Secrets of London
[12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard (/showthread.php?tid=3126)

Strony: 1 2


[12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Millie Moody - 17.04.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Bajarz VI
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Piszę, więc jestem

12.12.1965

Little Hangelton

Stała pod wielką, rozchodzącą się ku niebu, koszmarną, czarną, mroczną, przejmującą gałęzią. Przetartą w jednym miejscu, tak mniej więcej przed łokciem, jeżeli drzewa mogłyby mieć łokcie.

Zima była piękną porą roku, brak zieleni odsłaniał prawdę o świecie, który pozbawiony skrupułów był tylko areną kolejnych walk i mordów. Zabijaj. Jedz. Rozmnażaj się. Konkuruj.

Próżno było szukać w Mildred Julowego nastroju. Nie kiedy była sama. Nie kiedy była na terenie Little Hangleton.

Zdawało jej się, że na tym drzewie nie ma wyrwy po linie, że jest ona wypełniona suchym, trzeszczącym pod ciężarem powrozem. Że patrzy na nią wisielec, ale nie taki, jakby się go kogokolwiek spodziewał, powieszony jak bogowie przykazali za głowę. Nie. Sprawiedliwość usadziła Wisielca, skazując go na wieczne dyndanie głową w dół, a więc przywiązany był za kostkę.

Ta kostka musiała go nakurwiać srogo, czemu więc szczerzył ryj?

W przeciwieństwie do ikonografii, jej wizja nie przedstawiała ślicznych, wysuszonych młodzieńców, podobnych do jej całego stadka kuzynów po kądzieli. Mężczyźni Trelawney byli tak słodcy, jak długa, czarna laska lukrecji. Ale nie, to nie ich uśmiech osładzał Mildred powrót do domu. Przyćpany, lekko zdezorientowany Morpheus wisiał tak i szydził z niej.

Co robisz ze swoim życiem dzieciaku?

Mówił, mając usta zupełnie zamknięte. A potem zaczął uśmiechać się coraz szerzej i szerzej, potem jego twarz zamazała się i Moody postąpiła krok do tyłu, przerażona. Ale to tylko głupie drzewo, to tylko głupia czarna gałąź na tle równie głupiego obszczanego czyściuchowymi pudelkami śniegu.

Wyciągneła srebrną papierosnicę zdobioną w poruszający się sztorm, stalowe niebo nad falującym oceanem z malutkim dwumasztowym brygiem gdzieś między jednym a drugim żywiołem. Niebo tej papierośnicy przecinał grom. Mildred wzdrygnęła się i zaciągnęłamocno, po czym poprawiła pelerynę brygadzistki i ruszyła droga przed siebie. Mogła od razu przeskoczyć, ale po tym jebanym zwidzie wolała rozchodzić to trochę, może w tej dziurze mieli sklep, kupi miotłe, przeleci się i jej przejdzie. Bo znajomych raczej tu nie uświadczysz, ewentualnie jakiś pojebanych byłych, którzy nie wyjebali jej w oczy rodowodem, nie na pierwszej randce, ale z pewnością już na trzeciej. Nie chciała jednak skakać. Miała złe przeczucie, dzisiaj dzień był czarniejszy.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Sesja w ramach realizacji tematu tej SUM-y



RE: [12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Bard Beedle - 17.04.2024

Bard prowadzony przez Brennę.

Gdzieś we krwi Trelawneyów płynął nie tylko dar trzeciego oka, ale też coś więcej - przedziwna magia, która sprawiała, że niekiedy świat wokół nich zwijał się, zmieniał... a może tylko przecierał się, tak że spoglądali przez tę rzeczywistość na coś, co tkwiło poza nią.
Na inny świat?
Odbicie tego świata?
Może wisielec był wytworem niespokojnego umysłu, może zwidem, wywołanym zmęczeniem i grą świateł, a może obraz wkradł się pod powieki, bo Millie Moody przez chwilą spoglądała ku limbo. Znikł jednak tak szybko, jak się pojawił, i był tylko Las Wisielców, o tej porze roku jeszcze bardziej ponury niż zwykle. Drzewa, pozbawione liści, gałęzie, zamarłe w bezruchu, bo nawet wiatr przestał wiać i śnieg, chrzęszczący pod stopami, wsypujący się do butów. Niebo, szare, jak posypane popiołem. Mróz, szczypiący w policzki. Światło, coraz bledsze, w miarę jak słońce, skryte gdzieś zza chmurami, coraz bardziej się zniżało. Coraz więcej cieni.
Cisza.

