Secrets of London
13/07/72 | Kamienica Dolohova | Annaleigh & Peregrinus - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: 13/07/72 | Kamienica Dolohova | Annaleigh & Peregrinus (/showthread.php?tid=3147)



13/07/72 | Kamienica Dolohova | Annaleigh & Peregrinus - Peregrinus Trelawney - 22.04.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Peregrinus Trelawney - osiągnięcie Piszę, więc jestem

13 lipca 1972

Nie widywali się zbyt wiele, odkąd wyszły na jaw grzechy Annaleigh. Nie żeby kiedykolwiek spędzali razem nadmiernie wiele czasu, ale teraz słysząc na korytarzu kroki Dolohovej, Peregrin wolał często przeczekać chwilę, nim sam na niego wyjdzie. Nieżyczliwy powiedziałby, że to tchórzostwo. Trelawney wolał patrzeć na to jako na unikanie konfliktu. Choć myślał o tym sporo i wiele razy wyobrażał sobie, co mógłby jej powiedzieć, to był przywiązany do swojej strefy komfortu i odkładał konfrontację w nieskończoność.
Nie lubił rzeczy niepewnych. Nawet jeśli spoglądał w karty, aby radzić się ich, jak poprowadzić tę rozmowę, nie były w stanie przecież podać mu gotowego scenariusza, przygotować go na to, co dokładnie mogło go czekać ze strony Annaleigh. A może nie czekało go nic? Dlaczego miałaby go atakować czy wciągać w jakąkolwiek grę, kiedy nie był nikim ważnym?
Ujawnienie rewelacji o pojeniu Vasilija eliksirami miłości zasiało w głowie Peregrina ziarno lęku tych kilka miesięcy temu. To właśnie z gabinetu Annaleigh Dolohov pochodziły bowiem specyfiki mające łagodzić objawy choroby jego matki. Było to wygodne przede wszystkim dlatego, że Annie zawsze była pod ręką i mógł na bieżąco się z nią konsultować. Poza tym — co, jak się okazuje, było błędem — ufał jej jako żonie Vakela. Dowiedziawszy się więc, że czarownica ma nieetyczne zapędy, Peregrinus od razu pobiegł myślami ku flaszeczkom pełnym leczniczych mikstur, które ufnie znosił latami do domu. Skoro Dolohova była zdolna do trucia własnego męża, co powstrzymywałoby ją przed dodawaniem tajemniczych składników do innych swoich wyrobów?
Brak motywu. To tłumiło obawy Trelawneya. Bo i cóż Annaleigh mogłaby zyskać na pogarszaniu stanu zdrowia jego matki? Aurora była jej obcą osobą, Peregrinus tylko asystentem Vasilija, który niczego nie podejrzewał.
Ale myśl wracała. Może właśnie dlatego, że w przypadku Vakela niczego nie podejrzewał, a wieści spadły na niego jak grom z jasnego nieba.
Przede wszystkim jednak chciał jej w końcu spojrzeć w oczy. I tak nie spodziewał się szczerej odpowiedzi na swoje pytanie, nie wierzył już w ani jedno słowo tej kobiety.
Od rana bił się więc tego dnia z myślami. Iść do niej czy nie? Czy to miało sens? Czy mogło z tego wyniknąć cokolwiek konstruktywnego?
Stał dłuższą chwilę niezdecydowany nieopodal drzwi jej niewielkiej domowej pracowni. Zapadł już wieczór, Peregrin skończył pracę i Vakelowi powiedział, że zbiera się do domu. Deszcz uderzał miarowo o szyby, przez Londyn toczyły się echa odległych pomruków grzmotów zapowiadających nocną burzę. Trelawney przezornie pod pachą miał płaszcz przeciwdeszczowy. Przez szumy pogody docierające z zewnątrz nie był w stanie podsłuchać zbyt wiele z tego, co działo się u Annaleigh, lecz widział pas światła uciekającego wąską szparą pod drzwiami. Musiała tam być.
Westchnął, podejmując ostateczną decyzję. Co najgorszego mogło z tego wyniknąć?
Zapukał, po czym — odczekawszy na zaproszenie — wszedł do środka.
Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem w niczym ważnym, pani Dolohov — rzekł przez grzeczność, choć nieco oschle. Szczególnie przy ostatnich słowach. Starał się mimo to nie być nazbyt ofensywnym; nie zależało mu na awanturze. — Chciałbym zająć chwilę. Coś od pani usłyszeć.
Zamknął za sobą drzwi, lecz nie wchodził zbyt głęboko do pomieszczenia i trzymał się blisko nich, aby zachować od czarownicy dystans.


