Secrets of London
[17.08.1972] Image of me | Laurent & Philip - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: [17.08.1972] Image of me | Laurent & Philip (/showthread.php?tid=3131)



[17.08.1972] Image of me | Laurent & Philip - Laurent Prewett - 19.04.2024

Szpitale na pewno dało się lubić jeśli tylko odnajduje się w nich ukojenie. Bardzo cię boli, więc to, że trafiasz do szpitala nie jest takie straszne. Pomogą ci. Zniosą ten ból, który cię trawił. Laurent nie lubił szpitali, ale nie była to antypatia na poziomie, na której nie mógłby tego znieść. Kiedy coś się działo głównie jechał do Basiliusa, albo wysyłał mu sowę z prośbą, żeby przyszedł do niego. Kiedy działo się coś mniej poważnego szedł do Florence i prosił o pomoc. Tak, dokładnie w tej kolejności, bo nie chciał tej kobiety martwić, chociaż wiedział też, że zawsze może na nią liczyć. Cokolwiek by się nie działo.

Kiedy już ci pomogli to zazwyczaj lubili trzymać w łóżkach. Siedź tutaj i zdrowiej, dopóki na pewno nie będziesz zdrowy. Dopóki na pewno nic ci nie będzie groziło. Czasami nie było najmniejszej potrzeby, żeby tutaj tkwić, kiedy urazy nie miały wielkich powikłań albo nie były rodzaju magicznego. Dlatego Laurent chciał iść po prostu jak najszybciej do domu i zapomnieć o tym wszystkim. O tym rejsie, o innych rannych z tego rejsu tutaj, o kolejnym fiasko jego życia, tak bezsensownym, że nawet nie miał na to dobrego komentarza. Nie był zły, nie był smutny, nie był przerażony. Po prostu bycie jeszcze nigdy nie wydawało się tak upiorne i jednocześnie tak proste.

Załatwił już formalności z samego rana. Z pomocą, owszem, ale załatwione zostały. Wypis, zalecenia, przykazania, zakazy... cały spis tego, co robić, czego nie robić, żeby być ostrożnym, żeby się oszczędzać, a uważać na zrastającą się ranę. Już chyba mógłby z pamięci zacząć dyktować niektóre hasła, jakie padały przy takich sytuacjach. Poszedł jeszcze do Williama, żeby sprawdzić, czy dobrze się czuje, ale on właściwie tak samo - wychodził dzisiejszego dnia bez większego uszczerbku na zdrowiu. William. Człowiek naprawdę miły, sympatyczny, dobry - tak uważał Laurent. I on tego człowieka gotów był zostawić. Jego i pewnie wielu innych, którzy może gdzieś dobijali się we wnętrzu statku a potem? Potem utonęli. Oto była Śmierć - niekiedy przyjmowała naprawdę atrakcyjny wyraz twarzy. Laurent dość smętnie się do niego uśmiechnął, kiedy się żegnali. Na końcu zapukał do pokoju Philipa, a kiedy usłyszał zaproszenie to wszedł do środka.

Chciałby wyglądać teraz lepiej, godniej, mieć na sobie odpowiednio wyprasowaną koszulę i spodnie w kant, albo coś pięknego i misternie uszytego, co utwierdzałoby go w przekonaniu, że przecież nie może być już doskonalszy. Chciałby mieć lepszy nastrój i uśmiech na swoich wargach. Tego wszystkiego nie było. Elementów, które dodawałyby mu pewność siebie i jednocześnie wdrażały w nastrój, tworzyły sympatyczną atmosferę. Może Philip na to nie zasłużył, a może on sam nie zasłużył w pierwszym miejscu. Zazwyczaj wszystko tkane takimi nićmi spotykało się gdzieś pośrodku. Tam, gdzie tworzony był supeł.

- Dzień dobry, Philipie. Wychodzę ze szpitala. Jak się czujesz? - Zamknął za sobą drzwi i zrobił jeden wolny krok w stronę okna. Wyglądał przez moment na zewnątrz, zanim zwrócił twarz na Notta.




RE: [17.08.1972] Image of me | Laurent & Philip - Philip Nott - 20.04.2024

Dla Philipa pobyt w szpitalu zawsze stanowił przykrą konieczność - preferował korzystanie z prywatnej opieki magomedycznej w domowym zaciszu. Znajome otoczenie działało na niego zawsze korzystniej, niż ponure szpitalne sale i leżenie w szpitalnym łóżku z wysłużonym materacem i bawełnianą pościelą. Szpitalna kuchnia również nie spełniała jego wygórowanych oczekiwań. Jednym słowem panujące w tego rodzaju placówkach warunki w jego przypadku nie sprzyjały rekonwalescencji. Nic dziwnego, że zamierzał jak najszybciej wypisać się i wrócić do domu, pod opiekę prywatnego uzdrowiciela i swojego skrzata domowego. Najpewniej i siostry. Chciał zobaczyć swoje psy.

