![]() |
|
[10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150) +---- Wątek: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) (/showthread.php?tid=3276) |
[10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Norvel Twonk - 18.05.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie Bajarz III Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic IV Słońce unosiło się wysoko na niebie, gdy Geraldine, Victoria, Esme, Perseus i Laurent, najpierw przenosili ranną fokę do łodzi, a potem odbili od brzegów niewielkiej wysepki. Promienie odbijały się od spokojnej, wodnej tafli, dając miałkie złudzenie migoczącego, rozlanego po powierzchni złota. Foka drżała ze strachu. Nieufnie spoglądała na wiosłujących, ale nie poruszała się, nie próbowała uciekać lub sprawiać im trudności. Ośrodek Windermere majaczył przed ich oczami. Niby dostrzegali go również z wyspy, ale w miarę jak się zbliżali, złudnie statyczny obraz nabierał coraz więcej szczegółów. Mugolskie łódki bujały się sennie przypięte do molo. Korony drzew kołysały się od wiatru. Domki letniskowe – o tej porze roku, zazwyczaj tętniące życiem, pozostawały nieme. Na malutkich balkonach brakowało suszących się ręczników, dmuchanych kół i materacy. Brakowało wczasowiczów. Po terenie ośrodka krążyli szukający śladów Owena Bagshota czarodzieje. Byli mniej więcej w połowie drogi, gdy wszystko się rozpoczęło. Męski krzyk dochodzący z Ośrodka Windermere jako pierwszy zwrócił uwagę Victorii. - Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem! – wrzeszczał. Esme zaalarmowała nagła cisza – jakby na chwilę świat zamarł i zwolnił, nawet wiatr przestał wiać a wiosła nie uderzały już o taflę jeziora. Zmysły Geraldine wychwyciły, że coś niedobrego zaczęło się zbliżać w stronę ich łodzi. Foka gwałtownie się poruszyła. Laurent dostrzegł narastającą panikę w oczach Cirila. To wszystko trwało najwyżej trzy, może pięć sekund. Aurowidzenie uderzyło w zmysły Perseusa w chwili, gdy nastąpił atak. Łódź zakołysała się gwałtownie pod naporem wyprowadzonego z dna niewidzialnego ciosu, jakby wiązki energii – bo Geraldine nie wyczuła potworów aż tak blisko. Świat przed oczami Blacka zalała czerń. W pierwszej chwili mógł pomyśleć, że zła aura uniosła się nad jeziorem, ale trzask łamanego kadłuba uświadomił go, że to on tonął. Wszyscy tonęli. Zanim pochłonęła go woda, dostrzegł jeszcze fiolet – morze fioletu szalejącego w Ośrodku Windermere. Kolejna wiązka energii uderzyła w tonącą łódź, unosząc ją do góry i przepoławiając na pół. Wszystkich zalała woda. * Wszystko działo się zbyt szybko, żeby zareagować. Jeszcze sekundę wcześniej Esme przygniatała cisza, ale teraz pochłaniała go woda. Był młodym, silnym mężczyzną a jednak czuł dziwny, oplatający jego brzuch ciężar, jak zaciśnięte na sobie szpony. Geraldine obejmowała go czule w pasie, ale zamiast popychać go ku powierzchni, ciągnęła w dół, nic sobie nie robiąc z tego, że zaczynało brakować mu powietrza. Tymczasem prawdziwa Yaxley wynurzyła się z wody, tuż przy jednej z części przepołowionej łodzi. Była sama. Nigdzie nie dostrzegła ani Esme, ani Victorii, Laurenta, Perseusa, nawet foki. Jej zmysły szalały od nadmiaru bodźców. Czuła, że coś niedobrego dzieje się w Ośrodku Windermere. Słyszała krzyki i trzask łamanych drzew. Ale niebezpieczeństwo czaiło się także niżej, tuż pod powierzchnią wody. Wystarczyło, by spojrzała w dół a dostrzegła, że Rowle’a próbowała właśnie utopić trytonka. @Esmé Rowle @Geraldine Yaxley Czas na odpis do 21.05, godzina 21.00
RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.05.2024 Jakimś cudem udało im się wreszcie wepchnąć zwierzę, czy tam istotę, stworzenie, jak zwał tak zwał na łódkę. Nie, żeby uważała to za słuszne, szczególnie, że sam zainteresowany chyba nie do końca chciał korzystać z pomocy. Musiała jednak współpracować, nie była tutaj sama, tak więc dostosowała się do tego, czego chciała grupa. Potrzebowali jej siły, żeby im się udało, nie ma się co oszukiwać, reszta jej towarzyszy naprawdę wypadała marnie jeśli chodzi o sprawność fizyczną, choć do tego mogła im się przydać. Głupio by było, gdyby wyszło, że jedyne, co zrobiła na tej wyspie to zerwanie kilku porzeczek i osłanianie tyłów. Czasem trzeba było przyjąć taką rolę, miała tego świadomość. Nie zawsze można grać pierwsze skrzypce, szczególnie, gdy nie ma się wiedzy, która może pomóc. Wiosłowała równo, kiedy wreszcie odepchnęli łódź od brzegu. Po raz kolejny mogła się wykazać, to nie tak, że uważała, że była stworzona do takich przyziemnych rzeczy, jednak zawsze chętnie korzystała z możliwości wyżycia się fizycznie. Lubiła ruch, uwielbiała czuć pracujące mięśnie, nie bez powodu dbała bardzo mocno o swoją kondycję. Nie odzywała się przy tym ani słowem, spoglądała jedynie od czasu do czasu na Esmé i robiło jej się jakoś tak, dziwnie, ciepło na sercu. Naprawdę cieszyła się, że byli tutaj razem, mimo nie do końca sprzyjających okoliczności. Zbliżali się powoli do ośrodka, który wydawał się być opustoszony. Coraz mniej osób przebywało w tym miejscu, jakby większość z żywych wybrała ucieczkę, może to było całkiem słuszne rozwiązanie. Miała wrażenie, że akurat jej ten wypad służył. Skutecznie zajął jej myśli, nie skupiała się na tym, co działo się w jej życiu. Dobrze było zająć się czymś innym, chociaż na chwilę, przestać myśleć o zbliżającej się śmierci, która została jej przewidziana. Z rozmyślań wyrwało ją to znajome uczucie, wiedziała, że coś się do nich zbliża, że przestaje być bezpiecznie, nie zdążyła jednak zareagować. To wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Nie czuła jednak, żeby to była wina potworów, bo może i miała świadomość o tym, że znajdowały się niedaleko, jednak nie wystarczająco blisko, aby być odpowiedzialnymi za ten atak na łódkę. To było coś innego, nie potrafiła jednak stwierdzić co. Nie miała zresztą czasu na to, by się na tym skupić, bo znalazła się pod wodą. Łódka ich nie utrzymała, może ten atak był zbyt silny. Chuj jeden wiedział, co się właściwie stało. Przyzwyczajona do niebezpieczeństwa nie dała się zaskoczyć, od razu zaczęła płynąć ku powierzchni. Z całych sił, byleby zaczerpnąć powietrza. Nie mogła tutaj utonąć, miała wiele niezałatwionych spraw. Kiedy jej głowa znalazła się nad powierzchnią zaczerpnęła łapczywie powietrze, próbowała uspokoić oddech. Rozejrzała się przy tym wokół, nie zobaczyła obok jednak żadnego ze swoich towarzyszy. Esmé, to o nim pomyślała jako pierwszym. Był z nią przecież na tej łodzi, nie mogła pozwolić, aby stała mu się krzywda, nie wybaczyłaby sobie, gdyby coś stało się kolejnej osobie, którą pokochała. Nie widziała go na powierzchni, zaczęła panikować, nie ułatwiał tego fakt, że czuła zagrożenie, które się zbliżało, wiedziała co to oznacza. Skoro nie było ich na powierzchni, to musieli być pod wodą, on musiał być pod wodą, nie było innej możliwości. Spojrzała więc niżej, wtedy zauważyła mężczyznę, który niknął w głębi. Nie zastanawiała się zbyt długo, postanowiła zanurkować. Dostrzegła trytonkę, która ciągnęła go na dno. Nie zwlekała, jak najszybciej potrafiła płynęła w jego stronę, w między czasie sięgnęła po swój sztylet, to zawsze był jej