RE: 13/07/72 | Kamienica Dolohova | Annaleigh & Peregrinus - Annaleigh Dolohov - 25.04.2024

Nie przepadała za pracą w domu. Było tu zbyt wiele rzeczy, które potrafiły ją rozpraszać. Odwiedziny skrzata, który lubił dowiadywać się, czy niczego jej nie brakuje, zapachy dochodzące z innych pomieszczeń, czy kroki, które przebijały się przez sufit jej małej pracowni. Ciągłe pozostawanie w gabinecie po godzinach mogło jednak wzbudzić sporo pytań co do jej osoby i jej ewentualnego pożycia małżeńskiego, które wprawdzie rzeczywiście legło w gruzach, nie dotarło to jednak do wiedzy publicznej. Toteż starała się raz na jakiś czas wrócić wcześniej do domu, choć zwykle szybko zamykała się w swoim pokoju lub pracowni, próbując mieć jak najmniejszą styczność z kimkolwiek z domowników.
Czuła się pierwszy raz od dawna obco w tym miejscu.
Wiedziała, że Vakel najchętniej wyrzuciłby ich z tej posiadłości, zabierając jej jedno z nielicznych miejsc, w których jeszcze niedawno czuła się dobrze.
Nie napawało ją to radością.
Aktualnie pracowała nad kilkoma ze stałych zleceń. Miała wielu pacjentów, którzy pobierali od niej eliksiry i leki niemalże latami, polegając na jej wiedzy i umiejętnościach.
Ceniła je sobie. Wymagała zawsze od siebie najwięcej, ciągle dokształcając się, czasem eksperymentując i dążąc do perfekcji w swoim fachu. Bo w końcu tylko do tego się nadawała.
I z tego wynikały jej wszystkie obecne problemy.
Pochłonęło ją mieszanie w kotle, odważanie i przygotowywanie składników, pilnowanie temperatury i sprawdzanie, czy przepisów nie dałoby się tak naprawdę poprawić. Wciągnęła się w to kompletnie, starając się jak najbardziej ignorować wszelkie zewnętrzne bodźce.
Pukanie jednak wytrąciło ją z tego stanu.
Zmarszczyła brwi, w wyraźnym niezadowoleniu, w duchu trochę obawiając się, kto stał za drzwiami. Nigdy nie było dobrego dnia na kłótnie, dziś jednak miała na tyle dobry humor, że nie chciała go sobie psuć. Z drugiej strony, wątpiła, by Vakel w ogóle do niej po coś przyszedł osobiście.
- Zapraszam. - Odpowiedziała w końcu, czując, że może nic strasznego się nie wydarzy.
Widok Pana Trelawney trochę ją zaskoczył, patrząc, że nie był to jeszcze termin na odbiór leków, które dla niego przygotowywała, co zdradziło lekkie, chwilowe zmarszczenie brwi, szybko jednak jej twarz wróciła do neutralnego wyrazu. Zamieszała jeszcze tylko określoną ilość razy w kociołku, wiedząc, że eliksir może chwilę poczekać, przynajmniej na czas wyjaśnienia co jej gościa do niej sprowadza.
- Co prawda pracuję, mam jednak moment, gdy mogę Pana spokojnie przyjąć. Proszę usiąść. Mam poprosić skrzata o przyniesienie herbaty? - Standardowe formułki, zwykłe grzeczności, które zwykle wymieniało się w takich chwilach.
Zagrzmiało, a Annaleigh drgnęła na ten dźwięk, nie zdając sobie wcześniej, że za oknem szalała burza. Nie lubiła grzmotów, zapewne należałoby więc na noc użyć zaklęć wyciszających na sypialnię przed pójściem spać. O ile do tego czasu pogoda się nie zmieni.
- O co chciałby Pan zapytać? - Złożyła splecione dłonie na blacie, prostując się w krześle. Nie miała pojęcia, co sprowadziło do niej dziś Trelawney’a, była jednak teraz trochę tego ciekawa. Nie przewidywała, że burza może zaraz wkroczyć także do tego małego pomieszczenia.


