![]() |
|
[13.12.68] Oszukać przeznaczenie - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [13.12.68] Oszukać przeznaczenie (/showthread.php?tid=3130) Strony:
1
2
|
[13.12.68] Oszukać przeznaczenie - Basilius Prewett - 19.04.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic V Pech dopadł go i dzisiaj, ale jak długo na miejscu bójki nie było Brenny Longbottom, tak długo Basilius zamierzał twierdzić, że mimo wszystko udało mu się oszukać przeznaczenie. Nie twierdził tak bardzo długo. Plan był naprawdę dobry. To nie tak, że był przesądny, absolutnie nie, po prostu gdy zobaczył ostatnio jaka zbliża się data i uświadomił sobie, że w trzy poprzednie piątki trzynastego w jego gabinecie zjawiała się Brenna z coraz to dziwniejszymi przypadkami, uznał że profilaktycznie weźmie sobie na ten dzień wolne. Bo robaka jeszcze rozumiał, biedny Octavian jakoś się podniósł, ale ostatnim razem Longbottom przyszła do niego z klątwą, która nie powinna już istnieć. I oczywiście on musiał tę klątwę łamać. I oczywiście teraz jeden magimedyk uważał, że nie tylko wymyślił sobie Brennę, ale i klątwę. Lepiej więc było po prostu wziąć sobie dzień wolny. Tak na wszelki wypadek. I tak pracował zbyt dużo. I w sumie to powinien się spodziewać, że coś będzie nie tak. Zwłaszcza, gdy cały dzień czuł się dość osłabiony i przemęczony (chyba rzeczywiście zasługiwał na odpoczynek), ale nie powstrzymało go to jednak by wieczorem ubrać się i wyjść do znajdującego się przy Pokątnej magicznego kasyna. W końcu zasługiwał, by jakoś świętować pierwszy spokojny piątek trzynastego od roku. No i nie zamierzał siedzieć tam długo. Tylko jedna partyjka pokera na rozluźnienie. Nie skończyło się na jednej partyjce pokera, ale i tak nie siedział tam długo. To znaczy, pewnie siedziałby długo, gdyby nie to, że wplątał się w sam środek wielkiej awantury. Awantury, którą w teorii sam wywołał. Niechcący. Zaczęło się od tego, że szło mu dzisiaj wyjątkowo dobrze, co odbiło się szczególnie na stanie portfela jednego czarodzieja. I ten czarodziej miał czelność oskarżyć go o oszukiwanie, co było niemalże dla niego obrazą. Przecież nie oszukiwał w pokera kiedy dobrze mu szło! Oszukiwał, gdy orientował się, że jeśli zaraz czegoś nie zrobi to za chwilę straci zdecydowanie za dużo pieniędzy. Niestety czarodziej był innego zdania, a na sugestie Prewetta, że po prostu miał dzisiaj zły dzień postanowił go uderzyć. Basilius się uchylił. Czarodziej uderzył kogoś innego. Ten ktoś mu oddał. Kilka kieliszków whiskey spadło na ziemię. A potem okazało się, że w kasynie więcej osób miało do siebie jakiś problem i nagle wszystko ogarnął chaos. Z pozytywów po jakimś czasie bójka się zakończyła. Z negatywów po tym, gdy ktoś został czymś dźgnięty, a jeszcze ktoś rzucił jakieś zaklęcie nekromantyczne uznano ich za poważne zamieszki i wezwano odpowiednie władze. Co pewnie było rozsądnym posunięciem i Basilius by na to nie narzekał, gdyby nie to, że gdzieś pomiędzy pomocą personelowi w rozdzielaniu awanturników, a unikaniem tych awanturników i fruwających wszędzie krzeseł jego ciało przeszło że stanu Jestem dzisiaj nieco bardziej zmęczone, niż zwykle do stanu chyba zaraz padnę. A mówią, że sport to kurwa zdrowie. Proszę pana, nie może pan jeszcze iść. Musimy pana przesłuchać. Nie zajmie to długo, ale proszę poczekać jedną chwilę. Słyszał już od pół godziny. Bardzo długa była ta jedna