicie sercu, ruch, szczupłe, patykowate ręce wyrzucone nad głowę, wygięta szyja, ciąg niewidzialnych sznurków przyczepionych do marionetki którą była. Kiedy dzieci? Wiesz... młodsza nie będziesz. Jak urodzisz to na pewno się uspokoisz. Dorośniesz wreszcie. Spazm, zmęczenie, ciało opływało w dźwięki szukając rozpaczliwie w tłumie innego ciała. Kompatybilnego ciała. Dotyku, który przebije się przez przytłumione zmysły. Wściekłości, która rozładuje się szybciej z cudzą pomocą. Mogła tańczyć tak całą noc, pocić się, męczyć, tracić oddech, mogła też iść na zaplecze, na brudną ulicę, pozwolić nocy się pożreć. W domu i tak nikt nie będzie na nią czekał. Nikt nie zauważy, że znikła...

A więc był ktoś, upiór, duch, wrak szukający tej cienkiej granicy gdzie życie i śmierć kopulowały w rynsztoku drwiąc z małych istnień, mrówek takich jak oni, możliwi do rozdeptania przez but losu tak, że ten nawet nie będzie musiał ścierać sobie truchła o kant krawężnika. Insekty, śmieci, nieważni, zagubieni.

Trigger Warning: Erotyka (Odkryj)
Była rozczarowana i znudzona.

Nie oczekiwała delikatności, rozlazłego, lepkiego tempa pozbawionego drapieżnej monotonii uderzeń o siebie kościanych bioder. Chciała by potraktował ją tak, jak na to zasługiwała, chciała by wgniótł ją w ścianę, rozdarł zębami skórę, zostawił krwawe pręgi na udzie, poszarpaną bieliznę zostawioną w kałuży. A tak leżała na wznak, w jakimś obskurnym pokoiku i musiała czekać, aż ciało w ogóle zaskoczy, że ktoś tam w dole bardzo się stara. Zobojętniała czuła rosnącą irytację. Dziś nie zamierzała udawać. Zmarnowany czas. Zmarnowane życie.

To się wydarzyło nagle. Już miała wstawać i iść, gdy pomiędzy warg zdobnych rozmazaną szminką wymsknęło się westchnienie, gdy nowa myśl zaatakowała z pożądaną gwałtownością umęczony, otumaniony alkoholem umysł. Zaczęło się niewinnie, od pytania, czy oni właśnie teraz to robią? Właśnie tak, właśnie w ten sposób, kurewsko delikatnie, w nabożnej czci, w pochyleniu czy on oddaje jej cześć. Zamknęła powieki uciekając spojrzeniem zamglonych oczu od nudnej, zalanej przez sąsiadów sufitowej płaszczyzny, od pęknięć w tynku sunących nad głową. Gwałtownie odwróciła twarz, zbyt dobra wyobraźnia gwarantowała jej bezsenne noce ale teraz... na wyciągnięcie ręki było mlecznosłodkie ciało wijącej się Mav. W detalach wyobrażała sobie jej piękną twarz (tak piękną, jakbym chciała mieć jej twarz, piękną twarz, zedrzeć twarz, nałożyć na siebie twarz, czy ktoś by się zorientował?) wyrzeźbioną w ekstazie, oddech falującej odsłoniętej piersi, kropelkę potu sunącą po mostku między jędrnymi piersiami w dół ku linii pępka. I dalej, niżej... te loki, jego loki, piękne szatynowe pasma zatopionego w muszli, poddanego jej kobiecości wyznawcy...

Nagle rozproszyła się, pod własnymi palcami poczuła tą dziwną skórę, miękką głowę pokrytą milimetrową sierścią, jak brudem, ostrym kurzem przylepionym do lepkiej, spoconej skóry. Zabrała dłoń momentalnie, łapiąc się mocno w desperackim geście zmiętej, śmierdzącej trawioną wódą, potem i fajkami pościeli, łapiąc się swojej uciekającej fantazji. Ciało usłużnie wsparło ją, cialo traciło kontrolę, goniąc w końcu za zbliżającym się spełnieniem, tym krótkim momentem pozwalającym nie myśleć, pozwalającym wzlecieć i poczuć się, przez krótki, króciutki moment czymś pełnym, czymś wartościowym.

Wygięła się w drżeniu, jej własna, papierowo cienka skóra napięła się na fali równo ułożonych żeber, z gardła dobył się nieregularny jęk. Odgięła głowę by zatopić twarz w poduszce, usta w ustach, język spleść z językiem, ślinę złączyć ze śliną nieistniejącej tu, ale tak rzeczywistej jak sen pięknej, znienawidzonej, a pazury zatopią się w gładkiej szyi, rozorają aortę i biel zakwitnie czerwienią miłości trwającej tylko tyle i aż tyle, nikt nie zauważy, kto się zorientuje, gdy życie i śmierć tańczy i depcze na ślepo nędzne mrówki myślace tak długo że znaczą cokolwiek w tym pustym, okrutnym świecie...

