![]() |
|
[14-15.06.1972] +THNX140672+ - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122) +--- Wątek: [14-15.06.1972] +THNX140672+ (/showthread.php?tid=3265) Strony:
1
2
|
[14-15.06.1972] +THNX140672+ - Cain Bletchley - 15.05.2024 Everyone dreams of eternal love Everyone falls apart at least once I’ll appreciate it forever because it was you Ubranie Caina na każdą okazję było takie samo. Różniło się tylko do pracy. Tam wtedy dbał o to, żeby chociaż wyglądało na wyprasowane, żeby nie było pogniecione, żeby nie powiedzieli o nim złego słowa, chociaż i tak udawało się to zazwyczaj na słowo honoru. Ważne, żeby nie wyglądało jak psu z gardła wyjęte. Trochę inaczej miały się rzeczy, które nosił na co dzień. Może i nie raziły pognieceniem w każdej najmniejszej części, ale daleko mu było do wielce schludnego wyglądu. Zasada była ta sama: żeby nie gadali. Żeby nie uważali, że mogą źle na niego patrzeć tylko dlatego, że odstawał od kulturowych norm przyjętych w jego środowisku. Po wyjęciu jednej z wielu koszul (jeśli mowa o ubraniu i o tym, że na każdą okazję koszula była dobra) spojrzał na nią dość krytycznie, bo w walizce, siłą rzeczy, pomięła się okrutnie. Dzięki bogom mieli magię, która była trwała. Czyli żelazko. Bo tak, Bletchley czasami potrafił po nie sięgnąć, w ramach ostateczności. Tak więc nie było wielkiego strojenia się, ale przecież nie mógł się pokazać w jakiejś przepoconej żonobijce. Hawajka (niemalże) koszula i rybaczki plus modlitwa o to, żeby komary nie pożarły ich żywcem. Gdyby tylko Bletchley bywał częściej nad jeziorem to wiedziałby, że musi się modlić. Bar na plaży prezentował się żywo. Tak bardzo żywo, że w pierwszej chwili ogarnął Caina niepokój o to, jak bezmyślnie folgował sobie z Flynnem. Dreszcz chłodu w te upały był bardzo mile widziany i wręcz pożądany, tylko niekoniecznie oczekiwało się go w takiej właśnie formie. Byłby milszy, gdyby pochodził, na przykład, ze schłodzonego drinka, którego oczekiwał dostać w tym miejscu. Miejsce zaś - żywotne nie tylko w ludziach, ale i w samym wyglądzie. Nie było proste i puste, jak większość tanich spelun - trochę bambusa, trochę drewna, leżaki, stoliki, piasek. Otwarty, półokrągły bar, za blatem którego stał kelner i kelnerka (albo barman i barmanka?) i zagadywali kolejne osoby podchodzące do blatu. Z głośników leciał blues, a na plaży tańczyło kilka osób do jego rytmu ubranych w kolorowe fatałaszki. Wystarczyło kilka chwil, żeby zorientować się, co spowodowało aż tak intensywne ożywienie okolicy. Ślub. Tutaj zaś konkretnie - wesele. Dzielenie ludzi pod kątem subkultur było tak samo naturalne jak dzielenie ludzi na kobiety i mężczyzn. Prawie jakby człowiek naprawdę się z tym rodził, a nadmiarne komplikacje w tych tematach pasowało tylko do indywidualnych jednostek. Jak na przykład Fleamont, który czasami zachowywał się tak, jakby bardzo chciał nosić spódnicę. Właściwie biorąc jego niektóre odzywki i wyrzuty to nawet nie "chyba". Czy więc gdyby był kobietą lubiłby go tak samo? Przeświadczenie o tym, że człowiek będzie taki sam po zmianie płci było absurdalne i Cain nigdy by się nie zgodził z tą teorią - zbyt wiele umysłów zwiedził, żeby zdawać sobie sprawę z tych subtelnych różnic, jakie dzieliły obie płci. Coś by się więc we Fleamoncie zmieniło - być może na lepsze. Tylko czy on sam mógłby go lubić jeszcze bardziej? Taka jakże filozoficzna rozkmina drążyła jego głowę, kiedy siedział przy barze i skończył właśnie gawędzić z barmanką. Kiedy obrócił się na krzesełku w stronę Flynna i odszukał go wzrokiem kręcącego się wśród hipisów, którzy wyglądali już na lekko wciętych, jakby zdążyli sobie gdzieś na boczku popalić i teraz gotowi byli go wysławiania Selene po kres tych czasów, a wraz z nią długie życie państwa młodych. RE: [14-15.06.1972] +THNX140672+ - The Edge - 16.05.2024 Wyglądanie codziennie tak samo było jakąś częścią wspólną ich egzystencji, chociaż u Flynna życie poprzestawiało w głowie zupełnie inne pstryczki niż u Caina. Flynn bardzo wcześnie zrozumiał, jak duże znaczenie miało to, co na siebie zakładamy - ludzie zwracali na to uwagę, oceniali przez pryzmat tego, a... nie, to nie było takie proste, kiedy nie widziałeś kolorów, kiedy podnosiłeś koszulkę na targu i wydawała ci się być zwyczajna, a każdy inny widział, że była pofarbowana w gryzące się pomarańcz i róż. Być może spodobałoby mu się to połączenie i chciałby to nosić, ale nie znał go, nie potrafił zrozumieć, co to znaczy, że kolory się ze sobą gryzły - czy na to ciężko było patrzeć? Jak na neonowe znaki, dla niego mające taką przyjemną, jasną aurę? Lubił o tym słuchać, ale co mu z tego - to były opowieści o nieznanym lądzie. Wszystko było łatwiejsze, kiedy mógł powiedzieć Fontaine, że potrzebuje ubrań, a ona mogła traktować jak rozrywkę wybieranie mu nowych spodni i płacenie za nie. Nie pamiętał, kiedy przestała to robić i dawała mu pieniądze do ręki, ale