chwila. Siedział, więc teraz z boku na jakimś krześle z siniakiem na czole i rozważał, jak bardzo będzie źle, jeśli po prostu rzuci to wszystko i pójdzie do siebie. Ewentualnie po prostu może zaraz zemdleje i uzdrowiciele, których jego sumienie nie pozwalało mu męczyć, gdy widział, że mają obecnie znacznie poważniejsze przypadki na głowie, po prostu zabiorą go do Munga, gdzie się wyśpi. Ale hej! Przynajmniej udało mu się uniknąć spotkania z Brenną! Nagle usłyszał czyjeś kroki. – O. Witaj Brenno – rzucił odrywając nie do końca przytomne spojrzenie od podłogi. Zaraz... … Brenna... Rozległ się trzask. Gdzieś dalej, chyba dla podkreślenia ironii tej sytuacji na podłogę właśnie spadł z hukiem jeden z obrazów. Już czwarty. Brenna... RE: [13.12.68] Oszukać przeznaczenie - Brenna Longbottom - 19.04.2024 Brenna nie była przesądna i nie zauważyła nawet, że dziś wypada piątek trzynastego. Nie skojarzyła tego i nie pomyślała, że ta data może cokolwiek oznaczać, chociaż w ostatni piątek trzynastego otwarcie składziku w domu podejrzanego skończyło się oberwaniem klątwą, w poprzedni opiekowała się panem Collinsem zamienionym w robaka, a jeszcze wcześniej kombinacja zaklęć i wybuch tajemniczego pudełeczka pokryły jej skórę podejrzaną czernią. Takie rzeczy przecież zdarzały się czasem i w inne dni – po prostu nie spotykała w nie Basiliusa, ale spotykała innych uzdrowicieli. Poza tym jak dotąd, a zbliżał się już wieczór, to był zupełnie zwykły dzień. Rano podrzuciła parę kanapek znajomym z Ministerstwa, potem wypełniała raporty, pokazywała dwójce nowych trasę patrolową, a potem dostali wezwanie do drobnych zamieszek. Na miejscu trzeba było usadzić jednego pana, wciąż wymachującego nożem, dwie osoby oddać pod czułą opiekę uzdrowicieli, a wreszcie podjąć próbę ustalenia, kto rzucił nielegalne zaklęcie – gdzie każdy oskarżał każdego i ciężko było zmusić zainteresowanych choćby do tego, by przestali mówić jednocześnie i obrzucać się nawzajem obelgami. Na całe szczęście, dojście co do tego, kto z trzech kandydatów bawił się tu w nekromancję, wziął na siebie detektyw Gregory. Brenna szepnęła mu jeszcze do ucha "dwójkę, dwójkę wybierz, panie!", bo coś się jej zdawało, że jego tłumaczenia są najmniej składne, a mężczyźnie jakoś źle z oczu patrzyło, i cuchnął papierosami tak, że mogło to maskować zapach czarnej magii i potem poszła przesłuchać przypadkową ofiarę/prowodyra/przypadkowego świadka starcia (znów zależy, kogo spytać) czyli... ...Och, Prewetta. Którego widziała ledwo trzy miesiące temu, i spędzili w swoim towarzystwie prawie cały dzień, bo Basilius próbował ustalić, co to za klątwa, jak już ustalił, co to za klątwa uznał, że to niemożliwe, jak znowu ustalił, że jednak możliwe, chociaż powinno być niemożliwe, musiał spróbować kilku rzeczy, żeby ją zdjąć… I czy to też nie był trzynasty? Uniosła na moment wzrok, gdy jeden z obrazów spadł z hukiem. Na ścianie, tuż obok miejsca, w którym chwilę wcześniej wisiał, wyświetliła się magiczną reklama "Udowodnij, że piątek trzynastego nie musi być pechowy i wygraj na naszej loterii! Tylko dziś podwajamy każdą wygraną", a ją nawiedziło dziwne uczucie deja vu. Chociaż przecież nie była wcześniej w tym kasynie. Jeszcze nie uznała tego za bardzo dziwne. Ale pomyślała, że to całkiem zabawny przypadek. I że może, tak na wszelki wypadek, powinna zwrócić większą uwagę na kolejny piątek trzynastego. Chociaż