Secrets of London
[25.10.1964] I have always imagined Paradise as a kind of library. || Laurent & Leon - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [25.10.1964] I have always imagined Paradise as a kind of library. || Laurent & Leon (/showthread.php?tid=3283)

Strony: 1 2


[25.10.1964] I have always imagined Paradise as a kind of library. || Laurent & Leon - Leon Bletchley - 18.05.2024

Panująca niemiłościwie jesień sprawiła, że Leon zdecydował się wyciągnąć ze swojej szafy ciepły płaszcz i skórzane rękawiczki. Pomimo bycia przyzwyczajonym do typowo angielskiej pogody nie przepadał za zimnem, które wyjątkowo mu dokuczało przez towarzyszącą mu od dnia narodzin chorobą genetyczną. Chronienie się przed zimnem miało pomóc mu uniknąć dodatkowych problemów zdrowotnych - już wystarczało, że zmagał się ze wszystkimi objawami włochatości serca, która na szczęście pozostawała pod kontrolą uzdrowiciela.

Leon swoje kroki kierował do mieszczącej się na Alei Horyzontalnej Biblioteki Parkinsonów. Zgodnie z tym powiedzeniem Jak masz wątpliwości to idź do biblioteki. Zbliżająca się wielkimi krokami Noc Duchów sprawiała, że miał wiele wątpliwości i drugie tyle obaw, zwłaszcza jako początkujący Egzorcysta. Od swojej matki dowiedział się, że w w ramach spotkania Spektrum odbędzie się seans spirytystyczny w tę właśnie noc, kiedy granice między światami są najcieńsze. Nic więc dziwnego, że szukał informacji i chciał się do uczestniczenia w tym wieczorze lepiej przygotować. Nie pozostawiało złudzeń to, że wolał obchodzić Noc Duchów tak jak w Hogwarcie - wykwintną ucztą.

Po wyjściu z Biblioteki zamierzał wstąpić do Dziurawego Kotła na kufel kremowego piwa, jak za czasów uczęszczania do Hogwartu. W jego przypadku nie miało to miejsca tak dawno. W połowie drogi spośród barwnego tłumu zdołał wyłowić twarz czarodzieja, która wydawała mu się znajoma. Leon nie mógł mieć stuprocentowej pewności co do tego, bo jednak minęło trochę czasu od tamtego spotkania w łazience Jęczącej Marty i od ukończenia przez siebie Hogwartu. Przez kilka lat ludzie mogą zmienić się nie do poznania. Choć on tak bardzo się nie zmienił pod względem wyglądu zewnętrznego. Postanowił jednak zaryzykować i unieść okrytą rękawiczką dłoń aby pomachać krótko do blondyna, do którego również zawołał. Jeśli pomylił go z kimś z innym to najwyżej przeprosi. Nie mógł przecież wspomnieć na głos tamtego zajścia z łazienki dla dziewcząt.

Cześć, Laurent! Mam nadzieję, że to naprawdę ty i nie zawołałem do kogoś innego. — Zwracając się do niego posłał mu niepewny uśmiech.




RE: [25.10.1964] I have always imagined Paradise as a kind of library. || Laurent & Leon - Laurent Prewett - 20.05.2024

Byli tacy ludzie, których nie dało się pomylić. Tak charakterystyczni, specyficzni i charyzmatyczni, że zbierali spojrzenia samym faktem pojawienia się gdzieś. Laurent lubił łapać spojrzenia. Być tą białą plamą świata z puchem anielskich piór wokół własnej skóry, chociaż to nie w pióra a futro potrafił się przystrajać mocząc nogi w morskich toniach. Tak było tam - tutaj nie było nawet kropelki wody. Wielka biblioteka, dumny dorobek domu Parkinson - wszystko kamień. Drzewa wokół, kilka kłosów trawy, trochę szumu w powiędłych liściach, które już opadły z drzew i teraz pląsały się pod nogami. Jeden z tych suszonych pozostałości po dębie przesunęła się w kierunku nóg Laurenta i otarła o pastowane, eleganckie półbuty w jasnych barwach beżu. Kiepski pomysł, jeśli nie byłeś amantem, bo przecież taki kolor przy paskudnych, angielskich pogodach zaraz skazany był na brud, obecność błota i wilgotnej ziemi. Buty Laurenta były jednak idealnie czyste. Jak czyste były jego jasne spodnie, biała koszula, pięknie zdobiona i skompletowana do spodni marynarka chroniąca jego ramiona przed wkradających się pod ubranie chłodem. Jasna plama na tle szaro-burej jesieni. W końcu w tym parszywym kraju, gdzie tak wiele gubiło swój sens i swoje istnienie, ciężko było o piękną pogodę, szczególnie o tej porze roku. Laurentowi nie przeszkadzała. Mogła targać jego platynowymi włosami, mogła tworzyć niepogodę w duszy i sercu, mogła i pobrudzić budy czy nogawki spodni, doprowadzić kwiaty, które kochał, do omdlenia, a drzewa do łysienia. Plątać się między piórami jego skrzydeł, którymi chciał zachwycić wszystkich. Wszystko to mogło się dziać i musiało - Natura nie znała słowa "przebacz" i nie zatrzymywała się tylko dlatego, że nieporządek nie podpasował jednemu czy dwóm czarodziejom. Kochał jesień, bo jak każda inna pora roku, były częścią cyklu. Ten konkretny cykl układał świat do snu i chował go pod bezpieczną pierzyną, zanim wszystko przykryła zima.