Prowadzący go uzdrowiciel sugerując mu jako swojemu pacjentowi unikanie przez jakiś czas alkoholu nie przewidział jego udziału w tak przerażających zdarzeniach, w których starał się ocalić część ludzi przed śmiercią, w których przyszło mu się zmierzyć z tym, że części nie był w stanie pomóc i przez to zabrało ich morze. Ilekroć zamknął powieki widział zarysy ich pozbawionych życia sylwetek na powierzchni ciemnego bezmiaru morskiej toni. To, co miało miejsce, wpłynęło na niego jeszcze bardziej - nie powinien pozwolić na to, aby to Laurent poszukiwał Williama. Powinien być bardziej stanowczy. Pomimo odniesionej kontuzji to powinien być on, nawet jeśli nie znał dobrze Wiliama. Nie chodziło o tego czarodzieja.

Przygotowywał się do opuszczenia tego szpitala. Poprawiał swoją marynarkę, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Podnosząc głowę przeniósł zmęczone spojrzenie na stojącego w tym pomieszczeniu Laurenta. Zadrgały mu kąciki ust, natrafiające na opór mięśni twarzy. Przywołany przez niego uśmiech byłby słaby i zmęczony. Po wszystkich pozytywnych chwilach i dobrym nastroju nie pozostał żaden ślad. Nie potrafił powiedzieć, co teraz będzie.

Dzień dobry, Laurencie. Ja również, zamierzam dochodzić do siebie w domowym zaciszu. Pod pewnymi względami szpitale mi nie służą. Chciałbym móc powiedzieć, że nigdy nie czułem się lepiej... jednak to nieprawda. Nie czuję się dobrze. — Przywitał się z młodszym mężczyzną, który teraz zamierzał wrócić do swojego życia. Podobnie, jak on. Za stwierdzeniem nie czuję się dobrze stało tak wiele rzeczy i myśli, że potrzebowałby co najmniej godziny albo dwóch na uporządkowanie wszystkiego i wyrażenie tego na głos.

Począwszy od tego, że w jego krwiobiegu brakowało alkoholu, w którym chciał utonąć. Uzdrowiciel, który zasugerował mu tymczasową trzeźwość, nie przewidział udziału swojego pacjenta w tak tragicznych wydarzeniach i walki o swoje życie, zmierzenie się ze swoimi obawami, prób ocalenia innych i starania się aby ochronić bliską sobie osobę.

Potrzebował poczuć, że żyje - potrzebował zrobić coś, co niosło ze sobą ogromny ładunek przeciwstawnych, pozytywnych emocji do tych, których doświadczył na tym statku. Pozostawało jeszcze to, czego podczas tego rejsu zabrakło - zanim wydarzyła się ta tragedia, zawsze ktoś im towarzyszył i trudno było mówić o dłuższej chwili prywatności. Nie znalazł odpowiedzi na niektóre swoje pytania, co w obliczu zaistniałej tragedii traciło na znaczeniu. Na samym końcu było to, że potrzebował pożywnego śniadania, najlepiej spożytego w towarzystwie.

A ty? — Zapytał po skończeniu swojej wypowiedzi, chcąc się dowiedzieć o stanie zdrowia Laurenta. To, że wychodził dzisiaj ze szpitala, wskazywało na to, że pod względem fizycznym czuje lepiej niż wczoraj. Pytał nie tylko o samopoczucie fizyczne.




RE: [17.08.1972] Image of me | Laurent & Philip - Laurent Prewett - 20.04.2024

Za dużo złej krwi przelało się między nimi. Teraz przelało się za dużo słonej wody. Laurent znalazł się na mecie. Dość. Wystarczy już tego... wszystkiego. Wystarczy tego gówna w jego życiu, wystarczy tych przeciwności, wystarczy tej złej krwi i tego, że non stop kończyli w dokładnie tym samym punkcie z Philipem, w jakim się znaleźli. Był tym zmęczony. Może takie było ich przeznaczenie, a może to nigdy nie mogło się udać i Laurent tylko przez moment oszukiwał samego siebie. Sam nie wiedział. Teraz chciał tylko iść do domu, trzasnąć drzwiami i zostawić to wszystko daleko za sobą. Wszystko i wszystkich najlepiej, włącznie ze swoim Newforest, z Philipem, ze wspomnieniami tego przeklętego rejsu. Z tym, że przypałętał się Crow pod jego nogi, że chyba Perseus złapał obsesję, że słodki Isaac się tak ślicznie uśmiechał i że Dante uśmiechał się kiedyś do niego podobnie. Chciał zapomnieć o wszystkim. Znaleźć się w czarnej pustce... znaleźć się pod wodą. Głęboko, gdzie nie sięgały ludzkie ręce i tylko koszmary pływały między lodowatymi piaskami. Oj tak, bo na dnie oceanu było zimno, kochanie. Zabójczo zimno.

Przymknął oczy na moment i wziął powolny, ale głęboki wdech. Wszystko w szpitalu pachniało ziołami, czystością, naparami, którymi poiło się rannych, bo nic nie było w stanie zastąpić dobrego opatrunku i syropku na wszelkie bolączki. Magia była zbyt nietrwała - mogła tylko pomóc w ramach pierwszej reakcji. Philip się delikatnie uśmiechał, kiedy te powieki rozchylił. Wyglądał słabo, jakby mógł mieć problemy z nawet tak prozaiczną czynnością, jaką jest podniesienie się z łóżka.