tym razem nie miała na sobie żadnej klątwy, plam i nie przyniosła mu wielkiego robaka, więc to spotkanie chyba się nie liczyło. - Hej, Basilius – przywitała się, mierząc go uważnym spojrzeniem. Był trochę blady, ale Prewett zwykle był trochę blady. Ktoś powinien chyba wystawić go na słońce. Najlepiej regularnie, przynajmniej raz w tygodniu. Chociaż może akurat w grudniu nie byłby to najlepszy pomysł. Nie wyglądał jednak na rannego. Chyba. - Nie oberwałeś niczym paskudnym? - upewniła się, podnosząc jedno z przewróconych krzeseł, by ustawić je w pobliżu i usiąść na przeciwko Basiliusa. - Będę miała do ciebie kilka pytań, standardowa procedura, potem unikniesz dzięki temu wzywania do Departamentu - powiedziała, wyciągając z jednej z licznych kieszeni płaszcza notatnik. Pośpiesznie odnotowała w nim podstawowe dane. - Podobno widziałeś początek bójki. Jesteś w stanie opisać, jak do niej doszło? - spytała. Tym razem plotła trochę mniej, właściwie to chwilowo wcale nie plotła, bo sytuacja trochę się odwróciła, i ona była w pracy, a on był jej świadkiem. RE: [13.12.68] Oszukać przeznaczenie - Basilius Prewett - 19.04.2024 W Basiliusie teraz walczyły ze sobą dwie skrajne emocje. Ulga, że trafił na znajomą twarz i zaraz będzie mógł iść do domu... I niepokój, że przecież próbował dzisiaj akurat tej znajomej twarzy uniknąć. Eh... A może to on sam padł ofiarą jakiejś antycznej klątwy? Zerknął na wyświetlająca się, jakby po złości, reklamę loterii. Ciekawe, czy w obecnej sytuacji ta oferta dalej obowiązywała, bo w sumie to chętnie kupiłby kilka losów... – Jesteś w kasynie – powiedział cicho, wciąż nieco za bardzo zaskoczony jej obecnością, by zareagować jakkolwiek inaczej. A potem zorientował się, że pewnie właśnie brzmi jak wariat. – Nie. Nie oberwałem. – Chyba, że życiem. – Długo to potrwa? Naprawdę chciałbym już iść. – Starał się brzmieć normalnie, a nie jakby siedział na krześle tylko dlatego, że inaczej bał, że się zachwieje. To była dziwna sytuacją. Zazwyczaj to on był przecież w pracy, a teraz to Brenna zadawała profesjonalne pytania, a on musiał jej powiedzieć, że bardzo zabawna sprawa, ale teoretycznie był jednym z powodów dlaczego ta bójka w ogóle miała miejsce. – Tak ja... – Nagle bardzo nie chciał się jej przyznawać, że on jako jej uzdrowiciel, ktoś kogo powinna mieć za poważnego człowieka wpadł w taką sytuację. Szczęśliwie ktoś inny pomógł mu zmotywować się do wyjaśnienie co się stało. – PIERDOL SIĘ PREWETT – wykrzyknął czarodziej, od których wszystko się zaczęło. – WSZYSCY JESTEŚCIE SIEBIE WARCI! SKOŃCZENI OSZUŚCI! Basilius jedynie westchnął i potarł czoło. – Ktoś uznał, że na pewno oszukiwałem w karty, więc postanowił mnie zaatakować. Ale nie trafił i zaatakował kogoś innego. A potem jakoś poszło, ale posłuchaj... Jeśli wymaga to dodatkowych przesłuchań, czy zeznań to nie mam nic przeciwko temu, by zajrzeć po prostu do Departamentu. Nawet jutro. – Byle tylko zaraz być we własnym łóżku i móc spać kolejne dziesięć godzin. RE: [13.12.68] Oszukać przeznaczenie - Brenna Longbottom - 19.04.2024 - Rzeczywiście, nie bywam w nich zbyt często – przyznała Brenna spokojnie na tę uwagę Basiliusa. Nawet jej nie zdziwiła. Może pomyślałaby, że Prewetta uderzyło jakieś zaklęcie, ale przecież pamiętała jego różne stwierdzenia, takie jak to, że zepsuła jego studenta, więc Basilius po prostu czasem mówił takie rzeczy, i kim