Byli tacy ludzie, którzy zmieniali się bardzo mocno i tacy, którzy zmieniali się niewiele, ale ich przeciętność sprawiała, że nie potrafili wybić się z tłumu. Czasami nawet nie chcieli. Do takich osób należała tamta kobieta w siwym płaszczu, która przemknęła do biblioteki chowając głowę między ramionami. Laurent nie odważył się tego zrobić - przed wiatrem chroniła go tylko błękitno-biała chustka, którą miał na szyi. Przecież nie wyglądałby dumnie i godnie, gdyby to robił. Do takich osób zaliczał się też mężczyzna w granacie, który stał razem z nim i zapewniał, że odnajdzie te manuskrypty dotyczące historii hodowli abraksanów i dostarczy kopie do Keswick. I w końcu - do takich ludzi nie zaliczał się Laurent i nie zaliczał się Leon. Oni byli tymi, których zauważałeś jako pierwszych. Tymi, którzy się wyróżniali, chociaż tylko stali w jednym miejscu.

Młody Prewett odwrócił się w kierunku nieznajomego głosu i przez moment na jego twarzy gościł cień lekkiego rozdrażnienia (że ktoś mu przerywał rozmowę i coś od niego chciał) przy jednoczesnym braku rozpoznania osoby, która do niego podchodzi. Mimika Laurenta zmieniła się gładko, kiedy wszystkie informacje zaskoczyły na swoje miejsce i nie padło pytanie "a kim ty w ogóle jesteś?"

- Leon..? Leon, tak? - Uśmiechnął się ciepło i przeprosił swojego rozmówcę, z którym jednak nadeszła wymiana kilku więcej słów, bo on obwieścił, że wszystko już wie i nie będzie przeszkadzać, więc przyszło mu się z nim pożegnać. Zaraz zwrócił się z powrotem do Bletchleya. - Dzień dobry, Leonie! Miło cię widzieć po tylu latach... jak mija czas? Ułożyło się po Hogwarcie? - Anielska, niewinna twarz Laurenta sprawiała, że wydawał się on jeszcze młodszy niż był w rzeczywistości.




RE: [25.10.1964] I have always imagined Paradise as a kind of library. || Laurent & Leon - Leon Bletchley - 09.06.2024

Leon mógł wyróżniać się aparycją - blada i chłodna skóra kontrastująca z ciemnym kolorem jego włosów. Słabością trawionego chorobą ciała oraz tęgim umysłem. Wyróżniały go wszystkie dary, jakimi go obdarzono i posiadane umiejętności. Nie poszukiwał jednak poklasku. Chodziło o przeżycie. Dokonanie czegoś i pozostawienie po sobie czegoś. Nie zamierzał przepowiadać swojej daty śmierci i w tym aspekcie miał nadzieję, że los będzie dla niego łaskawy, że nie doświadczy takiej właśnie wizji. To ten rodzaj przeznaczenia, z którym mu trudno byłoby się pogodzić.

Rozdrażnienie na twarzy blondyna nie stanowiło dla niego zaskoczenia - jego zachowanie mogło zostać uznać za niegrzeczne. To spotkanie nie zostało przez niego zaplanowane, choć tak jak wszystko można było wytłumaczyć to przeznaczeniem. Jak również przypadkiem, w zależności od tego, w co ktoś wierzył. On wierzył w przeznaczenie. W obecnej sytuacji przypadek jest równie prawdopodobny, gdyż nie stali się bohaterami jakichś istotnych dla losów świata wydarzeń.

Tak, to ja. Jestem pozytywnie zaskoczony. — Przyznał z tym samym wyrazem twarzy. Pewne spotkania potrafią aż za dobrze zapaść w pamięć, ale bardzo często czas zaciera wszystkie wspomnienia. Zapominanie to też bardzo przydatna umiejętność, biorąc pod uwagę tak niestandardowe spotkania, jak to ich w czasach szkolnych. — Dzień dobry. Ciebie również. Wszystko toczy się swoim torem. Wybierałem się co prawda do biblioteki, ale to chętnie odłożę w czasie na rzecz rozmowy przy kuflu kremowego piwa. Co ty na to? Ja stawiam. — Tego rodzaju powitanie znacznie bardziej mu odpowiadało. W gruncie rzeczy czas go nie naglił aby nie mógł pozwolić sobie na wypicie jednego kufla kremowego piwa i rozmowy. Panująca na zewnątrz pogoda nieszczególnie sprzyjała omawianiu  dorosłego życia. Jeśli blondyn nie przystanie na jego propozycję to udzieli mu odpowiedzi na zadawane przez niego pytania.




RE: [25.10.1964] I have always imagined Paradise as a kind of library. || Laurent & Leon - Laurent Prewett - 16.06.2024

Znajomości ze szkolnych lat czasami były prawdziwym utrapieniem. Laurent próbował ułożyć miejsce Leona w swoim życiu szkolnym i nie było to trudne, kiedy już dopasował to imię do twarzy, a twarz do nieszczęsnego spotkania w łazience i jeszcze bardziej nieszczęśliwego spotkania Marty Z perspektywy czasy - trochę wstyd. Dzieci rządziły się jednak własnymi prawami, chociaż też nie mógł wszystkiego zrzucać na karby młodego wieku... Leon wtedy był starszy. Co za utrapienie... Starał się teraz wyglądać zgoła inaczej niż przy tamtym spotkaniu i... to chyba nie było trudne. Paradoksalnie jednak - postawę przybrał bardzo podobną. Wyprostowany, dumny, tylko nie taki uparty, nie taki zacięty. Próbował nieco ukryć zmieszanie tym spotkaniem i to niekoniecznie nawet dlatego, że żadnego spotkania nie planował. Jego ojciec też niektórych spotkań nie planował, a jednak je odbywał, znajomości należało podtrzymywać... tylko czy na pewno wszystkie? Laurent potrafił dzielić znajomości na różne kategorie. Byli ci, którym poświęcałeś cały swój czas i ci, którym poświęcałeś malutki urywek, by tylko je utrzymać. Pomiędzy nimi było całkiem szerokie spektrum, ale większość miała swoje worki, by panował porządek, nad którym miał kontrolę. Chociaż pobieżną, bo przecież w kontaktach z ludźmi różne cuda i dziwy potrafiły się wydarzyć.