- Szpitale służą tym, którzy ich potrzebują. - Czyli dokładnie takim osobom jak Philip przedwczoraj albo właśnie tym, którzy woleli przebywać w takim szpitalu niż sam na sam w ciszy swojego domu. Starsi ludzie, na ten przykład, czasem woleli pokręcić się po lekarzach tylko po to, żeby zabić samotność, w której się utopili. Skoro lekarz uznał, że Philip może już wrócić do domu to znaczy, że rzeczywiście był w stanie tam sobie poradzić będąc pod opieką kogoś już na miejscu. Tacy jak oni mogli sobie to pozwolić - gdyby nie to zapewne nie pozwoliliby im na takie szybkie zmycie się do swoich bezpiecznych czterech kątów. - Niektóre kłamstwa są zbyt oczywiste. - Uśmiechnął się delikatnie, z rozbawieniem na te słowa, że chciał powiedzieć, że się świetnie czuje, ale się na to nie zebrał. To byłoby właśnie to zbyt oczywiste kłamstwo, bo wystarczyło na blondyna spojrzeć, żeby zdawać sobie z tego sprawę. Ale to już nie będzie jego sprawa, tak? Philip miał brata, siostrę, miał swoją rodzinę. On sam miał Florence, miał Edwarda... och, kiedy Edward dowie się o tym wszystkim... Samo wkroczenie na ten strumień myśli przyprawiało go o ból głowy. A pewnie się dowie. Taki wypadek nie przejdzie bez echa w Proroku Codziennym.

- Nie jest źle. Zagoi się. - I wyleczy. Podparł się plecami ściany, żeby oddać jej część swojego ciężaru, chociaż wcale nie planował zostawić tu na dłużej. - Cieszę się, że nic poważniejszego ci nie jest. William już opuścił szpital. Jeśli cię to interesuje. - Mogło nie obchodzić nic. A o tym, kto zginął i ile zginęło osób - nie chciał tego nawet do siebie dopuszczać.




RE: [17.08.1972] Image of me | Laurent & Philip - Philip Nott - 20.04.2024

Ten rejs miał oczyścić atmosferę między nimi. Wszystko poszło nie tak. Sypana sól w otwarte rany przynosiła tylko palący ból. To, co miało miejsce, nie było ich winą, jednak bardzo na nich wpłynęło. To, co miało miejsce, wykraczało poza wszystkie osobiste dramaty, jakich doświadczali przez cały ten czas. Zdołali to przetrwać i mogą wrócić do swoich rodzin. Większość pasażerów nie ma tego szczęścia, co oni. Obrażenia zadane ciału z biegiem czasu się wygoją, natomiast te dotykające umysłu leczyło się latami i nie zawsze ten proces przebiegał zgodnie z oczekiwaniami. Jak całe życie, które za nic miało wszystkie plany i oczekiwania Philipa.

Jeśli Laurent miał poczuć się w tym momencie gorzej, to byli we właściwym miejscu. W szpitalu. Tak się wyglądało po przeżyciu prawdziwego piekła. Trzeba było żyć dalej. Z czasem ciało zdoła odzyskać poważnie nadwątlone siły i wrócić do dawnej sprawności. Jego powrót do zdrowia znacząco się wydłuży. Jeszcze nie wiedział, co będzie robić przez cały ten czas, w którym nie może trenować czy brać udział w rozgrywkach. Odpowiednie aktywności mogą służyć utrzymywaniu dobrego samopoczucia i tym samym przyśpieszyć powrót do zdrowia. Tak samo jak przebywanie w odpowiednim towarzystwie.

Służą, co nie oznacza, że pobyt w nich należy do najprzyjemniejszych. — W tym momencie Philip mógłby wymienić to, że szpitale łóżka nie należą do wygodnych oraz to, że szpitalne jedzenie jest pozbawione smaku. Brakowało też rozrywek, których mógł uświadczyć w domowym zaciszu.

To dobra wiadomość, mam nadzieję, że szybko dojdziesz do zdrowia. — Kłamstwa. Nie sposób zapomnieć o tym, że Laurent nikomu nie mówi całej prawdy. Teraz zarówno nie musiał kłamać i nie musiał mówić prawdy, gdyż doskonale widział to, w jakim stanie on jest. W jego słowach nie było kłamstwa. Philip na razie nie myślał o tym, co nastąpi jeśli pojawi się ten artykuł w Proroku Codziennym, jeśli zostanie w nim wzmiankowany. W swoim przypadku mógł spodziewać się niespodziewanej wizyty swoich bliskich, listów od przyjaciół, współpracowników i fanów. — Ja również się cieszę. Minie trochę czasu zanim wrócę do gry. Dobrze, że czuje się na tyle dobrze, że opuścił szpital. — Przyznał ze szczerością w głosie. Interesowało go to z tego względu, że William jest jednym z nielicznych ocalałych z katastrofy, która miała miejsce. Była to zasługa Laurenta.

Co powiesz na śniadanie? — Wystosowana przez niego propozycja wydawała się nieadekwatna do sytuacji, jednak wspólny posiłek stanowił doskonałą okazję do rozmowy. Stanowił próbę względnego powrotu do normalności. Potrzebował tego.