A potem spomiędzy drzew wyłoniła się postać w łachmanach. Pojawiła się tak nagle, że równie dobrze jak nadejść niezauważona, mogła zmaterializować się za sprawą magii. W jednej chwili Millie była sama, w kolejnej mrugnęła, w następnej – widziała kobietę o ciemnych włosach, wyłaniającą się spomiędzy drzew. Przez chwilę mogło się zdawać, że i ona jest kolejnym widziadłem, jak wisielec na gałęzi, rozczochrana, odziana w szmaty, otoczona przez cienie, gęstniejące wraz ze zmierzchem. W dłoni – nagiej, bez rękawiczek, bardzo bladej, w taki mróz łatwo mogła w ten sposób dorobić się odmrożenia, o ile była prawdziwa, trzymała uchwyt starej klatki. Siedział w niej wielki ptak, w którym ktoś obeznany z wiedzą przyrodniczą bardziej niż panna Moody, mógłby rozpoznać lelka wróżebnika.

Ptak zwrócił ku Millie paciorkowate oczy i z jego gardła wydobył się skrzek, tak głośny, że nie było już wątpliwości – żadne widziało z limbo, byli tu naprawdę, dziwna kobieta odziana w ciemne szmaty, i lelek w klatce.
W sposobie, w jaki zwróciła głowę ku Millie, też było coś dziwnie ptasiego, podobnie jak w jej ciemnych oczy.
– Stanie na twojej drodze trzy razy, jeszcze nim wzejdzie słońce.


RE: [12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Millie Moody - 17.04.2024

– Co do kurw... – stłumiła przekleństwo gdy staruszka zastąpiła jej drogę, ale papieros nie przetrwał i upadł na ziemię. Och nie, ona się pojawiła w miejscu w którym zdecydowanie ledwie chwilę temu jej tam nie było. Przez plecy Mills przeszedł dreszcz. Nienawidziła mieć zgłoszeń w Little Hangleton, nienawidziła tu przyjeżdżać sama. Zupełnie jakby tkanka rzeczywistości była w tym pojebanym miejscu cieńsza. Tylko czystokrwiste pojeby mogły tu mieszkać i cieszyć się z tego permanentnego uczucia pojebania tego co jest prawdziwe a co nie. Nic dziwnego, że stare rody były takie pojebane. Poza faktem – jak to Alastor mawiał z przekąsem – ruchania kuzynek.

Klątwa została rzucona, chociaż może to była przestroga, chuj to wiedział. Już miała jej się odszczekać, ale ptak zaskrzeczał, jabane gówno, jakby nie mógł być wypchaną maskotką, rozprutą profesjonalnie w jakimś taksydermicznym zakładzie, z pięknymi koralikami lśniącymi zamiast oczu.

Zacisnęła zęby.

– Ale komu stanie trzy razy? Czy to trzech dupków spotkam, czy jednego zapalonego ekshibicjoniste-onaniste? Musisz być kurwa bardziej konkretna babo! Co to za wróżba, do DiTi Cie nie wezmą z takim gównem.– sarknęła na nią i wyminęła, ale tknięta przeczuciem obróciła się gwałtownie a tam nic... Tylko śmiech wisielca na drzewie dawno pozostawionym za sobą na drodze.

Jak ona nienawidziła tego jebanego Little Hangleton.

Sięgnęła po kolejną fajkę i odpaliła ją zaciągając się mocno.


RE: [12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Bard Beedle - 18.04.2024

- Śmierć - odparła kobieta. - Strzeż się.
A potem już jej nie było - chociaż Millie ledwo chwilę później zdało się, że słyszy nawoływania ptaka, dobiegające gdzieś spomiędzy drzew.
Może był to jakiś zwykły, nocny ptak, budzący się, bo oto nadciągnął zmierzch.
Może lelek wróżebnik znów krzyczał ze swojej klatki.
Niebo ciemniało, a szarość popiołu nabierała głębi, na zachodzie powoli zamieniając się w czerń.
Strzeż się, strzeż się, strzeż się, powiedział wiatr.
*