- Och? - Nie spodziewał się tego, że Leon przejdzie... tak po prostu do zapraszania go na piwo. Widzieli się w BARDZO specyficznej sytuacji i prędzej nastawiał się na jakieś... negatywy. Tylko w sumie - dlaczego? Pamiętał, jak słabo chłopak wyglądał tamtego dnia, jak krew poszła mu z nosa... Przez moment spoglądał na niego tak, jakby się bał, że to może się wydarzyć tu i teraz, ale to był tylko ułamek zawahania w zdziwieniu propozycją. Spojrzał na zegarek na nadgarstku. - Taaak... tak. - Powiedział pewniej. - Z przyjemnością. Jeśli tylko będziemy trzymali się z dala od łazienek. - Spróbował zażartować z sytuacji, żeby się przekonać, jakie mężczyzna przed nim ma do tego nastawienie i przy okazji potwierdzić, że pamięta, nie zapomniał. Miewał różne dziwne znajomości i ich początki, włącznie z tym, że spadła na niego Gryfonka z dachu. Ale ta z Leonem chyba biła wszystko na łeb. - Dobrze tym razem teraz spotkać się w miejscu oznaczonym piętnem kultury.




RE: [25.10.1964] I have always imagined Paradise as a kind of library. || Laurent & Leon - Leon Bletchley - 16.06.2024

W jego życiu również zdarzały się takie spotkania, których starał się uniknąć za wszelką cenę. Tyle, że w jego przypadku były to osoby, które miał wątpliwą przyjemność poznać w czasach szkolnych i w niedalekim czasie od opuszczenia murów Hogwartu. Takich osób również tak łatwo nie zapominał. Nie zamierzał nikomu wypominać błędów młodości - sam popełniał własne i jeszcze nie raz i nie dwa je popełni z racji tego, że jest nie tylko młody, ale głównie przez to, że jest człowiekiem. Posiadany przez niego dar pozwalał mu nierzadko na przewidzenie pewnych zdarzeń i odpowiednią ich interpretację, ale to nie znaczy że to czyniło go nadczłowiekiem.

Przeszłość z kolei nie była bez znaczenia - wpływała na teraźniejszość i przyszłość. Tamto spotkanie należało do przeszłości, a jednak wpływało na teraźniejszość. Nie zamierzał powracać do tamtego spotkania, przytaczając je ze wszystkimi szczegółami. Bo takie spotkanie zapadło mu za dobrze w pamięć, jednak przejawiany przez niego takt nie pozwolił mu do tego powrócić w typowo bezpośredni sposób. Nie byłoby to stosowne zachowanie z jego strony. Po drugie już dorośli. Dorosłość zmieniała sposób pojmowania wielu rzeczy, także w relacjach międzyludzkich.

Zadając to pytanie zdawał sobie sprawę z tego, że może otrzymać na nie każdą z możliwych odpowiedzi. Z jego strony to była całkowicie spontaniczna propozycja, podyktowana obecną sytuacją i warunkami pogodowymi. Jego zdaniem znacznie przyjemniej rozmawiało się we wnętrzu lokalu, w którego centrum wesoło trzaskał kominek niż na ulicy. Mogła to być dłuższa rozmowa, skoro Laurent pytał go o to jak mu się ułożyło po Hogwarcie. Leon dobrze znał ten rodzaj spojrzeń, rzucanych mu przez niektóre osoby dowiadujące się o jego chorobie. Przez tyle lat zdołał się z tym pogodzić. Nie przeskoczy tego, że ta podstępna choroba może o sobie dać w każdym momencie. Przez te wszystkie lata cudownie nie ozdrowiał. To, że Laurent spogląda na zegarek, również nie uszło jego uwadze - niewykluczone, że gdzieś się śpieszył i zamiast przystać na tę propozycję, odmówi mu. Nic takiego nie miało miejsca.

Obiecuję, że nie zajmę ci dużo czasu. — Zapewnił swojego znajomego, posyłając mu uśmiech. — Będziemy trzymali się tylko sali głównej. W Fontannie Szczęśliwego Losu nie ma pryszniców. — Przez moment zastanawiał się, jaka będzie właściwa odpowiedź na ten żart. Bardzo dobrze go zrozumiał. O tym spotkaniu także nie tak łatwo było zapomnieć i dlatego pozwolił sobie na subtelną wzmiankę o prysznicach.

Przywołał z pamięci tamto spotkanie - zarumienionego z ekscytacji Laurenta, pytającego go o to, czy też przyszedł popatrzeć i swoją postawę, na którą składało się tak wiele czynników. Nie wydawał się być tak zmieszany, jak w tamtym momencie, jednak też nie podszedł do tego obojętnie. Po latach, jako dorosły czarodziej, stał się nieco mądrzejszy i bardziej otwarty na drugiego człowieka. Tamto zdarzenie pozwoliło mu sądzić, że nie każdy chce się umawiać z dziewczynami. Wtedy tamto wydawało mu się niestosowne i niepoprawne. Niepoprawne było również to, że pomimo swoich przekonań trudno było mu odwrócić wzrok i powstrzymać wkradające się na policzki zdradzieckie rumieńce oraz wymowne chrząknięcia. Pamiętał to, że zdobył się na to by zapytać czy się ubierze. Daleki był od oceniania kogoś przez pryzmat preferencji odnośnie wyboru partnera.

Fontanna Szczęśliwego Losu, pub, do którego razem weszli, zaczynali wypełniać stali bywalcy. Leon po wejściu do środka zsunął z dłoni swoje rękawiczki oraz rozpiął, a następnie zsunął swój płaszcz. Powiesił go na jednym z wieszaków. Pod nim miał brązowy sweter z golfem.

