![]() |
|
20/07/72 | Lecznica Dusz | Millie & Peregrinus - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +---- Dział: Lecznica Dusz (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=156) +---- Wątek: 20/07/72 | Lecznica Dusz | Millie & Peregrinus (/showthread.php?tid=3226) Strony:
1
2
|
20/07/72 | Lecznica Dusz | Millie & Peregrinus - Peregrinus Trelawney - 10.05.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Peregrinus Trelawney - osiągnięcie Piszę, więc jestem Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Badacz Tajemnic Nie ma czegoś takiego jak za dużo miłości, nawet za dużo to za mało.
20 lipca 1972, Lecznica Dusz To nie były jego pierwsze odwiedziny u Millie. Był tam już wcześniej, pewnego majowego dnia. Gdy zjawił się w jej drzwiach, stała pod ścianą. Nie potrzebował, aby obracała się w jego stronę: wiedział, co zobaczy na jej twarzy i samo to wyobrażenie zaciskało pętle na jego gardle. Stał tam kilka minut, nie wypowiadając ani słowa, po czym odwrócił się i wyszedł goniony jej krzykiem. Nie wrócił już ani razu. Krzyk, który zabrał ze szpitala, prześladował go przez cały dzień. Gdy kładł się spać, wciąż dzwonił w jego uszach, wyrywał raz po raz z niespokojnego, płytkiego snu. Nad ranem postrzępione pasma krzyku zaczęły splatać się z innym krzykiem: krzykiem, w który Peregrinus wsłuchiwał się od lat. Krzykiem, który eksplodował nad śpiącym wróżbitą. Gdy otworzył oczy, stała tam, przy jego łóżku. Wychudzona kobieta w koszuli nocnej. Wyrwany ze snu, w pierwszej chwili nie wiedział, czy to Aurora, czy Moody przywleczona z Lecznicy. Ich sylwetki zlały się w jedno, zdążył już przypieczętować los Millie wiecznym potępieniem. Aurora Trelawney strawiła całą jego nadzieję: nie miał już żadnej, którą mógłby obdzielić kuzynkę. Mężczyzna podniósł się do siadu i przesunął na materacu pod ścianę, jakby chciał, żeby go wchłonęła. Byle dalej od mary o mętnych niebieskich oczach, które kiedyś należały do jego matki. Choć próbował uciekać, nie miał siły oderwać od niej wzroku. Była pusta. Skorupa obleczona w cienką jak pergamin, półprzezroczystą skórę. Czas i choroba zabrały ciepłe, miękkie ręce, którymi wciągała go jako brzdąca w swoje objęcia. Po puklach czarnych loków, które zawsze, kiedy się w nią wtulał, wypełniały mu nozdrza zapachem różanego szamponu, pozostała spuszona, sianowata kitka. Nie poczekał wcześniej, aż Millie się obróci, bo co jeśli te roześmiane usta woniące bimbrem, które przycisnęła kiedyś do jego czoła, wykrzywiał bezbarwny grymas nieobecności? Nie miał dla Millie nadziei, ale pod dostatkiem miał żalu. Uczynił w sobie Moody współtowarzyszką matczynej niedoli. Do tej pory jego serce rozrywała tylko jedna, teraz rwały je obie, a cała zgniła, udręczona miłość, jaką żywił do Aurory, stała się i jej udziałem. Mimo że matka obudziła go chwilę przed świtem, noc długo jeszcze nie chciała odejść. Matka i syn — trwali naprzeciw siebie w bezruchu jak sparaliżowani. Szukał w niej śladów obecności, dopóki jego oczy nie zaszkliły się łzami, zza których nie był już w stanie rozpoznać, czy to Aurora, czy Moody przywleczona z Lecznicy. * * *
Bał się wrócić do Lecznicy Dusz, nawet gdy dotarły do niego wieści o tym, że z Mildred znów jest kontakt. Często jednakże myślał o przyjściu. Widział oczami wyobraźni siebie kroczącego zbyt dobrze znanym korytarzem Lecznicy, w której nigdy jeszcze nie czekało na niego nic dobrego. Stawał w tych samych drzwiach co kilka tygodni temu, a Millie była tam: wciąż pod ścianą. Gdy obracała ku niemu głowę, tonął w mętnym spojrzeniu, które spotykał codziennie w domu. Choć bardzo chciał, nie mógł odwlekać tej wizyty w nieskończoność. Tam była przecież ona, prawdziwa, nie mara z koszmaru, którą wysnuł w swojej głowie w ostatnich tygodniach. Tak oto stanął pewnego lipcowego czwartku przed pokojem Mildred Moody w Lecznicy Dusz. Stukając do drzwi, czuł, jak serce łomocze mu w piersiach w irracjonalnym strachu przed tym, co czaiło się wewnątrz. — Millie? — rzucił badawczo, wchodząc do środka. Wstrzymał oddech, czekając, kto mu odpowie. RE: 20/07/72 | Lecznica Dusz | Millie & Peregrinus - Millie Moody - 11.05.2024 Powoli zbliżał się drugi miesiąc jej odsiadki, jej tortury, jej męki i udowadniania wszystkim, że nic jej nie jest. Incydent z ołówkiem nie pomagał, szczerość z terapeutą też już sobie odpuściła. Nie mogła mu wyjaśnić tych momentów, w których nie była pewna czy to co widzi i czuje jest prawdą czy nie, nie potrafiła mu wyjaśnić, że leki kurw nie działają, ale działa jak jej jebana współlokatorka wykurwi do izolatki. Nie mogła też absolutnie się przyznać, że możliwie często ją do tego prowokowała, żeby mieć jakiekolwiek szanse żeby zasnąć. Och, pod tym względem dragi z Lecznicy Dusz były wyborne. Spała jak dziecko posiadające jeszcze