[07.08.1972, Szkocja, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię? - Victoria Lestrange - 21.04.2024
adnotacja moderatoraRozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka Bo kto mógłby pokochać bestię?
♫
7 sierpnia 1972, po zmierzchu
– Sauriel & Victoria –
Prawdę powiedziawszy, po tym jak było, Victoria nie spodziewała się żadnego zaproszenia nigdzie. Nie spodziewała się, nie oczekiwała, nie śmiała nawet o tym marzyć, gdy Sauriel „postawił” swoją granicę w tak brutalny zwłaszcza dla siebie sposób i odsunął się od Victorii, a Victorię od siebie. Nie znaczyło to, że nie chciała się z nim widywać, bo chciała, albo że nie chciała z nim gdzieś wychodzić, bo chciała. Chciała to, i wiele więcej, ale nie zamierzała o to prosić, ani tym bardziej żebrać, była po pierwsze na to zbyt dumna, a po drugie, jej desperacja sięgała w innym kierunku. Zbyt mocno też szanowała Sauriela, żeby bawić się w jakieś takie gierki – zresztą jak by to o niej świadczyło? Miała intencje szczere i czyste, tak zresztą jak uczucia, które próbowała zepchnąć gdzieś w kąt i cień, a one i tak sobie rosły, nie zważając na kiepskie warunki, jakie im zafundowała.
Może przez to rosły silniejsze – bo przywykłe do małej ilości tych wszystkich rzeczy, jakie potrzebowały? Nie zastanawiała się nad tym. Tak samo jak nie bardzo wiedziała, co się zmieniło, że któregoś razu, gdy minęła się z Saurielem we własnym domu, bo wróciła z pracy, a on grzecznie pilnował jej kota, ten oznajmił, że ma się przygotować, bo idą do zamku.
Można sobie tylko wyobrazić zaskoczenie Victorii, które było odwrotnie proporcjonalne do tego, co okazała na zewnątrz: czyli uniesienie jednej brwi. Ale Sauriel znowu zaczął coś paplać o jakimś Disneylandzie, potem czy słyszała o opuszczonym zamku, w którym podobno straszy, ale że to chyba ściema, bo ludzie się tam… może nie tłumnie, ale wybierają i jakoś nikt tam nie padł na zawał i tak dalej. A jak sobie coś Sauriel umyślił i utentegował, to nie ma zmiłuj, nie tak łatwo mu to było potem wybić z głowy, zaś to… nie brzmiało znowu tak źle? Victoria może coś tam o zamku słyszała, może obiło jej się o uszy, może ktoś gadał o tym na stołówce w Ministerstwie, że pisali w Czarownicy o dobrym miejscu na schadzki, bo zamek to tak romantycznie – ale jak jej to do głowy wpadło, tak wypadło i teraz, gdy Sauriel uznał to za wspaniały pomysł, to miała mieć dwie możliwości: odmówić, albo… Popłynąć z nurtem.
Dlaczego miałaby mu odmawiać, tym bardziej że chciała spędzić z nim czas? Już dawno nigdzie nie byli razem, a Sauriel chyba miał ciągoty do… „nawiedzonych” miejsc. Albo razem mieli – popijawa na cmentarzu, dom-widmo, dziewczynka z zapałkami… Dopełnieniem faktycznie byłby nawiedzony zamek. Właściwie, to była zaskoczona, że Sauriel ją gdzieś zapraszał, ale to było miłe, tak, nawet bardzo. Tego dnia może nawet nieco więcej się uśmiechała. A co się zmieniło? Bo chyba nie chodziło o to, że umierała – Sauriel zdawał się nie przyjmować tego do wiadomości, więc może chodziło o to, że na pewien sposób spędzali ze sobą więcej czasu przez jej kota? I jakoś… samoistnie się to zadziało, że Sauriel uznał, że chce z nią połazić po opuszczonym zamku?
I w ten właśnie sposób, w ten sierpniowy poniedziałek, wieczorem przenieśli się kominkiem w jej domu do jakiejś wiochy na wypizdowie, skąd musieli się jeszcze przejść dobre dwa kilometry po pagórkowatym terenie, całkowicie niedotkniętym ludzką ręką, bo żadne z nich nie wiedziało do końca gdzie dokładnie się teleportować. Ale zamek faktycznie tam był, dokładnie tak opuszczony jak mówiono. Na tle lasu i księżyca, który zdążył już wpełznąć na niebo, rzeczywiście miał w sobie coś upiornego.
Sauriel przynajmniej ją ostrzegł, dokąd idą, więc nie odjebała się jak szczur na otwarcie kanału, nie założyła szpilek, tylko buty, które nadawały się do wygodnego chodzenia. Ale spodnie czy koszula, nadal wyglądały schludnie i na pewien sposób szykownie. Może to przez ten czerń? Musieli sobie drogę rozświetlać zapaloną różdżką, a i tak Victoria kilka razy się potknęła i musiała złapać Sauriela, przepraszając go za to za każdym razem. Na szczęście nie szli w ciszy. Lestrange opowiadała coś tam o tych zabawniejszych elementach z pracy, o tym, co Luna znowu głupiego zrobiła i tak dalej.
– Mam nadzieję, że w środku będzie coś wartego uwagi – zamarudziła, ale nie dlatego, że była niezadowolona; raczej po prostu dla zasady. – To w końcu cała wyprawa – ale liczyła się z tym. Z tym że wrócą bardzo późno w nocy, albo w ogóle nad ranem – również. Odgarnęła kosmyk włosów, który wyrwał się z eleganckiego warkocza francuskiego i uśmiechnęła się do Sauriela. – To co… panowie przodem?
RE: [07.08.1972, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię? - Sauriel Rookwood - 22.04.2024
No dobrze, przystańmy na chwilę i zastanówmy się nad zastałą sytuacją. W końcu to nie tak, że Sauriel czytał magazyny Tajemnicze Wszechświata i gotów był uwierzyć, że magiczna kostka w Ministerstwie Magii może zawładnąć światem wbijając się w kark Ministry Magii i kontrolując ją poprzez elektryczne wyładowania. Nie, no oczywiście, że nie mógłby w to uwierzyć, przecież był na to za mądry, tak? Więc pozostawały pewne całkowicie logiczne i rozsądne założenia. Na przykład o tym, że takie rzeczy, o jakich mówią wróżowie Macieje i wróżki Esmeraldy niekoniecznie są prawdziwe. Nie były. Mimo to Sauriel je czytał i ekscytował się czasami aż za bardzo. To chyba taka wewnętrzna potrzeba całkowitego odmóżdżenia się, żeby móc poświęcić te myśli czemuś kompletnie abstrakcyjnemu i przestać w końcu używać głowy do... w ogóle przestać jej używać. Więc... to wcale nie tak, że przy okazji Rookwood bardzo lubił historie o duchach i nawiedzeniach. Bawiły go. Nawet jak okazywały się prawdzie, a poltergeisty potrafiły być bardzo niebezpieczne, to jednocześnie były zabawne. Dodawać smaku mogło to na wampirzy język, że lubił adrenalinę - nie mógł jej poczuć w ten sam sposób, co każdy inny człowiek, ale i tak ją odczuwał. Jedno z takich nielicznych powiązań z tym, że kiedyś też człowiekiem się było, drżało się o swoje życie, martwiło się o każdą ranę, bo przecież upływ krwi cię zabije. Teraz nie było tego odczucia. Ukradziona innym energia dawała mu siłę na funkcjonowanie.
Dawała też siłę na głupie pomysły i zajebiste zabawy jak podróż do nawiedzonego zamku.