Teraz mogę odpowiedzieć na twoje pytania. — Zwrócił się do niego, kiedy już siedzieli przy stoliku. Leon obejmował dłońmi sporych rozmiarów kufel, którego zawartość w postaci kremowego piwa, cudownie rozgrzewała od środka i podkreśliła czerwień jego policzków. — Po ukończeniu Hogwartu zdecydowałem się na zatrudnienie w Ministerstwie Magii. Rozpocząłem staż w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Istotami - wybrałem Biuro Rejestracji Post-Istot i ich historii. Jestem w jego trakcie. Rozważam w przyszłości zostanie Egzorcystą. A jak u ciebie? Opowiadaj! — Od ukończenia przez niego Hogwartu minęły niespełna dwa lata i z tego względu nie mógł opowiadać o spektakularnej karierze, jaką zrobił w Ministerstwie Magii. Nie miał co opowiadać o swojej rodzinie, bo takowej nie założył. Miał za to sporo planów, które bardzo chciałby zrealizować w najbliższych latach. Jego zainteresowanie życiem prywatnym, zwłaszcza zawodowym Laurenta, było szczerze.




RE: [25.10.1964] I have always imagined Paradise as a kind of library. || Laurent & Leon - Laurent Prewett - 17.06.2024

Może mu się wydawało, a może Leon wyglądał teraz jeszcze gorzej niż kiedyś? Nie pod względem uroku osobistego - tego mu nie ubyło, a wręcz przeciwnie. Wyprzystojniał. Chodziło o jego bladość, o wrażenie, że byle wiatr zdoła złamać go w pół, albo zabrać ze sobą - porwać do tańca jak pognieciony, niedoczytany nigdy do końca list wyrwany z dłoni panienki. Kiedy teraz o tym myślał to może wtedy też powinien to zobaczyć, a może wcale nie? Wspomnienia z czasów szkolnych, nawet jeśli nie aż tak odległe, opisane były tym dzieciństwem, który w jego mniemaniu nie był wymówką. Nie był, owszem, ale nie było żadną tajemnicą, że mądrość przychodziła z czasem, a ludzie potrzebowali dojrzałości, żeby niektóre sprawy zrozumieć i podejść do nich z dystansem.

- Proszę się tym nie martwić. - Lekko machnął dłonią, dając znać, że to sprawdzenie czasu to drobnostka. Wolał się upewnić, że ma go tyle, żeby właśnie dłuższą chwilę móc zagospodarować, a nie wskoczyć na pół godziny do baru. Zaśmiał się dźwięcznie na to stwierdzenie o głównej sali i fontannie. - Zaleca się zachowanie wszelkich środków ostrożności i trzymanie z dala od potencjalnych zbiorników wodnych. - Przykrył palcami usta pod koniec tego śmiechu. Nie, zdecydowanie samemu sobie NIE zalecał trzymania się z dala od zbiorników wodnych, ale to już prywatna przywara...

Rozejrzał się z ciekawością w środku, ściągając z siebie płaszcz. Nie bywał w takich miejscach prawie wcale, a picia piwa kremowego niekoniecznie było jego ulubionym wyborem. Prawdę mówiąc nawet nie wiedział do końca, czego się powinien spodziewać. Czy on tutaj w ogóle pasował? Poprawił swoją szytą na miarę koszulę zdobioną błękitną nicią - misternie dobrany materiał zdawał się nie ważyć więcej niż piórko opływające jego chude ciało, a głębsze wycięcie na plecach odsłaniało kawałek łopatek. Poprawił odruchowo fryzurę i poszedł do stolika za Leonem, pozwalając mu wybrać. Tak i ciekawsko spojrzał na ławę, na blat, wodził spojrzeniem po wystroju wnętrz.

- Och? Naprawdę związałeś się z Departamentem Istot Magicznych? - W Hogwarcie ciężko było mówić o tym, żeby mieli okazję porozmawiać, a tym bardziej popytać siebie: a kim chcesz zostać w przyszłooościi? Teraz Leon kupił od razu jego zainteresowanie, które zostało skutecznie odwrócone od samego wnętrza pubu. - Uczyłeś się pod tym kątem w Hogwarcie? Że też nie mieliśmy okazji się spotkać na dłużej... chyba dzieliło nas spora różnica roczników, prawda? - Laurent był hipokrytą, bo młodszym od siebie zazwyczaj powiedziałby nie, a im starszy tym większe jego zainteresowanie zbierał. I nie było mu z tym ani trochę źle! - Hoo... - Uśmiechnął się i aż błysnęły jego błękitne oczy. - Więc z ciepłej posady w Ministerstwie prosto do unieszkodliwiania groźnych duchów? Mocna zmiana. - Czy jego zdrowie na to pozwala..? Pytanie byłoby niegrzeczne. Czasem marzenia i plany pozostawały takimi, a rzeczywistość je niestety weryfikowała. - Dbam o rodzinny biznes w Keswick. - Nie dało się nie zauważyć przesmyknięcia dumy przez jego spojrzenie i uśmiech. Bo był dumny. Przecież czekała go świetlana przyszłość w tym zamku, był tego pewien. Sprosta oczekiwaniom ojca i zadba o wszystko, co potrzebne było do odziedziczenia po ojcu włości i odpowiedzialności. Wiedział też, że nie musi tłumaczyć o jakie Keswick chodzi. Skoro mężczyzna przed nim interesował się istotami magicznymi to nie mógł nie słyszeć o największej hodowli abraksanów sławnej na cały świat. - Abraksany to wyjątkowo trudne stworzenia, więc pracy jest co niemiara... - Nie powiedział tego tonem, jakby się skarżył, raczej wesołym, wskazującym na to, że z tej pracy się cieszy. I z wyzwań postawionych na jego drodze. Przynajmniej z tego jednego się cieszył.