RE: 13/07/72 | Kamienica Dolohova | Annaleigh & Peregrinus - Peregrinus Trelawney - 29.04.2024

Wszelkie interesy z Annaleigh dotyczące zamawiania u niej leków Peregrin uważał naturalnie za zdezaktualizowane, biorąc pod uwagę okoliczności. Nie odważyłby się sam wziąć do ust specyfiku jej produkcji, a co dopiero podać go komuś. Być może tę kwestię również powinien doprecyzować w trakcie ich spotkania. Dawno zadbał bowiem o kwestię eliksirów dla Aurory, które wytwarzał dla niego od kilku tygodni inny eliksirowar.
Oboje woleliby bez wątpienia, aby burza pozostała za oknami. Skryli się za murami wyuczonej uprzejmości i formalnego dystansu, lecz żywioł rządzi się swoimi prawami. Mocniejszy podmuch może zerwać zasłonę, cegła po cegle rozbiorą ją zakamuflowane uszczypliwości, schronienie zawali się pod naporem rozgoryczenia.
Dziękuję, to nie będzie konieczne. Właśnie kierowałem się do wyjścia — odpowiedział zgodnie z prawdą. Nie planował korzystać z gościnności. Mimo że Annie siedziała, on nawet nie spojrzał na żadne krzesło; bardziej komfortowo czuł się, stojąc.
Gdy patrzył tak na nią — na pozór niewzruszony, trzymający bez trudu kontakt wzrokowy — myślał przez moment o tym, aby otworzyć trzecie oko. Zajrzeć za zasłonę przyszłości, aby zyskać namiastkę kontroli nad sytuacją. Znając wynik spotkania, uprzedziwszy kolejne ruchy Dolohovej, łatwiej byłoby przez nie przejść w rzeczywistości. To dopiero byłoby tchórzostwo.
Nie jest między nami tajemnicą, co zrobiła pani Dolohovowi. Nie zjawiłem się jednak tutaj z zamiarem czynienia morałów ani wyrzutów; on zrobił to, zdaje się, wystarczająco dosadnie. — Może i nie zamierzał, ale miał w głowie bardzo wiele przykrych słów, które mógłby wypluć jej w twarz. — Przytaczam to, aby nie miała pani wątpliwości, z czego zrodziła się moja prośba. Chciałbym usłyszeć, że to był tylko on i mimo to trzymała się pani wobec pacjentów zasad etyki. Szczególnie wobec tej pacjentki.
Mógł zapewne sprawdzić to sam: wciąż miał flakony z resztkami mikstur, wystarczyłoby najęcie wprawnego eliksirowara do przebadania ich zawartości. To jednak zrodziłoby pytania. Nawet gdyby odpowiedział na nie przekonująco i badanie niczego by nie wykazało, z pytań wyrosłyby plotki, a te potrafiły kwitnąć i mnożyć się w zastraszającym tempie. Nie zrobiłby tego Vakelowi.


