Secrets of London
[05.08.1972r.] Dzisiaj śpię sam, jak zwykle - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [05.08.1972r.] Dzisiaj śpię sam, jak zwykle (/showthread.php?tid=3092)



[05.08.1972r.] Dzisiaj śpię sam, jak zwykle - Neil Enfer - 10.04.2024


Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić. Liczy się tylko to, że chcesz. Powiedz słowo, a będę płonął przez dziesięć dni.


Trochę się zgubił kiedy opuścił teren potańcówki. Miał iść tylko do samochodu, ale jakoś tak nie bardzo chciał, bo wiedział, że jak tam dojdzie, to będzie sam, tylko on i samochód. Dobrze chociaż, że był środek lata, to nie było zimno, chociaż i tak koc w bagażniku ma, nie był to jego pomył oryginalnie, a jego matki, która zawsze chciała być gotowa na wszystko, nawet na śnieg w środku lata. Dzięki niej dzisiaj choć trochę się wyśpi i nie powstrzymają go przed tym nawet sercowe rozterki, bo alkohol jest jego sprzymierzeńcem. Ta noc była beznadziejna, ale była jego, choć liczył na coś zupełnie innego. Na co? Nie mógł się oszukiwać, liczył na niego, liczył, że chociaż go poszuka, że z nim porozmawia, że spojrzy mu w oczy i zobaczy w nich to czego pragnie, a jedyne co widział to jego plecy gdy obracał się w tańcu z tamtą lafiryndą... To nie była jej wina, ale nie umiał się powstrzymać przed obrazami jakie miał w głowie. Jej zniszczona skóra, podkrążone oczy, zmierzwione włosy, prosta klątwa, prosty urok, a Morpheus już więcej by na nią nie spojrzał. Okłamywał się, bo Morpheus patrzył nawet na niego gdy był przemoczony i śmierdzący od wody z dna jeziora. Na nią też by patrzył z żalem i troską, wiedział też, że patrzyłby i na niego, tylko, że z nienawiścią, złością, wypędzając go w siną dal samym wzrokiem. Co by zrobił gdyby otrzymał takie spojrzenie? Jest zwykłym psem ogrodnika i niczym więcej, a pies jest szalenie wierny i starszy wróżbita to wiedział, doskonale to wiedział, a mimo tego tak go ranił. Nawet się z nim nie pożegnał, nawet nie odszukał, choć wystarczyło jedynie wyjrzeć na dwór, postawić pół kroku poza stodołę. Tak niewiele. Nie był wystarczająco atrakcyjnym towarem na rynku miłości i nigdy nie będzie, bo choćby miał potencjał, to zawiesił się na ciemnookim mężczyźnie, na jego dłoniach, grubych brwiach, na jego głosie przypominającym co chwila, że ich relacja nie ma szans przetrwać. Mógł mówić to tysiąc razy, a i tak skoczyłby za nim w ogień.

***

Stał przed samochodem, przyglądał się jemu. Jeśli podejdzie bliżej, zobaczy własne odbicie w szybach. Czerwone oczy, różowy nos, mokre policzki. Niepotrzebnie się godził na to wszystko, ale gdy czytał list był taki szczęśliwy. Później, gdy na niego odpisywał i wysyłał był taki pewien. A później... Złego dobre początki. Przyzwyczaj się. Próbował się karcić w myślach, chcąc przywołać się do porządku, bo nie miał żadnego, ale to kompletnie żadnego prawa być zaskoczonym. Rozumiał to, rozumiał, że to była jego wina, ale tak bardzo chciał oskarżać wszystkich w koło za swoje niepowodzenia i błędne decyzje. To nie były jego gusta, to czysta nienawiść, na pewno to kierowało Morpheusem gdy szedł w taniec z jedną dziewczyną, później drugą. Znęcał się nad nim. Świadomie. Może przez swój wiek zapomniał jak to jest cierpieć w ten sposób. Naprawdę mógłby podchodzić do tego aż tak lekko? Przecież sam kiedyś... Nie mógł zapomnieć, po prostu bawił się w najlepsze. Nakarmił psa, pogłaskał, przytulił, a później wyrzucił gdy pojawił się zaraz drugi, ładniejszy. To było nieodpowiedzialne z jego strony, a zawsze miał go za takiego odpowiedzialnego i dorosłego. Dalej tak chciał uważać, ale teraz już nie wiedział.
Zrobił pierwszy krok w stronę samochodu, później drugi, trzeci. W napięciu widział czubek swojej głowy odbijający się w szybie, grzywkę, brwi, aż w końcu, gdy złapał za klamkę, widział oczy, nos i zaciśnięte usta. Przecież już nikt nie miał go doprowadzać do tego stanu. Wtedy miał być ostatni raz. Znów się nabrał i to w najbardziej idiotyczny sposób, a mimo tego, gdyby Morpheus zjawił się tu i teraz, wyciągnął do niego rękę, to pobiegłby do niego.
Obrócił się przez ramię, patrząc na trasę skąd przyszedł, jednak zobaczył jedynie żółte światło latarni pod którą walały się jakieś śmieci. Nikogo, ani żywej duszy.