RE: [25.10.1964] I have always imagined Paradise as a kind of library. || Laurent & Leon - Leon Bletchley - 20.06.2024

Jak sięgał pamięcią to mógł odnieść wrażenie, że sam Laurent się nieszczególnie się zmienił pod względem fizycznym pomimo tego, że przybyło mu parę lat. Mógł zastanawiać się, jak bardzo zmienił się pod względem swojego charakteru, jednak to niewiele by mu dało - nie poznał go na wylot aby móc dostrzec wszelkie podobieństwa i różnice. Upływ czasu sprawiał, że wszystko ulegało zmianom - to dotyczyło również nich samych. On już nie był tym samym człowiekiem, który tamtego dnia przekroczył próg tamtej łazienki i który przez to stał się świadkiem niecodziennej sceny z udziałem Laurenta i samej Jęczącej Marty.

W takim razie doskonale się składa. Do biblioteki mogę podejść później albo następnego dnia. — Postanowił wyrazić swoje zadowolenie z faktu, że jednak Laurentowi nigdzie się nie śpieszy. W późniejszych godzinach, jak i następnego dnia gmach biblioteki nie zawali się i wszystkie zgromadzone tam księgi będą na niego czekać. Natomiast spotkanie dawno niewidzianego znajomego z czasów szkolnych, w dodatku takiego, z którym nie spędziło się całego okresu nauki to okazja, której nie zamierzał zmarnować. Była to doskonała sposobność do poznania kogoś lepiej i nawiązania przyjaźni.

Jeśli będziemy się do tego stosować to nie grozi nam powódź. — Postanowił jeszcze przez moment pociągnąć ten żart, samemu nawiązując do powodzi w łazience. Zawtórował śmiechem blondynowi. Leon z zasady unikał wszelkich naturalnych zbiorników wodnych, wzbraniając się przed pływaniem. W jego przypadku wszelkie aktywności nie były wskazane, do czego musiał się dopasować.

Jego uwadze nie uszło to, że Laurent postanowił się rozejrzeć po tym miejscu. Gdyby zdołał poznać go znacznie lepiej i gdyby byli faktycznie umówieni na tego typu spotkanie po latach to być może udałoby mu się znacznie lepiej wybrać miejsce. Teraz jednak Fontanna Szczęśliwego Losu musiało wystarczyć, tym bardziej że ich spotkanie należało do przypadkowych. Nie dało się też nie dostrzec, że sam Laurent zdawał się preferować ekstrawagancki ubiór, zdający się nie pasować do lokalu, w którym się znajdowali. Poza tego rodzaju dyskretnym spostrzeżeniem, nie zamierzał wygłosić jakiejkolwiek uwagi pod adresem swojego towarzysza. O gustach się nie dyskutowało.

Długo zastanawiałem się nad tym co chcę robić i postanowiłem spróbować swoich sił w tym właśnie departamencie, na razie wyłącznie biurowo. Jeśli uda mi się zostać egzorcystą i przypadnie mi to do gustu to prawdopodobnie zagrzeję tam miejsce na dłużej. Może... w przyszłości przyjmą mnie do Departamentu Tajemnic. — Obejmując dłońmi kufel pełen kremowego piwa dzielił się ze swoim znajomym (to określenie wydawało mu się właściwe). Gdyby mieli okazję się spotkać więcej, niż ten raz, to może nawet Laurent stałby się jego przyjacielem. — Przynależę również do Spectrum, zgodnie ze swoimi zapatrywaniami zawodowymi. Podchodzę jednak z pewną rezerwą do wywoływania duchów. Niektórym przepowiadam też przyszłość. — W jego ustach to mogło zabrzmieć jak próżne przechwałki, jednak tak naprawdę był daleki od tego. To, o czym teraz opowiadał, stanowiło istotną część jego jestestwa. Mieli omówić swoje życie po ukończeniu Hogwartu i w tym aspekcie nie zamierzał nic ukrywać.

Poniekąd, stawiałem w tamtym czasie pierwsze kroki w tym kierunku. Moja matka, oprócz bycia nauczycielką wróżbiarstwa, jest także spirytystką. Uczyłem się od niej. Zacząłem chodzić od Hogwartu w 1955 roku, a ty? Znajomości zawieramy na przestrzeni całego swojego życia i to nic straconego. — Bardzo dobrze pamiętał, że podczas ich pierwszego spotkania uraczył tego blondyna opowieściami o duchach-rezydentach Hogwartu. Przez bycie synem tak wybitnej czarownicy mógł uczyć się od najlepszych - od swojej matki. Dużo opowiadał o sobie - szybko się poczuł swobodnie w towarzystwie kogoś, kto chciał go wysłuchać. On również chciał lepiej poznać tego blondyna, tym bardziej, że spotkali się na całkiem neutralnym gruncie.

Niektóre duchy są naprawdę groźne, zwłaszcza jeśli dojdzie do opętania. Tak samo jak poltergeistów... sam zapewne nieraz miałeś styczność z Irytkiem. Obrzucanie kredą, wysypywanie zawartości koszy na śmieci czy łapanie za nosy... i tak dalej. Jestem jednak zdania, że to także pomoc dla duchów, które nie mogą dostać się na drugą stronę. — Postanowił podzielić się z Laurentem swoim spostrzeżeniem na temat dusz. Ono zostanie zweryfikowane przez rzeczywistość, jeśli naprawdę uda mu się zostać egzorcystą. Przelotnie wspomniał Jęczącą Martę, która umarła jako uczennica i na zawsze pozostawała związana z tym zamkiem. Nie uszedł jego uwadze błysk w oku, towarzyszący temu uśmiechowi. Teraz to on uśmiechnął się z lekkim zmieszaniem, bo wyznawane przez niego poglądy mogły sprawić, że będzie postrzegany jako dziwak.