pierwszy wybór. Gdy znalazła się odpowiednio blisko, próbowała ciąć stworzenie, zranić je, aby wypuściło Esmé ze swojego uścisku. na AF - cięcie trytonki [roll=PO] [roll=PO] RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Esmé Rowle - 20.05.2024 Nonszalancja miała swoje błogosławieństwa. Esmé nie było ani trochę głupio, że cały jego udział w poszukiwaniach sprowadził się do kilku zgrzytów z Victorią i drobnego użyczenia swej siły. Nie wszędzie należało być przydatnym, a kaletnik bezczelnie uważał, że w ogóle nie był tutaj po to, aby być przydatnym. Tak, jak zresztą powiedział aurorce - był tutaj dla zabawy, a przy okazji może pomóc. Użyteczność była drugorzędną sprawą. Jak również to, że Rowle rzadko kiedy był użyteczny, gdy opuszczał swą pracownię. Wtedy zazwyczaj bywał... nieużyteczny z premedytacją. Niczym pokręcony Ying i Yang, balans w krzywym zwierciadle. Bo w pracowni nie był użyteczny z premedytacją, a zupełnym przypadkiem - jako efekt uboczny jego własnych problemów, z którymi walczył za pomocą rzemiosła. Krzyk. Przeniósł swe beznamiętne spojrzenie na ośrodek, przysłuchując się słowom. Mówiłem. Mówiłem. Tak, jakby ktoś nie wierzył w coś, co okazało się prawdą. Esmé natychmiast pomyślał o żywych trupach. To o nich słyszeli, a nie mieli najmniejszego powodu sądzić, że w ogóle istnieją. Podejrzewał, że pojawiły się znowu. Trybiki dedukcji pracowały, tłumiąc odgłosy otoczenia, aż w końcu... nie było czego tłumić. Cisza. Natychmiast zaalarmowała czarodzieja, który ocknął się ze swej... cóż, fantazji na temat możliwych wydarzeń. Nie drgnął nawet, wstrzymał oddech na chwilę, jakby wyczekując czegoś. Bo coś musiało się wydarzyć. Cisza, nim kurtyna się uniesie i zagra nowy spektakl. I kurtyna się uniosła. Nie tylko ona, ale również łódź, która zaraz została przepołowiona. W tym samym momencie, w którym Esmé wpadał plecami do wody, mając doskonałą okazję przyjrzeć się widowisku. Widowisku, możliwe, własnej zagłady. Zanurzenie się pod wodę oszołomiło go na chwilę. Jeszcze z zamkniętymi oczyma zaczął się szamotać, by obrócić i zacząć wypływać ku górze - pionowo. Jak najszybciej. W głowie dalej miał tę ciszę, brak myśli tylko instynktowna walka o przetrwanie. Wielce romantycznym byłoby umrzeć pochłoniętym przez otchłań jeziora, gdy całe życie walczyło się z otchłanią wewnątrz siebie, lecz Rowle nie był poetą, a rzemieślnikiem. Liczył się pragmatyzm, koniec końców. Poczuł jak coś się zaciska wokół niego, przestraszony tym odkryciem szybko otworzył oczy i dostrzegł... Geraldine! Umysł zaczął krzyczeć, że musi ją ratować. Cisza ponownie została stłumiona. Dedukcja szybko składała wszystko w całość. Obejmuje i ciągnie w dół, pewnie została ranna na łodzi. Pewnie w nogę. Nie może wypłynąć. Dlatego się trzyma. Jak na człowieka, który tak bardzo cenił Prawdę, to jego umysł doskonale radził sobie z układaniem Fałszu, by tylko otaczający go świat był nieco bardziej zrozumiały. Łyknął kłamstwo, które sam sobie stworzył i... nie zważając na "balast" próbował wypłynąć dalej, ciągnąc ze sobą swoją wspólniczkę, ale może i kogoś więcej. W tej chwili gotów był utonąć próbując. Czuł się tak, jak prawie nigdy. Tak bardzo żywy, a jednocześnie nigdy nie był bliżej śmierci. Walka o siebie, walka o innych. W emocjach również zaczynał się topić. Gdyby teraz umarł, zrobiłby to z uśmiechem. Ale niektórzy walczyli o jego życie bardziej, niż on o swoje własne. To zabawne, bo on był gotów utopić się, ratując Geraldine, a właśnie dostrzegał jak druga Geraldine rzuca się w odmęty wody, by ratować jego. Ze sztyletem w ręku, pikując