RE: [17.08.1972] Image of me | Laurent & Philip - Laurent Prewett - 21.04.2024

Wydarzenia sprzed dwóch dni daleko uciekały poza ich winę. Uciekały poza czyjąkolwiek winę. Nie spuścisz pomyi na głowę człowieka tylko dlatego, że był ofiarą wypadku. Owszem, mogłeś to zrobić, tylko na ile było warto? Czy rachunek zysków i strat odpowiednio głęboko przecinał twoje życie, żeby pokazywać palcem innych, ulżyć sobie na tym, że coś kogoś bolało? Łatwo być tym, co pierwszy rzuca kamieniem, bo to nie wymagało żadnej odpowiedzialności. Puszczasz obowiązek, by być w porządku wobec drugiej istoty i używasz sobie, dbając tylko o siebie samego. Bez żadnej empatii. W tym pomieszczeniu nie było przecież ludzi, którzy by tak uczynili... prawda? Zarówno on jak i Philip potrafili sobie powiedzieć o parę słów za dużo, które były niemiłe nawet nie dlatego, że chcieli sprawić sobie przykrość. To tylko dlatego, że nie potrafili znaleźć jednostajnego, wspólnego języka zrozumiałego dla obu stron. Dlatego, że nie mogli się dogadać. Teraz nikt nie miał siły na to, żeby wybiegać przed szereg i szukać sprzeczki, a nawet w ramach niezrozumienia energia rozpływała się po kościach - nie było jej na to, żeby wezbrał w sercu gniew. W tym sercu było miejsce co najwyżej na gorycz.

Czy kłamstwo było gorsze od manipulacji? Od niedopowiedzeń, lawirowania między słowami i zdaniami? Przy Philipie zachowywał się o wiele swobodniej niż przy większości ludzi, bo mógł sobie na to pozwolić po tylu latach i przede wszystkim po wszystkich tych kłótniach, jakie ze sobą mieli. Nie miał siły, żeby nadmiernie uważnie już tańczyć, Nott dobrowolnie przeciął śliczną wstążkę prezentu, jakim mógł dla niego być. Wtedy nie miał żadnych wad, był jego pięknym snem, a w zamian dostawał boskie błogosławieństwo jego ramion - transakcja wiązana. Czysta przyjemność płynąca z bliskości drugiego człowieka. Laurent nie zawsze był gotów na prawdę - wybierał przemilczenia. Nie zawsze chciał też słyszeć prawdę od drugiego człowieka - wybierał słodkie słówka. Niekiedy obrzydzały, a w innym wypadku były słodkim pomazaniem rzeczywistości. Malinowym musem na ustach, który możesz swawolnie zlizywać.

- Tak... to dobrze... - Mogliśmy zginąć. Powinno robić to na nim większe wrażenie. Czy można się przyzwyczaić do śmierci? Czy można zacząć traktować ją jako coś naturalnego i wiecznie obecnego w swoim życiu? Jeśli nawet tak jest to nie powinno się. Laurent jednak miał wrażenie, że właśnie to robił. Czy to znowu jakiś syndrom wyparcia, któremu się poddawał i o którym nie chciał myśleć? Tak jak nie chciał teraz wpadać w grobową atmosferę, przy której będziemy się zastanawiać z czym się to życie wiąże i co właściwie teraz działo się między nimi. Nic. Chyba nic. Po prostu... po prostu było ciężko, kiedy myślałeś o tej upiornej nocy. - Przepraszam, ale odmówię. - Na pewno Philipowi będzie z tego powodu przykro, ale nie chciał teraz myśleć o tym, komu będzie przykro, a komu nie. Chciał wrócić do domu, zakopać się w swoje łóżko i spać. Albo uciec gdzieś, gdzie powietrze będzie inne i inne będą też widoki za oknem. - Potrzebuję chwili spokoju. - Wyjaśnił na wydechu, żeby Philip nie pomyślał, że jakoś go stanowczo odtrąca w tym momencie. - Myślałeś już o tym, że przyjdą dziennikarze węsząc ten temat? - Lepiej brzmiałoby pytanie czy zastanawiał się, co chciałby powiedzieć. Albo właśnie czego nie chciałby mówić i co wolałby uniknąć. - Już toczy się śledztwo w tej sprawie. Na razie nie wiadomo, co spowodowało ten... wypadek. - Przynajmniej jemu nic nie powiedzieli panowie, którzy przyszli o to pytać.




RE: [17.08.1972] Image of me | Laurent & Philip - Philip Nott - 21.04.2024

W tym wszystkim zdawał sobie sprawę z tego, że istniała tylko jedna z dróg, którymi mogli podążyć. Po odbyciu kolejnych poważnych rozmów mogli w końcu się dogadać. To mogło oznaczać kontynuowanie tej znajomości albo zakończenie jej. Pozostawienie tego w zawieszeniu zdaniem Philipa prowadziło do zakończenia tego. To zawieszenie nie służyło ani jemu ani Laurentowi. Co do siebie miał całkowitą pewność. Po wszystkim, po tych wszystkich przeprawach i wszystkich rozważaniach, wiedział co tak ciążyło mu na sercu. Do pełni układanki brakowało jeszcze paru istotnych elementów. Tym była ta prawda, której może nigdy nie dostać od Laurenta. Do zaspokojenia czysto fizycznych potrzeb nie było potrzebne nic innego, jednak teraz postrzegał to wszystko inaczej. Byłoby prościej, gdyby świadomie przekreślił wszystkie efekty tych zmian, którym został poddany i starał się żyć tak jak dawniej. Gdyby to jeszcze było możliwe.