Słyszałem o tym, że twoja rodzina prowadzi hodowlę abraksanów i prowadzi interesy związane z wyścigami konnymi. Dbanie o rodzinny interes to naprawdę pewne i odpowiedzialne zajęcie. — Co prawda, zauważył przebłysk dumy w spojrzeniu i uśmiechu Laurenta, jednak czegoś mu tutaj zabrakło. Laurent nie musiał opowiadać tak wyczerpująco, jak on to zrobił o swoim życiu po ukończeniu Hogwartu, jednak dla niego tak szczegółowa opowieść stanowiła wyznacznik pasji. Nie potrafił zaprzeczyć temu, że Laurent nie odczuwa tego względem swojego udziału w rodzinnych przedsięwzięciach. Tym, co skłaniało go ku rozważaniom tego typu, było to, czy za tym nie stała wola jego rodziny i wypełnianie narzuconej mu roli. W czystokrwistych rodzinach to było na porządku dziennym - wykonanie wybranego przez ojca zawodu i zawarcie korzystnego dla rodu małżeństwa. Pytaniem, na które nie znał odpowiedzi, było to, czy Laurent naprawdę chciał to robić w swoim życiu. Jego przyszłość była dla niego niejasna. W tym momencie przynajmniej.

Wydajesz się bardzo lubić pracę z tymi stworzeniami, pomimo tych wszystkich trudności... a może właśnie dlatego. Nic co dobre przecież nie przychodzi łatwo. — Odezwał się po chwili, posyłając mu szczery uśmiech. Jego przemyślenia nie miały tutaj nic do rzeczy. Niegrzecznie byłoby poruszać ten temat.




RE: [25.10.1964] I have always imagined Paradise as a kind of library. || Laurent & Leon - Laurent Prewett - 22.06.2024

W uszach blondyna nie brzmiało to jak przechwałki. Brzmiało to jak zdolność sprzedania samego siebie. W jego rodzinie pieniądz musiał się zgadzać, a ludzie byli jednym ze środków niezbędnych do przepływu tych pieniędzy i ich mnożenia. Byli inwestycją - tylko czy dobrą? Człowiek musi potrafić pokazać swoje mocne cechy, dopiero od pracodawcy zależało, czy pozna też te słabe, o których mówić się nie chciało. Na szczęście dla samego Leona - nie byli tutaj na rozmowie o pracę, chociaż Laurent słuchał go tak, jakby miał wycenić zaraz, czy zostanie przyjęty na wymarzone stanowisko, czy jednak przekreślony. Na przekreślenie nic na razie nie wskazywało. Egzorcyzmy, duchy - to był świat fascynujący, a jednocześnie Laurent podchodził do niego z wielkim dystansem... ciekawe, że sam Leon też. Z tematem przywoływania duchów, w świecie to którym przecież zależało ci na tym, żeby poniekąd podporządkować go twojej woli. Żeby odpowiadał na twoje pytania. Rzadko były to rytuały dla przyjacielskiej pogawędki, bo nigdy niemiałeś stu procentowej pewności, z czym, albo kim, skontaktujesz się po drugiej stronie. Kiwał więc głową, wpatrując się z uwagą i skupieniem w Leona. Z nieskrywaną ciekawością.

- Coś ciekawego dzieje się w Spektrum czy to tajemnica klubowa? - Plotki, ploteczki... czy byli ludzie, którzy ich nie lubią? Wiedza to potęga - czasami potężniejsza nawet od pieniądza. Nie każdą wiedzę bowiem dało się kupić. Za to każdą wiedzę dało się sprzedać. - Aaach, taaak... pamiętam, wspominałeś o tym zdaje się? - Przymrużył trochę oczy z uśmiechem w parze, jakby właśnie bardzo wysilał swój umysł, żeby się skupić na tych opowieściach z dawnych lat. Coś mu się kojarzyło z tą spirytystyką... chyba faktycznie mówił, że jego matka tego naucza? - 1957? - Tak prawdę mówiąc to musiał się chwilę nad tym zastanowić. - Taak... 1957. To nie taki aż przeskok. - Dwa lata rocznikowo, ale to wystarczyło, żeby będąc jeszcze z różnych domów się nie kojarzyć. Lekko poruszył ręką w geście sugerującym, że szkoda gadać, kiedy temat zjechał na Irytka. Szkoda gadać - ale nie do końca to miał na myśli. Nie chciał poruszać tego tematu, bo był frustrujący, a i on sam nie lubił rozmawiać w nadmiarze o szkole i przygodach w niej. Niekoniecznie wspominał ją najlepiej, nawet jeśli niektóre znajomości stamtąd wyniesione były naprawdę bezcenne. - Dla tych, które nie mogą, a chcą... na pewno. - Bo większość nie po to zostawała z żywymi, żeby uważały wymuszone egzorcyzmy za pomoc. Nie uważał tego jednak za żadne dziwactwo - co najwyżej zwracało jego uwagę na uwrażliwienie osoby przed sobą. A to zaś budowało nić porozumienia.

- Nie bardziej niż praca egzorcysty czy w Departamencie Tajemnic... gdzie jedno drugiego nie wyklucza. - Odpowiedzialność... każda praca niosła ze sobą jakąś odpowiedzialność. Jej wydźwięk i płaszczyzna bywał różny - jedni mieli na sobie odpowiedzialność za całe państwo, inni za siebie i dwóch pracowników obok, bo jeśli źle ułożą ich grafik to skończą bez wolnego do końca roku. Skala była różna, a jednak potrafiła tak samo wstrząsać życiem jednostek. - Dziękuję jednak za uznanie. - Tak... pasja. Niektórzy ludzie mówili z pasją - i właśnie to sprawiało, że słuchało się ich z taką uwagą. Dlatego Laurent z taką uwagą słuchał Leona - bo brzmiał jak osoba, która znalazła się na właściwej pozycji we właściwym miejscu. Laurent przecież tam tu był, tak..? Właściwa osoba. Właściwe miejsce. Jedyny syn, jedyna spuścizna. - Lubisz wyścigi? Strasznie głośne i huczne... ale loty z przeszkodami albo ujeżdżanie - polecam z całego serca. Abraksany i konie wręcz tańczą w odpowiednich rękach - i świetnie się przy tym bawią. Niektórzy błędnie uważają, że to je krzywdzi... Nic bardziej mylnego, naprawdę. - Strasznie denerwowały go poglądy, że krzywda się tym koniom dzieje. Może jeźdźcy krzywdzili je osobiście - tak jak człowiek potrafił krzywdzić człowieka - ale same treningi i zawody to była forma zabawy dla tych stworzeń. - Miałeś kiedyś do czynienia z... opętaniem? - Podpytał, bo hasło "Irytek" na moment go wycofało z tamtego zagadnienia, ale ciekawość wygrała.