Dym papierosa otaczał Millie, a każdy jej oddech zamieniał się w chłodzie w mgiełkę, widoczną przez ułamek sekundy, a później rozpływającą się w zimnym powietrzu. Las Wisielców został za nią, gdy zbliżyła się do rzeki - gdzieś w oddali widziała pierwsze zabudowania Little Hangleton, wioski, w której mieszkali i czarodzieje, i mugole, i w której działo się więcej dziwnych rzeczy. Powierzchnię wody ścinał lód, choć cienki, w niektórych miejscach popękany. Wieczorami i nocami temperatura spadała kilka stopni poniżej zera, ale za dnia niekiedy oscylowała tuż powyżej niego, wtedy mróz zaczynał ustępować, a warstwa lodu stawała się cieńsza.
Noga Moody zapadła się nagle w śniegu. Ot obniżenie terenu, niewidoczne z powodu białego puchu, tutaj, w miejscu, gdzie nikt się go nie pozbywał, sięgającego niskiej kobiecie niemal do łydek. Potknęła się, papieros wypadł jej z dłoni, syknęło, gdy gorący płomyk spotkał się z wilgotnymi płatkami. Ale Millie już nie zdążyła tego zobaczyć, bo staczała się te parę metrów po stromym w tym miejscu zboczu, ku rzece, ku lodowej tafli, zbyt kruchej, aby utrzymać jej ciężar.


RE: [12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Millie Moody - 18.04.2024

Pieprzone stare widmo. Wiedźma. Może widmowa wiedźma. WW, tak ją będzie nazywała w głowie, albo po prostu Double V. Szmata. Tak straszyć bogu ducha winnych policjantów na służbie. No dobrze, była, odwaliła co miała do odwalenia, jeszcze kilka spraw i będzie mogła spadać. Kolejna fajka, kolejny rozpalony węgielek.

Śmierć.

Szmata.

Mildred nie zamierzała umierać, ona zamierzała śmierci śmiać się prosto w oczy. Razem z bratem byli w końcu niezabijalni!

Zaciągnęła się i odprężyła, domeczki jebniętych czyściuszków było już widać zaraz będzie mogła...

...grunt osunął jej się spod nóg, a ciało pognało w dół zbyt stromego nawisu. To nie był morski klif, ale ślisko mocno, szorowała mundurem, szorowała dupą po oblodzonej "przyrodzie". Adrenalina buzował, normalnie pewnie ktoś normalny wpadłby w spiralę strachu, w spiralę wizji lądowania w lodzie.

Nope. Nie Mills.

Jazda była szybka, ale kluczowe było dokopanie się do różdżki.

Jebana peleryna – zawsze człowiek coś tam się mógł zaplątać w to szare niepotrzebne nikomu gówno.

Od razu gdy poczuła pod palcami drewno nie zwlekała – teleportacja i drogo do Little Gównington witaj spowrotem.



Translokacja,bo jednak sytuacja kryzysowa, refleksy i inne takie
[roll=PO]
[roll=PO]



RE: [12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Bard Beedle - 21.04.2024

Millie się nie udało. Prawdopodobnie ze względu na fakt, że nawet komuś o takich umiejętnościach w dziedzinie translokacji jak jej trudno było się skupić, gdy staczał się ze zbocza, a w chwili, w której usiłowała się deportować, walnęła się o kamień w głowę.
Tak bardzo się jej nie udało, że teleportowała się, owszem, ale zamiast do Little Hangleton, to… wprost na cienki lód, którym pokryta była rzeka. Ten, oczywiście, natychmiast pękł pod nią, i zapadła się w lodowatą wodę.
Uczucie było szokujące, tysiące drobnych szpileczek wbijały się w skórę, głęboko, aż do kości, ubranie natychmiast nasiąknęło, ciężki, mokry płaszcz i buty utrudniały poruszanie się. Na szczęście dla Miles – teleportowała się jednak nie na środek rzeki, a blisko drugiego brzegu, gdzie woda była na tyle płytka, że nawet gdy straciła równowagę i runęła na klęczki, kolanami zarywając o dno, głowę wciąż utrzymała na powierzchni. I paradoksalnie fakt, że lód był aż tak kruchy, działał na jej korzyść – mogła wygrzebać się na brzeg. Trzęsąca się z zimna, zupełnie przemoczona.

Niewiele brakowało.

