[29 czerwca 1972, koło południa] Robert & Vera - Robert Mulciber - 25.04.2024
adnotacja moderatoraSesja rozliczona w osiągnięciu Badacz Tajemnic przez Roberta Mulcibera.
29 czerwca 1972
Robert & Vera
Drobne prośby. Wymieniane przysługi. Dostanie się na ostatnie piętro Ministerstwa Magii, nie było zadaniem prostym w realizacji. Nie było czymś, na co pozwolić mógł sobie każdy. Tyle tylko, że Robert Mulciber nie był każdym. Nie był też kimś, dla kogo okazało się to misją niemożliwą do wykonania. Wystarczyło tylko odezwać się do kilku osób. Zwrócić się do nich z prośbą o drobną pomoc. Reszta natomiast... reszta to już historia, na opowiadanie której nie będziemy tracić tutaj miejsca. Miejsca oraz czasu.
Siedząc za masywnym, sporych rozmiarów biurkiem, cierpliwie czekał. Czas nie grał roli, kiedy coś chciał. Kiedy czegoś oczekiwał. Na coś liczył. A dokładnie tak było w tym przypadku. Zajmując miejsce, które od lat należało do niej, pozwolił sobie zerknąć na znajdujące się na wyciągnięcie ręki papiery. Notatki. Był tutaj sam, więc co za tym idzie - niczym nie musiał się przejmować.
Jedynie Verą Travers, która najwyraźniej zdecydowała się udać na nieco dłuższą przerwę. Aż chciało się przekornie zapytać czy spędzała ją w równie przyjemny sposób, co zawsze? Wiedziałaby do czego nawiązywał. Wiedziałaby, co konkretnie miał na myśli. Tylko czy teraz, w tym momencie, zamierzał wracać właśnie do tego? Pozwolić sobie na to, aby popłynąć w tak odmiennym kierunku w stosunku do tego, co planowali? Choć skłamalby twierdząc, że czekając na ciemnowłosą, nawet przez chwilę nie myślał o tych starych dziejach, to jednocześnie doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że sprowadziło go tutaj coś zupełnie innego. Inna sprawa. Inny interes.
Na nim właśnie powinien był się skupić.
W końcu nie bez przyczyny na nowo się w to wszystko zaangażował.
Skrzypnięcie drzwi. (Dlaczego to zawsze musiało być skrzypnięcie drzwi? Tak ciężko było naoliwić zawiasy? Jakoś zaradzić temu problemowi?) To właśnie ono poinformowało go o tym, że ktoś wszedł do gabinetu. Sprawiło, że oderwał wzrok od tego, co trzymał w rękach. Trzymany plik dokumentów nieśpiesznie odłożył na właściwe miejsce, dbając o to, aby niczego nie pomieszać. Nie wprowadzić w tym wszystkim bałaganu. Nawet nie dlatego, że nie chciał zrobić problemu; że mu zależało; że nie chciał Very zirytować. Po prostu tak już miał. Zawsze dbał o porządek. Znaczenie miał dla niego nawet najmniejszy szczegół.
- Zamknij drzwi, zanim ktoś zdecyduje się wywołać zamieszanie. - odezwał się, na tyle cicho, żeby przypadkiem nie ściągać na ten konkretny gabinet nadmiernej uwagi. Chociaż zdecydował się na ten krok (czy w innym przypadku udałoby mu się przekonać Verę do spotkania? miał tutaj uzasadnione wątpliwości), nie chciał ściągać na nią problemów. Podobnie na tych, którzy umożliwili mu zorganizowanie tego spotkania. - Potrzebuje z Tobą porozmawiać. - poinformował ją, nie podnosząc się z fotela, nie wstając zza biurka. Było mu zbyt wygodnie. Było to zbyt naturalne. Zwłaszcza, kiedy chodziło o ich dwójkę. Przecież to zawsze wyglądało w taki sposób. Jedynie pomieszczenie było inne. Znajdywało się kawałek dalej. Nieco większe. Zajmowane teraz... cóż, przez jego następce. Nie traćmy jednak czasu na wypowiadania się na temat tego człowieka.