Opadła na zmaltretowaną poduszkę, zapłakaną, obślinioną, nadszarpniętą zaciśniętą w dłoni zazdrości, która zamiast zelżeć tylko wzrosła. Czuła nadchodzący koniec, była już martwa, chciała być pozbawioną czucia skorupą, chciała w końcu zasnąć i nigdy, już nigdy się nie obudzić.

Było gorzej niż wcześniej.

Zdążyła naciągnąć na siebie biały podkoszulek. Kręgi na przygarbionych plecach walczyły o miano najbardziej wystających części ciała z linią graniczną żeber i powłóczoną papierową membraną zapadłego brzucha. Chaotycznie odgarniała włosy z twarzy próbując pozbierać się na tyle, by stąd po prostu wyjść, uciec od sunącego po tynku na suficie gromu, umyć się, udawać, znów udawać, że jest się normalną osobą, szczęśliwą bo dobre siostry są szczęśliwe, gdy ich bracia są szczęśliwi.

Zapytał czy chce papierosa, odezwał się, to ją zaskoczyło, choć nie wyrwało z narastającego stopniowo dygotu. Odwróciła się powoli, pierwszy raz w sumie mając okazję przyjrzeć się jego twarzy bardziej. I tak tego nie zrobiła, nie był istotny w tym równaniu i ani przez moment nie łudziła się, że ona mogłaby być istotna dla niego. Zignorowała jego rysy, złociste oczy skupiły się na czerwonym, żarzącym się ogniku. Odwróciła się i drżącą ręką wyciągnęła mu papierosa z ust. Wciąż siedziała zgarbiona gdy zaciągnęła się mocno ignorując spierzchnięte usta, ignorując czarne strąki, które znów opadły jej na twarz, ignorując łzy sunące po białych policzkach.


[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ab5ba752b276fd194233345758ac839f/b65bdaf9192c798f-92/s500x750/35c5e8d5510459a68a7b6b3ed4ffb339e14ec855.jpg[/inny avek]


RE: Czerwiec 1969 // Bad love - The Edge - 11.04.2024

Crow zaciągnął się dymem papierosa, obserwując jej szarpaninę z ubraniem, bo inaczej nazwać tego nie potrafił. Wyglądało to tragicznie, ale ostatecznie niezbyt go to obchodziło, poza tym tyle razy zbierał się z jakiegoś miejsca tak pijany, że nietrudno było wypaść przy nim jak gwiazda filmowa.

W przeciwieństwie do Mildred on zwracał na nią uwagę - na jakieś detale, na rysy twarzy, o ile pozwoliła mu na siebie spojrzeć - nie nalegał na to jednak. Nigdy. Generalnie mało się odzywał i robił coś nieoczekiwanego, jeżeli nie musiał tego robić, albo ktoś nie doznał zaszczytu bycia jego ulubionym człowiekiem. Jasne, że ładne panienki leciały na typów spod ciemnej gwiazdy, ale prawdziwym czarem, jakim wabił do siebie ludzi, było właśnie to poczucie bezpieczeństwa. „Palisz” i „mogę bez gumki” były najgłębszymi pytaniami, jakich mogła się po nim spodziewać, a (delikatnie mówiąc) nigdy nie sprawiała wrażenie szczególnie chętnej do rozmowy. Jasne, czasami był dla ludzi niesamowicie podły, ale w większości przypadków łączyło ich coś więcej niż takie spotkania, poza tym należał do osób gnębiących równych sobie, pochodzących z tego samego świata, a nie losowe laski dające mu to, czego chciał.

Trigger Warning: Erotyka (Odkryj)
Zauważył więc kościste plecy. Zauważył ciało wymagające pielęgnacji, jeżeli chciałaby wyglądać jak dziewczynki ze świerszczyków, jakie trzymali z Waughym w łazience. Zauważył jej głęboki smutek. Zauważył ten garb. Brak satysfakcji. Widział to wszystko... no i co? Jedyne znaczenie, jakiego mógł się tutaj doszukać, było to, że prawdopodobnie zrobił komuś najgorszą minetę jego życia, co każdego innego pewnie by w jakiś sposób przejęło (bo większość facetów unosiła się w takich momentach dumą), ale jemu to kompletnie zwisało. Gdyby chciał w sobie kultywować zły nastrój, mógłby wykorzystać to wspomnienie do zrobienia sobie dobrze - i na tym kończyły się zmiany w jego życiu. Jego podejście nie zmieniłoby się nawet w sytuacji, gdyby wiedział, że zawiódł ją, bo nie był jej bratem. „Mogłaś powiedzieć mi wcześniej, to brałbym cię tak, żebyś mogła wyobrazić sobie, że to on” - i tyle. Póki nie próbowała bawić się w słowne degradowanie go... no, takie, przy którym nie czuł, że robi to, bo tego potrzebuje, Crowa to nie ruszało - był tu sprzedawcą marzeń, rozdającym ludziom upokorzenia, o jakie prosili, a później obserwował ich twarz z ciekawością, czy przyniosło im to uczucie spełnienia, czy to o czym śnili, okazało się ziszczeniem najgorszych koszmarów. Pozwolił jej więc zabrać sobie tego papierosa, a sam odpalił drugiego. Bez słowa, po prostu to zaakceptował. Dawał jej znać, że nie musiała się tutaj szczególnie ograniczać. Pozwolił jej na taki gest, pozwoliłby jej na wiele innych rzeczy. Pozwalał jej uciekać i odwracać twarz, nie komentował łez lejących się po jej pieruńsko żałosnym obliczu. Tak ją bowiem odczytywał - jak kogoś, przy kim nie powinien przerywać tej ciszy, wkradając się w to, co pewnie za wszelką cenę ukrywała przed innymi. Skoro lubiła tak uciekać, to niech ucieka. Nie była mu niczego winna. Miło by było, gdyby tak jak on lubiła się po seksie przytulić i o czymś porozmawiać, ale miło też było mieć ją po prostu na tę ulotną chwilę. Smakowała dobrze. Jak ktoś z dobrego domu, u kogo nie powinien mieć żadnych szans. Nawet trochę szkoda było przysłonić to smakiem papierosa, ale był zbyt głęboko uzależniony, żeby obejść się bez tego.