Czy gdyby wylądowała jednak na środku, dałaby radę bez problemu dotrzeć na brzeg…?
A i teraz przecież groziło jej niebezpieczeństwo: musiała jak najszybciej się wysuszyć i ogrzać, stojąc w mokrych ubraniach, w minusowej temperaturze, pozostawała narażona na odmrożenia, jeśli nie na hipotermię…


RE: [12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Millie Moody - 22.04.2024

– Kurrrrr.....– soczyste r przeszło w terkotanie szczęki, tak że nawet przeklnąć nie mogła normalnie jak człowiek. Chyba tylko wściekłość ja rozgrzewała w tej chwili, była tak przemarznięta, że żadne słowo nie mogło przejść jej przez gardło, co gorsza, trzęsącą się ręką chujowo się czarowało i przywoływało cokolwiek. Dobra, mówiło się trudno, trzeba było użyć siły ciała, a liczyła na to, że mimo swej chudości to coś tam jeszcze zapamiętały te mięśnie. Zaczęła biec w kierunku zabudowań, licząc na to, że ruch ją też jakoś rozgrzeje. Trudno, najwyżej potem przeleży miesiąc w Mungu.

Gniew był dobrym paliwem.

Na siebie, na wisielców, na tego co przydzielił jej zadanie, na tą starą raszple... kurwa, czy to jest jakaś klątwa? Zacisnęła mocniej skostniałą rękę na różdżce, zupełnie jakby starowinka znów miała ją napaść. Mówiła trzy razy, czy to był pierwszy?

– Fuck– krótkie, proste, zupełnie jak oddech, jak powietrze, dzięki któremu Mils funkcjonowała. Musiała dobiec. Musiała dobiec do zabudowań. W Little Hangleton na pewno mieszkał ktoś, kto by jej pomógł się z tym uporać, a potem nikomu by nie rozpowiadał bo jak to czyściuch pomaga półkrwistej dupie. Znała takich hipokrytów, co lecieli na jej złote oczy i cięty język. Pozostawało tylko jak najszybciej dobiec...


RE: [12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Bard Beedle - 23.04.2024

Little Hangleton było wioską, w której dało się znaleźć domostwa czarodziejów czystej krwi, którzy bez wahania przegnaliby Miles z progu – jak Rookwoodowie zapewne, takich, którzy może by jej pomogli, a może nie (jak niektórzy Shafiqowie), jak i domy półkrwi (tych nieprzyjemnych rodzin jak Fawleyowie i tych nieco bardziej sympatycznych, w rodzaju Flitwicków) czy nawet mugoli. Istniała szansa, że znajdzie się ktoś, kto wpuści ją do środka, pozwoli się ogrzać czy nawet osuszy zaklęciem.
Ciało Miles nie chciało współpracować. Organizm buntował się przeciwko zimnu i temu biegowi. Płaszcz, teraz przemoczony, nie chronił przed zimnem, a bieg nie ogrzewał ciała – wysysał z niego siły. W połowie drogi zaczęło kręcić się jej w głowie, dłonie trzęsły się, woda osiadła na ubraniach i butach zaczynała zamarzać. Na szczęście temperatura nie sięgała kilku stopni poniżej zera, bo kto wie, czy zdołałaby w ogóle dotrzeć do zabudowań?
Zbliżała się do najbliższego domu.
Robiło się coraz ciemnej, ostatnie promienie słońca już wygasały – w oknach domku natomiast paliły się światła, co dawało nadzieję, że ktoś jest w środku. Jeżeli nie w tym budynku, to w jednym z dalszych i że jeśli wykaże jeszcze trochę uporu, to zdołała znaleźć bezpieczne schronienie…
…najpierw usłyszała dźwięk silnika. Chwilę później mugolskie auto wypadło zza zakrętu, za szybko, jak na warunki atmosferyczne i śliską jezdnię. Samochodem zarzuciło, w stronę chodnika i biegnącej tymże ostatkiem sił Millie Moody…


RE: [12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Millie Moody - 25.04.2024

To było śmieszne, to było surrealistyczne, to było kurwa do reszty pojebane. Co tu się działo? Chyba ten zjazd pokićkał jej mózg do reszty, ta fantastyczna morsowa kąpiel i atmosfera Małego Wisielczyka (serio, mogli sprzedawać w sklepie z pamiątkami takie małe ludziczki powieszone na drzewach, albo takie kulki z wisielcami, co jak je się potrząśnie to będą wkoło brylować białe okruszeczki, o tak to brzmiało doskonale. I powróz do samodzielnego montażu!) w każdym razie posrało ją zupełnie, że nie przeskoczyła od razu do Londynu. W głowie jej tylko dudniło, że nikt się nie może o tym dowiedzieć na posterunku, bo nie dadzą jej żyć przez pół roku.