RE: [25.10.1964] I have always imagined Paradise as a kind of library. || Laurent & Leon - Leon Bletchley - 23.06.2024

W sytuacji, w której nie było się członkiem czystokrwistego rodu i nie miało się przyzwoitych koneksji ani stosów galeonów, za które można było kupić absolutnie wszystko i każdego ani nie było się celebrytą, nie miało się szans na zostanie gwiazdą sportu, trzeba było umieć pokazać się od jak najlepszej strony. Jego osiągnięcia powinny mówić same za siebie. Nie zamierzał tego w żaden sposób wyrzucać Laurentowi - nie wybrał on sobie rodziny, w której przyszedł na świat. Nie znał go na tyle dobrze, aby móc stwierdzić, czy faktycznie zjednuje sobie ludzi pieniędzmi czy innymi korzyściami.

Takie życie wśród wszelkich zbytków miało swoje wady i zalety. Jednak nie było to życie, którego mógł pragnąć dla siebie. Wszystkie pieniądze tego świata nie pozwoliłyby mu kupić możliwości uwolnienia się spod jarzma swojej choroby. Ponadto wydawało mu się, że członkowie tych czystokrwistych rodzin rzucają zbyt długie cienie na swoich bliskich. To też nie  było tak, że w jego rodzinie panowała istna sielanka - zawsze jednak mógł liczyć na ich wsparcie, niezależnie od obranej drogi życiowej.

Comiesięczne seanse spirytystyczne przebiegają zwykle tak samo - chętni próbują swoich sił w przywoływaniu duchów potężnych czarodziejów, chcąc dowiedzieć się czegoś o życiu po drugiej stronie i poznać tajemnice zaświatów. Moja matka wiedzie w tym prym, ja staram się robić to jak najrzadziej. Zaświaty interesują mnie wyłącznie naukowo, jednak to nie zabawa i staram się zachowywać umiar. Rozmawiamy o zjawiskach nadnaturalnych i omawiamy nowe odkrycia związane z obecnością Post-istot. Nie brakuje także alkoholu i dobrego jedzenia. Interesujesz się tym? — To z pozoru nie brzmiało tak porywająco, jakby mogło się wydawać, jednak najlepiej było tego uświadczyć na własnej skórze. Jeśli Laurent był tym zainteresowany to zawsze mógł przyjść na jedno spotkań. Zawsze może pomóc mu odnaleźć się w tym towarzystwie.

Takie seanse odbywają się także w domu moich rodziców, ale to bardziej dla klientów... był kiedyś czarodziej, który chciał się zapytać ducha swojej matki co myśli o kandydatce na jego drugą żonę. Po zakończeniu tego etapu seansu trzeba było podać mu eliksir spokoju. — To wzmianka mogła wydać się nieprofesjonalna z jego strony, jednak nie podał personaliów tego czarodzieja ani nie przytoczył tego, co wówczas usłyszał. W tamtym momencie stosunkowo trudno było zachować mu powagę, kiedy było się świadkiem sytuacji, jak dorosły mężczyzna był łajany przez ducha swojej zmarłej matki.

Wspominałem, to prawda. — Potwierdził ten fakt, po czym upił łyk kremowego piwa. Odstawił ponownie kufel na stolik, splatając przed nim ramiona.

To zaledwie dwa lata różnicy. I dwa różne domy. — Przychylał się do tego, że dwa lata różnicy między nimi to nie przepaść w kwestii roczników, ale przynależność do innych domów nie sprzyjała zawarciu przez nich znajomości we wcześniejszych latach. Leon akceptował fakt, że istnieli czarodzieje, dla których Hogwart nie był najlepszym czasem w ich życiu.

To nie taka prosta sprawa - w Hogwarcie duchy pełnią funkcję stałych rezydentów i na stałe wpisują się w krajobraz tego zamku. Jeśli pozostają związane z miejscem, w którym żyje ich rodzina, to też trzeba wziąć pod uwagę ich zdanie. Mogę mówić tylko za siebie... gdybym miał znaleźć się w takiej sytuacji to wolałbym aby duchy moich krewnych przeszły do Limbo. Ich czas w świecie żywych dobiegł końca, przynajmniej w tym konkretnym cyklu. Początkiem następnego są narodziny. — Poruszane przez nich kwestie były tymi, które przekraczały zdolności pojmowania wielu ludzi. Bo większość z nich nie zdawała sobie sprawy z praw rządzących tym właśnie światem, a tym bardziej zaświatami. On też nie mógł uchodzić za eksperta w ich sprawie, ale mógł stawiać hipotezy, z nadzieją, że kiedyś uda mu się sprawdzić ich poprawność albo ustalić, że są zupełnie nietrafione. Nie chciał zanudzać swoimi wywodami Laurenta, nawet jak on zdawał się chętnie go słuchać.