- Mam też smack jeżeli lubisz - powiedział i tylko tym właściwie zdradził się w tym, że przez przećpany łeb przechodziły jakiekolwiek głębsze myśli na jej temat. Bo heroina leżąca na komodzie, zawinięta w folię aluminiową, na której zwykł ją palić, była remedium na właśnie taką zapłakaną twarz. Jeżeli on nie dał rady jej ogrzać, to zrobi to ona - aktualnie, przez pokazanie środkowego palca kuzynowi Mildred i częściowe pogodzenie się z byciem pyłkiem kurzu w sercu Fontaine, jego największa miłość. Mógłby spróbować jakoś to opisać: euforię i ekscytację, radość, jaką wywoływała, niesamowite uczucie wiążące się z oddaniem swojego zamglonego umysłu opiatom. To z nią chyba powinien się ożenić - ona jedyna przecież nie mogła od niego spierdolić, a gdyby chciała, to zabrałaby go ze sobą. - Mogę ci też pokazać jak ją palić. - Propozycja była rzucona cichym, nieco piskliwym tonem głosu. Crow podniósł się nieco na łóżku i oparł o brudną poduszkę. Miał otwarte oczy, ale wpatrywał się w ścianę, już nie w Moody. Nie zaangażował się w tę wypowiedź bardziej, nie mając zamiaru uwiązywać dziewczyny do tego miejsca, ani wymuszać na niej konieczności jakiejkolwiek odpowiedzi. To było absolutnie okej, gdyby zbyła go i wróciła do ważniejszych spraw niż krzywa oferta pociętego nożem ćpuna.[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=amSxAil.png[/inny avek]


RE: Czerwiec 1969 // Bad love - Millie Moody - 13.04.2024

Trochę szkoda było, że założyła tę koszulkę, zasłaniając większość jedynego obrazu zdobiącego nienaturalnie wychudłe ciało. Rozlewająca się po lewym barku w dół aż do biodra blizna rozchodziła się nieregularną promienistością pioruna, niegdyś świetlistego, teraz w najdrobniejszym szczególe lekko wypukłego o różowawo-liliowym cieniowaniu. Rzecz, która mogła umknąć przy poprzednich, pospiesznych spotkaniach, w których nie było nawet miejsca, na pełną ekspozycję ciała. Dziewczyna zdawała się w ogóle nie zwracać uwagi na to co nieznajomy robi ze sobą, gdzie patrzy, czy w ogóle istnieje. Zapodziana we własnych myślach, zapodziana w marzeniu, które finalnie nosiło ze sobą posmak koszmaru...

Nigdy nie sięgnęła ku temu tak dosadnie, on zupełnie nieświadom, ona skulona w ruinie zburzonego tabu, przerażona, zatopiona w pogardzie do samej siebie, w szoku i wstręcie do myśli, do obrazu tak rzeczywistego, że wciąż czuła miękkość cudzej skóry pod własnymi zębami, wciąż czuła jej słodki zapach.

– Nie chce. – Zaiste ich konwersacje jak dotąd mogły nawet nie zająć jednej kartki umęczonego życiem strzępka papieru. Wypowiedziane, wyburczane, wypchnięte słowa i zaraz potem kolejny oddech łapczywie spalanego plugawego papierosa. A wraz z nim swąd, charakterystyczny, intensywnie paskudny zapach przypalanych włosów. Rozbiegana uwaga zogniskowała się gwałtownie na skręconym kosmyku, spopielonym skarłowaciałym, tak banalnym do skruszenia jak jej własne życie. Jeden nieuważny krok, jeden papieros za dużo. Nikt by nie zauważył.