w dół, by... ciąć Geraldine? Nie wiedział już czy powinien ufać własnym oczom, zatem zaufał sercu - Gerry na pewno byłaby tą, która nurkuje z bronią w dłoni, a nie uczepia się jego pasa, by zostać uratowaną. Nie myślał długo, bo naprawdę nie miał na to czasu. Powietrza miał już naprawdę mało, czuł jak jego płuca są ściskane rozgrzanymi do czerwoności prętami, gdy z całych swych sił próbował nie poddać się instynktowi, by otworzyć usta i zalać swe płuca wodą w próbie oddychania. Gerry ryzykowała, a on nie zamierzał po prostu dać się ratować. Zamierzał walczyć na tyle, na ile potrafi. Na moment przestał próbować wypłynąć, by zamiast tego podkulić jedną nogę jak najwyżej, jak najbardziej do klatki piersiowej, a wszystko po to, by swa stopę oprzeć na, najlepiej, barku lub chociażby klatce piersiowej, czy tam biuście, wodnego stworzenia. W ten sposób zamierzał pchnąć ile miał sił w swym marnym ciele, ile miał powietrza w płucach, by rozluźnić uścisk trytonki i wyrwać się z niego, najlepiej przy okazji ułatwiając sobie wynurzenie. Rzut na AF - wyrwanie się z uścisku trytonki. (zaklęcie begone thot) [roll=O] [roll=O] RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Norvel Twonk - 23.05.2024 Z perspektywy wody świat na powierzchni wyglądał zupełnie inaczej. Jawił się tylko jako zniekształcona masa. Wydawał niemal nieprawdziwy. Prawdziwa była za to woda. Esme czuł ból w piersiach – ten może przyszedł by i później, ale przez to jak szybko wszystko się zadziało, nie zdążył nawet nabrać głęboko powietrza i coraz boleśniej przekonywał się, że brakowało mu tlenu. Trytonka miała nad nimi przynajmniej dwie przewagi. Po pierwsze: woda była jej naturalnym środowiskiem życia. Po drugie: oddychała w niej. Uchwyt, którym obejmowała Rowle’a zelżał, może na skutek jego szamotaniny, a może przez wzgląd na płynącą w jej stronę Geraldine. Pokazała rząd ostrych zębów. Włosy, macki właściwie, zafalowały złowrogo. Duże, niemal w całości pochłonięte czernią oczy rozbłysły. Esme poczuł, że udało mu się wyrwać z uścisku wodnego przeciwnika, ale przed oczami zaczęły mu się wzbierać czarne mroczki. Rozpaczliwie potrzebował powietrza. Trytonka zwinnie odwinęła się przed atakiem Geraldine, ale nie po to by odpłynąć w stronę dna, ale by samej zaatakować łowczynię potworów. Nie miała ze sobą noża, piki lub trójzębu. Miała za to zęby. Czas na odpis do 26.05, godz. 21.00
@Esme Rowle @Geraldine Yaxley Rzuty Mistrza Gry - Trytonka ma 67 na atak. Żeby go uniknąć, musisz wyrzucić sukces na AF. RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.05.2024 Woda nie była jej naturalnym środowiskiem, zdecydowanie wolała polować na lądzie. Nie było to jednak teraz dla niej ważne, musiała uratować Esmé, pobudki które nią kierowały były dosyć egoistyczne - nie chciała go stracić, bała się, że może nie wytrzymać kolejnej straty, kolejnej porażki. Płynęła więc w jego kierunku, wstrzymywała powietrze, niestety nie udało jej się trafić w trytonkę, rozzłościło ją to okropnie. Głupia kurwa. Oczywiście to chwilowe niepowodzenie nie spowodowało, że zamierzała się poddać, wręcz przeciwnie, w przypadku Gerry złość było tym uczuciem, które zachęcało ją do działania. Chciała pokazać temu stworzeniu kto ma władzę, teraz nawet stało się to trochę osobistą sprawą, przez to, że nie pozbyła się problemu od razu. Trytony potrafiły być upierdliwe, drażniące, najchętniej złapałaby ją za ten ogon i wyrzuciła na brzeg, a później patrzyła jak zdycha. Nie miała jednak teraz czasu na zabawy. Sytuacja była poważna. Na całe szczęście Esmé udało się wyrwać, przesunęła