była, by go przy tym oceniać, skoro sama miewała skłonności do opowiadania najróżniejszych bzdur? – Jestem pewna, że uporamy się z formalnościami szybko – zapewniła, głównie dlatego, że nie chciała mówić "no jedna osoba twierdzi, że ty to wszystko zacząłeś, więc trochę to zależy od tego, co teraz powiesz, bo może zająć bardzo, bardzo dużo czasu". Chociaż ciężko było jej sobie wyobrazić Basiliusa jako prowodyra całego zamieszania, to jednego był Prewettem, a ci niekiedy mieli anielskie twarze, piękne uśmiechy i całe stada diabłów za skórą. Nie, żeby to negatywnie oceniała. Drgnęła, gdy rozległy się krzyki i z trudem powstrzymała chęć uniesienia oczu ku niebu. Tak, to dokładnie ten pan utrzymywał, że całą bójkę rozpoczął Basilius Prewett. Na szczęście dla nich obojga krótkie wyjaśnienia, których udzielił uzdrowiciel, pokrywały się z tym, co powiedziała druga osoba - a konkretnie ta osoba, która oberwała w twarz zamiast Prewetta. A to oznaczało, że raczej nie było podstaw, aby ciągnąć go natychmiast do siedziby BUM i przesłuchiwać tam. Również na szczęście, pan wrzeszczący o tym, że wszyscy Prewettci to oszuści, został po prostu powleczony przez pięknego Brygadzistę Apollo ku wyjściu, i stamtąd teleportowano się z nim bezpośrednio do Biura. Rannych zabrano, jego zabrano, pana od noża takoż, a Gregory właśnie zgarniał swoje trzy owieczki, by pewnie bezpośrednio w Biurze dochodzić, która z nich okazała się wilkiem… – Potrzebujemy opisu przebiegu sytuacji z twojej perspektywy, a potem kilku podpisów – powiedziała, unosząc na niego znad notatnika spojrzenie ciemnych oczu. Czy jej się wydawało, czy był bledszy niż zwykle? Ba, bledszy niż ledwo chwilę wcześniej? I coś bardzo nalegał na to, że chce już stąd pójść. To zwykle oznaczało, że albo masz coś na sumieniu, albo że źle się czujesz, bo skoro był gotów aż później iść do Departamentu… ludzie zazwyczaj unikali tego tak bardzo, jak tylko mogli… – Całość nie powinna zająć dłużej niż pół godziny, w Departamencie na pewno zajmie to dłużej, ale możemy to przełożyć, wystarczy podpis i adres dla oficjalnej sowy… Basilius, jesteś pewien, że nie trafiło cię żadne zaklęcie? – zapytała, bo właściwie tamto nekromantyczne wyssało z jednego osobnika siły. Może jednak jakiś czar musnął także Prewetta? RE: [13.12.68] Oszukać przeznaczenie - Basilius Prewett - 19.04.2024 – No właśnie – mruknął, jakby to tylko podkreślało jego słowa. Brenna nie chodziła często do kasyn, a jednak tutaj była. On chodził do kasyn często, ale awantury na taką skalę nie zdarzały się codziennie. A to przecież to sprawiło, że Brenna tutaj była. A tak poza tym to był piątek trzynastego. Przypadek? Miał taką nadzieję. Eh... Że też ten idiota musiał się do niego przyczepić, a potem nie trafić i uderzyć jakiegoś choleryka, który postanowił mu oddać. I gdyby chociaż naprawdę oszukiwał... Wtedy tłumaczenie wszystkim, że był niewinny i patrzenie, jak zabierają tamtego byłoby chociaż zabawne. Ale musiał przyznać, że i tak poczuł satysfakcję, gdy tamten znikał z kasyna w towarzystwie przystojnego brygadzisty. Tak to jest jak próbujesz podpaść Prewettom. Nawet jeśli Basilius tak naprawdę nie zrobił niczego, by pomóc nieznajomemu w tym losie. Skrzywił się nieco. Pół godziny zeznawania i podpisywania brzmiało teraz jak bardzo dużo czasu. W pół godziny był w stanie wrócić do swojego mieszkania i po prostu zasnąć. Z drugiej