–Kurwa pierdole...– szarpnęła się zrywając z łóżka, prawie, że potykając o własne nogi. Pet trafił na podłogę i nie miała problemu by zgasić go własną stopą. Ból trzeźwiał, ból był prawdziwy, rzeczywisty, był cierpieniem przypominającym tak pięknie o tu i teraz. Rękami znów zaczęła odgarniać histerycznie włosy, dysząc ciężko, wściekle, w furii, która była o wiele prostszą emocją, czerwonym płaszczem bezpiecznie zabierającym cały żal łamiący serce, całą niechęć, furia była piękną siłą zasłaniającą małą zagubioną dziewczynkę, która nie wiedziała jaki jest cel tego, by w ogóle oddychać. Furia zmuszała do oddychania, wypychała do działania, męczyła ciało tak, aby potem nie zrobiło nic głupiego.

Złociste oczy o lekko zaczerwienionych białkach zatrzymały się na leżącym nagim mężczyźnie, na moment zamarła z dłońmi wysoko uniesionymi, z zagarniętymi nieudolnie kłakami, przytrzymującymi je na czubku głowy. Dłońmi, które próbowały okiełznać plątającą się czerń w formie rozpierdolonego na wszystkie strony koka, czy kitki. Nie miała ani szpilki, ani gumki, definitywnie cierpiała na brak pomysłu. Z trudem składała ciąg przyczynowo skutkowy.

– Masz nóż? – syknęła pytanie, które bardziej brzmiało jak oskarżenie, graniczące z pewnością.– Masz! Musisz mieć, kurwa, o nożyczki nawet nie pytam, daj mi go! – Była o krok by rzucić się do szafek i zacząć je przeszukiwać, musiała coś zrobić, musiała zabrać myśli, musiała odciąć je, zostawić tutaj, pogrzebać, spalić, zakopać, nikt, nikt nie mógł się dowiedzieć, musiała coś zrobić. Próżno było szukać w niej spokoju i chęci przytulenia, rozmowy, jej ciało drżało tak, jakby absolutnie nie potrzebowała narkotyków. Jakby nie potrzebowała ich więcej.

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ab5ba752b276fd194233345758ac839f/b65bdaf9192c798f-92/s500x750/35c5e8d5510459a68a7b6b3ed4ffb339e14ec855.jpg[/inny avek]


RE: Czerwiec 1969 // Bad love - The Edge - 20.04.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=amSxAil.png[/inny avek]Znów się na nią patrzył. Spokojnie, ale nie dlatego, że był człowiekiem z natury spokojnym... wręcz przeciwnie! Był tym człowiekiem, po którym spodziewać się można było kaskady emocji spływających po ciele i duszy - momentami wydawało się, że on ich nie przeżywał tylko był nimi, stawał się tym, co czuł i zarażał tym innych, potrafiąc raz wynieść kogoś na piedestał, pokazać mu jak to jest być szczęśliwym i skosztować czegoś prawdziwego, innym razem... pociągnąć go ze sobą w dół. Tam, gdzie spadał obciążony swoimi potwornymi myślami. Milczał. Milczenie akurat do niego pasowało. Cisza, bo przecież niewiele dało się tak naprawdę przekazać słowami. Cisza, bo w jego głowie było zwykle na tyle głośno, aby nie czuł potrzeby niszczenia chwil, w których nikt się nie odzywał. Ale ta cisza była inna. Ta cisza była toksyczna. Ona - była tam, piękna, przeżywająca coś w środku, chcąca tym spotkaniem odbić sobie to, o nie wychodziło jej w codziennym życiu. On - po prostu był tam. Absolutnie pusty.

Jego mina nie wyrażała niczego.

Przejechał raz dłonią po tym łysym łbie, a potem po prostu siedział. I tak, jego oczy spoczywały na Mildred. Tak, rejestrował jej ruchy. I co? I nic. Jeden rzut na Crowa wystarczył, aby wiedzieć, że mogłaby zrobić tutaj cokolwiek. Zabrać mu te narkotyki i wyjść, wyskoczyć przez okno, walnąć go w gębę i nigdy więcej się tutaj nie pojawić, a on najpewniej w ogóle na to nie zareaguje. Nikomu o tym nie opowie. Był jak duch. Duch, który niemrawo skinął głową w odpowiedzi na jej odmowę. Nie zamierzał do niczego zmuszać kogoś, kto najwyraźniej posiadał więcej powodów do normalnego funkcjonowania od kogoś w jego pozycji. Przymknął oczy i otworzył je dopiero w momencie, kiedy dziewczyna gwałtownie poderwała się z łóżka. Zbadał ją tym swoim rozbieganym wzrokiem jeszcze raz, doszukując się w niej faktycznej potrzeby pomocy, albo po prostu kolejnej chęci rozładowania napięcia przy ataku histerii.

Pytała się nożownika czy miał nóż.