I nagle ten hałas! Motoryzacyjny potwór wyrwał się z drogi, zaliczył jakiś poślizg i tylko dzięki doskonałemu (ha) refleksowi udało jej się uskoczyć... prosto w zaspę pod jakimś domem. Wywinęła orła? Och nie, to było celowe. Zaspa była całkiem cieplutką opcją na teraz? Niekoniecznie, choć na pewno było jej tam bardzo, bardzo miękko.

– Pppp..ppp.ppppojebane – mruknęła przemarznięta do szpiku kości, wściekła i w ogóle już nie pamiętająca co w ogóle miała tu robić. Powoli podniosła się z zaspy i rozejrzała, zastanawiając się czy to już zabudowania czy jeszcze ma majaki. A może odwrotnie? Szczękała zębami i nawet nie mogła zebrać głosu żeby wezwać pomocy, a już zmierzchało...


RE: [12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Bard Beedle - 26.04.2024

Dźwięk silnika oddalał się, aż w końcu umilkł całkiem, kiedy samochód wyjechał z wioski, jeszcze zanim Millie zdołała wygrzebać się z zaspy. Kierowca nawet nie zwolnił, nie mówiąc już o zatrzymaniu się, by sprawdzić, czy jego niedoszła ofiara nie ucierpiała.
Zdawało się jej, że słyszy dobiegające z dala nawoływania ptaka i krzyk Lelka Wróżebnika brzmiał teraz prawie jak śmiech. Ale może zwodziły ją zmysły, ciało odmawiało już posłuszeństwa, i stąd w jej uszach rozbrzmiewały dźwięki, których wcale nie było? Przecież kobieta i lelek pozostali za nią, w lesie. Wstanie z tej śnieżnej zaspy było chyba jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie Moody zrobiła w całym swoim życiu. Była teraz nie tylko cała mokra i przemarznięta, ale też oblepiona śniegiem, który przylgnął do wilgotnej płaszcza, wpadł za kołnierz, dostał się do butów, topniał na szyi, zebrał się w kapturze…
Śmierć sięgnie po ciebie trzy razy, powiedziała dziwna kobieta, wariatka, włóczęga. A może jasnowidzka lub wróżbiarka? Bo przecież Millie już dwa razy wymknęła się nieszczęściu, umknęła z zimnej rzeki, uskoczyła przed autem, tylko… czy na pewno już wywinęła się śmierci? Czy miało spotkać ją trzecie nieszczęście, czy może tym trzecim nieszczęściem było samo zimno, wprawiające w drżenie drobne ciało, odbierające kobiecie siły.
Domy znajdowały się blisko. Wyglądały zupełnie normalnie. Ten bliższy nie znikał, gdy Miles się do niego zbliżała, nic się nie zmieniało w jego wyglądzie, to nie był żaden sen, żadna wizja, podsunięta przez płynącą w jej krwi krew Trelawneyów. Światło padało z okien, jasny blask walczył z zapadającą ciemnością.
Jeszcze tylko kilka kroków… jeszcze odrobina wysiłku…
Gdzieś w domu rozszczekał się pies, chyba zdając sobie sprawę z tego, że ktoś znalazł się w pobliżu. Z domu dobiegły jakieś głosy, a chwilę później drzwi uchyliły się lekko – najwyraźniej właściciel uznał, że pies potrzebuje wyjść na podwórko. I w ciemnościach, które zapadły tuż po zmierzchu, młody mężczyzna, pewnie tuż po Hogwarcie, dostrzegł zbliżającą się Miles. Poruszała się trochę dziwnie, oblepiona była śniegiem i lodem i…
– Upiór! – krzyknął właściciel domu z przestrachem. Pechowo dla niej: czarodziej. Nie czystokrwisty pewnie, mieszkał w zwykłym, niedużym domu, dość podobnym do tych mugolskich, ale czarodziej. Sięgnął bowiem po różdżkę i czerwony promień przeleciał tuż obok jej głowy.
Najwyraźniej to była ta trzecia niespodzianka, którą tego dnia miał przynieść Mildred Moody los.