matkę. Spała i jadła, więc wyglądała lepiej. Gdyby nie ten jebany ołówek... Millie siedziała w kącie pokoju, u wezgłowia szpitalnego łóżka. Ubrana była w białą koszulę, którą już zdążyła ubabrać czarnymi dłońmi oblepionymi węglem. Podrapała się nerwowo po bandażu, pozostawiając i na nim czarne odciski, a potem zamaszyście powróciła do swojego projektu. Ostrzyła węgiel o blat stolika cały wczorajszy dzień, wierzyła że nawet bez ołówka uda jej się osiągnąć efekt, uda jej się powiedzieć to co chciałaby, ale nie umiała, bo na języku wciąż i wciąż brakło słów. ![]() I tylko malutki biały ptak wewnątrz oka czerni, malutkie białe ciało, które nie chciało być czernią. Czy ten niekompetentny idiota zrozumie to? Zrozumie, co wracało do niej tak często, bez względu na to, czy miała zamknięte oczy czy otwarte, czy trwała noc, czy dzień, czy życie, czy śmierć? Wybrała życie. Mieli dużo pracy z Alastorem. Mieli dużo zadań, kazał jej, a ona mu obiecała. Ręka nie zadrżała, ale gwałtownie uniosła się nad kartkę w połowie zapełnionego szkicownika, gdy klamka odskoczyła i ktoś zajrzał do środka. Była pochylona, leistą kaskadą opadły przez ramiona w dół, do kolan tego kruchego białego lotosu. Ściągnęła ramiona słysząc swoje imię wypowiedziane przez inne gardło niż to, któremu ufała. A potem podniosła głowę i zobaczyła ją, kruchą i słabą, o zamglonych błękitnych oczach, zszarzałych włosach w nieładzie. Zobaczyła swoje lustro, koszmar, nie będąc pewną i będąc pewną, że to co widzi nie jest prawdą. Wzdrygnęła się. To mógł być lekarz, gość, inny pensjonariusz, lecz czyim koszmarem mogła być ona sama? To dziwne, jej oczy przecież nigdy nie miały koloru nieba. Jej oczy, teraz szerokie w zastygłym zdziwieniu, miały kolor miodu, były oczami węża, lub, jak wolała o sobie myśleć kiedyś – kota. – Tak? – chciała powiedzieć najnormalniej jak potrafiła, ale z pomiędzy suchych warg wydobył się ledwie szept. Zmartwiała twarz, zapadnięta twarz, blada, nijaka, brzydka. Jak ktokolwiek mógłby pokochać takie straszydło, jak ktokolwiek mógłby chcieć spędzić przy nim więcej niż kilka chwil, a potem przeminąć, odejść, umknąć, uciec, porzucić. Poczuła jak zapadają się jej ramiona, w bliźniaczym do upiora geście, wróciła wzrokiem do rysunku, palce wolnej dłoni zadrgały mimowolnie, gdy zdobiący jej plecy piorun wysyłał prąd zmuszający do życia, reakcji, przypomnienie o tym, że podjęła decyzję, że przebiła błonę i urodziła samą siebie na szpitalną podłogę pachnącą spirytusem i lawendą. Tylko dlaczego musiała tę decyję podejmować cały czas? Każdego poranka? Każdego południa? Każdego uderzenia serca? Przymknęła oczy i odetchnęła głęboko, przechodząc płynnie z pięciu rzeczy, które się widziało, do czterech, które się czuło. Czy to miało być cztery, które się słyszało? Nie ważne, jebać konwenanse narzucane przez skostniałego megapsychicznego ignoranta. Zapachy, koszmar przyniósł inne zapachy, ale te rzadko kiedy były aż tak zmieniane. Pierwsza była woń, świeżo wypalonego papierosa, och jak tęskniła za fajkami, pomagały jej się skupić... Dalej kadzidło, ale nie to do spania, ale na ukojenie nerwów. Niemalże były przesiąknięte tym ubrania gościa, biała koszula nocna, która pewnie ani nie była biała, ani nocna. Za oknem wciąż trwał dzień, choć gdzieś na horyzoncie grzmiało, to czarne chmury nie zdążyły nadejść. Dalej... złoto. Zmarszczyła nos. Subtelna woń bursztynu, zastygłej żywicy, kiedyś się śmiali że on pachnie tak jakby pachniał jej tęczówkami. Kiedyś, gdy tłumaczył jej po co człowiekowi poezja, kiedy zaklinał by poszukała więcej słów do wyrażania siebie niż kurwa i chuj. – Peregrinus... – jego imię ułożyło się na języku, opadło jak pierze dawno nie widzianego ptaka, który powracał do kraju po długiej podróży. Mógł mieć na imię Ikar, bo był chłopcem, który latał wysoko, by ostatecznie roztopić wosk w swoich skrzydłach. – Peregrinus? – zamrugała odrzucając szkicownik i spoglądając znów w stronę drzwi z nadziej odrzucającą koszmar, przeganiającą marę, którą nie był. Trzy rzeczy, które trzeba poczuć. Zsunęła bose nogi na chłód białych kafelków i podbiegła do niego, szybko skracając dystans i oplatając go cienkimi witkami swoich ramion. Elegancki surdut. Miękkie kędziory pod palcami. Uderzenia spłoszonego serca, och... to chyba powinno być wtedy, kiedy trzeba czegoś słuchać. To był on, nie ona sama, ulga rozlała się wraz z nikłym, lichym samozadowoleniem, że udało jej się przebić przez bańkę własnych majaków z dociekliwością doświadczonej brygadzistki. Nawet nie zauważyła kiedy zaczęła płakać, przyciskając jego ciało mocno do siebie. Przyciskając serce do serca, duszę do duszy. [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/54/c2/7e/54c27ec263b78ca19bcf24504c5f949c.jpg[/inny avek] RE: 20/07/72 | Lecznica Dusz | Millie & Peregrinus - Peregrinus Trelawney - 17.05.2024 Najpierw zobaczył ją siedzącą na łóżku, pochyloną nad czymś, niby nieobecną. Peregrin przeszedł przez próg, nad którym wisiała pętla: wpadł w nią, zaciskała się na jego szyi z każdym krokiem w głąb pomieszczenia. Nie mógł się z niej wyplątać, nie mógł zrobić kroku wstecz. Zawiśnie na framudze salki w Lecznicy Dusz i już zawsze będzie patrzył martwymi oczami na wspomnienie Millie Moody. A potem wstała. Podbiegła do niego, przebijając bańkę koszmaru, zrywając sznur. Choć to ona była tą, która się obudziła po długiej nieobecności, to Peregrinus czuł się, jakby w tej chwili i jego wyciągnięto ze złego snu do rzeczywistości. Nie musiała wyglądać kwitnąco, mogła straszyć wyniszczoną aparycją: wystarczyło mu, że czuł, jak tętni wewnątrz niej życie. Miał ją w ramionach żywą, myślącą, czującą, obecną. Czuł fakturę jej skóry, gorące łzy, falującą oddechem klatkę piersiową. Takiego doświadczenia nie byłby w stanie stworzyć żaden sen, Trelawney nie miał co do tego wątpliwości. W ostatnim czasie nie doświadczył niczego, co byłoby rzeczywistsze. Przytulił ją do siebie, choć nie tak mocno jak ona wtuliła się w niego. Wiedział, że to złudzenie, lecz wydawała się zbyt delikatna na solidny uścisk. Jakby jej kości miały popękać i rozsypać się pod nim niby szkielety ludzików, które tworzył w dzieciństwie z suchych gałązek. Nie można było ukryć, że brakowało mu również wprawy w tuleniu, ponieważ nie miał na co dzień zbyt wielu kandydatów do uściskania; dlatego też tym bardziej specjalny stawał się ten gest. — Naprawdę wróciłaś. — Był to niby radosny śmiech, lecz przebijało spod niego echo szlochu. W tych kilku słowach wylały się z niego konkurujące, skrajne emocje: radość z odzyskania przyjaciółki oraz towarzyszący mu w ostatnich tygodniach strach o nią. Choć nie mówili wiele, odbyło się między nimi małe emocjonalne trzęsienie ziemi, które zamknęło się w tym jednym uścisku. — Myślałem, że to koniec. — Wtulił twarz w jej włosy i nieco mocniej docisnął palce do jej pleców, aby intensywniej chłonąć jej materialność; aby po wyjściu nie mógł mieć cienia wątpliwości, że to było prawdziwe. — Pomyliłem się i nigdy mnie bardziej nie cieszyła pomyłka. RE: 20/07/72 | Lecznica Dusz | Millie & Peregrinus - Millie Moody - 18.05.2024 Dźwięk. Dźwięk też się zgadzał. Jego głos, tembr, wibracje wyczuwalne przez policzek wtulony w klatkę piersiową, to wszystko pozwalało jej się zakotwiczyć w czasie rzeczywistym. Zaciągnęła się jego zapachem mocno, dłonie nie pozwalały na rozluźnienie chwytu, na łapczywe zagarnianie do siebie drugiego ciała, które zdecydowanie nie było kościstą, bladolicą upiorzycą. Jego uścisk zaś niósł więcej uczuć i ciepła niż jakiekolwiek słowa. Łzy dawały ukojenie, kryniczne zdroje umęczonej, osamotnionej duszy. – Cieszę się, że jesteś takim chujowym wróżbitą w takim razie... Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz dupku. – wymamrotała nie chcąc wcale, aby ją puszczał, nie chcąc by odsuwał się choćby na krok. Wzruszenie odbierało jej słowa, umysł z pewną dozą zaskoczenia przyjął refleksję, że nie spodziewała się go tutaj. Serce ukuło ją gwałtownym wyrzutem sumienia, że mogła w niego zwątpić. Tym większa zadra była im bardziej dochodziła do niej świadomość jak często ona odmawiała mu swoich odwiedzin, przez wzgląd na stan matki. Dziecięce traumy wybrzmiewały jednak zbyt głośno, a Millie choć doskonale była w stanie współodczuwać tragedię swojego kuzyna sięgając do własnych doświadczeń trwania przy łożu śmierci matki do ostatnich chwil, sparaliżowana wrażeniem, wolała uciec z jego życia, zdystansować się, aniżeli pomóc mu choćby swoją obecnością. A on przyszedł... Trwali już tak chwilę w drzwiach, tuż przy progu, gdy w końcu bliskość zaczęła wytracać desperację, wczepione palce rozluźniły się, wypuściły krucze pukle, a dłonie zaczęły zataczać kojące kręgi po plecach. W końcu przestała oddawać mu swą wodę, otarła mu policzek o eleganckie ubranie, w końcu złociste ślepia osadzone w zadartej głowie spojrzały na przystojną, umęczoną życiem, ale chyba szczęśliwą obecnie twarz. – Skoro jesteś... pozwolą nam wyjść do ogrodu. Sama nie mogę, ale... ale jesteś, czekaj, zabiorę... zabiorę szkicownik, jakbym, ee... wezmę go dobrze? – poprawiła opatrunek na dłoni odsuwając się od niego kawałek, choć wciąż patrząc, wciąż widząc w końcu tego, który rzeczywiście tu stał, a nie marę, jaką ze sobą przyniósł. Powinna o tym powiedzieć prowadzącemu. Powinni może zmienić leki. Eliksiry. Nie zamierzała tego robić. Oczywiście, przecież gdyby się przyznała, to nie wypuściliby jej przez kolejny rok. Gdy znalazła się przy łóżku zorientowała się, ze w sumie nie ma na sobie nic ponad koszulkę i bieliznę. Skonsternowana rozejrzała się za spodniami i sięgnęła w końcu szary, wysłużony