To prawda. Praca ze zwierzętami wydaje mi się nieco bezpieczniejsza... zakładam, że wiesz jak się z nimi obchodzić i przez to możesz uniknąć chociażby bycia kopniętym przez wierzchowca. To jednak odpowiedzialność za żywe istoty, które mogą przejawiać różny temperament i zachowania. W twój zawód jest też wpisana biurokracja. To zawsze najmniej ciekawy aspekt każdej pracy. To jednak trzeba lubić albo mieć pod ręką ludzi, którzy mogą przejąć taką część twoich obowiązków. — Wyraził w tym momencie swoje przypuszczenie, które w tym momencie mogło zostać zweryfikowane przez młodego Prewetta, mogącego odsłonić przed nim kolejne tajniki swojego życia.

Z oczywistych względów nie mogę brać w takich udziału, ale chętnie bym zobaczył takie wyścigi na własne oczy, z widowni. Jakoś tak się złożyło, że dotąd nie miałem ku temu okazji. Ja tak nie uważam - nie będąc dokładnie zorientowany w tym temacie nie mam podstaw do opowiadania się po jednej albo drugiej stronie. Rozsądek podpowiada mi, że masz słuszność, skoro opiekujesz się tymi magicznymi stworzeniami na co dzień. — Przyznał lekko zmieszany swoim wyznaniem, że jak dotąd nie miał okazji uczestniczyć jako widz w wyścigach konnych. Nie zamierzał w żaden sposób podważać stanowiska Laurenta, za którym stała praktyczna wiedza przekazana mu przez pozostałych członków jego rodziny. Nie pozjadał wszystkich rozumów, jak spotkani przez tego czarodzieja głosiciele podobnych poglądów.

Do chwili obecnej nie. Nie osobiście. Opowiadano mi o takim zdarzeniu. Jeśli zostanę egzorcystą to one staną się moim chlebem powszednim. — Odpowiedział rzeczowo, z cichym westchnięciem jakby przepraszał za to Laurenta, że nie uraczy go relacją z pierwszej ręki ze swojego kontaktu z opętańcem.




RE: [25.10.1964] I have always imagined Paradise as a kind of library. || Laurent & Leon - Laurent Prewett - 29.06.2024

Nie wydawało się pasjonujące ani wciągające z boku. Nie wydawało się niezwykłe, kiedy nie miałeś wyobraźni i nie potrafiłeś zwizualizować sobie ducha dawno zmarłego czarodzieja oraz tajemnic, jakie zabrał ze sobą do grobu. Niektóre nie były skłonne tymi tajemnicami się dzielić. Większość nie pamiętała swojej śmierci ani nawet jej okoliczności. Laurent jednak nie miał wątpliwości JAK ciekawe to być musiało. Tak jak nie miał wątpliwości, że nie śpieszyło mu się do uczestnictwa w takiej sesji, nawet jeśli była szalenie ciekawa. Wystarczyło mu już doznań i emocji w swoim życiu, nie szukał tego typu... rozrywek.

- Interesuję się wszystkimi istotami magicznymi, duchami włącznie. Niekoniecznie jednak sesjami spirytystycznymi. - Nie ciągnęło go nadmiernie do tego klubu i nie zamierzał do niego wkraczać, chyba że konieczność by nakazała, bo... potrzebowałby czegokolwiek. Chciał trzymać się na bezpieczny dystans, a miał tutaj osobę, która co ciekawsze rzeczy mogła mu poopowiadać. O, to był ten poziom zaspo[kojenia ciekawości, który mu w pełni odpowiadał. Posłuchać, poobserwować z daleka, a nie będąc bezpośrednio zaangażowany w takie działanie czy też będąc jego świadkiem. Jak na przykład przypowiastka z tą matką i wybranką. Laurent w pierwszej chwili prychnął śmiechem, ale w drugiej zrobiło mu się żal człowieka. Tak bardzo zależnego od matki, że nie był w stanie podjąć samodzielnej decyzji o osobie, z którą będzie dzielił życie. A przecież jego matka już przeminęła, więc powinien ruszyć dalej. Nie ważne, jak bardzo kochasz rodzinę - każdy kiedyś przeminie. Laurent nie chciał o tym myśleć, bo temat śmierci nigdy nie był mu miły. Wręcz przeciwnie. - Wybory zazwyczaj nie należą do nas. - Odpowiedział na ten wywód apropo tego, że duchy były integralną częścią Hogwartu. Tak, były. Ale duchy nie były jakąś ozdobą do latania między ścianami. Ich integralność... nie, nie były integralne. Pochodziły z Limbo, a tutaj zostały trzymając się swoich kotwic z braku chęci przejścia na drugą stronę i poruszenia się w zamkniętym kręgu życia.

Cicho się zaśmiał słysząc o tym, że z oczywistych względów nie może uczestniczyć w wyścigu. Oczywiście, że nie. To lata treningu i szkoleń. Laurent by nie mógł w takim uczestniczyć, więc co dopiero on... Leon zdawał się uroczy, robił nieco infantylne wrażenie w swoich przekonaniach, w tym, jak dobierał słowa i nawet w plecionych zdaniach. Rola egzorcysty zdała się do niego nie pasować zupełnie - powinien zostać przy mięciutkich puffkach i pracować w przedszkolu. Miałby idealne podejście do dzieci ze swoim spokojnym tonem. Ale może to zblazowanie było wynikiem tego, że wyglądał tak chorowicie? Jeśli jednak ciężko chorował to tym bardziej rola egzorcysty była jak rzucenie sobie bombardy pod nogi. Ale możliwe, że on wielu rzeczy nie wiedział.

- Wiem, że to nie jest moja sprawa, ale wydajesz się bardzo ciepłym i łagodnym człowiekiem. Jesteś pewien, że egzorcyzmy to dla ciebie dobra droga? - To było coś, co zmieniało człowieka. Nie mogło NIE zmienić. Okropieństwa i okrucieństwa aktów egzorcyzmów nie były przeznaczone dla wrażliwych ludzi. A takim się wydawał Leon - wrażliwym człowiekiem.