RE: 13/07/72 | Kamienica Dolohova | Annaleigh & Peregrinus - Annaleigh Dolohov - 16.05.2024

Tak naprawdę nie miała pojęcia, komu Vakel mógł powierzyć swoje tajemnice. A szczególnie tą, którą oboje, w niemym, pożal się Merlinie, porozumieniu, starali się dla dobra ich wizerunku ukryć. Sprawiało to, że czuła się zagrożona. Sama o fakcie powiedziała jedynie niektórym członkom rodziny, tym, którzy musieli wiedzieć. Nie miała nikogo innego, kogo chciałaby obdarzyć tak wielkim zaufaniem. 
Widać jednak jak zwykle Vakel był inny. Miał wokół siebie ludzi nie związanych więzami krwi, którym mógł zdradzać brudne sekrety bez obawy, że będą chcieli je wykorzystać przeciwko nim.
Trochę zazdrościła, trochę pukała się mentalnie w czoło, bo sama nie wierzyła nigdy w czyste intencje innych. Nie miała jednak w tej chwili jakichkolwiek praw do oceny.
Zamiast tego wysłuchała tego, co miał do przekazania Peregrinus. Cóż, mogła spodziewać się takich a nie innych skutków wypłynięcia prawdy na światło dzienne. Mogła zacząć się pewnie do nich przyzwyczajać. Nie chciała tracić zaufania pacjentów, szczególnie teraz, gdy mogło od niego zależeć jej życie, płakanie nad rozlanym mlekiem jednak nic by nie wniosło,
Westchnęła, zmieniając pozycję w fotelu. Już nie siedziała wyprostowana, oparła jedną z rąk na podłokietniku, palcami dłoni dotykając podtrzymując lekko przechyloną głowę. Palce u drugiej ręki, schowane pod blatem biurka niespokojnie mięły materiał jej roboczej szaty.
- A więc podzielił się z tobą swoim ostatnim odkryciem? Cóż, mam nadzieję, że uszanujesz jego decyzję co do tego, co nasza dwójka zamierza z tą sprawą zrobić i nie będziesz działał na własną rękę. - Wolała to powiedzieć. Zapewne uważał ich za idiotów, gdy patrzył jak oboje tkwią od miesięcy w tym wyimaginowanym już małżeństwie, mieli jednak swoje powody, by to robić. Annie w szczególności. Choć coraz bardziej się w nim dusiła.
Zawsze wiedziała, że pomysł jej matki daleko jej nie zawiedzie, chciała jednak zakończyć tą farsę łagodniej. Mimo, że w pewnym momencie wydawała jej się najlepszym, na co mogła w życiu liczyć.
- Rozumiem twoją decyzję w zakończeniu współpracy, choć ubolewam nad straconym zaufaniem. Mogę jednak zapewnić, że eliksiry twojej matki były czyste od zbędnych dodatków, a to co zaszło między mną a moim mężem to wyjątek. - Przynajmniej w kwestii amortencji.
To co robiła w ramach służby Czarnemu Panu należało do innych kategorii, a także nie dotykało osób, które by sobie na to nie zasłużyły. Vakel był jej jedyną niewinną ofiarą.
I chyba w tym jednym wypadku naprawdę miała wyrzuty sumienia.


RE: 13/07/72 | Kamienica Dolohova | Annaleigh & Peregrinus - Peregrinus Trelawney - 26.05.2024