dres z wyszytymi na nogawkach przetartymi zniczami. Bardzo prawdopodobne, że miała go jeszcze od czasów szkolnych. Szczupłe palce zgarnęły szkicownik i węgielek, przedramieniem przetarła resztki łez. – Chodźmy Grin, tu nie ma... tu nie ma nic ciekawego. Nienawidzę tego miejsca kurwa, ale... ale na zewnątrz możemy udawać, że wcale tu nie jesteśmy, co Ty na to? – zaproponowała lekko, jakby znów byli dziećmi, które udawało, że ich życie jest pełne sławy, bogactwa i swawoli. Cóż, w pewnym sensie nabyli wtedy niezbędnego doświadczenia, które całkiem prawdopodobnie pozwalało Moody przetrwać teraz. [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/54/c2/7e/54c27ec263b78ca19bcf24504c5f949c.jpg[/inny avek] RE: 20/07/72 | Lecznica Dusz | Millie & Peregrinus - Peregrinus Trelawney - 21.05.2024 — Ale żeby mi od razu coś takiego insynuować — żachnął się niby obrażony, gdy Millie godziła, w żartach co prawda, ale jednak godziła, w jego wróżbiarską dumę. — A może za mocno mi na tobie zależy, żeby się wystarczająco zdystansować i zrobić to czysto, co? A może nigdy tego nie sprawdziłem? Jak już ustaliliśmy, Peregrinus w tej materii (choć nie tylko tej) był tchórzem. Wolał nie wiedzieć, nie angażować się, nie zaczynać trudnych tematów. Oczywiście nie przyznawał tego wprost sobie i innym: on po prostu czekał na odpowiedni moment, gdy będzie na siłach zmierzyć się z problemem. A — spójrzmy prawdziwe w oczy — na siłach (jakichkolwiek) to on nie był nigdy. Zerkanie w przyszłość Millie po sabacie — podobnie jak przyjście do Lecznicy, gdy poprawił się jej stan — trafiło więc do osobistego limba Peregrinusa Trelawneya. Kotłowały się tam wszystkie sprawy, które mężczyzna powinien dawno załatwić, ale… co jeśli wynik będzie przykry? Lepiej dzień w dzień dawać się kąsać zgryzocie, zamiast rozprawić się z frasunkami raz, a dobrze, czyż nie? Millie grała zbyt ważną rolę w jego życiu, żeby był gotów w kartach ujrzeć wydany na nią wyrok. Gdy Moody szukała po pokoju ubrania, Peregrin skorzystał z okazji, aby wyciągnąć z torby płaskie, białe pudełeczko. — Skoro już jesteśmy przy szkicowniku, przyniosłem ci coś. — Pudełeczko wysunięte w jej stronę mieściło się w całości na dłoni Peregrinusa, a na wieczku wygrawerowane było logo firmy tworzącej materiały dla plastyków. — Mam nadzieję, że pozwolą ci tu zatrzymać. I że będzie w porządku. Nie mam o tym wszystkim pojęcia, ale takie mi doradzono w sklepie. Włożył je w rękę kuzynki, tę zabandażowaną. Zamknął na chwilę jej dłoń, na której spoczywał teraz prezent, między swoimi dłońmi, i choć posłał jej przy tym łagodny uśmiech, nie skomentował w żaden sposób opatrunku. Nie było trudno domyślić się, że bandaż skrywał coś, co nie powstało w czasie Beltane, a mając ogólne pojęcie o stanie Moody, Trelawney ukuł swoje teorie. Nie miał jednak potrzeby dociekania, pouczania czy zalewania żalem; przecież Millie doskonale wiedziała, że to nic dobrego. Zależało mu tylko, aby delikatnie zaakcentować, że widzi i jest z nią. Co do zaś zawartości pudełeczka: Peregrinus postawił na najbardziej kompaktowe, a zarazem uniwersalne farby — coś, co ekspedientka nazwała podróżnym zestawem. Wybrał właśnie ten, mając na uwadze, że w Lecznicy Millie nie będzie miała miejsca trzymać wszystkich swoich tubek i puch z farbami. W środku był pędzelek oraz kilkanaście półkostek akwareli dobrej jakości, zapewniających bazową gamę, z której można było zmieszać niemal wszystko. — Chodźmy — przytaknął wróżbita. — Choć wolałbym, żebyśmy nie musieli udawać. Och, gdyby tak zabrać ją stąd. Nie chciał, żeby po ich spotkaniu na powrót pożarły ją ściany Lecznicy Dusz. Te okropne ściany próbujące usilnie imitować bezpieczny zakątek, w którym znajdujesz ukojenie. Fałszywe ściany przesiąknięte na wskroś bólem, którego smród przebija spod kamuflujących go bielutkich tynków i gładzi. Tym jednak martwić się będą później, a tymczasem udało im się zostawić za sobą przygnębiający gmach, pętlę, matkę i ściany. Świeże powietrze przyszpitalnego ogródka rozwiało resztki wcześniejszego koszmaru. Klucząc ścieżką ku najbardziej oddalonej od murów Lecznicy ławce, Peregrinus nie mógł powstrzymać się, aby nie zerkać co chwilę kątem oka na Millie. — Powinnaś się właśnie zaczynać pakować, w poniedziałek byśmy już byli na szlaku, a ty wywinęłaś taki numer — rzucił żartobliwie na rozluźnienie atmosfery, mając nadzieję, że nie przyniesie to odwrotnego do zamierzonego skutku i nie przybije kuzynki jeszcze bardziej. — Chciałem to wszystko odwołać... ale chyba jednak jadę — dodał z nutą pobrzmiewającą poczuciem winy. RE: 20/07/72 | Lecznica Dusz | Millie & Peregrinus - Millie Moody - 22.05.