od tej pory już zawsze wyglądał tak samo. Te same spodnie, ta sama kurtka, te same buty, wszystko noszone tak długo, aż było znoszone i nie miał już wyjścia. Zanim się obejrzał, to właśnie był jego image. Coś, o czym ludzie myśleli pewnie, że było przemyślane, nie miało podłoża w potrzebie buntu tylko dysfunkcji, z którą nie potrafił sobie poradzić. Oczywiście, że nikomu o tym nie mówił, nikt normalny nie przyznałby się na Ścieżkach do posiadania tak katastrofalnego schorzenia - wystarczyłoby pisać o nim obelgi w kolorach niemożliwych dla niego do rozróżnienia, żeby z niego drwić. Mogliby zastawiać pułapki specjalnie na niego. Po prostu ubierał się jak ona, tak? A później zaczęło mu się to podobać, bo im mocniej nienawidził społeczeństwa, tym mocniej zauważał, jak łatwo było wyprowadzić innych z równowagi tatuażem na szyi i dziurami na kolanach, a to wszystko zgrywało się już z tym co nosił wcześniej. Kontynuował opowieść rozpoczętą przez ślepy los. Na przekór wszystkiemu i wszystkim. Nigdy nie spodziewał się znalezienia w tej sytuacji. Stał przed lustrem, ubrany już w spodnie, buty, okulary i koszulę (dla spokoju ducha pożyczoną od siostry). Chciał ją zawiązać tak jak zawiązywał je zawsze, żeby mieć odsłonięty brzuch, ale wtedy coś w jego głowie powiedziało, że no przecież miał udawać, mógłby się minimalnie postarać. Rozwiązał więc ten supeł. Nie widząc swojego brzucha przypomniał sobie, jak leżąc przy cmentarzu Cain go komplementował, nie pamiętał już dokładnych słów, ale to na pewno było coś o tym, że powinien ten brzuch pokazywać. No to zawiązał supeł jeszcze raz. Następna myśl - bycie ślicznym nie znaczyło od razu, że nie wstydził się z nim wyjść. Wstyd był w tej relacji najświeższą raną, supeł został więc rozwiązany. Wtedy wyszedł z łazienki i zobaczył, jak Bletchley prasuje swoją koszulę i cóż... Uh... Jego miała zagniecenia od tego supła i... Nie wiedział co ma zrobić. Bardzo chciał żeby Cain był tam w tym barze szczęśliwy, a nie permanentnie zmieszany. Wrócił do łazienki, spojrzał w lustro jeszcze raz i westchnął. Zawiązał supeł jeszcze raz, nieco niżej niż wcześniej. Podwinął rękawy. Nie rozumiał co się z nim działo, przecież właśnie taki mu się podobał, nie wybrał sobie Crowa po to, żeby nie mieć Crowa. Nie kręci cię koleś zdolny do zrobienia sobie tatuażu na całe plecy na twoją cześć, jeżeli nie jesteś pierdolniety. No to o chuj chodziło? Zrozumiał to zaledwie kilka sekund później, stając obok Bletchleya. On ubrał się identycznie jak Alexander. Flynn nie widział kolorów, ale widział wzorek, krótkie spodnie, to jak luźno i przewiewnie w tym wyglądał. Skoro Cain wyglądał jak Alexander, a on wciąż wyglądał jak on, to nasłuchał się już wyjątkowo dużo komentarzy, aby przewidzieć każdy następny, jaki się pojawi. „Ale śmiesznie razem wyglądacie, jak z dwóch innych światów”. Śmiesznie. Nie poszli do tego baru póki nie całował się z nim wpierw tak długo, żeby samemu sobie udowodnić, że to oni byli śmieszni - oni byli śmieszni i durni myśląc sobie o nich jakieś rzeczy, kiedy Cain był jego. To na niego gapił się w ten sposób. Był. Kurwa. Jego. Nie zamierzał dać się przycisnąć jakimś frajerom. Takie komentarze bolały bardziej niż chciałby to przyznać, ale nauczył się kopać, szczekać i gryźć w odwecie, stworzył sobie całą pieprzoną osobowość tylko po to, żeby się nie zasłaniać, żeby się nie bać. Osobowość, która teraz była mu bardzo potrzebna. Bo kiedy tylko wynurzyli się z leśnej ścieżki, a Cain puścił jego rękę (jeszcze ktoś by go wziął za geja, zrozumiałe), Flynn otworzył szerzej usta. - Nigdy nie widziałem tutaj tylu ludzi - powiedział i w pierwszej reakcji nieco się skulił, jakby stracił część zapału do pomysłu spędzenia tu czasu. To nie było atrakcyjne dla niego przyjęcie. Zatrzymał się w miejscu, zrobił dwa głębsze wdechy i momentalnie się wyprostował. Tego wieczoru oboje nałożyli na siebie swoje maski. Dla Flynna okazało się to nie być takie złe. Jak zawsze nastawił się na najgorsze, a ci ludzie okazali się być naprawdę mili. Był czarną kropką na tle tęczy, ale ta tęcza go akceptowała, zdążył już poznać grupę dziewczyn będących druhnami, a one wzięły go za jakiegoś znajomego panny młodej. Panna młoda również pojawiła się w tej scenie i chociaż się tego nie spodziewał - zagrała w jego grę - że niby go znała i cieszyła się, że przyszli, dając im nieme przyzwolenie na kręcenie się tutaj, jednocześnie (najwyraźniej celowo, dla zabawy) zmuszając go do wymyślenia reszty detali mających podtrzymać filary tegoż kłamstwa. Obserwujący go Bletchley widział go więc w sytuacji niby nietypowej, ale do przewidzenia - otoczony wianuszkiem dziewczyn wymieniał się z nimi jakimiś historiami i słuchał ich chichotów, niemal w ogóle nie bujając się do muzyki, chociaż szedł tu tanecznym krokiem, a dzisiaj rano obwieścił mu, że muzykę to on w gruncie rzeczy słyszał cały czas. RE: [14-15.06.1972] +THNX140672+ - Cain Bletchley - 17.05.2024 Jakiego komentarza spodziewał się Flynn, kiedy stanął przed Cainem? Czy to miała być pochwała, zadowolenie, a może "idź się przebierz"? Bletchley nie zastanawiał się w ogóle, jak ubierze się Fleamont. Że jego znajomy (albo dobry przyjaciel na potrzeby sceny) ubiera się charakterystycznie to powinien być gorszy? Osoby, z którymi się zadajesz, potrafiły dużo powiedzieć o człowieku. I zarazem potrafiły mówić niewiele. Nie mówił tego na głos, Flynn mu się podobał dokładnie tak, jak się nosił i ubierał, ale przecież ciężko byłoby go uznać za kogoś więcej niż chłopaka z problemami. Tak, chłopaka, bo nawet mimo zniszczonej twarzy, która wyglądała o kilka lat starzej niż powinna, Flynn sprawiał wrażenie osoby niedojrzałej. Inni go też tak widzieli, czy tylko on tak patrzył? Tak nazywał wielki worek wszystkich problemów, którymi był zapakowany. To tymi problemami się owijał i nosił je jak kreacje, a kiedy nie mógł sobie z nimi poradzić - zmieniał kieckę. To było tak proste, że aż zabawne. Więc - koszula jak koszula? Spodnie jak spodnie? Jak cię widzą, tak cię piszą. Dlatego zachowanie neutralności i stonowania w tym, co było noszone, uważał za sedno. Tak samo jak pewna konieczność dopasowania się do towarzystwa, w którym przyjdzie ci się pokazać. Nie pójdziesz na pogrzeb w kolorowej koszuli. Nie pokażesz się na Nocturnie w hawajskim stylu. Nie pójdziesz na plaże ubrany cały na czarno, bo będziesz się wyróżniać. Flynn zawsze się wyróżniał i jedyne, czego się NIE spodziewał Bletchley, gdy go zobaczy, to tego, że będzie wyglądać... no będzie wyglądać tak. Spoglądał na niego z ciekawością, bo zobaczył coś nowego. Uśmiechnął się ciepło i dotknął jego bioder, przesunął na odsłonięte tułowie, potem na ramiona i poprawił jego kołnierzyk, chociaż to wcale nie był gest celem faktycznego poprawiania czegokolwiek. To był gest, żeby go podotykać i przekazać swoje uznanie. Widzę cię. Patrzę na ciebie, widzę cię. Podobasz mi się. - Przeszkadza ci to? - Mogli jeszcze zawrócić. Mogli zrezygnować z tego pomysłu. Szedł tutaj właściwie głównie dlatego, że Fleamont chciał, bo sam... sam chyba wolałby poleżeć na trawie i nawet na niej zasnąć po tym męczącym dniu. Męczącym przez Flynna. CHYBA. Bo Cain był ciekaw większości doznań, które mógł odkryć z Flynnem i przede wszystkim był ciekaw... jego. Po prostu jego. Tego, jak normalnie funkcjonuje, co robi, jak zawiera znajomości, czy je zawiera, czy będzie tutaj świadkiem jednej z tych nieszczęsnych chwil, w których będzie mu przykro przez jakieś romantyczne podrywanie drużby panny młodej. Bo skoro to było wesele to bogowie chyba wiedzą, kogo tutaj Flynn mógł wyrywać. - Słyszysz, jak gwiazdy mrugają? - Jedna z niewiast westchnęła wręcz tęsknie. Fleamont bujać się nie musiał, najwyraźniej aktualnie został wykorzystany jako dobra podpora do bujania się innych. Brunetka o długich za pas włosach, w które powplatała różne koraliki i zapomniała ich czesać jakiś czas, a mimo to jakoś dobrze to wyglądało, położyła dłoń na jego barku. Stojąca obok niewiasta, która bujała się w podobnym rytmie pokiwała głową z krótkim "mmm". To był moment, w którym Cain się zainteresował, czy powinien interweniować i być pomocą dla kolegi w potrzebie. Jego uwagę odwróciło zamieszanie wokół panny młodej, która była właśnie zaganiania do specjalnie przygotowanego stołka. Jedna drużba niosła jej długi, zapleciony warkocz - jeśli był autentyczny, a nie miał doczepianych włosów, to Cain był naprawdę pod wrażeniem. W końcu ktoś zawołał, żeby zmienili płytę. W końcu puścili jakieś rocka. Jedna z dziewczyn od razu wyskoczyła z zajmowanego wcześniej miejsca i pociągnęła do bujania się swojego partnera. Towarzystwo efektem domino zdawało się rozbudzać. Nic dziwnego. Ten blues nawet jego przysypiał. - A tyyy? - Zapytała Flynna brunetka obok niego, otwierając powieki i bujając się teraz bardziej w rytm muzyki naprawdę słyszalnej. - Tańczyysz? RE: [14-15.06.1972] +THNX140672+ - The Edge - 18.05.2024 - Tak - powiedział, jeszcze raz wzdychając ciężko - bo to nie jest tłum, w którym można się schować. - Ale nie wrócił. W ogóle nie brał tego pod uwagę, więc ruszył do przodu i skończył w sytuacji nowej, niespodziewanej, innej... Był na weselu dosłownie raz, ale znał je z opowieści, z plotek, nie potrafił nie zauważyć, że ludzie zwracali na nich uwagę na otoczenie, na bawiących się, wracali do domu z historiami, których częścią niekoniecznie chciał się dzisiaj stać. Bletchley widział go więc innego, niż kiedy przebywali razem. Nie wyglądał na zestresowanego, wręcz przeciwnie - na pewnego siebie i skupionego na sytuacji, na niepotrzebującego ratunku, na pana tego, co mówił i robił - to przy nim pozwalał sobie na bycie w rozsypce, na mówienie o jedno słowo lub zdanie za dużo, na tonięcie pod morzem łez będących wyrazem głębokiego cierpienia, na głośne wyrażanie potrzeby bliskości, jaką