Żaden dżentelmen był z Rookwooda, chyba że ktoś próbował to na nim wymusić, chyba że akurat dramatyczna sytuacja tego wymagała. Czyli właściwie nim nie był. Tak jak jednak nie dało się obalić teorii, że nie był wielbicielem duchów, chociaż była podjęta próba zaprzeczenia. Próby też się liczą, prawda? Tak, właśnie takim sposobem znaleźli się wśród tych lasów i w sytuacji, gdzie on sam klął i zaczynał irytować na to, że droga była taka dzika i zarośnięta.
- Nosz kurwa mać, co za zjebane krzaczyska. - Machnął rozeźlony ręką, przecinając kilka gałęzi strumieniem magii, żeby oczyścić im drogę. Za to bez żadnego narzekania wystawiał nawet Victorii rękę, kiedy ta na nim lądowała, bo ciemność ją zabijała. Sauriel w końcu stworzył kulkę światła, która leciała kawałek przed (i nad) nimi. Nie było za co przepraszać, mówił. - Kto kurwa wymyślił, żeby tu przyjść, co za zjebany pomysł... - Wcale tak nie myślał, ale kurwienie, narzekanie i denerwowanie się było nieodłączną częścią jego samego. - Ay, lepiej żeby kurwa było, bo nie ręczę za siebie. - W domyśle i wolnym tłumaczeniu: rozjebie mordy tym debilom, którzy powiedzieli, że podróż tutaj to świetna zabawa! Wpływ na to mógł mieć fakt, że oni byli tutaj raczej za dnia, albo wieczorem, a nie czarną nocą, gdzie nawet światło księżyca niewiele dawało między drzewami. - Wziąłem aparat. - Dopowiedział do tego "lepiej, żeby było" zamiast "bo kogoś rozpierdole!". Zawsze brzmiało to trochę milej jako powód... - No rejczel. - Mruknął i spojrzał na zamczysko, które się przed nimi rysowało, żeby ruszyć przodem po drodze, trochę szerszej, wysypanej częściowo kamieniami, częściowo zarośniętej. Przeszedł przez bramę. - HALOOO! Panie nawiedzony mordercoooo! Hop Hoooop!
RE: [07.08.1972, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię? - Victoria Lestrange - 22.04.2024
O, Victoria rzeczywiście uważała Sauriela za zbyt mądrego, by wierzyć w te wyssane z palca dyrdymały wyczytane w Żonglerze, czy Czarownicy, czy co on tam czytywał. Czytał je dla przyjemności, może bardziej było to takie guilty pleasure, a przynajmniej tak to Victoria traktowała. Może i się o to leciutko sprzeczali – ale to było z jej strony bardziej tykanie i zaczepianie kota, może kręcenie nosem dla samej zasady kręcenia nosem, nie żeby faktycznie jej to przeszkadzało. Nie miało to nic wspólnego z wiedzą tak zwaną bezużyteczną, którą Rookwood lubił czasami sypnąć z rękawa. Prawdę mówiąc to, że Sauriel czytał te bzdury, i przy tym zaśmiewał się czasami jak dzieciak, leżąc na kanapie, to było całkiem zabawne i urocze, zwłaszcza jeśli zapominał wtedy, że może być widziany.
Dżentelmenem żadnym być nie musiał, nawet jeśli zajebiście dobrze wyglądał w koszulach i ogólnie pasował do niego ten szyk. Ale jeśli by szukała dżentelmena, to by się nie oglądała za Saurielem, a lubiła to, że z nim wszystko było inaczej, nie do końca na opak, ale w towarzystwie Sauriela nigdy się nie nudziła, a ich aktywności nie ograniczały się do grzecznego pójścia do restauracji, tylko szlajali się czasami w różnych miejscach… Jak po tamtym cmentarzu, Nokturnie, czy… tutaj. Przy nim mogła zapomnieć, że powinna być przede wszystkim stylową damą, mogła pokazać się od innej strony, nie tej strasznej sztywniary, lubiła z nim rozmawiać, lubiła z nim też milczeć, nawet jeśli ostatnio to milczenie zdawało się być napięte. Ale nie dzisiaj, nie. Dzisiaj było inaczej. Może to dlatego, że nie siedzieli zamknięci w czterech ścianach, a mieli przed sobą cały świat – i zamek, który tak zaprzątał myśli Sauriela. Ale najmilsze dla niej było to, że chciał się do niego wybrać z nią, nie z kim innym, tylko z nią.
– Sauriel… ty – wymamrotała całkiem rozbawiona za którymś razem, gdy się potknęła, ale czarnowłosy już miał przyszykowaną dla niej rękę, żeby nie wyrżnęła na ten głupi ryj i nie wybiła sobie zębów. On, nikt inny jak właśnie on to wszystko wymyślił, a teraz wiedziała doskonale, że to pytanie retoryczne… w sumie nawet nie pytanie. Ale przepraszała, bo nie chciała naruszać jego strefy komfortu swoją osobą, nawet jeśli robiła to naprawdę niecelowo. I nawet jeśli mu to wcale nie przeszkadzało. Nawet jeśli złościł się teraz właściwie bardziej dla sportu, niż dlatego, że rzeczywiście był zły. – Jak znajdziemy dobre miejsce, to mogę ci zrobić zdjęcie. Chcesz? – to też było miłe: że prezent, jaki mu dała, tak mu się spodobał, że faktycznie go używał. A wiedziała, że tak jest, bo przynajmniej raz wysłał jej zdjęcie losowego, napotkanego po drodze kota. Ale – przynajmniej Sauriel był na tę wyprawę przygotowany. Victoria też była, ale od jakiegoś czasu podchodziła do tego jeszcze poważniej niż kiedyś, bo prócz noszenia podstawowych eliksirów własnej roboty i zapasu czekoladek na czarną godzinę, to jeszcze nosiła te zapasowe ubrania. Jej damska torebka była teraz damska do kwadratu: zawalona absolutnie wszystkim, na szczęście była zaczarowana, i wyglądała na coś małego i poręcznego.
Jak na aurora przystało, schowała się za szerokimi plecami Sauriela, gdy ten poszedł przodem, a ona przemknęła tuż za nim i wręcz schowała głowę w szyję, kiedy wampir się wydarł na pełen regulator. Jego głos echem odbił się chyba od ścian zamku i ogólnie gór, które były wokół.
– Kocie… – zaczęła i przyspieszyła, żeby na pewno dogonić Sauriela i mieć go przy sobie w razie czego. – Ale może nie trzeba od razu tak głośno, co? – osobiście uważała, że zamek sobie stał niezamieszkały, bo utrzymać taki moloch to trzeba było mieć kupę siana i innych zasobów, a kto by sobie tym głowę zawracał, ale co jeśli w tych historiach było jakieś ziarno prawdy i zaraz na łeb im się zwali jakieś pianino wywalone przez złośliwego poltergeista zwabionego pięknym głosikiem Sauriela? Ale nic się nie stało, nie było żadnego gromu z ciemnego nieba, żadnych hałasów, nic właściwie. – Ale chyba… chyba naprawdę jest opuszczony – mówiła dalej, rozglądając się na boki, kiedy przechodzili przez ogród, zdecydowanie kierując się chyba do głównej bramy. Czuła ładny zapach, kiedy przechodzili przez dziedziniec bliżej ścian; kwiaty rozrosły się tutaj dziko, widać było, że od bardzo dawna nikt się nimi nie zajmował, a teraz mogli uświadczyć zapachu tych, które rozwijały się w nocy. Aż złapała Sauriela za rękę, chcąc go zatrzymać i pociągnąć na chwilę w bok. To były datury, anielskie trąby, lekko świecące dziwaczki i tuberozy. A tuż za nimi rozrosły się dziko rosnące róże. Raj – prawdziwy raj dla Victorii, która już po samym tym nie żałowała ani sekundy, że dała się Saurielowi namówić na przyjście tutaj. – Nikt się nimi od dawna nie zajmował, popatrz jak nieskładnie rosną – paplała swoim zwyczajem, wiedząc przecież, że Sauriel ani trochę nie znał się na roślinach. – Kiedyś musiało tu być pięknie.