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/54/c2/7e/54c27ec263b78ca19bcf24504c5f949c.jpg[/inny avek] ...za mocno mi na Tobie zależy Te słowa opadły na jej głowę, jak ledwie widoczne, pozbawione ciężaru płatki śniegu, które momentalnie rozpuściły się od gorąca, jakie zaczęło emitować jej zdradliwe ciało, a woda z nich spłynęła wzdłuż chropowatej powierzchni czarnego włosia, wprost do cebulki i niżej do umysłu chłonnego jak gąbka. – Czy to znaczy, że i dziś mi nie powróżysz?– musiała coś powiedzieć, wtulona w niego jeszcze, zaszywając w tym pytaniu i prośbę, bo przecież zawsze podczas swoich spotkań wróżyli sobie. I mimo że oboje znali na wskroś siedemdziesiąt osiem arkanów i dwieście pięćdziesiąt osiem różnych ułożeń fusów, wiedzieli jak tragiczne rzeczy mogą na nich wychynąć z nich, to zawsze jednak, bez względu na okoliczności, rozjaśniali wzajem sobie te miecze i gwoździe, przynosili odrobinę uśmiechu i nadziei w szyderstwie i koronkach przekleństw. Tradycja... Bardzo chciała, by jej tego nie odmówił, by dał jej nie tylko swój koszmar, o błękitnookiej marze, ale też wspomnienie czasów, w których było normalnie. Dobrze. Miała szkicownik, ale gdy zobaczyła pudełko zatrzymała się zdziwiona, momentalnie kuląc się strachem, że jej odbiorą te kolory, bez względu na to, czy ze strachu, że zaraz całe ściany oberwą akwarelowym rozbryzgiem, czy dlatego, że jej terapeuta ubzdura coś sobie. Zachłystnęła się myślą, że właśnie zmył wszystkie swoje winy tą tęczową smugą, odebrał jej oręż wyrzutów, że nie przychodził tak długo. – Ja... nie wiem czy pamiętam...– przyznała, a mężczyzna mógł zauważyć, jak kruszeje pieczołowicie odbudowywana poza. Chciał wyjść, by nie musieli udawać, ale miał ją o tu, na wyciągnięcie ręki, to wszystko, co zwykle jego kuzynka i przyjaciółka próbowała ukryć za twardym murem pobazgranym wulgarnym grafiti. Jej szczupłe palce opuszkami badały wytłoczony symbol, chłód metalowego pudełka, a potem jego wnętrze. Pędzle na pewno jej zabiorą a bez nich. – Schowaj... schowaj je teraz i chodźmy. Wezmę wodę dla nas, może... może dam radę namówić kucharki by dały nam też kubki i susz. – jej ramiona nagle zadrgały, niesymetrycznie łokcie dolepiła do ciała, dreszcz nie chciał odpuścić przez moment, lewa dłoń wykręciła się na bok z palcami jak zakrzywionymi szponami. Sapnęła gniewnie, patrząc na rękę, a potem wciskając mu farby. – Weź koc. – poinstruowała go przed wyjściem i zniknęła za drzwiami, o tyle dobrze, ze mogła poruszać się już dość swobodnie, inaczej niż miesiąc temu. Wtedy jednak była w izolatce, a każdy kto próbował się do niej zbliżyć był gryziony, szarpany i opluwany. Każdy poza Alastorem. Czy gdyby Perygrinus przyszedł do niej miesiąc temu, przyjęłaby go tak ciepło jak teraz...? Czy lepiej może, że nie znała odpowiedzi na to pytanie? +++
W końcu byli w niewielkim w sumie ogrodzie, otoczeni drzewami, gdzieś stały stare zmurszałe ławeczki. Duszno było, ale wiatr co jakiś czas zawiewał mocniej, niosąc ze sobą posmak geosaminy i wibrującego w powietrzu ozonu. Zbliżała się burza, co może nie powinno nikogo cieszyć, nikogo poza Millie, która – choć raz niemal umarła od spotkania z piorunem – zawsze wystawiała twarz na wiatr, jakby licząc, że pewnego dnia ów wiatr ją po prostu ze sobą zabierze. Na nogach miała dresowe spodnie, na kocu położyła kubki i płócienny worek z herbatą. Mieli też dzbanek wody, chłodnej, ale przecież Perygrinus dysponował różdżką więc nie powinien być to problem. Gdy powiedział o górach, spojrzała na niego zaskoczona. Cóż, zapomniała o tych planach. Zapomniała zupełnie skupiona na tym, bo każdego ranka chcieć jednak o siebie zawalczyć. Tak dla odmiany. – To... to dobrze? Zasłużyłeś na odpoczynek. Pracujesz... jesteś bardzo oddany pracy, ale każdy powinien kiedyś wyjechać i odetchnąć. – Nieświadomie odtworzyła słowa, którymi namawiała go do tego wyjazdu. Tylko wtedy robiła to z o wiele większym entuzjazmem oraz większa ilością kwiecistych znaków przestankowych. Nagle smutek dociążył jej ramiona, bo mówienie o wyjeździe było też w pewnym sensie mówieniem o nieuchronności zamknięcia tego spotkania. Dłoń znów zadrgała, a czarna głowa zawisła między złożonymi ramionami. Próbowała oddychać spokojnie, ale było trudno. W końcu więc pochyliła się ku niemu, właściwie położyła tak, by głowę złożyć na jego udzie, jak chory kot szukający u swojego właściciela pieszczoty i pociechy w cierpieniu. – Jak wyjdę... zabierzesz mnie w te Alpy? Chociaż na chwilę. Chciałabym stanąć na szczycie jednej z tych gór i... – ... skoczyć, pustka woła, pustka wzywa, to takie proste.... Ciało zadrgało znowu, a Mi podciągnęła nogi, przyciskając kolana mocno do piersi w obronnym geście. RE: 20/07/72 | Lecznica Dusz | Millie & Peregrinus - Peregrinus Trelawney - 28.05.2024 Nie mówił zwykle wprost takich rzeczy. Kochać było ludzkim odruchem, rysą na rzeźbionej w marmurze masce stoika, za którą chował się na co dzień. Przed samym sobą nie próbował udawać, że nie kocha nikogo; nie żył w aż takim wyparciu. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że są w jego życiu osoby bliskie sercu. Te, które kochał tak bardzo, że gotów był na wielkie poświęcenia i nie był w stanie patrzeć na ich cierpienie. Była to Millie, była jego matka, może nawet w jakiś pokrętny sposób Vakel. A jednak słowa tę miłość wyrażające z trudnością wydostawały się z jego ust; wzbraniał się przed takim bezpośrednim odsłonięciem, szukał innych dróg do okazania uczuć: czynu czy obecności. Dlatego tamtego dnia w sali Lecznicy nie padło: „kocham cię”, lecz „zależy mi”. Obszedł temat, choć w głębi duszy tak bardzo chciał jej dać te dwa słowa, kocham cię, w nadziei, że znajdzie w nich trochę otuchy. Gdyby kochał ją mniej, gdyby ich waga była mniejsza i nie kryło się między tą garstką głosek aż tyle uczucia: być może wtedy zdobyłby się na powiedzenie tego w tamtej chwili. — Oczywiście, że powróżę. — Teraz, gdy widział, że wszystko z nią w porządku, nie bał się aż tak. Skoro wróciła, los nie powinien ważyć się na ponowne jej odebranie. Prawda? — Masz jakieś konkretne pytanie? Przez chwilę bał się, że wciskając mu z powrotem farby, odpuszcza prezent, decyduje się pozostać przy szarości węgielnych szkiców. Zdecydowanie przyjemniejszą była interpretacja, że Peregrinus ma je jedynie przechować. Oczywiście wziął posłusznie koc i włożył farbki do kieszeni, gdy skierowali się do ogrodu. ———
Świat poza szpitalem odzyskał częściowo swoje kolory, choć wciąż były jakby nie w pełni nasycone. Na kocu prócz kubków wyłożone było także pudełko z kartami Peregrinusa gotowymi do powróżenia oraz paczka papierosów i zdjęta przez niego marynarka. Samotność kuzynostwa rozpraszał jedynie czarny kos szukający w ziemi pod drzewem owadów, choć Trelawney podejrzewał, że gdzieś poza ich zasięgiem wzroku zapewne krąży sanitariusz pilnujący przebywających w ogrodzie. Nastroje nieco zmarkotniały: euforia ze spotkania po długiej rozłące opadła, miejsce po niej wypełniło smutne przypomnienie, że to jeszcze nie koniec zmagań Millie. Fakt, że wróciła, nie oznaczał, że wszystko jest w porządku i dalej będzie tylko łatwo. Słuchając namawiań do wyjazdu, wróżbita rozsypał machinalnie do obu naczyń po trochu herbaty, po czym zakręcił różdżką nad dzbankiem, z którego leniwie uniosła się wstęga wody. Wiła się chwilę wokół różdżki, chłonąc promieniowane przez nią ciepło, po czym rozeszła się na dwoje i wpadła z łagodnym pluśnięciem do kubków. — Zapewne. — Nie było w tym wiele entuzjazmu ani przekonania. Z jednej strony dokładnie to chciał usłyszeć: że nie powinien czuć się jak zdrajca. Z drugiej… z drugiej myślał, czy nie wolałby zostać za tę zdradę ukarany gniewem. — Choć mógłbym w ramach wypoczynku… posiedzieć w domu? — Nie usiedziałby. Wróciłby do pracy przed upływem dwóch dni. Nie protestował, gdy Millie schyliła się i złożyła głowę na jego nodze. Wręcz przeciwnie, poprawił pozycję, żeby mogła oprzeć się wygodniej. Spojrzał rozczulony w dół, na plątaninę ciemnych włosów, na szczupłe blade ramiona. — Zabiorę. — Słowo to wyszło z jego ust podłamanym głosem, ponieważ poczuł, jak Moody zadrżała. Chciał przyciągnąć ją do siebie i zamknąć w objęciach, nie wypuszczać już nigdy. Obecne okoliczności pozwoliły mu jednak jedynie na wsunięcie dłoni między kosmyki jej włosów. Głaskał ją delikatnie po głowie, uważając, aby nie zaplątać palców w przypadkowy kołtun i nie pociągnąć boleśnie. Co jakiś czas, błądząc, zahaczał także miękko opuszkami o jej policzek, kark czy szyję. — Jak wyjdziesz, pójdę za tobą gdziekolwiek. Na szczyt, na dno. RE: 20/07/72 | Lecznica Dusz | Millie & Peregrinus - Millie Moody - 28.05.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/54/c2/7e/54c27ec263b78ca19bcf24504c5f949c.jpg[/inny avek] Kos łapał robaki, umykające przed unoszącą się w powietrzu wilgocią, podbitą niepomierną duchotą, która sprawiała, że ciężko się oddychało w oczekiwaniu na deszcz. Gdzieś na zachodzie grzmiało, lecz żadne z nich nie słyszało tej przetaczającej się po niebie kaskady gromu. Oboje byli zbyt zagłuszeni własnymi myślami, lękami, gnieceni przez strach o nią. O to, że może jednak zniknie. Millie nienawidziła szczerze Lecznicy Dusz, która w była jak obrzydliwe białościenne więzienie, klatka tłamsząca jej energię, jej życie i to jak je smakowało, gdy nikt nie patrzył. Ów impet mógł być wymierzony w nią samą, czasami z resztą tak właśnie bywało, ale tu pośród białych ścian zbyt wiele energii wytracała by udawać normalną. A przecież tylko wariaci byli coś warci. Zazdrość mieszała się z tęsknotą. Była przekonana, że jego słowa są kłamliwe. Wcale nie poszedłby za nią do piekła. To Alastor trwał przy łóżku, czytał co wieczór Szekspira, zdzierał sobie gardło, bez żadnej gwarancji, że