Tym samym więc siedział przed nią tak jak niegdyś; jak dawniej. Jedynie nieco starszy, co dało się bez trudu zauważyć. Więcej siwych włosów. Więcej zmarszczek na twarzy. Starannie ogolony, z odpowiednio ułożonymi włosami, ubrany w cienki, czarny golf, tak niepasujący do aktualnej pogody, był wciąż tym samym człowiekiem. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
RE: [29 czerwca 1972, koło południa] Robert & Vera - Vera Travers - 25.04.2024
Stukot obcasów towarzyszy jej gdy przemierza doskonale znany korytarz Departamentu Tajemnic. Na tyle, iż mogłaby nim chadzać w zupełnych ciemnościach, pozbawiona narządu wzroku, poruszając się jedynie według zapamiętanych sekwencji. Skrzypiąca deska podłogowa zapowiadała, że trzy kroki dzieliły ją od odnogi korytarzu po lewej od której wystarczyło przejść kroków piętnaście, aby znaleźć się przed drzwiami niewielkiego gabinetu.
Przymyka oczy czując, jak gdzieś pod sklepieniem czaszki zaczynają pojawiać się zalążki migreny. Ciągi liczb, obrazów oraz sekwencji przesuwają się pod jej powiekami domagając się uwagi kobiety, która choć na chwilę chciała o nich zapomnieć. Odsunąć od siebie te wszystkie informacje aby ukoić umysł chociaż podczas krótkiej przerwy.
Dzień dzisiejszy zapowiada się być tym z kategorii długich, choć Vera nie spodziewa się jeszcze, jak bardzo.
Czternaście.
Piętnaście.
Znajome skrzypnięcie drzwi zaprasza ją do środka i choć te zapewne wymagały naoliwienia nie Vera nie zgłasza tego nigdzie. Dźwięk ten zawsze wyrywał ją z natłoku swoich myśli, niejednokrotnie działając lepiej niż mocno parzona kawa. Zamiera jednak w półkroku gdy widzi nieproszonego gościa, wygodnie zasiadającego w jej fotelu. Gościa, którego pozornie zdążyła wymazać już ze swojej pamięci. Pozornie, gdyż znajome rysy twarzy wywołują falę odłożonych do szuflady wspomnień. Spojrzenia, uśmiechy, dotyki dłoni… Mieszają się z ręcznymi zapiskami, szybszym biciem serca i ułudą, jaka przyjemnie ich wtedy otulała.
Potrzebuje chwili aby wrócić do tu i teraz.
- Stary nie zaprosił Cię na herbatkę? – Pytanie wybrzmiewa na granicy stwierdzenia, choć badawcze spojrzenie zielonych oczu uważnie przygląda się jego obliczu. Słodki pseudonim nadal odwoływał się do tej samej sylwetki, choć od czasu gdy wspólnie o nim wspominali zdawały się minąć wieki. Chwilę wahania maskuje zerknięciem na korytarz. Kto jej nie znał mógł pomyśleć, iż nader jest ostrożna gdy tak naprawdę dawała sobie chwilę na dokonanie szybkiego rachunku zysków oraz strat.
Czy powinna? Co mogło się stać? O co chodziło? Dlaczego ona?
Plusy i minusy chwilowo układały się w tłuściutkie zero.
Domyka więc drzwi upewniając się, że klamka zaskoczyła, następnie zaś podchodzi do swojego
biurka. Niespiesznie. Raz, dwa, trzy, cztery… Przystaje, aby zsunąć ze stóp niewygodne szpilki, które z głuchym stuknięciem opadają na drewnianą podłogę. Swoboda w jej ruchach jest jedynie pozorna, wie przecież doskonale iż znajduje się w pozycji kota, przechadzającego się po niezwykle wąskim płocie.
W końcu opiera swoje pośladki o blat, tuż obok rozpartego w fotelu mężczyzny.
- I rozmawiasz… – Stwierdza oczywistą oczywistość zakładając ręce na piersi. W przeszłości już czułaby na swoim ciele jego dłonie wdzierające się pod materiał eleganckiej, lecz nie nazbyt wystawnej sukienki… W przeszłości jego towarzystwo pozwalało na wyciszenie, teraz jednak... Lustruje go zielonym spojrzeniem. Uważnie i nieufnie, niemal bezwiednie napinając w gotowości swe mięśnie. I choć w przeszłości jego usta słodsze były od dojrzałych czereśni jego obecność nie należy do przyjemnych. Zdaje się być dokładnie taki sam, jedynie skroń bardziej opruszyła siwizna, a to poczucie wywołuje dyskomfort, który nieprzyjemnie wykręca żołądek.