się tak, żeby mógł wypłynąć na powierzchnię, musiał nabrać powietrza, bo był pod wodą zbyt długo, jeszcze chwila i się utopi. Nie mogła na to pozwolić, była przy nim, żeby go ocalić. Nie mogła pozwolić, aby zatonął. Widziała błysk w oku zwierzęcia, musiało się zdenerować, że zabrała mu obiad, że próbowała je zaatakować. Geraldine nie myślała zbyt długo, powinna uciekć? Gdzie tam, najlepszą obroną był atak, ponownie zamachnęła się sztyletem i próbowała wbić go stworzeniu w łeb, prędzej, czy później trafi, najwyżej draśnie ją tymi swoimi zębiskami. [roll=PO] [roll=PO] RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Esmé Rowle - 26.05.2024 Cena. Wszystko ją miało, prawda? Esmé powtarzał to i żył według tej dziwacznej filozofii. Filozofii, którą dałoby się nazwać po prostu kapitalizmem. Wszystko może mieć wartość, a więc wszystko może być transakcją. Ta myśl pozostawała prawdziwa nawet wobec natury i Rowle boleśnie się o tym przekonywał. Tak, może i jego szamotanina pozwoliła mu na wydostanie się ze zdradzieckich uścisków, ale... zapłacił za to tlenem i siłami. I powoli tego pierwszego zaczynało brakować. Świat zaczął się zamykać, zwężać. Myśli również. Ironicznie można było je porównać do ryb poza wodą - szamotały się desperacko, powoli tracąc siły. Jednak to nie był moment, by pozwolić światu zamilknąć na wieki. Rzemieślnik przecież właśnie z tym walczył - z ciszą i pustką. Z niczym. A zatem walczył dalej. Wykorzystując ostatki tlenu jaki krążył w jego krwi, wypłynął na powierzchnię, by zaraz łapczywie nabrać powietrza, wykasłując przy okazji wodę z płuc, która mimo jego usilnych starań i tak się tam znalazła. Nie wiadomo czy Windermere, czy po prostu sama Geraldine tak na niego działała, że nawet na moment nie przestał o niej myśleć. Nawet, gdy wizję zaczął zalewać mrok. Utrzymywał się na powierzchni, łapiąc się jakiejkolwiek deski ze zniszczonej łódki, by jak najszybciej odzyskać oddech oraz energię. Nie zamierzał tak po prostu zostawić Ger pod wodą, by walczyła sama z trytonką. Nie w naturalnym środowisku tego potwora, nie kiedy mogło być ich więcej, a ona nie była na to przygotowana. Musiał jej jakoś pomóc. I jak mógł rzemieślnik pomóc najbardziej? Potrzeba matką wynalazków. Błyskawicznie pozbawił swoje spodnie ulubionego skórzanego paska - z wygrawerowaną ćmą na metalowej klamrze. Położył pasek na kawałku deski z łódki, tak samo jak rękaw koszuli, który został zaraz oderwany. Wyciągnął różdżkę, która dotychczas znajdowała się w jego "kaburze" pod koszulą. Potrzebował chwili skupienia, by spleść zaklęcie transmutacyjne. Była to jedyna dziedzina magii, z której korzystał jakkolwiek regularnie. O ile "raz na tydzień" dało się nazwać "regularnym". Znał swoje umiejętności i przede wszystkim - wierzył w nie. Teraz zamierzał transmutować te "składniki" w wymyślną maskę do filtrowania wody w tlen. Skóra z paska miała posłużyć do utrzymania maski na twarzy za pomocą mniejszych pasków i do uszczelnień. Metal z klamry wzmacniał konstrukcję, która w głównej mierze była jednak drewniana - z deski łódki. Materiał swej koszuli miał przejść największą transformację - musiał stanowić magiczny filtr, który pozwoli wyciągać z wody jedynie tlen. Plan w głowie był ułożony, wizję maski miał przed oczyma wyobraźni i wpatrywał się swoimi, teraz nadzwyczaj skupionymi, oczyma na jego materiałach, próbując sobie wyobrazić, jak składają się wedle jego życzeń w wymarzony obiekt. Zaklęcie... zostało rzucone. Ale po co ta maska, skoro już był na powierzchni? Ger mogła jej potrzebować. Gdyby tylko ją miała, to jej możliwości