RE: [07.08.1972, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię? - Sauriel Rookwood - 23.04.2024
Damy w pięknych sukniach, z makijażem, doskonałość stąpająca na cienkich obcasach, słodkie perfumy i wymyślne fryzury. Elegancki, dopieszczony świat czystokrwistych nie był miejscem, w którym czułby się spełniony, chociaż potrafił się w nim odnaleźć... kiedyś. Teraz nawet ciężko byłoby mu silić się na dostosowanie. Wszystko tam było zbyt rozdmuchane, zbyt obce, zbyt napompowane patetycznością. Z jego punktu widzenia złoto oślepiało, a purpura była tylko kotarą na oczy, żeby nie zobaczyć prawdziwego syfu we wnętrzu. Podnieść klapę kryształowej szkatuły i zobaczysz, że zalęgły się w owocach larwy, a wszystko zjadane jest przez owocówki. To nie było poetyckie. To nawet nie było. I chociaż Victoria była damą z salonów, to nie była ani złota, ani purpurowa, ani nie była kryształem z zepsutymi owocami. Victoria była po prostu... Victorią. To "po prostu" tworzyła ją całą. Żadna wielka zbawczyni całego świata, żadna wielka zła dziewczynka, żadna bufowata dama, ale też żadna zdzira odwiedzająca Nokturn. Po prostu Victoria. Znaczyło to dla niego więcej niż wszystkie teksty piosenek, które przeszły przez jego ręce i żaden zapis nutowy nie był dobry. Gitara nie pasowała do Victorii. Może cymbałki? One miały takie czyste, ciepłe dźwięki, jeśli tylko potrafiło się na nich zagrać. Dlatego nie było też drogich kolacji, garniturów i sukien. Dlatego szli do nawiedzonego zamku.
- To są pomówienia i znam na to przynajmniej jedną ustawę. - Mruczał pod nosem niby to jej odpowiadając, ale w sumie to nie oczekiwał odpowiedzi. Za to sam w końcu się pod nosem uśmiechnął, bo tak, jego denerwowanie się było nad wyrost. Nie był przyzwyczajony do konieczności przedzierania się przez chaszcze, walczenia z gałęziami i tym podobne. Mógł potykać się o próg drzwi albo wyjebane ciało martwa od dwóch tygodni, ale niekoniecznie o korzenie drzew. Bo tak, oczywiście, że też się potknął kiedy tutaj wędrowali. Różnica polegała tylko na tym, że od razu odzyskiwał równowagę. - Nie, bo nie chcę patrzeć na swojego ryja. Chyba że ty chcesz, to wspaniałomyślnie użyczę ci tej wspaniałej facjaty. - Przeciągnął w powietrzu ręką, odwracając się na chwilę do Victorii, prezentując swoją twarz jakby właśnie próbował ją... sprzedać. Ale o sprzedawaniu siebie już rozmawiali. I to zawsze gdzieś tam było. Gdzieś tam w kącie głowy. Dyskomfortowe? Powinno być. Ale Sauriel powinien być też dobrym gościem, który "mógł się zmienić". Nie był. - Za to ja zrobię zdjęcie tobie. Jak znajdziemy jakieś dobrze, bo tu i tak chuja nawet nie widać.
Rookwood zaplótł ręce na klatce piersiowej, wsłuchując się w echo swojego głosu. Zajebista rzecz! Echo, nie jego głos. Chociaż akurat uważał, że głos też miał zajebisty. Jedna z niewielu rzeczy, która mu się w sobie samym podobała, więc trzeba było zliczać te bezcenne wręcz okruchy. Usłyszał, że Victoria się zatrzymała za nim, ale sam na razie przyglądał się całemu temu otoczeniu. Gdyby oboje byli lepsi w wyczuwaniu temperatury to pewnie przeszedłby ich teraz mocniejszy dreszcz, a tak? Sauriel i strach zazwyczaj się rozmijali ze sobą, chociaż nie było też tak, że całkowicie tego uczucia nie znał. Takie nawiedzone zamczysko nie zaliczało się do czegoś, co by zadrapywało powierzchnię jego 'giveashitometru'.
- Lepiej żeby nas usłyszał wcześniej niż później. Wtedy wcześniej rozpocznie na nas swoje mroczne polooowaaaniaaa..~! - Uniósł ręce i poruszył palcami w sposób, w który na deskach teatru często pokazywali grozę strasznego potwora, mrocznego lorda, co stawał przed niewinną niewiastą w bieli..! Z niego żaden rycerz, z Victorii żadna księżniczka. Chociaż na iście książęce traktowanie zasługiwała! Księżniczkowe? Czy to powinno być księ...żniczkowe traktowanie? Ruszył dalej i choć krzyknął na całe gardło, tak teraz nawet kamyczki nie chrzęściły pod jego nogami, jakby stąpał na opuszkach kocich łap. A przecież miał na sobie całkiem ciężkie buciory. Kiwnął głową na potwierdzenie, że tak - opuszczony. Na taki wyglądał. - Takie miejsca lubią jakieś pedały zamieszkiwać. - Niekoniecznie miał tutaj na myśli stricte homoseksualistów, którzy sobie nie tak dawno temu urządzali paradę równości. Chodziło mu raczej o te cioty, które nie były w stanie sobie wywalczyć miejsca na takim Nocturnie, albo... albo wielbicieli zatęchłych dziur. Tylko że stęchlizną to tu nie pachniało. Jeszcze - nie weszli w końcu do środka. Za to pachniało kwiatami. Piękny zapach, piękne połączenie, tylko robiło się aż zbyt intensywne dla Sauriela. Przystanął, kiedy Victoria dała mu znać i obejrzał się na dzikie kwiaty i przede wszystkim - dzikie róże, które tutaj rosły. Na kwiatach się nie znał, więc w jego głowie miało to przydomek "dzikie", skoro byli w ogrodzie opuszczonego zamku. I słusznie, bo Victoria pośpieszyła też z wyjaśnieniem... pośrednim. - To jak coś długo rośnie samo, ale nie wyrosło samo tylko zostało posadzone, to potem jest już dzikie czy nie? - Czy to miało znaczenie? NO NIBY NIE! Ale stanowiło prawdziwą zagwozdkę w tym momencie dla niego. - No... całkiem spoko. - Kwiaty niekoniecznie były czymś, co go poruszało. Obejrzał się dookoła. - Za dnia na pewno jest tutaj jeszcze lepiej. - Bo nocą za mało było widać. - Jak będziemy wracać to zajdziemy i weźmiesz sobie kilka sadzonek tego gówna. - Tych kwiatów.