strony miał lepsze plany na ten weekend, niż siedzenie w odpowiednim Departamencie. Spojrzał na nią i zmusił się do słabego uśmiechu, próbując ignorować to dziwne uczucie, które mówiło mu, że kiedy tylko wstanie obraz zacznie rozmazywać mu się przed oczami. Może jak się zaraz przeteleportuje i weźmie odpowiednie eliksiry wzmacniające to nie będzie tak źle, ale pół godziny... Zdecydowanie wołał uniknąć omdlenia na oczach wszystkich, w tym podejrzanych typów z kasyn. Chociaż był prawie pewny, że gdyby był swoim własnym uzdrowicielem to zdecydowanie, by nie pochwalała tego rozumowania. – Tak. Jestem pewien. Wbrew pozorom całkiem dobrze potrafię unikać. – Jeśli kiedykolwiek widziała go na szkolnych błoniach grającego w jakąkolwiek grę wiedziała, że nie była to prawda. – Po prostu... – Westchnął cicho i przejechał dłonią po skropionym potem czole. – Po prostu to był długi dzień, więc chyba wolałbym nie robić tego dzisiaj. Pasowałoby wam jutro? Wczesne popołudnie? Zaraz wam podam wszystkie namiary. – Miał tylko nadzieję, że nikt nie uzna jego chęci szybkiego wyjścia z tego miejsca za próbę uniknięcia odpowiedzialności. Jeszcze by mu tego brakowało, gdyby nagle postanowili go aresztować. RE: [13.12.68] Oszukać przeznaczenie - Brenna Longbottom - 19.04.2024 Brenna nie była uzdrowicielką. Nie potrafiła ocenić stanu Basiliusa. Ale nie była też ślepa i w pracy widywała ludzi na krawędzi omdlenia dostatecznie często, aby wyłapywać te najbardziej oczywiste objawy: czyli kiedy bladłeś jak trup (było), twoje czoło zlewał pot (było) i miałeś trudności w zogniskowaniu spojrzenia (też było!). Prewett nie wyglądał dobrze. Gdyby spróbował się teraz teleportować, istniały duże szanse, że się rozszczepi. Gdyby spróbował się przejść do domu spacerem, nawet jeżeli mieszkał niedaleko Pokątnej – mógł runąć w jakiejś bramie i tak sobie leżeć zemdlony, aż ktoś go znajdzie albo aż zamarznie, bo temperatura była minusowa, z nieba sypał śnieg, i panowały ciemności. – Rozumiem. Niektóre zaklęcia po prostu ciężko zauważyć – powiedziała ugodowo. Nie wiedziała w końcu, że był chory. Owszem, kojarzyła go ze szkoły, na pewno parę razy trajkotała mu wtedy za uszami, i pamiętała, że ani nie grał w szkolnej drużynie, ani nie był aż tak energiczny jak koledzy, ale też nigdy nie zdawał się jakimś chuderlawym dzieciakiem, który ciągle źle się czuje. Tę rolę miał Leon Bletchley. I owszem, czasem mijali się na przyjęciach i owszem, ostatnio zdarzało się jej trafić do jego gabinetu… ale jakoś nigdy nie zaczął rozmowy od „hej, mam chore serce”. Niemniej… mógł czymś oberwać. Albo bardzo się zdenerwować. I trochę bała się go po prostu puszczać stąd samego. Zastanawiała się przez moment, szukając najlepszego rozwiązania, nawet obejrzała się na salę, czy nie ma tu jeszcze uzdrowicieli… ale opuścili już kasyno wraz z dwójką swoich pacjentów. – W porządku, w takim razie, gdzie mieszkasz, Basiliusie? Tutaj już wszystko właściwie posprzątane. Jeśli niedaleko, możemy załatwić to w ten sposób, że cię tam odprowadzę i po drodze opiszesz mi, co zapamiętałeś, a jutro albo któreś pasującego dnia tylko wpadniesz podpisać zeznania – zaproponowała. Nie w stu procentach zgodne z procedurami, ale też nie wykraczającego tak, aby to miał być problem, bo Prewett właściwie był tylko świadkiem. I raczej to nie jego zeznania będą decydujące. Ale na wypadek, gdyby zobaczył coś wyjątkowo