czuł nieustannie. Teraz ta cholerna przylepa niepotrafiąca zostawić go na krok wyglądała bardziej niż Crow znany wszystkim z przeszłości. Stojący prosto, nonszalancki bawidamek. Szmaciarz rzucił przed chwilą tekstem „słyszę tylko bluese'a i twój słodki głos”. Ale zdradzało go jedno - to jak czasami zerkał w jego kierunku i na jego twarzy pojawiał się przynajmniej cień uśmiechu za każdym razem, kiedy ich spojrzenia się zetknęły i... roztargnienie, kiedy uwaga Bletchleya była skupiona na czymś innym. Tak, koleś był kompletnie niereformowalny. Chłopak nie musiał mówić o jego stroju absolutnie nic, Flynn już sobie przecież odpowiedział na wszystkie pytania, tak czy siak, ale jego gest dodatkowo go podładował - stwierdził więc, że musiał przestać wmawiać sobie jakieś durnoctwa i skupić uwagę na kocham cię. Kocham cię wyszeptanym tym słodkim głosem, kiedy miał mu powiedzieć coś, co zapamięta do końca życia. Piękne wyznanie, budujące. Niestety nie wyleczyło tego idioty z głębokiej, toksycznej zazdrości zakorzenionej głęboko we wszystkich jego kompleksach. - Jasne, tylko uważaj, gdzie trzymasz ręce, moja narzeczona jest legilimentką. - Chciałby dodać i pracuje w policji, albo i świdruje mnie właśnie wzrokiem, ale po pierwsze - on naprawdę chciał iść potańczyć (a to spłoszyłoby każdego), a po drugie - jego narzeczona świdrowała teraz wzrokiem kogoś innego. Wiedział o tym, bo kiedy śliczna brunetka mimo wszystko pociągnęła go za rękę, chętna do wspólnej zabawy z kompletnie niepasującym tutaj, tajemniczym kuzynem panny młodej z Wisconsin (Flynn wymyślił to na poczekaniu kompletnie z dupy i czekał na salwę śmiechu, ale wszyscy musieli wypalić za dużo, bo nikt nie podważył tego faktu na podstawie silnego, angielskiego akcentu), zerknął na niego jeszcze raz. Jego blues nie usypiał. Właściwie to bardzo dobrze wiedział, jak kobieta dobrze mogła kogoś rozpalić, bujając biodrami do powolnej, leniwej muzyki. Na nieszczęście Ka... Kar... Kath... na nieszczęście tej pięknej damy, to Flynn wolał być stroną ruszającą biodrami, kiedy jego narzeczona korzystałaby z tego teatrzyku, nakręcając się na niego coraz mocniej. Ale tak nie było - jego narzeczona musiała zgubić go w tłumie skandujących osób, kiedy panna młoda czerwieniła się coraz mocniej - i to chyba był dar niebios dla wszystkich zebranych, bo prawdopodobnie uniknęli kryzysu - Flynn nie zdążył zauważyć jak Bletchleya znowu zagaduje ta cholerna barmanka. - Nie jesteś gościem wesela, co? - Zapytała go, wpatrując się razem z nim w ten sam punkt. Widać po niej było, że jest jedną z tych ciekawszych osób, tych charakternych, mających coś do opowiedzenia, być może coś ciekawszego niż mógłby opowiedzieć Fleamont - to właśnie doprowadziłoby go do stanu głębokiej irytacji, ale był zajęty próbą niewpadnięcia z tą wariatką na głośnik. - Pewnie zastanawiasz się, jak to zgadłam. Tylko ty i pan młody nie jesteście ujarani. RE: [14-15.06.1972] +THNX140672+ - Cain Bletchley - 18.05.2024 Każdy nosił maski, a co za każdy krył się za poszczególną maską należało zazwyczaj do jego pracy, żeby to odkryć. Gdzieś pomiędzy tym, jak już kończyli go oskarżać, że za dużo pracuje, a Cain starał się od pracy migać i brać zlecenia tak piękne jak przechadzka w biały dzionek w okularkach po jednym z wielkich świąt. Pozornie łatwa robota. Gdyby tylko była łatwa, to nikt nie potrzebowałby aurora, żeby pilnował tam porządku i był straszakiem. Potem można było zgarniać tony papierów i się chować za nimi. Regularna konieczność tracenia głowy była łatwa do nadrobienia uderzając nią w blat. Zawsze było to przyjemniejsze niż napinanie się przy krążeniu między ludźmi, z których każdy, w każdym momencie, może wbić ci nóż w plecy. Będzie miło, jeśli zrobi to w plecy, bo prawdopodobnie nie wahaliby się go wbić pod żebra. Zbliżając się do ciebie z nożem na widoku. Jedną z osób, która byłaby w stanie tak iść z nożem był właśnie ten chłopak, który teraz podrywał zachwyconą hipiskę, która uśmiechała się bajecznie i bujała tak, jakby była hipnotyzującym wahadłem zdolnym porwać uwagę czarnowłosego dla siebie. To, że co rusz odwracał swoje spojrzenie to nic - niekoniecznie to zauważała, albo była na tyle miła, że nie chciała zauważać. Poziom THC w jej krwi przekroczył normy, jeśli przyjąć, że normą nie było zero. Fleamont był teraz jak Czarny Kwiat, co rozkwitał tylko o północy, żeby zrobić zawody o bycie najpiękniejszym elementem otoczenia zaraz po pannie młodej. Łatwo było w takich warunkach zapomnieć nawet o tym, że miało się obok siebie koleżankę. Na szczęście koleżanka równie łatwo zapominała, że miała koleżankę - perpetum mobile, a dzięki tej sytuacji wszyscy byli chwilowo szczęśliwi i uratowani. Prawie wszyscy. - Aha. - Zgodziła się niezrażona, być może nawet nie wierzyła temu, co usłyszała, albo nawet nie słyszała, więc wierzyć nie mogła. Co innego, gdyby padł cały akompaniament dodatkowy do "legilimentka". Policjant, auror, ma na ciebie oko. Już taki zestaw potrafił przemówić nawet do bardzo rozluźnionych ludzi, takich jak ona w tym momencie. - Możesz mi mówić Sara, Jessica, albo jak ta twoja narzeczona ma na imię... - Jej było wszystko jedno, przecież nie zamierzała wychodzić za mąż za Flynna. Więc i nie zakładała, że jego obchodziło, jak na imię dziewczyna, która chciała go objąć. I wcale niekoniecznie uważać na swoje dłonie. Więc pociągnęła go do tańca marząc o tym, że nie było silniejszego powiązania człowieka z człowiekiem niż te chwile, kiedy muzyka łączyła wasze ciała i sprawiała, że zaczynaliście nadawać na tej samej, jednej fali. Jej nieszczęście, albo i szczęście - chyba zależało od tego, czego oczekujesz i czego poszukujesz. Dla niej jutro nie miało znaczenia, bo nie widziała nawet następnej godziny. Ona czuła i widziała tylko tu i teraz - tego kuzyna panny młodej z Wisconsin z angielskim akcentem. - Jeszcze parę minut do północy i tnieemy..! - Zawołała jedna z dziewcząt, unosząc wielkie nożyczki w powietrzu. Jakoś nikt nie widział problematyki tego, że było to delikatnie mówiąc niebezpieczne. Nikt się tym nie przejmował, a ona sama nie machała też tymi nożycami za mocno na boki. Wydawała się zresztą nieco bardziej trzeźwa, bo jak ktoś do niej podchodził, to przytulała je do swojej piersi niby największy skarb. - A potem wrzucamy ją do jeziora. - Zagadała tutaj do Flynna, nachylając się do niego i puszczając mu oczko, jakby tylko on mógł zostać jej tajnym agentem do realizacji tego planu. I zaraz go zostawiła, bo poszła dalej wznosząc nożyce w powietrze i nawołując do obcinania warkocza. - Hmm..? - Cain obrócił głowę od całego zbiorowiska gości bawiących się w najlepsze, które porwało zupełnie Edga w swoje szpony i zwrócił się znów do barmanki. Charyzmatyczna osóbka, z błyskiem w oku, która nasłuchała się mnóstwo historii i mnóstwo mogła powtórzyć. Nie potrzebował zamieniać z nią nawet jednego zdania, żeby ocenić to po jej uśmiechu, po jej bystrym spojrzeniu, nawet po ruchach sugerujących, że ona wiedziała dobrze, co robi, gdzie jest i jak wiele można stracić lub zyskać stojąc po drugiej stronie blatu, kiedy przychodzą do ciebie ludzie bawić się na wakacjach, wczasach jak i miejscowi, żeby płakać o swoich tragediach. Bądź na odwrót. Smutki i rozkosze nigdy nie przyporządkowywały się do konkretnych grup ludzi. Nie raz bierzesz ślub sądząc, że to będzie twoje "i żyli długo i szczęśliwie" i dopada cię tylko chandra na ślubnym kobiercu i rozczarowanie. Uśmiechnął się do niej w ten swój specyficzny sposób, posyłając jej spojrzenie, jakby naprawdę był zaintrygowany. Nie był. - Za to ja i pan młody będziemy niedługo pijani. - Bo nikt nie był w stanie wytrzymać czegoś takiego na trzeźwo - to myśląc o panie młodym. Bo Bletchley sobie pił powoli i leniwie, korzystając z odpoczynku i deptania piasku pod nogami. - Często miewasz tu takie imprezy? - Więc większość była miejscowa, często tu jarali, pewnie niektórych barmanka znała osobiście. Może nawet ta impreza była załatwiona po znajomości? Bletchley odszukał wzrokiem plakietki na jej ubraniu z nazwiskiem i przejechał w pamięci, czy słyszał to nazwisko wśród gości, swoje wrażenia z tego, jak do niej tutaj podchodzili i zagadywali. Handlowała ziołem pod ladą? Upił sobie łyczek drinka. RE: [14-15.06.1972] +THNX140672+ - The Edge - 25.05.2024 Flynn parsknął pod nosem. To był szczery śmiech, tylko nie był pewien, czy ten żart faktycznie był taki zabawny, czy dało się upalić oparami zielska. Ostatecznie... Dziewczyna i tak wyglądała, jakby było jej to obojętne. - Andżela, zapuściłaś włosy? - Rzucił w odpowiedzi, a później utonęli razem w muzyce. W muzyce, do której jak się okazało niekoniecznie potrafiła ruszać się w tym stanie, więc faktycznie wpadli razem na głośnik, omal nie kończąc tej imprezy jednym prostym trikiem, jakim była nieudana próba złapania jej w locie. - Wariatka. - Skwitował. Ale przecież nic się nie stało, więc tym razem on pociągnął ją za rękę, żeby przestała stać tak wryta w parkiet, z miną wyrażającą tyle co „ups”. - To jest jakaś tradycja? - Zapytał, przez chwilę nie mogąc oderwać wzroku od wielkich nożyc. - Mówię o wrzucaniu do jeziora, nie o tym, że jesteś ciamajdą - droczył się z nią dalej, zastanawiając się ile była w stanie wytrzymać. Żadna z wachlarza form, jakie był w stanie przyjąć, nie była kimś zdolnym do całkowitego powstrzymania ciętego, prowokującego jęzora. Przykro to w sumie brzmiało, ale to przecież była prawda - przy nim trzeba było przyzwyczaić się do tego, że będzie wredny. Gdyby był czekoladą, zdecydowanie miałby w sobie za dużo soli. Położył rękę na plecach brunetki i oboje wpatrywali się w pannę młodą. Najwyraźniej o świecie dało się dowiedzieć czegoś jeszcze. Jedyną parą oczu, która nie wpatrywała się teraz w najważniejszą kobietę na sali, była aktualnie wysoka, wytatuowana