W takim miejscu, jakim był szpital, zasadne wydawało mu się utrzymywanie pewnych pozorów. Tak samo jak przed Laurentem. Wiedział, że przed tym nie ucieknie. Wszystko, co przeżyli podczas tego rejsu, sprawi, że przekroczy drzwi jednego z pubów, z którego wyjdzie późną nocą albo nad ranem. Tylko kilka osób mogłoby go od tego odwieść - żaden uzdrowiciel nie miał takiej mocy sprawczej. Przez te dwa dni zyskał wystarczająco dużo powodów, aby trzeciego dnia utonąć w alkoholu. Nie było to tak niebezpieczne, jak utrata życia w morskiej toni. Jedynie na tym mógł ucierpieć jego wizerunek publiczny.

Proponując Laurentowi śniadanie musiał brać pod uwagę jego odmowę, jednak to nie oznaczało, że chciał się z nią liczyć. Nie chciał w obecnej sytuacji. Nie powinien być zaskoczony tym, że po prostu wracają do swojego życia. Być może Laurent sam odezwie się do niego albo tego w ogóle nie zrobi. Bo potrzebuje chwili spokoju. Ona mogła trwać jeden, dwa dni albo miesiąc.

Po tym co przeżyliśmy... potrzeba zaznania chwili spokoju jest zrozumiała. — Odpowiedział tak spokojnie, jak to tylko możliwe. Nie zmieniało to faktu, że to nie na taką odpowiedź liczył w obecnej sytuacji. Nie będzie to stanowić namiastki normalności ani nie porozmawiają w przytulnych czterech ścianach o tym, co się wydarzyło. Przyjdzie im rozmawiać w sterylnych czterech ścianach szpitalnej sali.

Węszący dziennikarze za prawdziwą sensacją to dla mnie nie pierwszyzna. Powiem im, co pamiętam z tamtych wydarzeń, dodając w paru słowach o swoim udziale w akcji ratunkowej. Podchwycą to jak najlepszą przynętę. Będzie to artykuł na pierwszą stronę. Tak czy inaczej. — Jak przystało na gwiazdę sportu i celebrytę ma znaczne obycie z dziennikarzami oraz pracuje z ludźmi, którzy mogą przygotować dla niego każdą wypowiedź. Wiedział co powinien wyeksponować, a co zachować dla siebie. Bo tak, istniały takie rzeczy. Jak wyjdzie to się okaże. — Pozostaje poczekać na jego wyniki. Może dzięki temu uniknie się kolejnej takiej tragedii. — Cokolwiek doprowadziło do takiej katastrofy, nie powinno się już powtórzyć. Bez czarodziejów na pokładzie byłoby znacznie gorzej.




RE: [17.08.1972] Image of me | Laurent & Philip - Laurent Prewett - 24.04.2024

Zgadza się, zawieszenie było złe, a on źle robił, że sytuację zawiesił. Albo nie? Może dobrze? Dla kogo było to naprawdę złe? Łatwo oceniać decyzje z perspektywy czasu, które wtedy wydawały się jedyną drogą. Światełko na końcu tunelu, nadzieja na to, że będzie lepiej, że coś się ułoży. Nie. Laurent miał dość. Nie chodziło konkretnie o Philipa, on miał dość... swojego życia. Sposobu, w jaki je prowadził i tego, że za bardzo się wszystkim przejmował, że był za słaby, że był zbyt emocjonalny i że empatia go wykańczała, chociaż wszyscy ją tak chwalili i upierali się, że przecież powinna być jego bronią i jego tarczą. Była. Przy okazji też była tym ciężarem, który ułatwiał topienie się nawet kogoś, kto był selkie. Nie każdy ciężar można było udźwignąć i przede wszystkim - nie każdy powinno się dźwigać. Krok po kroku chyba wchodził na ten ludzki egoizm, który był zdrowy, ale jednocześnie paskudny, brzydki i odrzucał go od siebie. Tylko skoro był taki paskudny to dlaczego potrafił odczuwać nawet ulgę z myślą, że zrobi coś dla siebie, co tyle razy tłukł mu Philip do głowy? Miał nadzieję, że blondyn zdawał sobie sprawę, że on sam się wiele od niego nauczył i na pewno jeszcze więcej nauki będzie miał okazję. Albo i... nie.

Chciał się zdystansować od wszystkich, zamieszkać w swojej wymarzonej bajce i tak trwać. Samotna wieża bez smoka, bez rycerza i bez nadziei na coś lepszego.