RE: [07.08.1972, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię? - Victoria Lestrange - 24.04.2024
Pasowała do tego świata pozorów, bo nauczyła się w nim lawirować, grać w tamtą grę – wystarczało niewiele o sobie mówić i potakiwać, gdy ktoś chciał opowiadać, a potem ulotnić się niezbyt wcześnie, by było to odebrane jako niegrzeczne, ale zdecydowanie nie zbyt późno, by się nie upodlić. Pasowała tam, bo umiała się wtopić w tło, matka dobrze ją nauczyła, lubiła te wszystkie suknie, materiały, uwielbiała tańczyć. I jednocześnie wcale tam nie pasowała, nie lubiła tych słodkich perfum, kolorowych i ciężkich makijaży, uśmiechać się sztucznie i tańczyć jak jej zagrają. Wcale nie chciała grać w tę grę, wolała by dali jej święty spokój. Sauriel miał rację, panowało tam zepsucie i zgnilizna, którą próbowano ukryć dużą ilością zapachów i kolorów oraz pieniędzy i sztucznych uśmiechów. Ten modlący, słodkawy zapach nie pochodził od wypięknionych dam, tylko od trupa, którego usiłowano ukryć pod wyszywanym przez skrzaty najdroższym obrusem. I to nie był świat Victorii i jednocześnie się w nim obracała, balansując na krawędzi jak zgrabna akrobatka. A Sauriel był tą osobą, która tym bardziej uwidaczniała jej to zepsucie i jednocześnie pokazywał, że po tej drugiej stronie jest dużo piękniej. I robił to chyba nieświadomie, ale wpływał na nią od dnia, w którym się spotkali twarzą w twarz, wtedy, w grudniu, w rezydencji Rookwoodów.
– Pomówienia to by były, gdyby miały ci zaszkodzić, a nie wyjdzie to poza naszą dwójkę – odpowiedziała mu gładko, doskonale wiedząc, że w zasadzie to Sauriel marudzi tylko dlatego, żeby pomarudzić i nie miał tego na myśli, ale nie mogła sobie odmówić tych leciutkich zaczepek i mentalnego tykania go palcem. – Nie musisz, ja chcę – a było przecież na co popatrzeć, Sauriel musiał mieć świadomość, że z pewnością wielu pannom się podobał, w tym jej – zresztą powiedziała mu o tym całkiem szczerze jeszcze nim Beltane zamieszało w ich relacji. Nie musiał próbować jej sprzedawać tej twarzy – zresztą, no właśnie, już kiedyś o tym rozmawiali, nawet jeśli Victoria pociągnęła tamtą rozmowę dla żartu i z ciekawości co Sauriel w ogóle powie. Pamiętała też konkluzję, że gdyby chciała spróbować, to żeby powiedziała, zresztą ona powiedziała mu to samo, że gdyby chciał, to… Tamta rozmowa była tak surrealistyczna i nawet nie chodziło o to, że tyczyła się wykonywania "małżeńskich obowiązków" z wampirem, gdzie oboje nie mieli pojęcia jakby to było, ale sam ten jej wydźwięk… i to nie tak, że Victoria nie była ciekawa, albo że nie chciałaby spróbować, albo że nie chciałaby go dopuścić tak blisko siebie – bo chciała, i była też całkowicie przekonana, że może dałoby się coś zaradzić na jego dysfunkcję czy niemoc, tak samo jak była pewna, że mogłaby mu dać mnóstwo przyjemności czy ukojenia, skoro mówił, że jego zmysł dotyku jest tak czuły. Ale przede wszystkim nie chciała, by to faktycznie był obowiązek, ani nie chciała go do niczego zmuszać, a już zwłaszcza w tak intymnych sprawach. – Dziękuję, o miłościwy – parsknęła, dając się ponieść tej scence i korzystając z okazji, że Sauriel zdawał się mieć dobry humor i sam rzucał żarcikami. Ona też miała dobry humor – znacznie jej się poprawił, odkąd wyrwała się z domu i zaczęła się opiekować małym kotem, który już się zaznajomił z jej mieszkaniem i potrafił jej nie odstępować na krok, chociaż nadal brała kicie na ręce, gdy korzystała ze schodów. – Jeśli tylko chcesz – była to niedosłowna zgoda, że da sobie zrobić zdjęcie. Może powinni zrobić sobie jakieś wspólne? Może zdołałaby go do tego namówić? Nie mieli wielu takich pamiątek, a Victoria ostatnimi czasy bardziej je doceniała i starała się nimi otaczać, by nie czuć się taka samotna. – Chyba często go używasz? W sensie aparatu. Strasznie się cieszę, że trafiłam – ale był to przemyślany prezent, nawet jeśli pomysł wpadł jej pod wpływem chwili, ale pielęgnowała ją aż zakwitła i sprezentowała go miesiąc temu Saurielowi, w chwili jego dużo gorszego (to małe niedopowiedzenie) samopoczucia.
Tak, głos miał bardzo przyjemny dla ucha, zwłaszcza wtedy, gdy śpiewał. Lubiła gdy grał, tak bardzo to do niego pasowało… gdy kilka dni temu sama weszła na scenę (nadal nie wiedziała co do licha ciężkiego ją podkusiło) i zaśpiewała, też o tym myślała, o nim grającym na gitarze. Siebie zaś nie podejrzewała o tak dobry głos, ale ludziom się podobało.
– Mroczne polowania – powtórzyła za nim sceptycznie, bo sama nie czuła tutaj żadnego zagrożenia. Tak, aura była dość upiorna, ale nie powinna być inna, skoro przyleźli tutaj w nocy, księżyc dawał taką eteryczną poświatę, było… chyba chłodno, a każdy gwałtowniejszy dźwięk zostawał zniekształcony przez stare mury zamczyska. – Czekaj, ciebie to bawi! Chciałbyś żeby jakiś pojeb cię pogonił, bo wlazłeś na jego teren! – powiedziała to niemalże z wyrzutem… niemalże. Po prostu się z nim droczyła, udając że poznała jego mroczny sekret. – Czy ja tu jestem przynętą? – uniosła wyżej brwi, a jedyną oznaką tego, że żartowała, był lekko drgający prawy kącik ust, który bardzo chciał się wyrwać w górę, a Victoria próbowała to powstrzymać. – Co za przebiegły kiciuś – pacneła go delikatnie dłonią, to był leciutki dotyk, prawie jakby tego wcale nie zrobiła. – Masz na myśli ufryzowanych i nadętych lalusiów? – spróbowała, gdy już stanęła przed tymi kwiatami i nawet wyciągnęła do nich dłonie, by przesunąć do siebie kwiaty datury, chcąc mocniej zakosztować jej pięknego aromatu. – Powiedziałabym chyba, że wtedy są zdziczałe? – odpowiedziała mu, jak to zwykle miała w zwyczaju: odpowiadać na te jego głupiutkie pytania. Nigdy ich nie zbywała, zawsze starała się mu dać atencję, skoro o nią prosił. Wzięła głębszy oddech i uśmiechnęła się z pewną błogością, przymykając powieki, sycąc się zapachem i spokojem tego zapomnianego przez świat i ludzi ogrodu. Mogłaby tu zostać dłużej, bardzo lubiła noc. Było tak cicho, tak… tajemniczo. – To datury, bardzo mi się podobają. Czasami mówi się na nie anielskie trąby, to przez kształt tych kwiatów – powiedziała niby od niechcenia, gdy już zbliżyła się na powrót do Sauriela, zostawiając ogród w spokoju. Uśmiechnęła się go niego ciepło, radośnie – bo sprawił jej tym przyjemność. Tym, że pomyślał, że chciałaby sobie wziąć jakieś sadzonki.
RE: [07.08.1972, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię? - Sauriel Rookwood - 27.04.2024
Nie widział nawet tej zmiany, chociaż oczy miał całkiem uważne. Łatwo widzieć to, co chcesz widzieć, a nie dostrzegać rzeczy naturalnie się zmieniających. Tak kroczek po kroczku.... Jego zdaniem w niej to zawsze było. Nie musiał niczego zmieniać, bo to nie była zmiana. To było tylko otworzenie swojego umysłu, śmielszy krok. Zaraz ktoś by powiedział: no tym była zmiana! Otóż tak. Tylko że Sauriel zawsze miewał swoje jakieś dziwne teorie, a były nadmiernie aż zmienne i zależne od jego widzi-mi-się i humoru. Jakimś cudem, mimo tego, ludzie nadal go lubili i tolerowali. Jak? Sam nie miał pojęcia, jak to działa. Tak jak nie wierzył, że Victoria nie ma grona znajomych, że nie ma z kim spędzać czasu - na pewno miała! Tylko oby nie z tym chujem, któremu dała czekoladę, bo go popierdoli... były jakieś granice przyzwoitości, tak?