Mile połaskotało ego Peregrinusa to, że dla Annaleigh nie było oczywistym zdradzenie mu przez Vakela tego sekretu. Z drugiej strony… czyż Dolohov miał wyjście? Peregrinus przesiadywał z nim w Prawach Czasu dzień w dzień, pałętał się po tym miejscu, obserwował ich codziennie. Prędzej czy później by się zorientował, że coś się zmieniło.
Mogło to być wymuszone, nie trzeba było zaufania, ale… Vasilij nie musiał dzielić się z nim innym sekretem; sekretem o tym, dlaczego nie miał nigdy szansy stworzyć ze swoją żoną szczęśliwego związku. Tak, tego zdecydowanie nie musiał mu mówić, a jednak zaufał mu na tyle, aby to zrobić.
Nie wystąpię przeciwko temu, co on postanowi — potwierdził z rezerwą, krzyżując ręce na piersiach. — Jeśli zauważę jednak kiedyś, że rodzi się okazja ku czystemu zamknięciu tej sprawy, upewnię się, że widzi tę możliwość. I stosownie ją rozważy.
Wraz z rozwojem sytuacji, nabierał coraz więcej pewności siebie. Wchodził do tego gabinetu ze wstrzymanym oddechem, jak na spotkanie krwiożerczej harpii. A ona — choć mógł to przewidzieć, gdyby nie dawał się wodzić za nos swoim uprzedzeniom — siedziała tam tylko i zdawało się, że ani myśli atakować. Rozzuchwaliło go to.
W scenariusz, o którym zaś mówił, sam wierzył. Myślał o tym wiele na przestrzeni tygodni: Vakel Dolohov znów stanu wolnego! Jeśli odpowiednio to przedstawić, fanki oszaleją. Brak żony to wizja szansy dla wszystkich tych czarownic, które do niego po cichu wzdychają. Naiwne wielbicielki będą lgnąć na spotkania autorskie, każda pchana myślą, że być może to właśnie ona zostanie dostrzeżona ze sceny, w niej się zakocha słynny wieszcz i to ona zostanie nową panią Dolohovą. Będą pisać te obrzydliwie ckliwe listy i umawiać niebotycznie drogie konsultacje, bo a nuż je zauważy. To, co miało stać się klęską wizerunkową, mogło zostać obrócone w zwycięstwo i Peregrinus Trelawney gotów był ten idiotyczny teatrzyk dla niego rozstawić.
A tak naprawdę żadnej nowej Dolohovej już nigdy nie będzie. Będą w Prawach Czasu oni dwoje.
Peregrin nie rozumiał tego nowego pragnienia, lękał się szukać jego źródła. Nie miał pojęcia, kiedy przestał o tym projekciku w swojej fantazji myśleć jako o tym, co miało pomóc Vakelowi, a zaczęło chodzić o to, czego chciał on.
Rozciągnął wargi w niedowierzającym uśmiechu.
Ubolewa pani — powtórzył cierpko, a grymas nie opuszczał jego ust. — Fakt, że to jedyne efekty pani działań, odebrałbym raczej jako uśmiech losu.


RE: 13/07/72 | Kamienica Dolohova | Annaleigh & Peregrinus - Annaleigh Dolohov - 02.06.2024