- O-oczywiscie, że mam, słodziutka - zająknął się, ale ewidentnie nie w przerażeniu przed tym jak się zachowywała, po prostu tak mówił. Nie miał siły na zakładanie na siebie maski, po prostu odkleił się od tej poduszki i sięgnął po swoje spodnie, przy których faktycznie - nosił nie jeden, a dwa noże. Odpiął go i podał jej, jak gdyby nigdy nic, jakby właśnie nie wpadła w jakiś koszmarny atak paniki i nie powinien zapytać: czy wszystko w porządku? Dobrze wiedział, że nic nie było w porządku. I nic nie będzie w porządku. Mógłby jeszcze wyjechać do Stanów, przeżyć coś, zanim odejdzie, ale tak poza tym... Nic nie miało już większego znaczenia. Nie wiedział, jak trafił do tej myśli. Wydawało mu się, że do tego pomieszczenia wszedł z resztkami nadziei. - Proszę - powiedział cicho, siadając tym na krawędzi łóżka. Na kilka sekund schował twarz w dłoniach, pocierając ją niezgrabnymi ruchami. Najwyraźniej nie bał się w ogóle tego, co zamierzała zrobić - ale też - nawet w tym stanie byłby gotów zablokować jakiś gwałtowniejszy ruch wymierzony we własnym kierunku. Z drugiej strony - czasami wydawało mu się, że światu byłoby łatwiej, gdyby nie dał rady. Może nawet gwiazdy, które tak kochał, zamigotałyby w podzięce.

Na krawędzi cholernie ostrego ostrza i tak znajdował się już ślad zeschniętej krwi.


RE: Czerwiec 1969 // Bad love - Millie Moody - 25.04.2024

Kilkukrotnie zagryzła wąskie wargi, a oczy zabłysły jej gdy pokazał swoje ostrze. Plan nie był mądry, nie był nawet do końca planem, a impulsem, który przyszedł i przepłynął przez jej plecy, jak dziecko pioruna, które walnęło obok niej a jednak w nią. Kilka centymetrów wyżej i już by nie rozmawiali, już miałby spokój od laski, która nawet nie zamierzała pytać go jak ma na imię, czy też zdradzać swojego.

Zignorowała słodziutką, pieszczoszek, mógł mówić w sumie cokolwiek. Byli trochę jak seans spirytystyczny bez żywych, co przyzywali martwych na pogaduszki. Albo przyzywali martwych, żeby ich odesłać, wykopać ze świata egzystencji. Tu nikt nie był żywy, dwa blade, pochudłe kościotrupy obciągnięte skórą, udawały, że wiedzą coś na temat życia, podrygując chwilę temu w spazmie niezrozumiałych dla nich ruchów. Martwi nie rozmnażają się, nie przynoszą na świat potomstwa. Tylko śmierć i zgniliznę.

Wzięła nóż i momentalnie wsadził sobie go tępą stroną w usta, zagryzając mocno tak, by narzędzie jej nie wypadło. Dłońmi chwyciła czarne, splątane włosy, długie, mające całkiem niezły potencjał na bycie czymś pięknym. Może w kolejnej inkarnacji? Skręciła je tak, aby przypominały raczej splecioną linę, po czym wzięła znów ostrze i zaczęła ciąć. Dobre ostrze przechodziło łatwo przez martwe komórki, ścięte tuż przy uchu, wszystkie zgarnięte tylko na jedną stronę rozsypały się asymetrycznie ciesząc się chwilowym jeszcze trwaniem na głowie. Obumarła kitka wylądowała przy stopach mężczyzny, a dziewczyna nie zatrzymywała się w akcie destrukcji, najwidocznie zamierzając pozbyć się na głowie wszystkiego, wszystkiego z głowy.

To i tak nie był ten kolor – myślała kompulsywnie, nienawidząc wszystkiego czym była Nie ten kolor, nie to ciało, nie to życie... Wściekłość mieszała się z bezsilnością i rozpaczą. Może wystarczyło pogadać. Może wystarczyło kogokolwiek poprosić o pomoc. Może zamiast tego powinna jednak poprosić o narkotyki i zafundować sobie złoty strzał w jedną stronę. Może. Ale tu i teraz, wolała zabijać swoje myśli, pozbywać się ich jedna po drugiej, jak Kostucha, nieść dobrą nowinę i tak już martwym czarnym sterczącym z głowy cienkim patykom.

Co jakiś czas w chaosie, w szarpaninie, zacinała się lekko. O ucho, o skórę skalpu, jednak nie miało to dla nie znaczenia, w końcu ostrze raz odsłonięte, powinno zasmakować krwi przed ponownym ukryciem w pochwie. Prawda była też taka, że była na tyle znieczulona, że nie zauważała tych czerwonych szram, tego że do zaschniętej krwi dołączała nieco świeższa. To i tak. Nie miało. Znaczenia.