pod wodą były znacznie większe. Gdyby tylko nie musiała się martwić o powietrze, które przecież i ją musiało ograniczać. Zaraz mógł wymyślić jej coś więcej - przerobić inne rzeczy w płetwy albo stworzyć szybko prowizoryczny harpun lub włócznię, by łatwiej było walczyć pod wodą, niż sztyletem. Przecież mógł ją wspierać na wiele innych sposobów, skoro brakowało mu fizycznych możliwości. I zamierzał. Zamierzał zadbać, by jego osoba nie była dla niej ciężarem. Rzuty na Transmutację, żeby zrobić maskę do oddychania [roll=Z] [roll=Z] RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Norvel Twonk - 27.05.2024 Geraldine szybko przekonała się, że woda była sprzymierzeńcem trytonki. Humanoidalna istota zwinnie odwinęła się przed jej atakami. Machnięciem ogona oddaliła na bezpieczną odległość, kolejnym machnięciem zbliżyła się z powrotem. Gdyby nie wyraz jej twarzy, miotające nienawiścią spojrzenie i rząd ostrych jak brzytwy zębów, mogłoby się wydawać, że właściwie droczyła się z łowczynią potworów. Ale nie droczyła się, a zwyczajnie próbowała zmęczyć Geraldine. Być może była tylko trytonem, ale jako tryton dobrze wiedziała, że ludzka istota potrzebowała do życia tlenu i jej płuca nie były przystosowane do oddychania pod wodą. Przyśpieszyła, podpływając za plecy Yaxley. Nurkujący z powrotem Esme zobaczył aż nazbyt dobrze, to co Geraldine poczuła boleśnie. Trytonka wytrąciła jej nóż z ręki a potem wgryzła się w bark, objęła błoniastą ręką w pasie i pociągnęła Yaxleyównę w dół, ku dnu jeziora. W porównaniu z obydwiema, opadający nóż wydawał się niemal nieruchomy, niepotrzebny i pozostawiony sam sobie. Ból w barku i uścisk w pasie nie okazały jedynymi problemami Geraldine. Nie dość, że jej przeciwniczka była w tym momencie górą to czarownica poczuła, że jeszcze moment i zacznie jej brakować powietrza w płucach. W dodatku powierzchnia i upragniony tlen oddalały się w zastrzaszającym tempie. Szybko także do Geraldine dotarło, gdzie właściwie ciągnęła ją trytonka. Przed jej oczami, coraz wyraźniej wyłaniał się dziwaczny budynek. Trochę przypominał sporej wielkości grzyb z ogromnym, wytworzonym z ludzkiego śmiecia kapeluszem, trochę pień jakiegoś powykręcanego, gigantycznego drzewa. Porastały go fluorescencyjne rośliny, przez co Yaxley widziała przynajmniej kilka wejść do środka. Esme za to zrozumiał, że w jakiś sposób budynek ten został połączony z wyspą, na której całkiem niedawno się znajdowali. @Geraldine Yaxley @Esmé Rowle Czas na odpis do 29.05, godz. 21.00
RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.05.2024 Jej jakże sprytny plan okazał się nie być wystarczająco sprytny. Nie wpadła na to, że trytonka będzie krok przed nią, a powinna się tego spodziewać. Znajdowali się w wodzie, nie miała z nią najmniejszych szans w taakich warunkach, woda nie była ich sprzymierzeńcem - wręcz przeciwnie okropnie utrudniała polowanie. Syknęłaby z bólu, jednak nie otworzyła ust, kiedy stworzenie wgryzało się jej w barki swoimi ostrymi zębami, bo bała się, że zachłyśnie się wodą i wtedy nie będzie już dla niej ratunku. Bolało, jak sam skurwysyn, bo te zęby były naprawdę ostre. Jej sztylet - broń, bez której czuła się trochę, jak bez ręki zaczął opadać na dno. Nie wiedzieć czemu, zawsze wybierała właśnie te metody, chociaż z magią również radziła sobie całkiem nieźle. Spojrzała w górę i to ją nieco uspokoiło, bo Esmé wypłynął na powierzchnię, był bezpieczny, jeden problem więc został zażegnany, przeżyje to. To było najważniejsze, najwyżej ona umrze, a to nie byłaby aż taka wielka strata, szczególnie, że ostatnio i