Vera nie jest głupia, wie doskonale iż nie o taką rozmowę mu chodzi; że w tym miejscu zbyt wiele uszu może pojawić się w okolicy i rozpętać chaos, którego żadne z nich nie chciało. Zerka więc na niewielki zegarek zdobiący szczupły nadgarstek.
- Masz trzy i pół minuty. – Obwieszcza łaskawie. Robert winien się cieszyć, iż w ogóle raczyła poświęcić mu jakikolwiek wycinek swego czasu,
Trzy i pół minuty, aby przekonać ją do niewzywania odpowiednich służb.
Trzy i pół minuty, aby sprawić, by chciała spotkać go ponownie.
Trzy i pół minuty...
RE: [29 czerwca 1972, koło południa] Robert & Vera - Robert Mulciber - 25.04.2024
Obserwował ją uważnie, kiedy zamykała za sobą drzwi. Śledził uważnie każdy jeden krok, który musiała wykonać, aby pokonać trasę jaka dzieliła ją od biurka. Dokładnie tego biurka, za którym pozwolił sobie usiąść. Cierpliwie czekał na moment, w którym będą mogli przejść do tematu. Do sprawy, jaka go tutaj sprowadziła. Zupełnie różnej od tych, jakie sprowadzały go tutaj dawniej.
- Nie jestem obecnie jego ulubieńcem. - odpowiedział. Musiała zdawać sobie z tego sprawę. Przecież doskonale widziała, co miało miejsce po tym, jak lata temu Mulciberowie odeszli z Ministerstwa. Była naocznym świadkiem tamtych wydarzeń. I choć nigdy im tego nie udowodniono, musiała być świadoma tego, że zniknięcie lwiej części dokumentacji, było związane właśnie z tym exodusem.
Następstwem tego exodusu był chaos, z którym walczono miesiącami.
Skinął głową, kiedy łaskawie zdecydowała się dać mu aż trzy minuty. Nieco więcej niż trzy minuty. Całe szczęście nie potrzebował więcej. To miała być szybka akcja. Krótka piłka, choć tym określeniem by się nie posłużył. Wiązało się w jakimś sensie ze sportem, a ze sportem Robert nie miał styczności. Nie był czymś, co go w jakikolwiek sposób interesowało.
- Prowadzę... w zasadzie prowadzimy od pewnego czasu badania, które związane są z Twoim obszarem zainteresowań. - nie owijał w bawełnę, praktycznie z miejsca przechodząc do sedna. Starając się wytłumaczyć wszystko na tyle, na ile mógł sobie pozwolić w tym czasie, w tym miejscu. - I myślę, że powinnaś rozważyć opcje nawiązania współpracy. Zwłaszcza, że... - tutaj pozwolił sobie na to, żeby jedna z dłoni powędrowała w jej kierunku; żeby palce spotkały się z delikatną, wrażliwą na dotyk skórą. Zatrzymały się powyżej nadgarstka, przesuwając się nieśpiesznie w kierunku dłoni, palców. Krótki dotyk, który zaraz przerwał. - ...słyszałem, iż sytuacja w Departamencie nie zmieniła się przez ostatnie lata na lepsze. A szefostwo niekoniecznie wspiera was w tym, za co odpowiadacie.
Czy musiał mówić więcej? Czy musiał decydować się na przekazanie tego w bardziej bezpośredni sposób? Na ile sam się orientował, Ministerstwo pozornie pozwalało na wiele. Kiedy jednak kierunek badań był nieodpowiedni, ewentualnie ich wyniki, na drodze badacza wyrastały nagle schody. Kolejne przeszkody, których pokonanie nie zawsze było proste. Łatwe. Miał tu wciąż znajomości. Ludzi dostarczających informacje. Wiedział więcej, niż skłonny był przyznać.
A przyznał teraz sporo.
- Ja natomiast mogę zagwarantować, że to nad czym pracujemy, może okazać się przełomowe. I na pewno zostanie doprowadzone do końca. Nie jesteśmy zależni od nikogo. A już na pewno nie od Ministerstwa. I nie od polityki. - uśmiechnął się nieznacznie. Na chwilę pozwolił na to, żeby ten grymas pojawił się na jego obliczu. Oferta została złożona. Propozycja przedstawiona. Teraz należało czekać na odpowiedź. Na reakcje drugiej strony. Tylko jaka ona będzie?