[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ab5ba752b276fd194233345758ac839f/b65bdaf9192c798f-92/s500x750/35c5e8d5510459a68a7b6b3ed4ffb339e14ec855.jpg[/inny avek]


RE: Czerwiec 1969 // Bad love - The Edge - 01.05.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=amSxAil.png[/inny avek] Crow jej nie powstrzymał. Mógłby. Nawet nieobecny połową duszy widział przecież, że dziewczyna robiła sobie krzywdę. Tak, to były tylko włosy, ale zaczynało się od włosów. Był tego żywym (ledwo) dowodem. Zaczynało się od włosów. Czułeś nagłą, silną potrzebę zmiany. Nie mogłeś wytrzymać we własnym ciele, potrzebowałeś czegokolwiek... Czegokolwiek co pozwoli ci poczuć, że życie może wyglądać inaczej, że można coś w sobie zmienić i istnieć dalej. Najpierw obcinał włosy i obgryzał paznokcie. Później zrywał skórki wokół nich. Człowiek odkrywał, że coś było w tym bólu - coś uspokajającego. Ostatecznie kończyło się jak on. Widziała go przecież. Z przećpanymi oczyma, masą okaleczeń. Część blizn była śladami po atakach - łatwo było je rozpoznać - zadawano je po to, żeby zabić. Ale reszta - mniejsze i większe nacięcia na udach, oparzenia od przyciskanych na siłę papierosów. Najgorsze było to jak bardzo mu to pomagało. Dzięki temu miał jakąkolwiek siłę istnieć.

Oddychał spokojnie, wpatrując się w to co robiła, a kiedy ciemnobrązowe pukle opadły na brudną podłogę, dotarło do niego coś dziwnego - współczucie? Ale on nigdy nie był szczególnie dobry w dobieraniu słów. No, może kiedy był szczęśliwy, ale teraz nie był szczęśliwy.

- Chcesz żebym ci to wyrównał? - Zapytał więc, wpatrując się w asymetrię jej nowej fryzury. Jeżeli nie zamierzała dzisiaj ze sobą skończyć, to trochę żal było wychodzić stąd w tym stanie. Może nie miał za grosz poczucia estetyki (głębszego niż podziwianie ładnych panienek), ale ciąć potrafił. Millie wpadła jednak w szał. Szał, w którym kaleczyła się bez sensu i to już go odrobinę rozdrażniło... Z absurdalnego powodu - o ile popierał w każdym calu stwierdzenie, jakoby każdy miał prawdo decydowania o własnym ciele, beznadziejne, pozbawione polotu posługiwanie się nożem wywołało w nim irytację. Czy można było być pasjonatem cięcia się i krzywdzenia samego siebie? Tak. Chyba tak. Bo czuł się jak jakikolwiek hobbysta widzący jak nowa w tym wszystkim pokraka nie potrafiła nawet przynieść sobie uczucia ulgi. - Kaleczysz się. - Powiedział szorstko i uniósł rękę, a nóż w jej dłoni zatrzymał się w miejscu. To musiało być zaklęcie, ale on nie trzymał różdżki. - Usiądź na łóżku, to ci pomogę.


RE: Czerwiec 1969 // Bad love - Millie Moody - 01.05.2024

Zdecydowanie lepiej od noża posługiwała się pędzlem, dawno jednak nie wchodziła na strych, nie umiała znaleźć chęci, powodu, by przelewać cokolwiek na papier czy płótno. Zazwyczaj, kiedy tam zaglądała, kiedy siadała pośród zakurzonej, ciemnej przestrzeni z towarzystwem swojej karmelówki, zazwyczaj robiła to tylko po to, żeby upodlić się bardziej. Patrzeć na te wszystkie niedokończone sprawy i myśleć o tym jak beznadziejna jest w tym co robi za dnia i jak beznadziejna jest w tym, co teoretycznie powinno sprawiać jej przyjemność. Patrzenie męczyło, kaleczyło duszę, mniej lub bardziej paskudnymi bohomoazami. A jednak bywały takie noce, że siadziała nad jakąś dłonią tak długo, aż przed świtem wilk powrócił do domu. Bywały takie noce, gdzie wiedziała, że nie zmruży oka póki nie ujmie wszystkich żył i tętnic w jego zaciśniętej pięści.

W pierwszej chwili nie zrozumiała jego polecenia, zdawało się też, że nie zauważyła, że nóż zamarł i nie mogła dalej ciąć. Niedbale wypuściła go po chwili. W bezruchu, w bezmyślności, bezładzie. Mogła być wrząca lub lodowata, a teraz nagle sytuacja wymuszała na niej bierność, której nienawidziła. Równie dobrze mogła umrzeć. A przecież była martwa w środku. Przerażona od jakiegoś czasu perspektywą kolejnych długich lat wiecznego strachu o to, że w pewnym momencie ktoś wystawi jej walizki za drzwi, przerażona bardzo świeżo odkryciem, który sarkający w jej kierunku nożownik nie był świadom.

– Tak, poproszę. – Odpowiedziała bezbarwnie, siadając na ziemi przy łóżku, jakby na raz nie mogło wystąpić zderzenie słowa "proszę" na jej języku i wykonanie polecenia w czystej postaci tego jak powinno być wykonane. Kiedy usiadł za nią, kiedy jego stopa dotknęła podłogi, ale nóż jeszcze nie sięgnął strzępków włosów pozostawionych w nieładzie, przechyliła głowę do kościstego kolana opierając o nie czoło. Pierwszy przejaw potrzeby innej niż bezmyślne pierdolenie się w mniej lub bardziej śmierdzących okolicznościach.