mu odpowie. To Alastor wezwał ją, powołał do życia i zapieczętował jak demona. To Alastor był tym, który w kryzysie nie zawiódł choć teraz... teraz go nie było. Siostra otworzyła oczy, więc on powracał do normalnego tryby, wrócił na służbę, oczywiście nie powinna mieć mu tego za złe, choć pokusa, by znów dać się porwać czerni była bardzo silna, jeśli to był gwarant utrzymania go przy sobie. Tymczasem im lepiej się czuła, tym więcej osób ją odwiedzało, choć przynosili oni swoje koszmary. Lęki. Choć przynosili ze sobą swój ból, które nadwrażliwe zmysły doświadczały potrójnie. Peregrinus przyniósł jej jednak... nią samą, nienawiść do siebie, do jej słabości, do tego jak żałośnie wyglądała. Nie rozumiała tej wizji, jeszcze nie, ale brakło jej sił, żeby mówić. Z resztą... Okłamałby ją, czyż nie? Tak jak teraz kłamał, że poszedłby za nią wszędzie. Z drugiej strony palce doskonale wiedziały gdzie podążyć, jakie punkty nacisnąć, które kosmyki pociągnąć, a gdzie tylko przejechać paznokciami, by dać jej ukojenie. Pośród swoich miłostek i kochanków, spragniona bodźców o bardzo wysokim punkcie pobudzenia Millie szukała agresji i bólu, intensywności, tańczenia z ogniem. Tak niewielu ludzi wiedziało, czego potrzebowała prawdziwie, by znaleźć ukojenie, nie wzlot, ale spokojne przymknięcie oczu, gdy ciało rozluźnia się ufnie, w zbudowanej intymności. Kiedyś mu pokazała. Jeszcze w Hogwarcie, poprosiła o pomoc, gdy zaczęło już być bardzo, bardzo źle. Przed laty, po śmierci matki tak brat przynosił jej ulgę i pomagał zasnąć choć na kilka godzin, nim koszmary powróciły. Tak przed laty w zamku, gdy tęsknota za Alikiem rozrywała jej serce, a sen nie przychodził już nie dobę, ale trzy, cztery, gdy stawała się żywym upiorem, tak Peregrinus i jego wprawne palce rozplatały myśli, koiły cierpienie. Tak było i teraz. Zwinięte ciało rozwijało się, łatwo mógł widzieć i przyjmować skuteczność zastosowanej "terapii". Miękła mu w dłoniach, jak sucha gąbka, która nasiąkała wodą. Odwróciła się nawet na plecy odwracając twarz ku bladej, pociągłej twarzy swojego przyjaciela. Gest więcej robił niż słowo, miodowe oczy zapatrzyły się w niego niosąc smutną akceptację, uśmiech, który nie miał być wesoły, ale cichy. Tak inne oblicze Moody zarezerwowane było dla bardzo wąskiego grona tych, którzy byli w stanie przebić się przez ostre kanty muszli. Którzy chcieli znaleźć perłę. – Chciałabym wiedzieć co się odjebie jak stąd w końcu wyjdę. Gdzie wzlecę, gdzie opadnę. Nie mogę... nie mogę się doczekać, żeby szkice przenosić na płótno. Zaczęłam też rysować ptaki wiesz? – mówiła cicho, spokojnie, jakby byli parą na pikniku, a nie dwójką bardzo nieszczęśliwych i samotnych ludzi. On kłamał, ale ona nie była lepsza. Dreszcz przeszedł przez wątłe ciało, jak kolejny grom na zachodzie przetoczył się po niebie. Wiatr przyniósł zapach deszczu i było w tym coś kojącego. – Mogłabym... mogłabym w końcu namalować Ciebie, jakoś lepiej niż tylko uwalając wszystko złotą farbą. – otuliła ich ramiona ciepłym wspomnieniem i zdobyła się na uśmiech bardziej szczery, choć wciąż nostalgiczny. RE: 20/07/72 | Lecznica Dusz | Millie & Peregrinus - Peregrinus Trelawney - 12.06.2024 Poszedłby za nią do piekła? Być może to właśnie zacieśniło tę więź: szansa na to, że Peregrinus zostanie ściągnięty wraz z nią na dno. Miał w końcu brzydkiego pecha do wybierania na bliskich ludzi, którzy sączyli w jego duszę truciznę. Klątwa tak często dotykająca tych, którzy raz nauczyli się toksycznej miłości; tych, którzy zapomnieli, czym jest miłość czysta i radosna. Oryginalne cierpienie wymknęło się spod kontroli Peregrinusa, nie mógł nad nim zapanować poprzez uśmierzenie; namiastkę sprawczości odzyskał więc przez jego spotęgowanie. Trwał przy wyniszczonej Aurorze, pokaleczonej Millie, nieosiągalnym Vakelu. Lgnął do nich, a lgnąc, błagał, aby go zniszczyli. Nasączyli cierpieniem wszelką zdrową tkankę, jaka jeszcze w nim pozostała; rozerwali na strzępy. Jeśli Mildred Moody zawoła, wkroczy za nią na ścieżkę destrukcji. Powie jej: zawróć, lecz nogi jego posłusznie podążać będą za nią, prowadząc wbrew woli ku kolejnym cierpieniom. Obserwował z zadowoleniem reakcje Millie na ruchy palców, które mimo lat odnalazły właściwe stare ścieżki, niosąc nimi ukojenie. Zadbał o to, żeby zapamiętać ten moment; zbierał podczas swojej wizyty wszelkie drobne wskazówki, które przypominały o tej Moody, jaką znał. Żeby nie zwątpić po wyjściu za bramy w jej powrót, odtworzyć go łatwo w wyobraźni i uwierzyć. Szczególnie chciał zapamiętać jej oczy i smutny uśmiech, którego nie sposób było nie odwzajemnić. Nawet jeśli Mildred wierzyła, że Peregrin kłamie i wystawi ją, gdy nadarzy się okazja, to nie dało się zaprzeczyć temu, że w tej chwili byli razem. Nie tylko ciałem, ale przede wszystkim duchem. W