ważnego, lepiej było to widać. A i nie chciała potem odkryć, że jednak nie powinna była puszczać go stąd samego. RE: [13.12.68] Oszukać przeznaczenie - Basilius Prewett - 19.04.2024 – Nie trafiło mnie żadne zaklęcie – powiedział całkiem stanowczo, jednocześnie posyłając jej bardzo uparte spojrzenie, zupełnie jakby sugestia Brenny, że nie zauważył jakiegoś zaklęcia dodała mu na chwilę nowych sił. Co pewnie było głupie, bo skoro nie chwalił się na lewo i prawo swoim stanem zdrowia, o którym lepiej wiedzieli jedynie rodzina, bliżsi przyjaciele i jego magimedyk, to nie powinien się dziwić, że Brenna po prostu wysnuła logiczne wnioski. I jeszcze nie próbowała się z nim kłócić, co powinien docenić. W ogóle chyba w tym całym narzekaniu na nią powinien ją bardziej doceniać, ale była to myśl na nieco inny moment. Już chciał powiedzieć, że nie musi go odprowadzać, ale się poddał. Wiedział, że nie uda mu się jej już oszukać, że nic mu nie było, a co do drogi powrotnej to... No cóż... Gdyby miał zemdleć po drodze to wolałby robić to w towarzystwie Brenny. Po pierwsze razem raźniej, po drugie liczył, że będzie gadać, a przydałoby mu się na czymś skupić myśli, a po trzecie przynajmniej miał kogoś, kto mógłby go uchronić przed rozbiciem sobie głowy. A Brenna wyglądała na czarownicę, której zaufałby, że nie dopuści do rozbicia jego głowy... A potem w niedalekiej przyszłości, sama rozbije swoją bo w końcu dalej chodziło o Brennę Longbottom. Trzask. Kolejny obraz spadł ze ściany. Zaczynał współczuć właścicielowi (całe szczęście, że akurat ten lokal nie należał do Prewettów), ale chyba naprawdę musieli już iść. Jeszcze dostanie dożywotni zakaz na grę tutaj, a całkiem lubił to miejsce. – Pokątna. I możemy tak zrobić. Dziękuję – powiedział, odczuwając szczerą ulgę, że zaraz będzie mógł być u siebie. – Chodźmy. W sumie sam mam do ciebie pytanie. – Z tymi słowami szybko wstał, by pokazać, że wcale nie jest, aż taki umierający na jakiego wyglądał i jeszcze szybciej tego pożałował. Świat zaczął się kręcić, niczym na karuzelii w jakimś podejrzanym wesołym miasteczku, a Prewett musiał szybko oprzeć się o ścianę, aby nie stracić równowagi. – Ale może za minutę. – wymamrotał przymykając na chwilę oczy. – I nie, nie trafiło mnie zaklęcie. RE: [13.12.68] Oszukać przeznaczenie - Brenna Longbottom - 19.04.2024 Co w takim razie piłeś? – pomyślała Brenna z odrobiną podejrzliwości, tak charakterystyczną dla glin. Ta podejrzliwość tkwiła gdzieś w Brennie, nawet jeżeli na co dzień mało kto się jej domyślał, bo ona była gliną uśmiechniętą i paplającą różne bzdury. Przecież widziała, że coś jest nie tak. Nie była tylko do końca pewna, co takiego. Tyle dobrego, że na informację o zamieszkach przysłano tutaj kilka osób, a ona zasadniczo została zgarnięta do grupy już w chwili, gdy kończyła dyżur, więc nie powinno być z tego problemów. – Mike! Jeśli nie jestem już potrzebna, zbiorę się z panem Prewettem, później przekażę jego zeznania – zawołała jeszcze do jednego z Brygadzistów, który w kącie pomieszczenia właśnie kończył przesłuchiwać właściciela. Biedny mężczyzna spojrzał na spadający obraz, a w jego oczach czaiła się pewna rezygnacja. – Jasne, pytaj – zgodziła się bez oporów, też podnosząc się z krzesła. A chwilę później odruchowo wyciągnęła ku niemu rękę, gotowa go podeprzeć: ściana jednak usłużnie znalazła się w zasięgu jego dłoni. I Brenna Longbottom