Chciał też coś odpowiedzieć na jego słowa i wrażenie, że jednak coś zmieniło się w jego twarzy, ale nie bardzo potrafił określić, co. Domyślał się - zawód? Rozczarowanie? Czy swoim zwyczajem był to gniew, tylko go hamował. Cokolwiek to było - nie dopytywał. W zasadzie nie chciał wiedzieć, nie chciał zajmować tym umysłu, nie chciał pakowanej energii teraz w zajmowanie się emocjami, za które... jakby to powiedział Perseus: przecież nie był za nie odpowiedzialny. Mądre słowa. Tym zdaniem mógł zasłaniać aż za dużo swoich postępków i za wiele rzeczy mógłby sobie samemu wybaczyć. Nie, to nie moja wina, bo przecież ja wcale nie jestem odpowiedzialny za to zakochanie! Nieprawda. Dopóki robił kroki w kierunku drugiej osoby to odpowiedzialność leżała na jego barkach. Tak jak była na nim odpowiedzialność za to, co odczuwał Philip. Za to, co ich połączyło i co teraz wiązało ich nitką, którą aurowidz z domu Mulciber bez problemu by dostrzegł. Nawet jeśli nie była tak intensywna jak kiedyś.

Pokiwał dość smętnie głową w zamyśleniu i pozwolił ciszy zawisnąć między nimi. Ciszy prawie absolutnej, bo nawet dźwięki z zewnątrz niekoniecznie do nich teraz docierały przez zamknięte okno. Otworzyć je? Nie, po co. Philip, skoro się stąd zbierał, nie potrzebował już wietrzenia, a pielęgniarka będzie je potem musiała zamykać, żeby... Co ja robię... Dryfował myślami po jakichś bzdurach i nie mógł powiedzieć, że to nie była forma ucieczki. Była. Brak brania na swoje barki tej wspomnianej odpowiedzialności nie był w jego stylu. Z drugiej strony wątpił już, co w jego stylu teraz było. To pytanie o artykuł chyba też nie było konieczne? Nie zrobili niczego złego, byli ofiarami tego wypadku - chcieli się pobawić, rozluźnić. Żaden grzech jeszcze nie istniał w wybraniu się na rejs ze znajomymi, prawda? Nie dbał o to. W zasadzie to wpadał w trantrum, w którym miał ochotę rwać gazety i podpalić siedzibę Proroka Codziennego. Odetchnął i nacisnął palcami na zamknięte powieki swoich oczu. Kolorowe kropki i obręcze zatańczyły w czerni.

- Philipie... - Opuścił rękę i otworzył zmęczone oczy, żeby na niego spojrzeć. Na tego zmęczonego człowieka, który po kontuzji przeszedł do szpitala. Przez moment zawiesił swoje zdanie, które chciał powiedzieć. To, jak wypowiedział jego imię w pełni wskazywało na to, że coś do powiedzenia miał. Przez moment słuchał, czy po korytarzu nikt nie idzie. Chwila zawahania, jakby mógł się cofnąć. Zatrzymać. Powiedzieć coś innego. - Odpuszczam. To dla mnie za dużo. - Czy były dobre chwile, w których mówiło się coś takiego? Nie, zdecydowanie nie. - Mimo wszystko, gdybyś czegoś potrzebował... to będę. - Wypuścił powietrze z płuc, bo chyba je wstrzymywał. - Przepraszam. I dziękuję. - Obrócił się wolno, żeby wyjść z sali.




RE: [17.08.1972] Image of me | Laurent & Philip - Philip Nott - 24.04.2024

Wyczekiwane przez niego rozwiązanie miało dać mu jasny obraz sytuacji,  Mogło przynieść mu radość, smutek albo złość. Niezależnie od swojego oblicza przyniesie mu ulgę, choć ta przyjdzie z czasem. Krótszym bądź dłuższym, ale co do tego był akurat pewien. Potrzebował ułożyć sobie życie. W ten czy inny sposób. Mogło czekać go sporo dobrego, jednak nie przekona się o tym stojąc w miejscu, w oczekiwaniu na jakikolwiek gest ze strony Laurenta, będący odpowiedzią na jego rosnące oczekiwania i zarazem świadectwem tego, że Laurent jest wystarczająco dojrzały do podjęcia decyzji dotyczących drugiego człowieka. Z szacunku do niego. Chciał żeby wreszcie przestał mu mieszać w głowie swoim zachowaniem.

Wszystkie wydarzenia, jakie miały miejsce w jego życiu od dnia Beltane, sprowadzały się do tego właśnie momentu. Przez ten czas zrozumiał, że do zmiany swojego życia bardzo często potrzeba nie tyle chęci zmiany, ale momentu przełomowego. Dla niego to był punkt krytyczny. Sytuacja, w której teraz się znaleźli, zdawała się być kolejnym takim punktem. Oznaczała koniec nierównej walki i zaakceptowanie swoich porażek. Nie zawsze odnosiło się tylko zwycięstwa. Zaakceptowanie tego nie było łatwe, w szczególności dla kogoś kto zachłysnął się słodkim smakiem zwycięstwa. Dla niego. Bez względu na wszystko będzie kroczyć z podniesioną głową, dumny niczym lew. Nie ma serca z kamienia, ale też ma twardą, porządnie niewypieprzoną dupę.