Wiedziała, że wraz z przekazaniem tajemnicy szerszemu gronu osób, wzrastało także czyhające nad nią niebezpieczeństwo. Z drugiej strony, jeśli przynajmniej w tym domu mogła przestać na co dzień udawać, jak bardzo posypało się życie Dolohovów, to może wcale nie było to najgorsze, co mogło ją spotkać. Wiedziała Lyssa, która usłyszała ich kłótnie, wiedział Peregrinus, który czasami wydawało się, że praktycznie tu mieszkał…
Szkoda, że nie miała tu jednak kogoś, kto był czysto po jej stronie. O ile w ogóle było to możliwe.
Najgorsze, że tym razem nawet nie mogła zaprzeczyć, że to ona była tą złą.
Nie czuła się z tym w tej chwili dobrze. Nie potrafiła przez to odzyskać pewnej pewności w swoją osobę. Traciła twardy grunt, gdy myślała o tym, na jak wielką głupotę godziła się  latami i nawet nie miała kogo o to obwinić.
Tak wielka pomyłka godziła w jej poczucie własnego jestestwa. Nie wiedziała, czy ktoś potrafił zrozumieć, jak się czuję.
Uspokoiło ją jednak zapewnienie, że Trelawney nie zrobi nic na własną rękę. Chociaż tyle.
- Czystego tylko dla… niego, prawda? - Nie wiedziała, czemu chciała powiedzieć “was”. Nagle zaczęła widzieć tych dwoje jako drużynę działającą  przeciw niej. Cóż, może i prawdziwa wizja. - Nie, żebym była zdziwiona, choć dobrze wiesz, że będę próbować wyjść z tego obronną ręką. Choć jeśli miałeś na myśli nas. - Zastanowiła się trochę, patrząc gdzieś obok twarzy Peregrina. - Może nie będę przeszkadzać - odpowiedziała.
Nikt pewnie nie wiedział, że i tak od jakiegoś czasu zmniejszała ilość podawanej amortencji, mając nadzieję, że Vakel po prostu któregoś dnia zauważy, że jego uczucie osłabło. Wtedy byłaby gotowa na każde rozwiązanie, również kończące to małżeństwo. Widać wyszło jednak nie tak, jak planowała. Zdecydowanie nie tak spokojnie.
Nigdy nikt w końcu nie pomyślał, że i ona poświęcała w tej farsie samą siebie.
Uśmiech Trelawney’a sprawił, że musiała się lekko skrzywić. Nie musiał jej o tym przypominać, zdawała sobie z tego sprawę aż za dobrze, zapewne jednak ten nie mógł się powstrzymać przed poczuciem choć ułamka płynącej z tych słów satysfakcji.
Oparła się ponownie w fotelu, ręce kładąc na podłokietnikach.
- Nie musisz mnie pouczać. Wiem jak mogę skończyć, rozumiem także, że nie mam co liczyć na twoją sympatię, możesz więc darować sobie ten zbędny jad. Możesz cieszyć się z tego, że tajemnica w twoim posiadaniu, wydana, łatwo będzie mogła mnie wykończyć, ale pamiętaj. Najgroźniejsi są  ci, co nie mają nic do stracenia. Łatwo jest ugłaskać psa na smyczy. Lepiej jej nie stracić. - Uśmiechnęła się.
Czasami ludzie zapominali, że Annie pod całą tą maską miała ukryte pazury. I krew Lestrangów, która wcale nie oznaczała niczego dobrego.


RE: 13/07/72 | Kamienica Dolohova | Annaleigh & Peregrinus - Peregrinus Trelawney - 25.06.2024

Być może coś było w tym was: Vakelu i Peregrinusie jako jednej drużynie. Trafiały się momenty, gdy Trelawneyowi wydawało się, że faktycznie stanowią z Dolohovem zespół równego z równym, że został dopuszczony do niego na niemal partnerskich prawach. Były to jednak tylko momenty. Pryskały w mgnieniu oka i pozostawało po nich we wróżbicie tylko politowanie dla samego siebie, że w ogóle przyszło mu coś takiego do głowy.
Przede wszystkim dla niego, niekoniecznie tylko — przyznał. Był boleśnie świadom tego, że rozwiązanie, w którym Vakel wychodzi z sytuacji z twarzą, a Annaleigh zostaje bezceremonialnie kopnięta w dupę, może nie istnieć. — Ja nie będę popychał go do zemsty za wszelką cenę, wojna nikomu nie służy, ale zapewne po tylu latach zna go pani choć trochę i wie, że może nie chcieć tego puścić łatwo.
Wraz z deklaracją, że Dolohova nie będzie stawać na drodze rozwiązania małżeństwa poprzez kompromis, wyłaniała się wolna przestrzeń na planowanie działań. Być może nawet współpracę z nią? Nie żeby uśmiechała się Peregrinowi ta wizja; tym bardziej nie podejrzewał o entuzjazm Vasilija. Był to jednak jakiś postęp w sprawie. Do tej pory Vakel powtarzał mu, że Annaleigh czuje się wygodnie w obecnej sytuacji i nie podda swojej pozycji tak łatwo; okazało się, że wcale niekoniecznie tak było.
Nie przeszkadzałoby mi patrzeć, jak pani tonie. — Darować zbędny jad? Nic z tych rzeczy, kiedy nawykły do zachowawczego podejścia Peregrinus poczuł niespodziewany wiatr złośliwości w skrzydłach. Nie był przy tym oczywiście agresywny czy zajadły; słowa były spokojne i wyważone, typowo dla niego. — Lecz ma pani rację. Nikomu nie wyjdzie na dobre rozegranie tych kart, bezpieczniej trzymać się nawzajem w szachu. Nie wątpię, że i mistrz Dolohov zdaje sobie z tego sprawę.
Bo w końcu ustalili już, że nie od Peregrinusa zależy jej tajemnica, nie rościł sobie prawa do rozporządzania nią. Co najwyżej doradzania Vakelowi, który był jej panem na równi z żoną.
Nie sposób było natomiast się z czarownicą nie zgodzić: gdyby uderzyć w Annaleigh i odebrać jej wszystko, nic nie byłoby już w stanie jej zamknąć ust.
Prawie nic. Zawsze pozostawało jeszcze niewyjaśnione zniknięcie z powierzchni ziemi i wyrazy współczucia dla zrozpaczonego wdowca, ale to była… wyjątkowo ekstremalna opcja, której raczej nie należało rozważać.
Jeszcze.