barmanka, całkowicie skupiona na przybyłym tu niedawno chłopaku posyłającym jej swój firmowy uśmiech numer jeden. Nietrudno było domyślić się, że ona ten uśmiech odbierała dokładnie tak, jak Cain tego chciał - i nawet jeżeli powinna być nieco rozsądniejsza, najwyraźniej ładne oczy wystarczyły, żeby przestała się nad tym zastanawiać. - Ha, na pewno nie będziesz tak pijany jak on, skoro dopiero co tutaj przyszedłeś - powiedziała, pochylając się nad blatem barowym i opierając o niego łokciami, żeby lepiej słyszeli się przez krzyczących ludzi. - Jemu nie nalałam właśnie pierwszego drinka. - Oderwała od niego wzrok, żeby omieść nim salę i dojrzeć tego świeżo upieczonego męża. Wpatrywał się w nią szczęśliwy, z miłością, przykładając ręce do twarzy jakby nie wierzył w to, co miało się właśnie wydarzyć. - Takie? W sensie takie wesołe - najwyraźniej nie tylko przez zielsko - czy takie wesela? Wesołe to zawsze, ale wesela zdarzają się rzadko. - Skinęła głową na tę dwójkę gołąbeczków. - Oni, w sensie para młoda, poznali się z dwa lata temu i przekonali właścicielkę do wynajęcia im tego po niższej cenie. Zgodziła się chyba tylko przez to, że dziewczyna przychodziła tu wcześniej z innym facetem i nikt go na barze nie lubił, jak z nim wreszcie zerwała to kiedy ryczała na tamtym stołku, wszyscy biliśmy jej brawo. - Opowieść była (jej zdaniem) zabawna, a dalsza część ich historii, ta opowiadana w akompaniamencie dźwięku cięcia nożyczek, na pewno powinna ją ciekawić. Ona jednak zamiast obserwować zmiany na twarzy ich najwyraźniej stałej bywalczyni, wysunęła bladą rękę w kierunku Caina. - Christina. RE: [14-15.06.1972] +THNX140672+ - Cain Bletchley - 30.05.2024 Śmiech, balet, drinki i zapach palonej marichuany tworzyły symfonię tego wydarzenia. Muzyka leciała w tle, ale równie dobrze mogłoby jej w tym momencie nie być. Tutaj, na plaży, gdzie pościągano buty i tańczono w blasku księżyca i gwiazd, te kobiety wyglądały jak wiedźmy, które właśnie odprawiają rytualny taniec. Jedna z nich, z tymi nożycami, wariatka co się zowie, stała najbliżej krzesła i panna młoda co rusz się na nią oglądała. Niby to się uśmiechając, ale okazując niepewność każdym wejrzeniem na lśniący metal, jakby miał ją skrócić o głowę nie o warkoczy. To dopiero byłoby wesele warte zapamiętania. Wesele, na którym tracisz głowę. W końcu nożyce poszły w ruch wraz z oklaskami i nawoływaniami, w końcu ten warkocz opadł, w końcu panna młoda, mimo pisku i próby ucieczki, została złapana przez mężczyzn i wrzucona do jeziora. I nie trzeba było czekać długo, żeby zatargali jej też tam pana młodego, by skandować coś o jakimś gorzko. Jak tu mówić o goryczy, kiedy pocałunek był taki słodki? Wart zapamiętania, jedna z tych romantycznych chwil supłających się w głowie wiarą, że na tym świecie istnieją dobre relacje, istnieją dobre zakończenia i są też dobre początki. Przecież dla tej dwójki to było to - początek. Cain na to spoglądał. Żeby zapisać coś dobrego w swojej pełnej syfu łepetynie, bo może kiedy zabraknie już słońca, gdy ciemność zawładnie światem, to przypomnieć sobie o tym, że niektórzy byli szczęśliwi. Wiecie, co widział jeszcze? Śmierciożerców, którzy mogli to wesołe zbiorowisko szybko wyjaśnić i zamienić coś pięknego w morze łez. Nie obserwował tego jednak ciągle. Nie każdy fragment był ciekawy, a i same odgłosy za plecami pozwalały wyobrazić sobie, co też tam na tej dzikiej imprezie może się dziać. Za to bardzo mocno zastanawiał się nad tym, po co w ogóle prowadził rozmowę z tą kobietą i po co w ogóle się tym interesował, skoro wiedzieć nie chciał? Nie, chciał, bo pytał, ale przecież zajmowanie się czymś tak bzdurnym... Ogarnij się człowieku, jesteś na ślubie, nie w pracy. Podobno jeśli jesteś psem w mundurze to możesz wyjść z pracy, ale praca nie wychodzi z ciebie. Nie podobało mu się do końca to stwierdzenie, ale przyłapał się na tym, że to robi. Doszukuje się jakichś bzdur, z którymi i tak nic nie zrobi - może co najwyżej zapyta laskę, czy jemu też sprzedadzą, żeby potem zapalić z Flynnem. Tak się więc stało, że ewidentnie się wyłączył. Nawet swoje imię powiedział dopiero po dłuższej chwili, bo zajął się bzdurną wyceną tego, jaki sens ma przedstawianie się swoim drugim imieniem, kiedy zaraz przyjdzie Flynn i zwróci się do niego tym prawdziwym. Jaką minę miałaby wtedy ta kobieta? Zdziwiona, poczułaby się źle, bo ktoś ją robił w chuja z jakiegoś niezrozumiałego powodu. I chociaż miał ten brzydki nawyk drażnienia ludzi wokół to czemu tu? Czemu teraz? Przyczynowo skutkowy ciąg się tak przemielał, że w końcu przestał być aktywnym rozmówcą, chociaż wymienił jeszcze parę zdań z barmanką. Brunet ruszył się ze swojego miejsca dopiero kiedy towarzystwo wróciło z tej plaży. W większości mokre, bo oczywiście nie trzeba było długo czekać, kiedy towarzystwo dołączyło do kąpieli w jeziorze, nawet jeśli nie wszyscy się na to pokusili. Ciepły czerwiec zachęcał