- Z autografem? Bez? Mogę ci namalować kocią łapkę. Jestem produktywny od jakiegoś czasu, teleportacja i transmutacja niedługo nie będą miały przede mną tajemnic. - Pochwalił się przy okazji. Tak, miał dzisiaj dobry humor. A kiedy mówił, że mu coś wychodziło, miał jeszcze lepszy. Ale to głównie przed Victorią. Żeby go pochwaliła! Bo jak ona go chwaliła to zawsze było najlepiej. Pewnie dlatego, że ona była najlepsza. - Łaskawie się zgodzę. Be my gest. - Wykonał jakąś parodię ukłonu, jak to czasami mu się zbierało, kiedy już żarty miały swój rozpęd i kiedy tak jak teraz - swoboda gościła między nimi. Zupełnie jak dawniej. Nie było jednak jak dawniej. Było inaczej. O wiele inaczej. Sauriel czuł się inaczej, dobrze, a mówili, że nie ma czegoś takiego jak felinoterapia. Oj tak, był świadom tego, że panienki się za nim oglądały do tego stopnia, że nawet rzucił kiedyś Norze, że te panie to pewnie przychodzą się na niego pogapić a nie po to, żeby posłuchać jego głosu czy gry na gitarze. Nie miał nic przeciwko. Tak długo, jak ludzie dawali mu spokój, bo nie lubił być w centrum uwagi. Zdecydowanie wolał siedzieć z boku, a odnosiło się to do bardzo wielu rzeczy. Również do tego, że nie miał najmniejszej ochoty głowić się nad wydawaniem poleceń, skoro łatwiej było je dostać i wykonać... tylko po swojemu. Bycie bardziej upartym niż osioł zobowiązywało. - Ay, bardzo. - Odpowiedział na pytanie o to, czy często ma w rękach aparat. Głównie robił fotki zwierzakom, totalnie głupie, ale łapały go też niektóre krajobrazy. Rzeczy. Ludzie. Podobało mu się to. Nie podobało się tylko to, że w nocy bywało trudno z oświetleniem, nawet jeśli tworzyło się magiczne światło. To sprawiało, że czekał na każdy pochmurny dzień.
- O nie, nie.. - Zaprzeczył BARDZO przekonująco, wykrzywiając usta w jakąś komiczną minę i kręcąc głową. - Ja bym nigdy tak nie zrobił. - Nigdy. Przenigdy. Był w końcu wspaniałym człowiekiem pozbawionym wad i... zawsze szczerym, zawsze, e... uczciwym! To było słowo, którego szukał w swoich myślach. - Widzisz? - Przechylił nagle głowę. - To znowu pomówienia. Róże mi świadkami. I tamta żółta sukienka? - Uniósł jedną brew spoglądając na suknię wywieszoną w oknie. Czy ona stanowiła jakąś zasłonę? Nie wyglądała z tej perspektywy na jakąś wybitnie podartą, ale Sauriel aż zachęcił swojego świetlika, żeby podleciał wyżej i im lepiej pokazał, co to za nawiedzona kiecka tam wisi. Aż się zatrzymał sam po kolejnych metrach, bo w pierwszej chwili miał instynkt, że to KTOŚ. A nie COŚ. Wisząca parę pięter nad nimi kiecka z tej perspektywy nawet dobrze oświetlona nie pokazywała zbyt wielu szczegółów. - Przebiegły! Od razu przebiegły. Różyczko, ja jestem... ja jestem po prostu. - Nawet pomachał ręką przed sobą, ale to nie pomogło mu znaleźć żadnego mądrego wyjścia z sytuacji. - Właśnie tych mam na myśli. - To było powiedziane bez pomyślunku. - Znaczy nie! Mam na myśli zjebów, którzy nie potrafią sobie wywalczyć miejsca na Nokturnie i szukają dziur do mieszkania. Dziura. - Pokazał obiema rękoma zamek, a teraz nawet kontretnie bramę, która prowadziła do wnętrza zamczyska. Nie starał się zachowywać cicho, ale ona tym bardziej. Uśmiechnął się na jej ruchy i złapał ją za jeden z kosmyków włosów, żeby go lekko pociągnąć. Jak dziewczynki pięcioletnie za warkoczyk. - No to je wykopiemy. Te daltony czy inne trąbki. - Trochę z premedytacją przekręcał te słowa, siebie byli warci pod kątem wzajemnych zaczepek.
- Ej... Vika. Skoro to zamek... to może powinniśmy wjechać do niego na koniu! - Rycerze w bajkach wjeżdżali do zamków na koniach. - Dawaj wyczaruj nam konia. - Tak, mówił poważnie. Nawet się wyszczerzył.
RE: [07.08.1972, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię? - Victoria Lestrange - 27.04.2024
Zmiana ta była dostrzegalna dopiero wtedy, gdy robiło się porównanie: Victoria kiedyś i Victoria dziś. Widział to zwłaszcza ktoś, kto znał ją dłużej, widziała to Victoria, która sporo czasu poświęcała na zastanawianie się nad sobą, otaczającymi ją ludźmi, światem i tak dalej; rozkładała wiele spraw na czynniki pierwsze, analizowała, oglądała z różnych stron, dlatego miała tak dużo pytań, tak wiele ją ciekawiło… To, że nie dostrzegał tego Sauriel nie było zaskakujące. Po pierwsze nie znał jej wcześniej, poznawał ją naturalnie, tak jak ona zmieniała się pod jego wpływem naturalnie… Mógł uważać, że taka była zawsze. Poniekąd była, ale z drugiej strony to on umożliwił jej zrobienie tego kroku, drugiego, trzeciego. Już nie była w tym samym miejscu co kiedyś. I czy było to złe? Czy on był taki zły? Nie był, bo świat nie był czarnobiały, było w nim pełno odcieni szarości. Lecz grały w nim kontrasty, jak prawda i fałsz, lub wyraźna różnica czerni i bieli – trzeba było na to jedynie spojrzeć i porównać. Victoria wiedziała doskonale, że Sauriel miał swoje grono znajomych, chociaż jak sam kiedyś twierdził – odciął się od wszystkich i dopiero niedawno zaczął wychodzić do ludzi, z większą chęcią. I oczywiście, że ona też miała swoich znajomych i starała się regularnie utrzymywać z nimi kontakt, z różnym skutkiem. Może grono tych bliskich nie było bardzo duże… ale dzięki czemu jakoś potrafiła to wszystko pogodzić i znaleźć też czas na inne rzeczy w swoim życiu, zwłaszcza na te, które wysforowały się na przód listy priorytetów. Dla „chujka”, któremu dała czekoladę, oczywiście również znajdowała czas, bo znajdował się w tym gronie, ba, nawet była z nim we Włoszech, czego Sauriel nie wiedział… Ale nie miał się o co złościć, ani być zazdrosnym, choć pewnie nie zdawał sobie nawet z tego sprawy. A może zdawał?