bodaj pierwszy raz w życiu pomyślała, że może były sytuacje, w których nie powinna wszystkich zapewniać, że wszystko z nią w porządku, bo wtedy tylko bardziej wszystkich zdenerwuje. Ta konkluzja nie ostała się jednak w jej głowie na długo, bo skupiła się na obserwacji Basiliusa, tak na wypadek, gdyby podczas tej „minutki” postanowiła na przykład zemdleć. O tak, na pewno nie oberwał żadnym zaklęciem, pewnie jeszcze nie wypił niczego podejrzanego i w ogóle czuł się doskonale, tylko ta ściana zdała mu się nagle nieziemsko atrakcyjna i postanowił się do niej na chwilę przytulić. Na końcu języka miała „czy na pewno nie potrzebujesz uzdrowiciela?”, ale gdyby miał zgodzić się na uzdrowiciela, to wspomniałby o tym chwilę temu… Może jednak lepiej, jeśli teraz zemdleje? Będą mogli wezwać od razu magomedyka, bez żadnych protestów i bez żadnego nie, nie trafiło mnie żadne zaklęcie. Na nagrobku mu chyba to zdanie wyryją, jak nic… – Pewnie – powiedziała jednak tylko, odnośnie tego zaklęcia, którego podobno wcale nie było. – To może postój sobie minutę, a ja przyniosę ci płaszcz? Jest w szatni? W twoim domu ktoś będzie o tej porze? Czułaby się zdecydowanie lepiej, gdyby oddała go w kochające objęcia rodziny, dziewczyny, chłopaka albo przynajmniej skrzata domowego niż zostawiła samego sobie. RE: [13.12.68] Oszukać przeznaczenie - Basilius Prewett - 19.04.2024 Już miał się o coś spytać, kiedy jego nogi uznały, że spotkanie ze ściana będzie znacznie bardziej atrakcyjnym pomysłem. Ale trzeba było przyznać, że to była naprawdę bardzo ładna ściana. Bordowo-złota. Brenna też musiała ją docenić. Jaka to w ogóle była głupia sytuacja. On się słaniał na nogach, a ona próbowała go ratować. I jeszcze pewnie w jej oczach wychodził na osła, który uparcie przeczył temu, że nie dostał żadnym zaklęciem, gdy wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na coś zupełnie innego. Gdyby ich role były odwrócone to pewnie właśnie by klnął na nią, że nie chce mu powiedzieć, że coś ją trafiło. Z tym, że jego akurat naprawdę nic nie trafiło. – Tak. W szatni. Wiesz jak wygląda? I um... – Mieszkał sam zgodnie z zasłyszaną kiedyś madrością, że jeśli chciało się mieć, jakkolwiek dobre relacje ze swoimi rodzicami należało się wyprowadzić. Nie byli jednak daleko. – Nie, ale jeśli będzie gorzej to mogę wezwać brata lub rodzinną skrzatkę. Mają blisko i wiedzą co robić– wymamrotał nieco kłamliwie, bo nie chciał, by jego rodzina, no dobrze jego matka, dowiedzieli się, że zasłabł. Nie, o ile nie będzie bardzo źle to lepiej było założyć płaszcz, dać się grzecznie odprowadzić, wziąć leki i pójść spać. Basilius zmarszczył brwi. Płaszcz... Aż miał ochotę walnąć się tą ścianą w głowę. Płaszcz. Przecież miał płaszcz. A w płaszczu eliksir, specjalnie na takie okazje, który może nie pomoże jakoś bardzo, ale przynajmniej na chwilę postawi go na nogi. Jak bardzo był zamroczony, że o tym nie pomyślał? – Brenno poczekaj chwilę – zaczął ściszając głos, wciąż bardziej opierając się na ścianie, niż na własnych nogach. – W płaszczu jest coś, co muszę zażyć by poczuć się lepiej. Hah. Czy jemu się zdawało, czy właśnie zabrzmiał jak narkoman? Tak. Chyba właśnie zabrzmiał jak narkoman. Naprawdę nie chciał wyjść przy Brennie na narkomana. Bo przecież nie był narkomanem, tak samo, jak nie dostał dzisiaj żadnym zaklęciem. Westchnął cicho i milczał przez chwilę. Nie przepadał za