RE: 13/07/72 | Kamienica Dolohova | Annaleigh & Peregrinus - Annaleigh Dolohov - 07.07.2024

Możliwe, że Trelawney chodzący za Vaklem czasem niemal jak jego cień był już dla Annie na tyle normalnym widokiem, że po prostu nie potrafiła odciąć jego osoby od pachołka swojego męża, a może nieświadomie zauważała w tej rozmowie coś dziwnego, czego nie chciało jej się w tej chwili analizować. Niekoniecznie z lenistwa. Raczej z nieprzyjemnego poczucia, że może ją zaprowadzić do kolejnych wniosków, w których znów okazywało się, że to ona ostatecznie zostawała z niczym. Jedynie posmakiem popiołu, którym była kiedyś słodycz spokojnego i szczęśliwego życia.
Nie mogła powstrzymać unoszących się kącików ust, choć w tej sytuacji zapewne grymas ten wyrażał jedynie czystą ironię sytuacji. Znała swojego męża, wiedziała o jego przyzwyczajeniach, gestach, o tym co lubi i czego nienawidzi. Jeszcze niedawno był jej oparciem, sztucznym i zakłamanym, a jednak czuła się w stworzonej przez siebie bańce bezpiecznie, choć tak naprawdę nigdy jej do końca nie chciała. Myślała, że nie chciała.
A teraz Vakel był jej największą zmorą, wyrazem porażki i prawdopodobnie zmarnowanych lat, jego i jej.
Sama nie rozumiała, czemu to tyle ciągnęła. Czego się spodziewała? Szczęśliwego zakończenia?
- Panie Trelawney, wydaje się Pan rozsądnym człowiekiem. Może trochę butnym, skoro rozumie Pan sytuację, a jednak nadal wdał się Pan ze mną w tę dyskusję. Mam więc nadzieję, że będzie Pan w całej tej sytuacji ostrożny i nie będzie Pan próbował porwać się na coś, czego nie ma Pan możliwości unieść - mówiła, obserwując twarz mężczyzny.
Chciał zobaczyć jak tonie?
Ha, pewnie nie był pierwszą osobą która tak pomyślała. Annie wiedziała, że czasem ciężko było zdobyć się o sympatię dla jej osoby. W tej sytuacji nawet lepiej niż zwykle, bo tym razem powód był konkretny i sama na miejscu kogoś, kto był blisko Dolohova już dawno podjęłaby jakieś środki.
Vakel jednak dbał o reputację bardziej niż ktokolwiek i zmiażdżenie żony pod stosem własnych publikacji raczej nie zostałoby dobrze odebrane. Peregrinus to wiedział i bał się zrobić cokolwiek, co nie spodobałoby się Vakelowi, przyszedł jednak w progi jej gabinetu i prawie jej groził, czując się pewnie bezpiecznie, myśląc, że Annie będzie bała się naruszyć aktualnego zawieszenia broni z własnym mężem.
Widać jej nie znał.
Nie przestając się uśmiechać, wyciągnęła różdżkę z kieszeni szaty i wycelowała w podłogę pod Peregrinusem, chcąc zmienić transmutować podłogę pod nim w warstwę ruchomych piasków, na tyle grubą, by zapadł się chociaż do pasa.
Cóż, nie tylko ona mogła utonąć.