– Oczywiście, że z autografem – tak naprawdę, to wcale o tym nie myślała. Podpisałaby zdjęcie z tyłu, z datą i miejscem, by zawsze pamiętać, ale nie myślała o… podpisywaniu się tam Sauriela. Jednak ten dobry humor należało wykorzystać. – Tak? To bardzo dobrze. I cieszę się, że jednak się zdecydowałeś na ten kurs teleportacji – jeśli chciał pochwały, to proszę bardzo – dostał ją, bo doceniała to, że znalazł w sobie siłę, by pomalutku wyplątywać się z bagna, jakie zaserwował mu jego… mózg, jak sądziła. Że stawiał te kroki, że robił coś dla siebie i swojego rozwoju: jak pokonywanie tych strachów i słabości z przeszłości. I cieszyła się, że te delikatne namowy, by poszedł na kurs teleportacji, przemyślał i się zdecydował. – Wiesz już kiedy masz egzamin? – na licencję oczywiście. – Widzisz? Zawsze mówiłam, że jesteś zdolny – zdolny, ale leniwy; nie był głupi, a na takiego się kreował. Ale kiedy chciał – to potrafił stanąć na wysokości zadania, tylko najpierw musiał chcieć. I tak jak kiedyś mu powiedziała – jeśli będzie chciał jej atencji, to wystarczy poprosić… Teraz niejako właśnie o to prosił, wyczuwała to. – A jak sobie radzisz z transmutacją? – zagaiła, skoro i o niej wspomniał, a pamiętała, że był kompletnym… zerem transmutacyjnym (a to nawet gorzej niż ona, bo ona zatrzymała się na wiedzy wyniesionej ze szkoły). Nawet gorzej niż z zielarstwem. Na jego stwierdzenie, że bardzo często aparatu używa – poczuła, jak coś rozlało się po jej sercu, coś miłego, ciepłego; cieszyła się z tego najzwyczajniej w świecie.
– Wiesz co, musisz popracować nad tym, żeby brzmiało to trochę bardziej przekonująco – powiedziała sceptycznie, siląc się na śmiertelną powagę, ale Sauriel powiedział to w taki sposób, że nikt by w to zapewnienie nie uwierzył. – Żadne pomó… sukienka? – urwała w półsłowa i odwróciła głowę w kierunku, w którym spoglądał wampir, i sama zmarszczyła brwi. Faktycznie w oknie wisiała sukienka, niczym ten upiorny rekwizyt. – Może tu naprawdę mieszkają jakieś duchy? – i próbowały ich wystraszyć? Było upiorne, a jakże. Aż przeszedł ją metaforyczny dreszcz.
– Jesteś po prostu cwanym, sprytnym Kotem – odpowiedziała na niego, skoro brakło mu słów. – Ale naprawdę myślisz, że będę dobrą przynętą dla psychopatycznego mordercy? – skąd w ogóle wzięła się ta rozmowa o tym, że opuszczony zamek rzekomo zamieszkuje morderca? Wtedy zamek nie byłby wcale opuszczony… A potem parsknęła już w głos, kiedy Sauriel zaprezentował jej Dziurę, tak jak prezentuje się luksusowe miotły sportowe sprezentowane komuś na urodziny. – Hej! – „obruszyła się” pociągnięta lekko za włosy. Naprawdę, jak dzieci w okresie przedszkola, ale kto się czubi, ten się lubi, tak? – Sam jesteś trąbka – stwierdziła z niedowierzaniem. Ale to niedowierzanie urosło, gdy Rookwood wystosował propozycję. Ciemnowłosa patrzyła na niego przez chwilę niby to bezrozumnie, niby to jakby się nad czymś zastanawiała. Nie powiedziała nic, ale nagle wydobyła swoją różdżkę, odchrząknęła i machnęła nią kilka razy, próbując stworzyć… przedmiot, który miał wyglądać jak dorodny, kary rumak. Zdecydowanie nieożywiony, na razie tylko… koń.
A koń, jaki jest – każdy widzi. Koń.
Kształtowanie
[roll=PO]
[roll=PO]
[roll=PO]
RE: [07.08.1972, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię? - Sauriel Rookwood - 29.04.2024
Podobało mu się to miejsce, przynajmniej jak na razie. Jak w tych zabawach za dzieciaka, kiedy wyobrażasz sobie, że biegasz po starym zamku (tego nie trzeba było sobie wyobrażać, wystarczyło biegać po Hogwarcie) goni cię jakaś bestia, musisz ją pokonać, po drodze masz loot (kwiatki?) i na końcu czekają cię wyznania miłosne do twojej księżniczki! To ostatnie zawsze uważał za głupie i kręcił na Stanleya głową, ale przecież nie było ludzi idealnych, tak? Wolność - to się ceniło w życiu! I ludzi wokół ciebie, którzy..! Zgoda, wiemy, jak to leciało. "Być z kimś" nie znaczy być zniewolonym. Do takiej myśli trzeba dojrzeć. Trzeba się upewnić, że wszystko, co się wokół dzieje i co łączy cię z tą drugą osobą nie stanie się takie, jak wszystko wokół. Brak zobowiązań był zbyt wygodny, gdy spodziewałeś się, że w końcu wszystko jebnie. To nie było tylko czarnowróżenie, chociaż kiedy czegoś nie wypierał to potrafił dramatycznie i pesymistycznie spoglądać na świat. Czasem nie potrafił też grać va bank.
Kiwał głową, zdając sobie z tego sprawę, że to było może głupie - tak o te pochwały się łasić - ale rączki (w postaci słów!) Victorii (w sumie te prawdziwe też...) były takie milusie, że jak tu z tego zrezygnować? Uzupełniało to odrobinę jego poczucia ludzkości, człowieczeństwa. Pozwalało złapać się małym haczykiem ziemi, żeby przestać dryfować w utopijnym niebycie. Idealnym, bo prawdziwa wolność była dopiero tam, gdzie nie było niczego. Tylko że to też nie było wcale dobre. Zwolnił nieco swojego kroku tak, żeby się z nią wyrównać i wcisnął ręce do kieszeni, przyglądając się jej. Jej, nie zamkowi w tym momencie, bo była zdecydowanie bardziej interesująca. Szczególnie to, że miała dobry humor. Nie była nieszczęśliwa, nie płakała, nie drżała. Czy to jego wina? Był taki dla niej niemiły, niechętny w ostatnim czasie, nie pytał o jej problemy za bardzo, że może ona się zamknęła - przez niego? Chyba by nie udawała, prawda? Wydawała się naprawdę dobrze bawić. A to dopiero początek! Miało być tylko lepiej! Przynajmniej w to wierzył Sauriel nie zdając sobie sprawy, że dostaną wpierdol od większego Księcia Mroku i Ciemności niż ten, za jakiego on sam się uważał.
- Pod koniec sierpnia. - Jego bardzo nieskromnym zdaniem świetnie sobie radził, kiedy już upewnił się, że jednak nie taka straszna ta teleportacja, jak ją malują. Stres był pełną gębą, chociaż niekoniecznie zamierzał o tym komukolwiek mówić! Chyba że jej albo Stanleyowi. Jej - bo wszystko rozumiała, niezależnie od tego, jak ciężko nie było. A do tego podchodził teraz, z perspektywy czasu, uśmiechając się pod nosem. Musi minąć jeszcze parę tygodni, zanim nabierze pełnego dystansu. - Ale leniwy. - Uśmiechnął się buńczucznie. Sam w to w zasadzie nie wątpił - że ma głowę, gdzie należy, ale nie chciał być za takiego za bardzo postrzeganym. Wtedy ludzie więcej chcą, więcej wymagają, spodziewają się nie wiadomo czego - a jemu było dobrze, że niczego nikt nie oczekiwał. Niewiele było takich osób jak Victoria, przed którymi otworzenie się nie było takim problemem. - Zaraz zobaczysz jak sobie radzę. Jak wyjdzie skunks to z góry przepraszam! - Wyciągnął ręce z kieszeni i uniósł je w obronnym geście, patrząc na tego konia, którego Victoria wyczarowała i oceniając teraz jego wartość. Ech, gdyby tylko magia była trwała to człowiek mógłby setki galeonów zarabiać na sprzedawaniu takich... z drugiej strony kto wtedy chciałby to kupować? - Z tymi duchami, tak na serio, bym się nie zdziwił, bo niby czemu takie miejsce nadal nie zostało ogarnięte? Jasne, papierkowa robota, ale come on. - Skrzywił się, bo kto lubiłby papierkową robotę? Zerknął jeszcze raz na okno, które minęli i światełko znowu im przyświecało, tym razem nieco się powiększając, żeby ogarnąć większą część dziedzińca i tej zamkniętej bramy prowadzącej do wnętrza. Ładne miejsce. Nawet jeśli nie był jakimś przesadnym fanem zadupi (do tej pory, bo wszędzie daleko, a brak teleportacji wkurwiał) to przyznawał sobie w duchu, że w takim miejscu można było zamieszkać. Pomijając wielkość, bo też wszędzie daleko... Saurielowi było dobrze w swojej piwnicy. Albo na podziemnych ścieżkach, gdzie nie paliło światło dnia.