***

Koc go drapał niemiłosiernie, ale nie dlatego, że był z wełny, po prostu go drażnił, tak samo jak ubranie, jak powietrze, materiał tylnej kanapy, irytowała go ta szarość sufitu, śpiew pijanych ludzi za oknem, którzy bawili się fantastycznie i będą się bawić dalej dopóki, ktoś nie wywali się i nie uderzy głową w krawężnik. Wtedy przyjaciele się zaśmieją jeszcze raz, a gdy krew rozleje się kałużą, uciekną w popłochu bojąc się oskarżeń. Samotność jest główną częścią życia. Ile osób chętnie podchodzi do prac grupowych? Ile osób z zadowoleniem wychodzi na spotkania z innymi ludźmi? Grupa najbliższych, zaufanych osób nie jest tu liczona. Czy sam sobie zaprzecza? Być może. Już nie nadążał za tym wszystkim szukając sobie wymówek, dlaczego zamiast spać planuje okropne rzeczy. Obróci się na lewy bok, ma przed oczyma truciznę. Obróci się na prawy bok, na przed oczyma napiętą linę. Na brzuch, widzi roztrzaskaną wazonem głowę, a na plecach widzi zwłoki wiszące nad nim upominające go, że nie tego go uczyli. Wiedział, że nie tego. Nie chciał tego robić i nie zrobi, potrafi nad sobą panować. Nie znaczy to jednak, że nie mógł żyć fantazjami, nikt ich nie skontroluje, nikt mu w myślach czytać nie da rady. Wiele swoich myśli w życiu nie wypowiedział na głos, tak samo będzie z tymi. Na zawsze schowane w środku, ujawniane jedynie w lekko złośliwym uśmiechu czy matowości spojrzenia. Wiedział jak to jest umierać, trzymać śmierć za dłoń, iść obok niej. Nie raz już zdarzyło się mu być blisko opuszczenia tego świata. Ludzie robią z tego dramat, gdy prawda jest taka, że zmarły osiąga spokój. Zero cierpienia, zmartwień, czyste powietrze bez konieczności oddychania. Lustro pęka, a odłamki nie ranią skóry, otoczenie podlegające twoim zasadom. Będzie mógł w im zabijać się dla niego tyle razy ile poprosi. Czyż nie o to mu chodzi? Ignorowanie świadomości konsekwencji. Tego nie lubił najbardziej. Kochał to czego nienawidził. Zdegustowany samym sobą, obrzydzony własną głupotą, chciał kary za swoje zachowania, chciał oberwać po rękach tak mocno, że już nigdy po nic nie sięgnie. Tak to powinno się skończyć i on poczeka, aż tak się stanie. Był cierpliwy. Czekał dwa lata na rozpoczęcie jego męczarni, w której trwa już chwilę. Wytrzyma więcej, zawsze wytrzymuje, w końcu jakoś akademię ukończył mimo wszystko, jakoś znalazł w końcu względnie stabilną pracę, jakoś żyje do tej pory. Trzymają go tu głównie obowiązki, bo co jeśli nie miałby rodziny? Dla kogo by chodził po tym świecie? Dla siebie? To żadna przyjemność. Dla niego? Lubił go... Mógłby dla niego żyć, tylko czy to ma sens, gdy nikt go o to nie prosi, gdy nikt z tego nie czerpie. Dlaczego teraz po pijaku dopadły go takie rozterki? Powinien był od razu wyjść, a nie iść się uspokajać za stodołą z dwoma filozofami, jacy zasiali w jego głowie poczucie jakoby miał jakąkolwiek kontrolę i rozwiązanie swoich problemów?
Przewrócił się na bok, wybrał truciznę. Śmierć od niej może być bezbolesna i nie niszczy tak ciała, jak uduszenie. Z nią zaśnie i bez niej się obudzi, gdy alkohol wyparuje, a wszystkie idiotyzmy nad jakimi rozważał wyparują wypierane przez poczucie moralności wilkołaka. Zapomni o nich i nigdy nie będzie próbował sobie przypomnieć, dla własnego dobra, dla Jej dobra.