do czerpania z pogody - więc czerpali. Cain się do nich pouśmiechał, powymijał, pounikał dotykania, ocierania się o nich i w ogóle... kontaktu z nimi. Był trochę pijany, ale o wiele za mało, żeby to pijane i naćpane towarzystwo zachęcało go do kontaktu bezpośredniego. Szukał Flynna. - To chcesz zatańczyć? - Wyciągnął do niego rękę zapraszająco. Nawet jeśli sam do tego jeziora wskoczył i był cały mokry. RE: [14-15.06.1972] +THNX140672+ - The Edge - 31.05.2024 Kimkolwiek był Fleamont, kiedy Bletchley dojrzał go pomiędzy bawiącymi się, mógł dojść do prostego wniosku - gdyby jakiemukolwiek astrologowi powiedział teraz, że urodził się 25 stycznia 1944 roku, ci od razu zmarszczyliby brwi i wiedzieli, że to kłamstwo. Nie trzeba było być astrologiem, żeby domyślić się, że ten mężczyzna nie mógł być dzieckiem zimy - cokolwiek działo się w tym zbiorowisku, musiało idealnie go nastroić, bo właśnie teraz, w tym momencie, w którym dwie dziewczyny spoglądały na niego nieco przyćpanym wzrokiem i śmiali się z jakiegoś rzuconego przez niego tekstu, jego twarz zdradzała, że mimo otwartej niechęci do tłumu... on czuł się tutaj swobodnie. W tej gromadzie otwartych ludzi, którzy zebrali się tutaj, żeby celebrować miłość. Powiedział wcześniej, że nie lubił wesel, bo wesela kojarzyły mu się z nudnymi, niewygodnymi strojami i masą zasad, których wcale nie chciał rozumieć. Ci ludzie byli zabawni, szaleni. Ci hipisi musieli obudzić w nim coś, co Cain widział w nim tylko czasami, kiedy zdradzał mu, jak idealnie siadają mu Flynnowe żarty i komplementy. Człowiek znany z chodzenia tak nadąsanym, tak smutnym, ze stroszenia czarnych piór i ostrzegania innych, że zaraz potną się o jego krawędzie... opalał się teraz we własnym blasku. Nie znajdował się w centrum uwagi, ani nie próbował się w niej znaleźć - stał na uboczu, w swojej strefie komfortu, ale wyraźnie budował obraz większej całości. To pewnie musiało w jakimś stopniu mieszać człowiekowi w głowie - kiedy widział, że jakaś mina ukochanej osoby wcale nie była zarezerwowana tylko dla niego, ale kiedy tylko Flynn wyczuł jego obecność i przeniósł swój wzrok na chłopaka, jego serce znowu zadrżało, twarz rozbłysła mu o wiele bardziej. Nikt, kogo znał, tego nie wiedział, nawet on sam, ale urodził się 24 lipca 1940 roku. I to był naprawdę piękny, ciepły i radosny dzień i najwyraźniej zapisał się w jego duszy. Miał tak jasne i ciepłe spojrzenie, żeby nie dało się zwątpić - nieważne ile razy mówił, że nienawidził lata, lato było jego porą roku, a jeżeli ktokolwiek, kto go kochał i takim widział, a później nagle i niespodziewanie go straci, albo nigdy więcej tego spojrzenia nie uświadczy, każde następne lato sprawi, że oczy zajdą mu tęsknotą. Takim musieli chcieć widzieć wszyscy życzący mu dobrze, ale dotąd nikomu nie udało się doprowadzić go do punktu, w którym chwilę później nie odwrócił się wstydliwie i nie zaczynał planować ucieczki, zanim poczuje się zbyt pewnie, a później znowu cholernie się zawiedzie. Oddał kieliszek pitego przez siebie alkoholu jednej z dziewczyn, a ta zmrużyła oczy, najwyraźniej nie do końca rejestrując to, co się stało. Przelotnie zerknęły na to, jak z entuzjazmem chwytał Bletchleya za wyciągniętą rękę i szepnęły coś do siebie na ucho, ale Flynn w ogóle nie zwrócił na to uwagi - nawet się za nimi nie obejrzał, nie one były tu najważniejsze, tylko on - on, który zgodził się... on mu... zaoferował swoją dłoń? Jeżeli to miał być ostatni raz to trudno - zmierzał wyciągnąć z tej chwili tyle, ile mógł. Prowadził go w wolne miejsce, idąc tam tyłem, już teraz poruszając się w rytmie granej muzyki. Nie potknął się ani razu, chociaż nie spoglądał na nic innego niż te szare oczy. Mało było w tym co robił ostrożności, mózg zdążyła zeżreć mu zbyt duża euforia, ale widząc w nich zwątpienie, też by się zawahał. RE: [14-15.06.1972] +THNX140672+ - Cain Bletchley - 01.06.2024 Brak zwątpienia w szarych oczach nie znaczył, że tego zwątpienia nie było, ale tego Flynn nie mógł wiedzieć. Cain uśmiechnął się do niego, a potem kąciki ust trochę upadły do normalnego wyrazu twarzy. Szedł za nim krok za krokiem i zignorował te szepty za plecami, postarał się wymieść je ruchem miotły ze swoich uszu, pozwolić, żeby muzyka je pożarła i nie pozwoliła tym słowom zakotwiczyć w jakiejś pewności co do tego, czym w ogóle były. Niejasny zlepek liter, szum w tle - niech tym zostanie. To tylko głupie wesele, na którym są przyćpani i pijani ludzie. To tylko jeden taniec. To tylko taka chwila, o której nie zapomnisz i będzie prześladowała do końca życia, ale może być też fajna, miła. Może być. W pierwszych dwóch krokach spojrzał na boki, bo on, w przeciwieństwie do swojego partnera, nie był AŻ TAK zręczny, nawet jeśli wcale nie stanowił ameby ruchowej. Dwa kroki albo dwie sekundy, zanim znów miał wzrok na Flynnie. Prychnął cicho śmiechem widząc jego minę - to zachwycenie, prawie jak