RE: [29 czerwca 1972, koło południa] Robert & Vera - Vera Travers - 26.04.2024
Kąciki jej ust unoszą się ku górze. Nieznacznie, ledwie odrobinę zdradzając rozbawienie zasłyszaną odpowiedzią. Wie, oczywiście, że zdaje sobie sprawę z tego, iż Robert Mulciber był najmniej mile widzianą osobą w Departamencie. A jednak nie potrafiła powstrzymać za zębami tych słów, choć nie jest pewna czy bawi ją bardziej fakt, że to właśnie on był teraz na czarne liście czy to, iż mimo tego siedział wygodnie rozparty w jej fotelu. W miejscu, do którego ponoć nie miał już wstępu.
Zastanawia się przez chwilę nad ochroną tego miejsca. Skoro Robert potrafił wejść do jej gabinetu, zapewne byłyby w stanie pojawić się tu również inne osoby… A to stanowiło zagrożenie, na które winna się przygotować… A raczej swoje notatki, dla których musiała odnaleźć bezpieczniejsze miejsce.
Słucha jego słów uważnie, ważąc każdy dźwięk jaki ulatuje spomiędzy jego warg. Pieprzony Robert Mulciber wiedział doskonale, jakiego argumentu użyć, aby złapać jej uwagę. Którymi słowami otoczyć nieznaną jeszcze sprawę tak, aby Vera chciała dowiedzieć się o niej więcej. Bo czy nie to zawsze było jej celem? Wielkie odkrycia, podniosłe teorie, to podniecenie jakie odczuwa się, gdy potwierdza się coś, co do tej pory zdawało się być jedynie fantazją umęczonego umysłu. Kiedyś zapewne o razu zgodziłaby się na podobne przedsięwzięcie. Kiedyś wystarczyłoby, kilka skrytych w woalu tajemnic obietnic i ten dotyk, który teraz wydawał się tak dziwnie, nienaturalnie wręcz znajomy. Zielone oczy odprowadzają spojrzeniem jego dłoń i choć to na niej skupiają swoją uwagę, zdają się być oddalone od tej scenki. Skupione na czymś, czego mężczyzna zauważyć nie potrafił, a co pojawiało się teraz pod jej powiekami, przyciągając strzępki jej uwagi. Bezwiednie przykłada palec do jego ust. Pewne słowa powinny pozostać chwilowo niewypowiedziane. Nie w miejscu, gdzie ściany mogły dostać uszu. Nie w momencie, gdy w każdej chwili mógł pojawić się tu ktoś, kto nie przywitałby go tak spokojnie.
- Wybrałeś nieodpowiednie miejsce na rozmowę. - Wyrokuje, gdy po kilkunastu uderzeniach serca jej spojrzenie powraca do jego twarzy. Wiele pytań ciśnie się na jej usta, wie jednak, że w tym otoczeniu nie może wypowiedzieć ani jednego z nich. Nie może dopytywać, nie powinna również przedłużać jego pobytu w tych murach - to jednak kierowane było przede wszystkim troską o bezpieczeństwo własne. Kocury takie jak Robert zwykły opadać na cztery łapy, niezależnie od tego, jak mocno zepchnęło się je z płotu.
- Gdzie jest haczyk, Robercie? - Pyta, zakładając dłonie na piersi. Jeśli jest coś, czego ta kobieta jest pewna, z pewnością jest to fakt, iż nic nie dzieje się bez powodu… I wszystko ma swoją cenę, którą kiedyś przyjdzie zapłacić. - Przecież to nie sentyment sprawił, że mnie dziś odwiedziłeś, czyż nie? - Unosi brew ku górze, bo choć wspólnie spędzone chwile po latach w pamięci pozostały bardziej słodkie niż gorzej nie sądzi, aby to tęsknota za jej osobą kazała mu ryzykować.
Czyżby ktoś miał nóż przystawiony do piersi?
RE: [29 czerwca 1972, koło południa] Robert & Vera - Robert Mulciber - 28.04.2024
Nie każdy czarodziej był Robertem Mulciberem. Nie każdy czarodziej, mimo upływu jakiś 10 lat od momentu własnego odejścia, w dalszym ciągu posiadał dość liczne znajomości wewnątrz Departamentu Tajemnic i gotów był wykorzystać je do swoich celów - o ile tylko zaszłaby taka potrzeba. Nazwisko robiło tutaj olbrzymią robotę. Miało wielkie znaczenie. Nie zdołał skutecznie go zatrzeć upływający czas.