pustym ogrodzie Lecznicy myśli Trelawneya orbitowały tylko wokół niej; za bramą zostały wszystkie inne problemy, prześlizgnęło się tylko to jedno nieszczęsne, niebieskookie widmo. Tasując karty, przyjaciel słuchał o jej artystycznych zapędach i życzył w duchu, aby jak te szkicowane ptaki wzleciała ponad murami szpitala, znalazła drogę do domu. Przekazanie energii tej intencji kartom byłoby niestety oszustwem i zakłamywaniem wyniku myśleniem życzeniowym, więc zrobił co w jego mocy, aby odsunąć ptasie fantazje na bok. — Pewnie powinnaś. Tamten obraz, zdaje się, nieco się zdezaktualizował. Zamiast złociście zajebistego przydałby ci się teraz kolor zgniłych liści jesiennych. Jakiego koloru jest bezsenność? Szary? Rozkładanie kart na kocu było niewygodne, ale nie przeszkodziło mu to. Wystarczyło nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów i trzymać kciuki, aby nie zerwał się wiatr i nie rozrzucił po ogrodzie wyłożonego już tarota. Po umieszczeniu na rozkładzie finalnej karty Peregrinusa uderzyła ilość siódemek. Mimo że Millie nie wypowiedziała na głos swoich oskarżeń, one same przebiły się do niego przez karty w szatach siódemek śpiewających o pozorach i iluzjach. Nie rozczytał ich być może wprost jako zarzutu w swoją stronę, ale odnotował ten motyw, zapisując go w pamięci. Uśmiechnął się z kolei pod nosem na widok mającej reprezentować kuzynkę Królowej Buław. Tak, to do niej pasowało. Kreatywna, niezależna Królowa, zdolna do szaleństwa. Kolejne, na co zwrócił uwagę: Świat u podstawy. Co on tam robił? Tego wróżbita nie odkrył od razu, zostawił to czytanie na później; w końcu było tu wiele innych ciekawych smaczków. — Pustelnik na przeszłości, wygląda dobrze. — Odpływający Eremita Limba dawał mu nadzieję, że to koniec jej izolacji, skończyła się samotna wędrówka; wraca na stałe do żywych. — Choć droga, mogliśmy w zasadzie sami zgadnąć, nie wygląda wcale na łatwą. Mnogość Mieczy — szczególnie odwrócony As — rzucała wyzwania i kłody pod nogi, lecz nie interpretował ich aż tak tragicznie. Kielichy na zamykającej pozycji dawały znać, że finał niekoniecznie będzie katastrofą, lecz otworzy jej drzwi na wiele nowych dróg i opcji. RE: 20/07/72 | Lecznica Dusz | Millie & Peregrinus - Millie Moody - 17.06.2024 – Dla mnie zawsze będziesz złotym chłopcem Grin, chuj mnie obchodzi co o sobie myślisz. – mruknęła pod nosem, ale nie wchodziła w większą interakcję, by nie zaburzyć układu. Nie modliła się do kart jak Morpheus, nie okadzała ich pierdami jednorożców, nie eksponowała na księżycowe światło. Ale szanowała aurę, a szczególnie aurę ciszy jaką trzeba było roztaczać wokół tych szeleszczących kurew, które wszystko podsłuchiwały i potem... Uśmiechnęła się na widok układu, przysiadając się do Peregrinusa, biodro przy biodrze, głowę składając na jego ramieniu. Wyciągnęła dłoń ku kartom, zupełnie jakby krążenie opuszkiem po tekturkach pomagało lepiej wczytać się w znaczenie. – Dobrze mi życzysz... – stwierdziła, nie zapytała. Dawno nie widziała takiego układu, dawno sama nie położyła sobie takich kart. Oczywiście były problemy. Wszechobecne siódemki, cyfra konfliktu. Walki, wewnętrznej, zewnętrznej, jej istnienia, prawdy o niej. I świat w korzeniach, czuła jak jej oczy zachodzą mgłą. Świat nigdy nie był jej pragnieniem, nie był czymś co byłoby w jakimkolwiek zasięgu jej dłoni. Świat, był czymś zarezerwowanym dla normalnych osób, ludzi, którzy wiedzieli jak żyć. Ona zatrzymywała się na Wieży. Na piorunie, który roztrzaskiwał jej istnienie na tysiące kawałków, z których nic już nie było warte odbudowy. – Myślisz, ze król mieczy to realna osoba, czy tylko symbol, znaczenia, które za nią stoją? – Wybory, wybory milion wyborów, milion mieczy, rozlanych kielichów i niepewności. Ale proszę, o to na końcu siedzi królowa z buławą w ręku. Działanie. Pewność. Świat. Świat w korzeniach. – Powinieneś mi częściej układać tarota, wiesz myślę, że Twoje karty mnie lubią... – odetchnęła uspokojona, po czym otarła się kilkukrotnie o jego ramię, jak kot szukający uwagi, a może taki, który bardzo chciałby powiedzieć drugiej człowiekowi jesteś mój, cały mój, tylko mój... – Masz moje farby gdzieś? Chce zobaczyć jaki mają pigment, w czasie gdy będziesz mi opowiadał dalej. Przez te węgle tak mało w moim życiu kolorów – Spalone węgle, podłóżne węgle, kikuty sczerniałych drzew wokół miejsca kaźni i rozdarcia światów. Ujęła pudełko delikatnie i sięgnęła po chłodniejszą wodę by pędzlami bardzo powoli, z rozmysłem pogłaskać, ukochać akwarelową kostkę. Na początek wybrała żółty. Kolor szaty królowej. Kolor nadziei. I zdrady. Kolor przyjaźni. Kolor zazdrości. Kolor poczucia własnej wartości. Kolor przyszłości. [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/54/c2/7e/54c27ec263b78ca19bcf24504c5f949c.jpg[/inny avek] |