- Jesteś kochana. - Złapał ją za policzek, za kawałek skóry, ale nie tak, żeby ją uszczypnąć, tylko żeby tak poruszyć, jak to babcie czasem miały w zwyczaju przy okazjonalnym "NO POKAŻ SIĘ BABUNI JAK TY DZIŚ WYGLĄDASZ!". Raz policzek, raz kłaczek.- Jesteś zajebistą przynętą. Zaufaj mi. - Samemu sobie nie ufał, ale to nie było teraz istotne. - Dobra, ja nie umiem jeździć konno, ale ty na pewno tak. Wskakuj pomogę ci. - I zanim dobrze skończył już to zdanie to prawie że wziął Viki pod pachę, żeby ją posadzić na wierzchowcu. Podparł się pod boki, zadowolony... i zamyślony. No bo ona siedziała. I jak on miał tam wejść? Przymierzył się raz, drugi, ale w końcu zaufał, że koń się jednak pod nimi nie rozpieprzy i wbił się porządnie z ziemi. Usiadł zadem do przodu - tak nie miało być. - Kurwamać. - Zsiadł i wsiadł ponownie. Tym razem prawidłowo. - No. To ten. IHAAAA! SZARŻAAA! - Klepnął konia mocno w zad, a ten ożył i lekko oderwał kopyta od ziemi, rżąc głośno. Po czym ruszył. A Sauriel automatycznie objął Victorię, jakby mogła ona pomóc mu utrzymać się na grzbiecie. - Kurwa spadam! - Zamiast powiedzieć to z paniką, to się zaśmiał. - Drzwi, drzwi, otwieraj drzwi! - Krzyknął do Victorii, bo o tym jednym zapomniał, kiedy czarem posłał rumaka w stronę zamku...
[roll=T]
[roll=T]
[roll=T]
RE: [07.08.1972, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię? - Victoria Lestrange - 05.05.2024
Kiedy była te dziesięć lat młodsza, też uważała takie historie za głupie – zamek, bestia, skarby i miłosne wyznania. Zwłaszcza to ostatnie, romantyczka z niej była… niewielka, zwłaszcza w tamtym czasie, gdy miała kija w tyłku i bardziej była zainteresowana swoimi stopniami z egzaminów, niż romansami. One nigdy zresztą nie były na liście jej priorytetów, ze względu na wychowanie i to przeświadczenie, że cokolwiek nie zrobi, to rodzina zadecyduje za nią… To się jednak zmieniało stopniowo na przestrzeni… może nie wielu lat, lecz wielu miesięcy, dojrzewało, by w końcu znaleźć podatny grunt i zakwitnąć. Pozwolenie sobie się zakochać, wybranie sobie osoby, z którą dzieli się życie oraz życiem – to też była forma wolności. Bo wolność to była możliwość wyboru, a nie przymus narzucony przez innych. A Victoria też chciała być wolna, móc działać i prowadzić życie na własnych warunkach, i jak tylko będzie chciała i uważała za odpowiednie. Nie chciała nikogo dla siebie ważnego pozbawiać tej wolności, bo doskonale wiedziała, jak to jest jej nie mieć. Jednak do tego rzeczywiście trzeba było dojrzeć – zrozumieć, że nie wszystko, co wiąże cię z innymi ludźmi, jest od razu łańcuchem i kajdanami, że to może wręcz uskrzydlać i dawać przestrzeń na oddech i tę piękną wolność, której niektórzy tak potrzebowali i poszukiwali.
Czy było to głupie? Absolutnie by tak nie powiedziała; ot potrzeba jak każda inna, a kto nie chciał być doceniony, pochwalony za małe kroczki, które stawiał? Te pochwały bądź ich brak mogły tym bardziej umocnić postanowienie, sprawić, że było to warte świeczki, albo zabić wszelką motywację. Victoria teraz tego rzecz jasna nie analizowała, po prostu odpowiadała na to, czym Sauriel chciał się z nią podzielić – bo przecież były to takie nieliczne momenty, a ona chciała wiedzieć, co u niego, co robi, co planuje, co myśli, czego by chciał… i tak dalej. Pomimo tego, że rzeczywiście w jej życiu nie było ostatnimi czasy zbyt dobrze (niedopowiedzenie) i sama potrzebowała odskoczni, wygadać się i żeby ją ktoś mocno przytulił, to nie ona miała próby samobójcze – i zwyczajnie wiedziała, że pod tym względem Rookwood trzymał się gorzej niż ona. I jednocześnie wiedziała, że tylko on w pełni był w stanie zrozumieć w jakiej była sytuacji – bo przeżył własną śmierć.
– To masz jeszcze trochę czasu. I jak ci się podoba? – zagadywała go o to, bo pamiętała, że nigdy nie chciał podejść do kursu ze strachu przed rozszczepieniem. A ona, choć potrafiła i lubiła teleportację, szanowała jego decyzję na tyle, że wolała wybrać lot powozem, choć miała lęk wysokości, niż Sauriela na siłę teleportować ze sobą. – Tak, leniwy – z tym nawet nie zamierzała dyskutować, bo były to przecież same niezaprzeczalne fakty. Za to transmutowanie nieożywionego konia w skunksa bardzo by ją zaskoczyło, nie powiedziała więc na to nic. – Może dlatego, bo długo nikt się nim nie interesował? W okolicach Hogwartu chyba sporo jest takich ruin, a utrzymanie takich kosztuje niemało pieniędzy. Nie sądzę, że to kwestia duchów – przecież można było wynająć egzorcystę… To też kosztowało, ale jeśli już kogoś było stać na takie miejsce, to i na egzorcystę pieniądze by się znalazły. Nie sądziła więc, że to, że nikt tu nie mieszka, to wina duchów. – Chyba, że przez to, że nikt tu nie mieszka, to przyplątały się duchy? – może o to mu chodziło?
Tak, miejsce było ładne i Victoria trochę się rozglądała, skoro mieli ze sobą światełko wyczarowane przez Sauriela. Ale prawda była taka, że dużo chętniej zerkała właśnie na niego, zwłaszcza, że wydawał się być wyluzowany, spokojny i w dobrym humorze, a przyszła tutaj z nim tylko ze względu na niego.
Kochana? Wytrącił ją tym stwierdzeniem z równowagi, nie nastąpiło więc żadne pacnięcie w dłoń, ani nic takiego, gdy tak znienacka złapał ją za policzek. Nie sądziła, że Sauriel będzie chciał przełamywać strefę osobistego komfortu, że będzie chciał ją dotykać. I tak samo szybko jak ją złapał, tak szybko puścił, a ona w odruchu uniosła dłoń by rozmasować policzek, chociaż zupełnie nie było to potrzebne. Raz włosy, raz policzek… Ewidentnie miał dobry humor, skoro tak ją zaczepiał, a w końcu i ona się zebrała, by w odpowiedzi tyknąć go łokciem w bok.