– Jak chciałbyś umrzeć? Myślałeś o tym kiedyś? – zapytała chropowato, nie chcąc zabrać zroszonej potem skóry od tej niewygodnej poduszki. – Myślisz, że ktoś zapłacze nad Twoim truchłem? Byłam na pogrzebie jednej kurwy z Nokturna. Przyjechała niedawno do miasta i miasto wysrało ją do zbiorowego grobu. Byłam tylko ja i pierdolący coś o miłości bogini chujek z konwenu. Nikt więcej. Myślisz... myślisz, że nas też tak będą żegnać?

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ab5ba752b276fd194233345758ac839f/b65bdaf9192c798f-92/s500x750/35c5e8d5510459a68a7b6b3ed4ffb339e14ec855.jpg[/inny avek]


RE: Czerwiec 1969 // Bad love - The Edge - 03.05.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=amSxAil.png[/inny avek] Nóż opadł na łóżko spokojnym, powolnym ruchem. Jak piórko. Narzędzie zbrodni, którym odebrał wiele żyć, na ten krótki moment mogło poczuć się spadającym z drzewa liściem. Czymś lekkim i niepozornym, kompletnie do niego niepasującym. Do Crowa pasowała ciężkość. Butów, ćwiekowanej kurtki, przyborów do przycinania drutów i metalu, smutku, duszy. Ironią jego życia było to, że wbrew wszelkiej logice pozostał w środku naprawdę delikatnym człowiekiem i to właśnie ciepło przyciągało go najbardziej. Wszystko to, czego nie mógł zaznać przez to jak się prowadził - tęsknił do słów kocham cię, do czystych palców sunących po jego głowie, do ciepłego głosu kołyszącego go do snu. W takich chwilach tęsknił za każdym swoim minionym kochankiem, chociaż jedno nazwisko wyryło się w jego psychice najmocniej. Tylko że jego nie mógł mieć. W gruncie rzeczy nie mógł mieć nikogo. Fontaine przestała mu to dawać, ale nie pozwalała też na zbliżenie się kogokolwiek innego.

Czuł się jak ptaszek w klatce, uwięziony tam wbrew swojej woli, ale... tak naprawdę to, co by zrobił gdyby z niej wyleciał? Ta klatka miała bardzo szerokie pręty, mógłby przecisnąć się pomiędzy nimi i odlecieć - ale gdzie? On się nigdzie nie czuł jak u siebie w domu. Wszędzie będzie tak samo. Pusto. Zimno. Samotnie. Bez celu.

- N-nie mam preferencji - przyznał ze skruchą w głosie, trochę jakby ją tym zawodził, ale to była po prostu prawda. Nie miał preferencji, bo na chuj komuś takiemu jak on preferencje pogrzebowe - to był absolutny cud, że dożył tak późnego wieku. Był oprychem trzymanym blisko, bo umiał się bić, zabijać, chronić. Powinien zdechnąć na pierwszej linii frontu. Ludzie tacy jak on spodziewali się śmierci codziennie - niczego więc nie planował, a jeżeli planował... to nie swoją śmierć, a spokojne życie. Pracę od ósmej do szesnastej. Uczciwą. Z papierami. Taką nie na czarno. Kimś, kto czekał na niego w czystym mieszkaniu, albo on czekał na niego. Pasmo nierealnych marzeń. Czasami, wbrew znajomości samego siebie, wyobrażał sobie nawet posiadanie kota lub psa. - Naprawdę obchodzi cię, co o tobie pomyślą, kiedy będziesz martwa? Tam już nic nie ma, nic cię nie obchodzi. - Powiedział jej: usiądź na łóżku, a nie przy łóżku, ale zignorował wybranie przez Mills innego miejsca. Jakie to w końcu miało znaczenie? Żadne. Absolutnie żadne. Zrobił więc to, co zapowiedział - postarał się te włosy wyrównać tak dobrze jak potrafił. - Nawet jak na nas naplują, to tylko i wyłącznie ich problem. - Nie wierzył bowiem w żadną z koncepcji zaświatów. A jeżeli religijni fanatycy mieli rację, kij z tym - piekło, niebo, limbo, wszystko mu było jedno - nie spojrzy na świat żywych nigdy więcej. Oglądanie ludzi, których kochał, a nie mógł ich mieć, było prawdopodobnie najgorszą możliwą torturą dla kogoś o jego charakterze. - Jak nikt mnie tu nie zajebie i odechce mi się żyć, to wyjadę do Stanów. Zrobię sobie taki trip po wybrzeżu, a na końcu nie wiem, spierdolę się ze skały. Gdzieś gdzie jest ciepło i zawsze świeci słońce. - Miło byłoby przed śmiercią dowiedzieć się, jak wyglądały te podobno piękne wschody i zachody słońca. W jego oczach wszystko jawiło się jako skala szarości i nie miał pojęcia, czym wszyscy się zachwycali. Niestety nie każde życzenie dało się spełnić.