***

Poranek przyszedł nie mając w sobie za grosz litości, już o piątej wchodząc mocnym, jarzącym słońcem. Ile czasu spał? Nie było to ważne ile konkretnie, liczyło się tylko to, że za mało. Zmarszczył brwi, zakrył się bardziej kocem wzdychając ciężko i przeciągając się w ciasnej przestrzeni przypominając sobie gdzie właściwie jest. Samochód. Co robił poprzedniego wieczora? Nic konkretnego. Nieco żalu, nieco złości i zabawy. Niech tak pozostanie.
Sięgnął dłonią do korbki w drzwiach, zaspane mięśnie potężnym wysiłkiem wprawiły szybę w ruch wpuszczając do wnętrza auta świeże powietrze, którego chłód od razu wywołał dreszcze wzdłuż jego kręgosłupa. Ptaki śpiewały, gdy podnosił się powoli do siadu. Życie leniwie się budziło, sarny wychodziły na polany, kwiaty powoli rozciągały liście na boku, a kaczki pewnie spały, wtulona jedna w drugą po owocnej nocy w czasie której mówili sobie kłamstwa o miłości, czy to na pewno były kłamstwa? To on był tym, którego oszukiwano, a Ona? Ona była idealna, niczego jej nie brakowało, nie dziwił się, że w ich gnieździe latały żywo pióra. A on? On siedzi, oparty o fotel, zapatrzony czerwonymi oczyma na otoczenie, kiedy policzki znów są zraszane łzami. Później wróci do niego, wystarczy słowo, spojrzenie i wróci tylko dlatego, że mu rozkaże.
Przetarł twarz rękawem, pociągając nosem zaczął szukać kluczyków, jakie zakopały się gdzieś razem z nim pod kocem w czasie snu. Naciągnął buty na stopy i po chwili drzwi samochodu znów trzasnęły, gdy oddalał się od niego, idąc prosto w stronę jeziora. Miał czas, miał tyle czasy ile mogło mu się zamarzyć, jedynie wróble patrzą na niego dziwnie.
Stanął na czystym piachu, wyczuwając teren. Nogi same go powiodły na sam koniec mola, gdzie klęknął przyglądając się lekko falującej tafli wody. Wtedy gdy syrena go atakowała wyglądała podobnie. Niepozorna, spokojna i opanowana, a w jej środku czekała śmierć. Wyciągnął dłoń, dotknął opuszkami zimnego, mokrego żywiołu, dziś nad wyraz cierpliwego.
-Następnym razem postaraj się bardziej.-wyszeptał prośbę, licząc, że kolejnym razem syrena nie odpuści do samego końca, dopóki opróżnione z tlenu płuca nie pociągną go na samo dno. W końcu skoro i tak ma źle skończyć, to może sam wybrać to jak do tego dojdzie? Cierpiące zwierzę się usypia, a cierpiącemu człowiekowi mówi się, że wszystko będzie dobrze, podczas gdy nikt nie wie co stanie się jutro.
Wstał z kolan, pozbył się z siebie koszuli, butów, spodni, odłożył klucze bezpiecznie na stercie materiału. Cofnął się kawałek, dwa duże kroki i skok. Ciemność i wilgoć, zimno i przytulenie. Pozwolił pochłonąć się ciszy i spokojowi, zawieszony po środku niczego, gotów zacząć wszystko od początku, jeszcze raz. Gdyby tylko mógł zachować wiedzę jaką zdobył. Popełni te same błędy, nie pierwszy raz je popełnia... i nie ostatni.

Koniec sesji