– Wiem, że łatwo to pomylić, bo to tylko kwestia jednej literki, ale ja jestem kociarą, nie koniarą – wyrzuciła z siebie, ale nawet jeśli chciałaby zaprotestować, to i tak nie było na to czasu, bo Sauriel już ją złapał i podsadzał, kiedy ona złapała się tego tworu, który sama stworzyła i nie było siły, trzeba było przełożyć nogę nad końskim zadem i usiąść… niepewnie, nie do końca wygodnie. Jeździła kiedyś z Laurentem, ale nigdy się tak naprawdę porządnie nie nauczyła, bo nie miała ku temu potrzeby… i teraz złapała się „końskiej” grzywy, czekając, aż Sauriel… nie wyszło za pierwszym razem, ale za drugim już siedział na miejscu, strzelał konia w zad a ten jak wystrzelił… Zdążyła tylko poczuć, jak ramiona czarnowłosego oplatają się wokół niej, a ona wyprostowała się automatycznie, by nie opierać się na nim, a żeby to on miał to oparcie… skoro kurwaspadał. Machnęła swoją różdżką, może nazbyt zamaszyście, i brama otworzyła się z hukiem – takim, który na pewno wybudził wszystkie duchy w zamku, a koń wbiegł tam na pełnej – nie zaczynał nawet hamować, zaś ściana rosła w oczach nieubłaganie.
– Rozbijemyy sięę – zamknęła oczy, teraz już się wciskając się w Sauriela, w ostatnim odruchu i na oślep machając różdżką, chcąc rozproszyć efekt zaklęcia, jakie rzucił czarnooki.
Zadziałało. Tyle, że nie do końca tak jak powinno. Koń, owszem, przestał ruszać kopytami, ale „zawiesił się” tak w ruchu, po czym siłą impetu wpadł prosto na ścianę i rozpadł się pod nimi na kawałki – jedyne szczęście było takie, że nie wbiegł w ścianę, szafę, szafkę – cokolwiek się tam znajdowało, a czego Victoria nie widziała, bo zamknęła oczy – a po prostu na tenże mebel wpadli hamując. Efekt był taki, że obolali i poturbowani wylądowali na ziemi (może Victoria miała nieco miększe lądowanie niż Sauriel, skoro się weń wtulała).
Rozpraszanie
[roll=PO]
RE: [07.08.1972, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię? - Sauriel Rookwood - 06.05.2024
Wolność, którą oddychamy, była wolnością, którą wydychaliśmy. Spętani przeznaczeniem, bo zostało ono już napisane w gwiazdach, spowinowaceni przeszłością, bo nie zmienisz swojej krwi. Zasupłani teraźniejszością - tutaj spotykał się węzeł gordyjski zrobiony z tych dwóch sznurów z tyłu i przodu, stoisz ty, liny zaciskają się na twoim brzuchu, chcą wycisnąć z ciebie wszystkie soki, co do ostatniej kropelki. Jesteś szczęśliwy? Jesteś zadowolony z tego, co cię spotkało i co spotkać ma? Wolność miała swoją cenę i trzeba było ją płacić w bardzo długim kredycie. Zrzucenie z siebie jarzma nie znaczyło, że zawsze miało być gorzej. Tak samo jak przyjęcie jednego z ograniczeń nie znaczyło, że twoje życie stanie się gorsze. Goszczenie na herbacie przy rozłożonej talii kociego tarota było przecież całkiem zabawne. Warto było dać się pogładzić po futrze, usiąść na kolanach (na chwilę albo dwie) i powiedzieć sobie, że przywiązanie nie musiało soków wyciskać. Mogło cię nawodnić, bo od czego innego była tu ta herbata i miska mleka?
Poopowiadał jej trochę o tych kursach - o tym, że był zupełnie nieprzekonany, ale... Przy "ale" nastąpiło zawahanie. Zamyślenie. To był tylko moment,a le się pojawił, bo przecież to, co miało po "ale" nastąpić zaliczało się do tego, co ich niby złączało mocniej, a jednocześniej mocniej ich podzieliło od strony Sauriela. Nie powinna wiedzieć. Ci, co wiedzieli i nie byli po TEJ stronie powinni zginąć. Ci, którzy nie nosili masek, nie mogli łączyć pseudonimu z nim. Ona też tego nie robiła, ale widziała znamię. Szperała w sekretach, czy może nie chciała wiedzieć, jakich zbrodni się dopuścił? Tym nie mniej powiedział - przyznał, że to kwestia bezpieczeństwa. Chciał mieć możliwość swobodniejszego wydostawania się z tarapatów, skoro się w nie już pakował. Nie było za tym żadnej więcej opowieści i głębszej myśli. Miał być psem gończym i spełniał się w tej roli. Więc chciał gonić, jak na psa gończego przystało. Zaś sam kurs? Upierdliwy, mógł narzekać, bo pieniądz, bo coś tam. Ale temat gładko przesunął się na duchy Hogwartu, a ten już zamarł w swoich podstawach, bo wdarcie się do zamku było zdecydowanie bardziej zajmujące. Przynajmniej dla niego jak na ten moment. Jeśli jego wspaniała pamięć dopisze to nawet zarejestruje, żeby potem podjąć jeszcze wątek i go kontynuować.
Mógł krzyczeć, ale gęba mu się szczerzyła. I przy tym szczerzył swoje kły. Brama otworzyła się, ale niekoniecznie dokładnie tak, jakby sobie tego życzył i niekoniecznie w odpowiedniej chwili. Koń ledwo się przez nią prześlizgnął - i słowo prześlizgnął było idealnym zdaniem. Nie puścił Victorii w locie - objął ją jeszcze szczelniej ramionami, kiedy pierdolnęli w podstawę rzeźby, a kiepskie rozproszenie wykonane na szybko posłało i konia za nimi, przewracając go. Nie na nich, na szczęście. Na szczęście TYLKO na rzeźbę, która i tak się zachwiała od tego amabrasu i teraz po prostu... poleciała powolutku... w dół...
Kamień uderzył o posadzkę i kawałki poleciały we wszystkich kierunkach świata. Tak właśnie skończyła przepiękna rzeźba właściciela tego zamczyska, pozłacana i wymuskana, rozbita teraz na kawalątki większe i mniejsze, rozgnieciona na pył, kiedy to, co było koniem, rozgniotło niektóre z nich. A potem koń zniknął, bo jakby nie miał? Przecież był tylko kreacją trwającą kilka chwil.
- Kuuuurwaa... - Stęknął Sauriel wyłożony na ziemi, licząc mroczki biegające mu przed oczami. Mógłby powiedzieć, że słyszy szum krwi we własnej głowie, ale nie. Niczego takiego nie słyszał. Za to słyszał przyśpieszony oddech Victorii i prawie słyszał jej krew w żyłach. - Zgniatasz mi jaja. - Złapał ją za ramiona i przesunął trochę na bok, odszukując czucia we własnych kończynach i większego kontaktu z rzeczywistością. Podniósł się powoli z ziemi, podpierając na ręce, z jękiem i niezadowoleniem z obolałego ciała. - Jajebie. - Zamachał ręką przed twarzą i splunął od smaku kurzu i pyłu na języku. Drzwi trzasnęły i zamknęły im widok na zewnątrz. We wnętrzu zapanowała grobowa ciemność. - Jak to było z tym pałętającym się duchem? - Wyczarował znów światełko, a kiedy mieli możliwość rozejrzenia się po wnętrzu - rozpalił płomienie świec, które zaraz nadały ciężkim, kamiennym murom pomarańczowego, ciepłego blasku.
|