Dotyk jego rąk był bardzo delikatny. Czuły. Crow był uważny, zwracał uwagę na krwawiące nacięcia. Nie narzucał się w cudzej przestrzeni, ale też wyraźnie lubił być blisko innych ludzi.

Ucięte pasma rzucał niedbale na podłogę.


RE: Czerwiec 1969 // Bad love - Millie Moody - 11.05.2024

– Fajnie. Zabierz mnie ze sobą. Spierdolenie się ze skały brzmi zajebiście. A potem zjedzą nas niedźwiedzie i będziemy duszami mieszkać w stworach o grubym futrze i wielkich zębach. – Mildred nigdy nie widziała niedźwiedzia na oczy, ale naczytała się kiedyś pulpowych westernów i zawsze, ale to zawsze widziała się po stronie Indian i te całe szmery bajery z duszami i mieszkaniem w cielsku wielkiej bestii brzmiało super. Nie to żeby starczało jej cierpliwości na animagie. – Chociaż chyba wolałabym kruki. W stanach są kruki? Mój co jakiś czas chce mi oko wydłubać, ale raz zagroziłam mu wiesz hamurabim, oko za oko te sprawy, to odpuścił. – odprężała się, miękła w jego dłoniach, czuł to jak drżenie i napięcie odchodzi, jak przynosi jej spokój, otula ramiona płaszczem jej ściętych włosów.

– Myślisz... że byłabym ładna jak miałabym blond włosy? – powiedziała nagle opierając skroń o jego nagie udo, czy może kość udową obciągniętą skórą. Już nawet nie szkliły jej się oczy. Tym pytaniem chciała sprawdzić czy nadal boli i to było nawet miłe, gdy się zorientowała, że nie boli tak bardzo. Dzisiaj. Przynajmniej dzisiaj. – On woli blondynki. To nie miałoby żadnego znaczenia i tak, i tak nigdy nie spojrzy na mnie w ten sposób wiesz? – dłonią sięgnęła do czarnych piór, których ją pozbawił, jak gęś szykowanądo rosołu. Nawet już była prawie goła, tylko czy ktoś taki jak ten chłopak miałby garnek odpowiedni na nią? Odetchnęła myślą o tym, że w sumie nie ma jej zbyt wiele, a po poćwiartowaniu wszystko by dało się upchnąć. To byłby chudy rosół.

Zachichotała, a potem sięgnęła do dłoni, którą gładził ją po głowie i przyciągnęła do swoich ust. Jeden pocałunek, zamiast słowa dziękuje, same wargi, bez miękkiego mięśnia wilgotnego śliną. Jeden pocałunek, a potem kolejny, jak po drabinie, gdzie nie dłońmi a ustami wspinasz się stopień po stopniu, przedramie, łokieć ramię i bark. Wpełzła bardziej niż weszła na łóżko, a potem położyła się na nim, ubrana w osamotniony biały koszulek, przypruszona własnymi piórami, lepiącymi się do spoconej skóry. Jej złociste oczy osiadły na twarzy kochanka, dziwnie zamyślone, szukające, a może w końcu widzące, w końcu takie, które chciały widzieć w nim kogoś, a nie cielisty wibrator z kilkoma dodatkowymi funkcjami. Długie palce otoczyły czaszkę z kłębiącymi się myślami i zaczęła krążyć po skórze łagodnie, dziwnie, nienaturalnie dla niej na tyle na ile dała się poznać do tej pory. Czy dała? Czy była to faza po burzy, a może samo oko cyklonu, w którym ponoć bywało najciszej?

– Cho­ciaż raz war­to umrzeć z mi­ło­ści. Cho­ciaż raz. A to choć­by po to, żeby się póź­niej chwa­lić zna­jo­mym, że to bywa. Że to jest.
...Umrzeć. Le­żeć w cmen­ta­rzu czy­jejś szu­fla­dy obok in­nych nie­boszcz­ków li­stów i nie­bosz­czek pa­mią­tek i cier­pieć...
– umilkła przesuwając opuszki ku jego twarzy, eksplorując ostre rysy uwydatnione wyborną dietą i zdrowym trybem życia. – Masz listy w szufladzie? Masz pamiątki po tych przez których umarłeś? – zapytała tym samym tonem, ciukiem przejeżdżając po wargach wciąż pachnących nią. Dziwne uczucie, jakby przez to niż cokolwiek innego mógł stać się kobietą, mógł się nią zarazić, jakby mógł przejrzeć się w niej, a ona w nim, niczym dwa lustra ustawione jedno obok drugiego, gubiące się w nieskończonych szeregach odbijanej pustki.

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ab5ba752b276fd194233345758ac839f/b65bdaf9192c798f-92/s500x750/35c5e8d5510459a68a7b6b3ed4ffb339e14ec855.jpg[/inny avek]