opowiadaniem o tym, ale uznał, że lepiej wyjaśnić swój stan. – Ja... To nie zaklęcie. To hm... Mam pewne problemy zdrowotne. Z sercem. – W duchu prosił, by Brenna teraz nie panikowała, że groził mu zawał. Nie groził mu zawał. Tak samo, jak nie dostał dzisiaj zaklęciem. – Włochatość. – Nie był szczególnie pewny, czy jednak nie zemdleje. Wołał, by obok był ktoś, kto powie uzdrowicielom dokładnie co się z nim działo. – W płaszczu mam eliksir wzmacniający. Powinien pomóc na jakiś czas. Może był głupi, ale nie mógł się powstrzymać, by nie rzucić jej spojrzenia pod tytułem Mówiłem, że to nie zaklęcie. RE: [13.12.68] Oszukać przeznaczenie - Brenna Longbottom - 20.04.2024 Ach, bordowo złota. Właściciel pewnie był Gryfonem. - Nie wiem, ale ją znajdę – zapewniła Brenna. Po pierwsze, klienci nie zaangażowani w bójkę dawno już uciekli, a tych zaangażowanych zabrała Brygada Uderzeniowa, więc w szatni powinny być już pojedyncze kurtki. Po drugie, jeśli nawet pracownik nie będzie wiedział, to mogła zmienić w wilka i po prostu znaleźć właściwy zapach. Tak było prościej niż ciągnąć za sobą półprzytomnego Basiliusa nie – oberwałem – żadnym – zaklęciem i pewnie jeszcze wcale – zaraz – nie – zasłabnę do szatni. Przystanęła, gdy poprosił, żeby chwilę poczekała, zakładając, że padnie coś w stylu „jednak trzeba wezwać uzdrowiciela” albo „płaszcz jest brązowy”. Ale nie. Zamiast tego faktycznie zabrzmiał jak narkoman, i to taki rasowy, albo już bardzo skundlony, na absolutnym głodzie narkotykowym. Brenna jednak bardzo cierpliwie poczekała na ciąg dalszy, bo Basilius zdał egzaminy uzdrowicielskie, znaczy się – nie był absolutną idiotą. A nie wyglądał też, jakby był w stanie takiego absolutnego głodu narkotycznego, gdy już było się gotowym mordować, byleby dostać jeszcze jedną dawkę. To zaś oznaczało, że być może jednak nie chodziło o narkotyki, bo przecież tylko albo absolutny idiota, albo ktoś w najgorszym głodzie, prosiłby o dostarczenie takich Brygadzistkę. I jasne, znajomą ze szkoły, która go lubiła, ale właśnie znajomą przecież, a nie najlepszą przyjaciółkę. Vincentowi może ten narkotyk by dała, a potem, jak już poczułby się lepiej, wbiła go w podłogę. Basiliusa raczej zawlekłaby od razu za fraki do Munga. Wyjaśnienia na szczęście potwierdziły, że Prewett nie był ani kretynem, ani najlepszym aktorem pod słońcem, co nawet skrajny głód narkotyczny potrafił tak doskonale zamaskować. – Rozumiem – powiedziała, bardzo starając się nie pokazać po sobie, że mu współczuje. Włochatość była paskudną chorobą, jeden z jej znajomych w szkole na nią cierpiał, a Brenna absolutnie nie wyobrażała sobie życia, w którym nie możesz swobodnie biegać, włazić na wszystkie drzewa w okolicy czy pobić się z bratem, bo coś paskudnego porasta twoje serce. Basilius pewnie nie życzył sobie jej współczucia. W ogóle zdawał się dość zakłopotany, że się musi do tego przyznawać. – W takim razie zaraz wrócę z płaszczem i z eliksirem – oświadczyła. I ponieważ wyglądał, jakby miał zamiar naprawdę zaraz omdleć, powstrzymała się przed „dlaczego do licha, nie wspomniałeś o tym wcześniej, ktoś z nas by ci to już dziesięć razy przyniósł”. – Na pewno nie potrzebujesz uzdrowiciela? – upewniła się, zanim zrobiła w tył zwrot, ku szatni, odległość w tę i z powrotem pokonując – jak to ona – w tempie błyskawicy. Faktycznie znalezienie odpowiedniego płaszcza zajęła jej równo minutę. |