tak nikt nie przewidywał jej jakiekolwiek przyszłości. Może to nie Thoran miał ją zjeść, a trytonka? Może takie zakończenie było jej pisane? Oczywiście nie zamierzała się poddawać, panna Yaxley nie była tą osobą, która rezygnowała, miała w sobie ogromną wolę walki mimo nie do końca sprzyjających warunków w jakich się znalazła. Najgorsze było to, że zaczynało brakować jej tlenu. Zaczynała czuć, że jeszcze chwila i więcej nie wytrzyma, trytonka trzymała ją w żelaznym uścisku i nie zamierzała wypuścić, ciągnęła ją w dół. Dostrzegła ten budynek, najwyraźniej był stworzony z jakichś bioluminescencyjnych organizmów, które znajdowały się pod wodą i wydzielały swoje własne światło, inaczej nie mogło by to działać. Pamiętała o tym, że trytony miały swoje królestwa, wioski, które przypominały te ludzkie. Tylko dlaczego ta kreatura ją tam ciągnęła? Chciała, żeby została obiadem dla całej rodziny? Spojrzała jeszcze w górę i dostrzegła ponownie Esmé. Nie, nie, nie. Po co nurkował, lepiej by było, żeby pozostał na powierzchni, bezpieczny. Nie mogła już jednak oddychać, czuła, że zaraz będzie musiała dostarczyć do organizmu tlen, to skłoniło ją do sięgnięcia po różdzkę. Spróbowała wyczarować kulę pełną powietrza, to powinno jej pomóc w tej chwili. Inaczej pewnie zaraz zachłyśnie się wodą. [roll=Z] [roll=Z] kształtowanie (coś w deseń Bubble-Head Charm z kanonu) RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Esmé Rowle - 29.05.2024 Nie często miał okazję "tworzyć w biegu". Transmutacja najczęściej przydawała mu się w pracowni, gdy nieco zmieniał właściwości materiałów, by lepiej spełniały swoją rolę w jego projekcie. Wszystko przemyślane, dopracowane - każdy przedmiot mógł być jego wizytówką. W każdy wkładał tak samo wiele uwagi... chyba, że klient sobie tego nie życzył. Tym razem nie miał czasu, by cokolwiek przemyśleć i dopracować. Nie miał też czasu, aby się tym przejmować. Założył swój drobny "wynalazek" i zanurkował. Chciał jak najszybciej dotrzeć do Geraldine, nabrać powietrza, wręczyć jej maskę i wypłynąć, by i ona uciekła na powierzchnię. Bez stałego lądu walka i tak była niezwykle trudna, ale trudniejsza była pod wodą. Wszystko po kolei, krok po kroku. Jak w pracowni. Ale to nie było miejsce na precyzję i pewność. Plany szybko się zmieniały. Esmé powoli zaczynał sobie zdawać sprawę, że wcale nie lubił chaosu, aż tak bardzo. Wolał czuć surowy Los na własnej skórze, a nie poprzez skórę innych. Gerry została ranna, na widok czego Rowle aż wstrzymał powietrze, chociaż przecież nie musiał już. Nie zatrzymał się jednak, a wręcz przeciwnie - przyśpieszył. Ile tylko miał sił, zaczął gonić za walczącą dwójką. Wiedział, że jego egzystencja rzadko miała bezpośredni wpływ na otaczający go świat, ale teraz? Teraz doskonale wiedział, że może właśnie mieć czyjeś życie w swoich rękach. Życie kogoś, kto był mu bliski. Bardzo bliski. Z każdą sekundą przekonywał się, że coraz bliższy. Zmiana planu, ale na jaki? Próbowali się bronić - niezbyt skutecznie, więc czas spróbować ofensywy. Pan Rowle, tak jak każdy mężczyzna, podejrzewał siebie o odwagę i męstwo, gdyby wymagała tego sytuacja. Gdyby musiał walczyć - mówiąc prościej. Oczyma wyobraźni widział te wszystkie ciosy, które wykonywał, może nawet kopnięcia? Nie za wysokie, to na pewno. W kryzysowej sytuacji mógłby nawet wspomóc się magią, transmutując w locie cokolwiek. Oczywiście tylko zmuszony do walki, niczym rycerz. Oh, tak, Esmé też chciał ratować księżniczki, które później rzucałyby mu się na szyję. Byle nie tak, jak trytonka na szyję Geraldine. Czy teraz był zmuszony