Uśmiechnął się szeroko, jakby rozbawiony tym, że wybrał nieodpowiednie miejsce na rozmowę; jakby zupełnie nie obawiał się potencjalnych konsekwencji. Może obawiać się ich nie musiał? Jakkolwiek było, w jakikolwiek sposób to wszystko wyglądało - nie zamierzał się z niczego tłumaczyć. Zdawał sobie sprawę z tego, że okoliczności nie sprzyjały. Wiedział też, że nie mieli na to wszystko wystarczającej ilości czasu.
- Schlebia mi, że tak się o mnie martwisz, Vero. - odpowiedział. - Nawet jeśli nie ma takowej potrzeby.
Na ile było w tym powagi? W jakim stopniu wypowiedziane przed chwilą słowa pokrywały się z tym, co Mulciber faktycznie myślał? Rzeczywiście jej to zarzucał czy po prostu na nowo badał grunt? Sprawdzał na ile mógł sobie pozwolić - jak Vera się zachowa, co zrobi, jakie słowa padną z jej ust?
Nie mieli wiele czasu, dlatego też zapytany o haczyk, nie tracił czasu na udzielenie jej odpowiedzi. Wiedział, że musieli załatwić to szybko. Może też liczył na to, że niejasne, mało konkretne informacje zaostrzą apetyt? Skłonią Travers do tego, żeby przyszła po więcej? Zdecydowała się na kolejne spotkanie, w efekcie zaś również na współprace? Zakładał bowiem - z racji na to jak zakończyła się ich relacja - że w innych okolicznościach posłałaby go do diabła. Albo coś podobnego.
- Doskonale wiesz, gdzie znajduje się haczyk. - padło z jego strony.
Czy faktycznie wiedziała? Z pewnością powinna była się domyślać. Bo skoro byli niezależni. Skoro nie miało na to wpływu ministerstwo. Odpowiedź nasuwała się sama. Najpewniej nie posiadali niezbędnych zgód. Pozwoleń. Albo balansowali na granicy prawa, albo musieli mieć je w głębokim poszanowaniu. Robert nie był jednak na tyle głupi, żeby powiedzieć o tym wprost. Poinformować ją o czymś takim tutaj. W budynku samego Ministerstwa Magii. Zachowywał nadal pewną ostrożność. Nie przekraczał pewnych granic.
Nie skomentował w żaden sposób uwagi dotyczącej tego, że nie sprowadził go tutaj żaden sentyment. Zamiast tego bez większych problemów namierzył bloczek niewielkich kartek. Idealnych, żeby zamieścić na nich drobne uwagi. Zapisać istotne informacje. Oderwał jedną, skorzystał też z pióra należącego do Very. Starannym, pochyłym pismem umieścił kilka informacji. Dzień. Godzina. Miejsce. Spotkanie, na które mogła się udać. Spotkanie, podczas którego Robert mógł dostarczyć jej kolejnych informacji. Bardziej konkretnych. Mniej mglistych. Będących w stanie skutecznie zaspokoić ciekawość.
- Zastanów się dobrze. Po tym terminie... - tutaj podsunął jej karteczkę, mogła na spokojnie zapoznać się z jej zawartością. - ...oferta przestanie być aktualna. Kolejna już się nie pojawi. Byłbym naprawdę zawiedziony, gdybyś nie zdecydowała się z niej skorzystać.
Podniósł się z fotela, kończąc tym samym rozmowę. Te krótkie, niezaplanowane spotkanie. Omijając biurko, pozwolił sobie na to, żeby delikatnie zetknęły się ich ramiona. Ciało otarło się o ciało. Choć w przypadku Roberta nie można było mówić o odsłoniętym ciele. W ciemnym, choć lekkim golfie, wyglądał tak, jakby na zewnątrz była co najmniej jesień. A przecież wielkimi krokami zbliżało się lato. Temperatura szybowała w górę. Na niebie nie było nawet jednej chmurki, która kazałaby obawiać się opadów deszczu. Tak przecież typowego dla Londynu, choć niekoniecznie o tej porze roku.