Gorycz. Rozczarowanie. Zawód. Wszystko to było nad wyraz adekwatne. Powinna się ta złość pojawić. Powinien chcieć wykrzyczeć te wszystkie myśli, które towarzyszyły mu przez większość rejsu i które do niego powracały w tym momencie. Była też świadomość własnych win - nie tylko wszystkich kłótni, ale tego że sobie pozwolił na tak wiele rzeczy i umożliwił Laurentowi wykorzystywanie siebie poza transakcją wiązaną, bez jakiejkolwiek gwarancji spełnienia oczekiwań. Odczuwane przez niego zmęczenie i pragnienie spokoju tłumiły to wszystko. Nie będzie też wszczynać kłótni w szpitalu, która niewątpliwie przykułaby uwagę personelu. Chciał uniknąć niepotrzebnego rozgłosu i niepożądanego zainteresowania jego życiem prywatnym.

W nielubianej przez niego ciszy starał się wewnętrzny spokój. W świetle tego, co nastąpiło, nagła potrzeba utonięcia w oceanie spokoju znacząco wzrosła. Przeczuwał, że dostanie więcej powodów do tego, aby porzucić rozsądne postanowienie o zachowaniu wstrzemięźliwości. W postawie zmęczonego przede wszystkimi ostatnimi wydarzeniami Philipa młodszy mężczyzna mógł dostrzec powiązane z oczekiwaniem na nieuchronne napięcie, wyostrzające się rysy twarzy Notta, przygryzającego dolną wargę. Znaczenia słów, jakie skierował do niego Laurent, nie dało się w żaden sposób zakwestionować. Naiwnie mógł starać się założyć, że przez Laurenta w tym momencie przemawiają traumatyczne doświadczenia z rejsu - gdyby to uczynił to bezsprzecznie się łudziłby się. Równie dobrze mógłby powołać się na to, że sam blondyn przyznał się do tego, że nikomu nie mówi całej prawdy.

Złamane serce to wymysł poetów i romantyków. Serca jako organ nie dawało się złamać - ono mogło tylko zatrzymać się, jednak ten eufemizm na dobre zakorzenił się w słowniku wszystkich ludzi. Jego własny słownik zawierał takie określenia jak pierdolnik w sercu jako już dogłębnie poznany stan oraz czuć się tak jakby ktoś narzygał mu w serce, sklasyfikowany jako stan dopiero co poznawany.

Laurent na zakończenie ich znajomości wybrał sobie najgorszy możliwy moment i jeszcze potrafił mu powiedzieć, że jak będzie czegoś potrzebować to będzie dostępny. Mimo wszystko. Nie znajdował prawdy w jego słowach z prostego względu, że kilka minut temu zaproponował mu śniadanie - w skierowanej do niego propozycji nie chodziło o zaspokojenie głodu, tylko potrzeby towarzystwa i rozmowy. Istniało sporo rzeczy, których potrzebował a które tak naprawdę nie miały znaczenia. Do głosu zaczynała dochodzić duma. Znalazł się w sytuacji bez wyjścia przez to, że sam nie zakończył tego w dniu poprzedzającym ten rejs, w którym odbyli tamtą rozmowę. Teraz już musiał postawić wyraźną granicę dla własnego dobra, w ten sposób starając się zminimalizować straty.

Jesteś w stanie zapewnić mnie, że to ostateczna, dobrze przemyślana decyzja i że nie zmienisz jej jak już zaznasz chwili spokoju? Bo nie możesz powiedzieć od tak, że odpuszczasz i po pewnym czasie zmienić zdanie co do tego, kontaktując się ze mną jakby nic się nie stało. Zastanawia mnie jedynie to, dlaczego zwlekałeś z tym do tego rejsu. Tym bardziej, że nie do końca chodziło o moje towarzystwo. — Philip odniósł się do słów Laurenta znacznie ciszej, niż parę chwil temu. Poruszając ten temat oczekiwał ze strony Laurenta zdecydowania, pewności w głosie i w działaniu. Zaprzestania wykorzystywania jego słabości i wszystkich tych uczuć, z których zdawał sobie sprawę - w końcu o wszystkim mu opowiedział. Zasłużył na to wyjaśnienie przez wzgląd na to, co miało na tym rejsie. Na spędzone wspólnie parę godzin w jednym pokoju, będące tak naprawdę dziełem przypadku i tego, że Laurent trochę przeholował z alkoholem, oraz na to, że naraził dla niego swoje zdrowie i życie. Prawdopodobnie byłby w stanie zrobić to samo dla kogokolwiek z pasażerów, jednak Laurent nie był dla niego kimkolwiek. Nie zamierzał szukać sposobności do kłótni, jedynie chciał zrozumieć. Tyle Laurent był mu winien.

Jeśli bym czegoś potrzebował to musiałbym nawiązać z tobą kontakt. W obecnej sytuacji nie będzie to dla mnie dobre. — To była ta wzniesiona naprędce granica, mająca pomóc mu ułożyć sobie życie na nowo i zapobiec podsycaniu tego ognia. Philip jest w stanie utrzymywać pozytywne stosunki ze swoimi byłymi kochankami, jednak w przypadku Laurenta sprawa nie była prosta. Nie kierowała nim złośliwość i liczył, że Laurent nie postanowi tego wykorzystać przeciwko niemu - powierzył mu jedną ze swoich najskrytszych tajemnic, której ujawienie mogłoby go pogrążyć. Jeśli się spotkają to najpewniej przypadkiem, najczęściej podczas bankietów albo na Ulicy Pokątnej. Przepraszam. I dziękuję. Słowa rzucone na wiatr nie zmienią niczego.