do walki? Kto wie, ale zdecydowanie czuł się zmuszony. Ruszył niczym strzała w dół, starając się dogonić potwora ciągnącego Ger ku... dziwnemu budynkowi? Na moment spojrzenie kaletnika uciekło na wyjątkowo specyficzną, zatopioną budowlę. Nie wiedział czy to jego przeczucie, czy czysta logika, ale coś mu podpowiadało, że miejsce to musiało mieć wpływ na wydarzenia z Windermere. Na całe Windermere. Nie był to jednak moment na większe dedukcje. Po drodze zamierzał chwycić sztylet, który został wytrącony z rąk łowczyni, bo... jak zamierzałby inaczej walczyć z trytonką? Okładając ją pięściami pod wodą? Nie miał czasu też, by wynurzać się i transmutować kolejny kawał drewna i swoją piersiówkę we włócznię. Zamierzał gonić ich tak, by znaleźć się od strony pleców potwora, by umożliwić sobie dźgnięcie w bark lub plecy - uważając, aby nie ranić samej Geraldine. Jej bezpieczeństwo było najważniejsze, więc też nie zamierzał ryzykować, jeżeli miał szansę ją trafić. Wolał podpłynąć bliżej, wierzył że Ger przecież będzie walczyć, spowolni trytonkę i ten będzie mógł ją ranić, by wypuściła Yaxley. Miał też w pamięci swój pierwszy powód zanurkowania - tlen. Tlen, którego mogło już brakował Gerry, jeżeli ta nie zdołała wyczarować sobie czegoś. Jeżeli by tego potrzebowała, to Rowle gotów był nabrać powietrza w płuca poprzez swoją maskę, by później ją wręczyć łowczyni. O ile to było konieczne i możliwe. Rzut na atak przeciwko trytonce - AF [roll=O] [roll=O] RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Norvel Twonk - 02.06.2024 To było dziwne. Jakby wpływali do kompletnie innego świata. Niby ciągle byli pod wodą, niby ciągle zbliżali się do dna, ale dno jeziora Windermere różniło się w sposób znaczący od zwykłego jeziora. Przede wszystkim, zamieszkiwały je zaczarowane istoty. Wyczarowana przez Geraldine bańka pozwoliła jej wreszcie odetchnąć i odżegnać od siebie chwilowo, przynajmniej, wizję utonięcia. Ciągle czuła ból w miejscu, gdzie zacisnęły się na jej ciele zęby trytonki, ale ból nie był na tyle silny, by ją obezwładnił. Była ciągnięta ku dziwnemu budynkowi, ku jednemu ze znajdujących się najniżej wejść. Płynący za nimi Esme, z nożem w ręku, widział sytuację jeszcze dokładniej. Na szczęście dla niego, przeciwniczka Geraldine była zajęta łowczynią. Nie był w stanie płynąć tak szybko jak trytonka, ale ciągle miał ją przed oczami. Zobaczył, do którego wejścia wpłynęła i skierował się za nimi. Tunel byłby ciemny, gdyby nie porastająca go fluorescencyjna roślinność. Wyglądał jak wydrążony w jakimś wapieniu, może stwardniałej, ciemnej glinie połączonej z kamieniami lub jakimś innym rodzaju niezbyt trwałego, ale jednak trzymającego się w całości kruszcu. Był nieforemny, nosił ślady tyleż natury, ile pazurów. Szansę na atak Esme otrzymał w momencie, gdy trytonka wypłynęła z korytarza ku większemu pomieszczeniu. Geraldine przypominało trochę… więzienie? Dość osobliwe, bo cele zostały wydrążone w wapieniu, budowa krat przypominała połączone ze sobą stosy malutkich muszelek a przetrzymywani w nich byli… Ludzie? Mugole? Choć właściwie to nie byli tylko ludzie, bo wśród więźniów na pewno był także młody tryton. Kobiety i mężczyźni dryfowali w powietrznych bańkach i wyglądali jakby spali. Z boku Rowle naliczył sześć osób. Trytonka cisnęła Geraldine do pustej celi i wtedy zaatakował ją Esme, celnie wbijając nóż w bark. Wodne stworzenie wydało z siebie serię podwodnych bąbli (pewnie krzyków) i rzuciło się na Rowle’a, zamierzając przygwoździć go do ściany. @Esmé Rowle @Geraldine Yaxley Czas na odpis do 4.06, godz. 21.00
|