Na transmutację podłogi
[roll=Z]
[roll=Z]


RE: 13/07/72 | Kamienica Dolohova | Annaleigh & Peregrinus - Peregrinus Trelawney - 22.07.2024

Annaleigh ponownie miała rację; zdawali sobie z tego sprawę oboje — dyskusja z nią była błędem. Peregrinus był przecież rozsądnym mężczyzną, dlaczego więc zabłąkał się pod ten gabinet pod byle pretekstem?
Potrzebował tego. Odegrać się na niej choćby tą pasywną agresją; pozwolić, żeby spłynęła z niego ta długo kumulowana złość. Złość nie tylko na nią, a przede wszystkim na siebie. Nie mógł przestać sobie wyrzucać, że nie zauważył niczego wcześniej, że nie pomógł Dolohovowi, że był ślepy na to wszystko, co działo się tuż pod jego nosem. Vakel miał rację: powinien się zorientować.
Trelawney pokazał zęby, Annie również wysunęła pazury. Cokolwiek miało nadejść z jej strony, nie mógł za to winić nikogo prócz siebie. To on zaczął. Wepchnął się w ich spór, włożył palce między drzwi a futrynę i sprawdzał, czy Annaleigh mu je przytrzaśnie. Nie powinien był, ale nie potrafił inaczej.
Nie obawiał się w tym wszystkim tego, co planowała mu zrobić. Nic, co przychodziło mu do głowy, nie bolało aż tak, wyłączając jedną tylko opcję. Wariant, w którym echa tej beznadziejnej rozmowy docierają do Vakela. Byłoby mu wstyd za to, że miesza się tam, gdzie nie powinien. I to w tak głupi sposób.
Widząc, że Annaleigh wyciąga różdżkę i celuje w niego, Peregrinus natychmiast sięgnął po własną. Gdy zaklęcie pomknęło w jego stronę, cofnął się gwałtownie o krok, ale… nic się nie stało. Czar rozpierzchł się pod jego stopami, nie pozostawiając śladu.
Czarodziej chwilę stał w bezruchu, czekając, aby sprawdzić, czy coś się stanie. Nie stało się nic. Podniósł wzrok na Dolohovą. Jego ramionami wstrząsnął bezgłośny śmiech, któremu zawtórowało jedynie głośniejsze wypuszczenie powietrza nosem. Ulga pomieszała się z triumfem, szczęście mu tym razem dopisało.
Z kpiącym grymasem na twarzy podszedł bliżej, aby pokazać jej, że się nie boi, że nie przeraża go, cokolwiek kobieta trzyma w rękawie. Może i jedynie fart go uchronił, może właśnie miał wedle wszelkiego prawdopodobieństwa tkwić po uszy w błocie, ale tego wieczora mu się udało i zamierzał wycisnąć to zwycięstwo do końca.
Proszę postarać się bardziej następnym razem, pani Dolohov — powiedział, patrząc jej w twarz z bezczelnym uśmiechem.
Tyle go widziała. Wyszedł z gabinetu, nim zdążyła cisnąć za nim kolejne zaklęcie; opuścił Prawa Czasu i — co zdarzało się rzadko — wrócił do domu w iście wyśmienitym humorze.

Postacie opuszczają sesję