dziecko, które dostaje kilka lizaków obiecanych na swoje urodziny z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. Prawie jakby się nie spodziewał - ale czego tu się nie spodziewać? Przecież mu obiecał, tak? Że chociaż raz... Zabujał się na boki razem z nim. Nie był żadnym królem dancingów. Był mistrzem podpierania ściany albo zaczepiania ludzi, żeby poszli zatańczyć - niekoniecznie z nim. Celem była zabawa, ale on dobrze się bawił obserwując, co dla wielu ludzi było nie do pomyślenia. Na szczęście nie musieli o tym myśleć ani się zastanawiać. To Lato, które właśnie go zaprowadziło na ten pełen piasku parkiet. Gdyby przyszedł tutaj sam pewnie zostałby jego królem. Wsadziliby mu bukiet ze stokrotek zebranych obok plaży na głowę i pozwolili czarować ruchami, żeby oddać kilka pokłonów. Tymczasem był tutaj z nim - niemalże flegmatykiem. Cain podniósł rękę, żeby Flynn mógł zrobić obrót i znowu uśmiechnął się z rozbawieniem. Czy wątpił więc? Pewnie, że tak. Odcinał tę wątpliwość od siebie i przede wszystkim pilnował, żeby nie wyszła na zewnątrz. Miał sporo czasu, żeby się osłuchać z tym miejscem, żeby się nad tym zastanowić i powykreślać za i przeciw z check listy. RE: [14-15.06.1972] +THNX140672+ - The Edge - 01.06.2024 Nie szkodziło, że prychnął, widząc jego twarz. Śmiech był zaraźliwy, więc zaraz po nim śmiechem parsknął Flynn, ale on już nie zrobił tego cicho - to był pełnoprawny śmiech, skwitowany dmuchnięciem w lekko wilgotne loki opadające mu na twarz. Skoro Cain nie dał żadnego sygnału, że zmienił zdanie, albo że miał dość - Flynn z tego po prostu korzystał. I oczywiście, gdzieś tam z tyłu głowy żyła w nim świadomość tego, że ten chłopak był wprawiony w udawaniu, ale przecież nikt go do tego udawania nie zmusił. Jeżeli tego wieczoru postanowił poudawać dla niego... Kuźwa, pierwszy raz od wielu lat był na tyle szczęśliwy i zadowolony z tego jak to wszystko się układało, że nie zwątpił w cokolwiek się tutaj działo - najgorszym co mogło się stać, to jakieś nocne podsumowanie - „to było za dużo”. Okej. No to nie wszystkie punkty z tej marzycielskiej gry karcianej się sprawdziły, ale spróbował. I jakoś go pokrzepiało, że ze wszystkich facetów w Londynie spróbował akurat z nim. Z nim. Kurwa z nim. Ci ludzie byli mili, ale męczący. Oczywiście, że potrafiłby odwalić tutaj taki występ, że wszyscy by się na niego gapili, ale to było za dużo par oczu jednocześnie - on potrzebował jednych i podobała mu się koncepcja bycia zapamiętanym przez te, które tak lubił. Wygłupiał się więc trochę, trochę go też w tym wszystkim prowadził, próbując go wyczuć. Każdy człowiek poruszał się przecież w swój sposób, przynajmniej on tak uważał. Mieli swój specyficzny sposób chodu, reagowali na muzykę i jej rytm inaczej, to było jak charaktery pisma - i znał odrobinę jego ruchy, bo to nie był pierwszy raz, kiedy to robili, ale pomijając dziesiątki ludzi bawiących się obok - pierwszy raz w tle leciała tak skoczna muzyka, której słów kompletnie nie rozumiał. Nie szkodzi. Bujało mu duszą - tyle potrzebował, żeby zakręcić się i odkręcić na jego ręce, żeby odwrócić się do Bletchleya plecami i zafalować ciałem na boki, patrząc na niego przy tym przez ramię, uśmiechając się słodko i tyle było z jego popisów, skoro mógł go złapać za ręce i pokazać mu, jak się do takiej muzyki bawiło skacząc, jak można było wyrzucić z siebie to wszystko, co kotłowało się pod czaszką i nie chciało ulecieć. Oh, to zdecydowanie byłaby jego najszczęśliwsza chwila tego lata, gdyby minuty później nie rozległ się dramatyczny huk. Flynn momentalnie przestał podrygiwać - jak przerażone zwierzę odwrócił spojrzenie w kierunku, z którego dobiegał dźwięk, bo w przeciwieństwie do wciąż bawiących się czarodziejów - mugolscy krewni panny młodej i on, rozpoznali w tym huku wystrzał broni. Wesoła muzyka, do której przed chwilą tańczyli, zagłuszała teraz zduszone jęki panny młodej. Flynn już nie tańczył, przedzierał się przez coraz bardziej panikujący tłum, chyba trochę nieświadomy tego, że wciąż trzymał Bletchleya za jedną z dłoni i tym samym ciągnął go tam ze sobą do... do najsmutniejszej sceny tego lata. Muzyka przestała grać. Barmanka zakrywała usta w przerażeniu. Nie wszyscy pijani ludzie załapali, co w ogóle się stało, ale na brzegu parkietu leżał on - pan młody, trzymając się za zakrwawioną szyję, a jego świeżo upieczona żona nie miała pojęcia co robić. Napastnik celował teraz broni do niej, trzęsła mu się ręka, płakał, a ona w ogóle na niego nie spoglądała - zalane łzami oczy wlepiła w ukochanego, drobne dłonie dotykały ciała i weryfikowały, czy wciąż oddychał, czy wciąż z nią był... a Flynn za to wiedział kogo zaraz z nimi kurwa nie będzie. Chciał mu tę spluwę wyrwać z dłoni zaklęciem, ale najwyraźniej go zamroczyło, bo... [roll=Z] ...czar się nie udał, więc jak skończony obłąkaniec rzucił się na faceta z bronią, próbując mu ją wytrącić. [roll=PO] |