Zawsze mówiłem, byś nie przepraszał. — Wymruczał w odpowiedzi na te słowa. Zamierzał poczekać aż Laurent opuści to pomieszczenie i samemu przez te same drzwi oraz opuścić szpital. Planował wrócić do swojego domu i zająć się swoją codzienną rutyną tak aby doczekać wieczora. Godzinny ranne nie były odpowiednie do tego, aby porządnie się napić. Będzie musiał też zweryfikować swoje plany względem zdania relacji swojej siostrze - o swojej relacji z Laurentem nie czuł powodu do opowiedzenia jej o tym. To już przeszłość.




RE: [17.08.1972] Image of me | Laurent & Philip - Laurent Prewett - 24.04.2024

Chciał mieć ciastko i zjeść ciastko. Chciał mieć Philipa, móc spędzać z nim czas i nie być pożeranym przez te wszystkie myśli i wspomnienia tego, jak było. Nie potrafił. Nawet mimo tego, że dobrze się bawili, że właściwie poznał towarzystwo Notta z drugiej strony... Nie. Nie POMIMO tego. Teraz myślał o tym, że właśnie DLATEGO. Albo i nie myślał wcale, bo miał dość wszystkiego i wszystkich. Chciał. Zostać. SAM. I jednocześnie nie chciał zostawać samemu wcale. Złote mądrości, wszystkie te rady o kochaniu, o złamanych sercach, wszystko to świetnie brzmiało, a Laurent wiedział, że złamał ich zbyt wiele. I żadna z tych osób na to zasługiwała. Z drugiej strony to czy on na to zasługiwał? Na to wszystko, co zostało się między nimi? Winny, niewinny... nie było tych bez winy i nie było tych niepokalanych. Każdy się starał - to po prostu nie wyszło. Był wdzięczny za te wszystkie dobre doświadczenia i jednocześnie zły za wszystko, co było złe. Czemu to musiało się zepsuć? Bo od tego się zaczęło. Całe to emocjonalne zagmatwanie, jakie miał, zaczęło się rodzić właśnie od tego momentu, kiedy Laurent zwątpił w to, co powinien zrobić, bo znał Philipa tyle czasu, bo przyszedł do niego taki rozbity... w tamtej chwili powinien był powiedzieć nie. Nie zrobił tego. Uległ tej pierdolonej empatii, która była niby taka cenna.

Chciał mieć Philipa, ale zrozumiał to na rejsie. Cokolwiek go przywiązywało do Philipa w romantycznym sensie... wygasło. Zostało zgnojone złymi decyzjami, słowami i gestami. Brakiem poczucia stabilności, kontroli. We wszystko wplątał się Kayden, który zrobił mu dokładnie to samo, co on teraz robił Philipowi i wszystko jeszcze bardziej się skomplikowało. Cóż, różnica była taka, że Kayden się pobawił i zniknął bez słowa. Laurent nie mógł tego robić Philipowi. Nigdy mu nie sprawiało problemów, żeby powiedzieć te słowa. Nie kocham cię. To zawsze było proste. Nikogo nie chciał karmić ułudą. Nadzieją, która nie miała pokrycia. Ale Philip? Z nikim nie łączyła go aż tak bliska więź. To też był błąd. Był od niej uzależniony. Chciał ją mieć, bo dawała złudne poczucie czegoś stałego. Tak, mógł zawsze na Philipa liczyć, tak, ufał mu, tak..! Powierzyłby mu swoje życie. Tylko iskra? Iskry już nie było. A może tak było z miłością? Wypalała się? Nie wiedział. Niczego już nie wiedział w tym ciężkim, pokręconym świecie swojej własnej głowy.

Był bardzo złym człowiekiem, więc nie oczekiwał niczego w zamian. Trzeba po prostu zająć kimś obcym łóżko.

- Nie wypowiadałbym tych słów, gdybym nie był ich pewien. - Ale nie potrafił mu tego dać. Mocy w głosie, pewności. Słowa były ciche, choć zrozumiałe. Zbyt spokojne, zbyt wyzute. I to nie dlatego, że emocji w nim nie było. Było ich za dużo. Starał się utrzymywać spokój, względną kontrolę, bo gdyby pozwolił temu wszystkiemu popłynąć... wtedy zwinąłby się w kłębek i wpadł w histerię. - Mylisz się co do tego, że nie chodziło o twoje towarzystwo. - Jeśli to miało dla niego znaczenie, rzecz jasna. Nawet jeśli nie był przy nim to miał niemal ciągle na nim oczy. Uczył się go na nowo tak jak on uczył się samego siebie. - Rozumiem. - Obrócił się i zatrzymał przy drzwiach, z dłonią na klamce, której nie nacisnął. - Żegnaj, Philipie. Cieszę się, że cię poznałem.

Drzwi cicho zamknęły się za diabłem w skórze anioła. Umilkły kroki na korytarzu.

Cisza.


Koniec sesji