Zanim wreszcie opuścił jej gabinet, pozwolił sobie jeszcze raz spojrzeć w kierunku Very. Przez ramię.
- Dobrze było Ciebie zobaczyć. - padło z jego strony. Zanim zniknął. Zanim zostawił ją tutaj samą. Z decyzją, którą musiała podjąć.
RE: [29 czerwca 1972, koło południa] Robert & Vera - Vera Travers - 29.04.2024
Uśmiech Roberta Mulcibera niegdyś potrafił rozwiać chmury nad jej głową. Sprawić, że dzień stawał się lepszy, a pogoda w niej o wiele bardziej słoneczna i nadzwyczajna pamięć Very nadal posiadała te wspomnienia w swoich zbiorach.
Czy miał takie działanie na nią i teraz?
Nie, choć nie była tego do końca pewna. Na jej niekorzyść działało zaskoczenie spotkaniem, zwłaszcza w tym miejscu, które niegdyś tak mocno kojarzyło się z jego osobą. A może faktycznie był jej już obojętny? Minęło wszak sporo i jeszcze do niedawna sama Vera pozostawała w małżeństwie, które wszyscy uznaliby za szczęśliwe. Unosi kąciki pociągniętych czerwoną szminką warg, zupełnie tak, jakby jego uśmiech nadal na nią wpływał.
- Skoro ta myśl sprawia ci przyjemność… - Odpowiada, machając ręką. Nie o niego się obawiała. W czysto egoistycznym odruchu obawiała się o swoją reputację oraz karierę, zwłaszcza teraz, gdy niejednokrotnie miała ochotę zwyczajnie przegryźć kark swojemu zwierzchnikowi, byleby zająć jego miejsce. Nie byłoby dlań korzystnym gdyby teraz nakrył ktoś ich w jej gabinecie bądź przypadkiem usłyszał jaki to temat przyszło im teraz poruszać. A mimo to słuchał go uważnie. Wilcza wręcz ciekawość nie pozwala jej odpuścić, choć jakichś cichy głos z tyłu głowy podpowiada jej, że może tego pożałować. Ale czy naukowe zapędy warte były odnawiania znajomości z kimś, dla kogo w ostatecznym rachunku nie była wystarczająco dobra?
Nie wie, na te rozmyślania z pewnością jeszcze przyjdzie czas. Wie, że prowadzenie działalności na granicy moralności oraz prawa z pewnością będzie ryzykowne, a mimo to zielone ślepia uważnie przyglądają się jego twarzy. Przez chwilę próbuje przebić się spojrzeniem do jego duszy… Czy jej się udało? Nie przyzna się, to z pewnością. Znała go. Może miało to miejsce kilka lat temu, może oboje zdążyli się już zmienić… A jednak była niemal pewna, że w tym wszystkim kryje się jeszcze jeden haczyk.
Taki, o którym zapewne nie będzie jej dane szybko się dowiedzieć.
- Tik - tak.. - Odpowiada, gdy między smukłymi palcami znajduje się zapisana znanym pismem karteczka. Nie lubi, gdy narzuca jej się jakiekolwiek obostrzenia a jednak musi przyznać, że ten kocur doskonale wie, co robi. Tajemnicza oferta która może przepaść choćby przez chwilę nieuwagi wydawała się być pociągająca.
Czuje znajomy zapach perfum, gdy męskie ramię ociera się o jej. Niewielkie subtelności wyciągają z pamięci odpowiednie wspomnienia, które Vera ucina w samym zarodku. Nie mogła sobie przecież na to pozwolić. Nie mogła kierować się sentymentami w podejmowaniu podobnej decyzji, Tu liczyły się suche fakty, okrutny rachunek za oraz przeciw który przyjdzie jej wykonać kilkukrotnie nim podejmie jakąkolwiek decyzję. Odprowadza go wzrokiem aż pod same drzwi.
- Spróbowałbyś powiedzieć inaczej. - Odcina się w charakterystyczny dla siebie sposób, zupełnie jakby coś z tej starej Very nadal w niej pozostało. A może po prostu chciała, aby tak było? Brak pewności nieprzyjemnie gryzie, a gdy drzwi się zamykają vera opada na miękki fotel przesiąknięty znanym lecz niejako nowym zapachem.
Tik - tak.
Tik - tak.
Koniec sesji
|