Secrets of London
[15.06.1972] Doppelganger. Twoja i moja tajemnica | Geraldine & Cain - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126)
+---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132)
+---- Wątek: [15.06.1972] Doppelganger. Twoja i moja tajemnica | Geraldine & Cain (/showthread.php?tid=3288)

Strony: 1 2


[15.06.1972] Doppelganger. Twoja i moja tajemnica | Geraldine & Cain - Cain Bletchley - 19.05.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

Nie, nie, to wszystko nie było za dużo. To, z czym przychodziła do niego Geraldine ot nie było zbyt wiele. Wiele, tak, to się zgadza. Lecz nie ZA wiele. Możliwość przyniesienia pomocy Geraldine była niemal jak wyłowiona czarna perła z małży - jaka była na to szansa? Nawet jeśli brzmiało to zabawnie, to przecież Geraldine była jedną z tych samowystarczalnych Zosi-samosi, które nie lubiły zawracać komuś głowy i nie lubiła, kiedy jej ciężar przekładał się na czyjeś ramiona.

- Nie, nie... miałem ciężki dzień. - Chętnie się z nią podzieli tą opowieścią, tylko może nie dzisiejszego dnia. - Żaden człowiek nie potrzebuje weekendu bardziej niż człowiek, który wrócił właśnie z urlopu. - Odkrył malutki sekrecik - żaden sekret! Ale nie chwalił się nikomu specjalnie, że wziął wolne, ON! Pewnie jak wróci dobrze do biura to zaraz zobaczy zmrużone oczy Alastrona i będzie widział, jak węszy pytanie, czy w końcu wyjechał za jakąś dziewczyną. Nie to, że kuzyn chciał go swatać, ale część jego rodziny chyba a i owszem. Ewentualnie jego bezcenny krewniak liczył na to, że kiedy on się ożeni to rodzina przestanie nagabywać jego samego na ożenek. Nieistotne. Istotne było to, że pierwszy raz wyjechał na tego typu urlop i to na parę dni. Wypoczął i zarazem nie bardzo przez felerny powrót. - Dobrze, że noce są nadal chłodne. - Odetchnął, kiedy wyszli z tej przeklętej knajpy na zewnątrz po dopiciu swoich trunków. Nie bolałoby nawet szczególnie zostawienie ich tam - to przez to, jakie były, ekhem... pyszne. Cain był nieco do tego smaku przyzwyczajony, bo przecież sam nie przebierał w nadmiernej ilości galeonów.

- Nadal mam złe wspomnienia, jak kiedyś zgubiłem się bez ciebie w tym lesie. - Uśmiechnął się lekko, wciskając dłonie w kieszenie płaszcza, którym mocniej się opatulił. Tutaj dopiero było chłodno - przyjął to z ulgą. Możliwość oczyszczenia zmysłów od niedawnego bombardowania. I ta cisza. Zaczął ją doceniać. Aż piszczała w uszach. - Próbowałaś go zaprowadzić przed oblicze ojca? - Zapytał jeszcze apropo tego, bo w sumie skoro jej brat i tak kręcił się po ich posiadłości, to może takie zetknięcie z rzeczywistością cokolwiek by pomogła na ten syndrom wyparcia, jakim odznaczył się Gerard.




RE: [15.06.1972] Doppelganger. Twoja i moja tajemnica | Geraldine & Cain - Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.05.2024

Miała po prostu pewne obawy, wynikające z proszenia o pomoc, bo było to dla niej coś nietypowego. Zupełnie nowa sytuacja, w której próbowała się jakoś odnaleźć. Nie miała jak zwyczajowo reagują ludzie w takiej sytuacji, samej zdarzało jej się pomagać innym, jednak nigdy sama nie musiała prosić. Było to w pewien sposób dla niej upokarzające. Nie znosiła tego uczucia. Wiedziała jednak, że inaczej może sobie w tej chwili nie poradzić, bo problem był, aż nadto złożony.

- Co racja to racja, dlatego mawiają, żeby zawsze wziąć jeszcze jeden dzień wolnego, żeby odpocząć po urlopie. - Sama nie do końca wiedziała, jak to działa, bo dawno nie była na urlopie, zresztą w jej sytuacji wyglądało to zupełnie inaczej, bo pracowała, kiedy miała na to ochotę. Bycie swoim własnym szefem miało swoje zalety.

Normalnie zapewne zaczęłaby go wypytywać o to, gdzie był na urlopie, z kim i co ciekawego robił. Teraz jednak nie miała głowy do takiej rozmowy, na pewno wróci do tematu, gdy ta cała sytuacja nieco się ustabilizuje, chociaż może zapomni. Miała nadzieję, że nie będzie miał jej tego za złe, ale dzisiaj trochę nie była sobą.

- Czy ja wiem, czy dobrze, uwielbiam lato za to, że można spać pod gołym niebem, już niedługo będę mogła zostawać w lasach bez tych wszystkich rzeczy. - Nie będzie musiała wracać do domu, czasem, podczas długich polowań było to kłopotliwe, szczególnie, kiedy musiała nosić na swoich własnych barkach cały sprzęt.

Znaleźli się wreszcie w Snowdonii - jej domu. Cisza, jaka ich przywitała koiła zmysły, była tak bardzo różna od tego, co można było zastać o tej porze w Londynie. Do tego niebo - pełne gwiazd, istny spektakl rozgrywał się im nad chmurami. Czasem za tym tęskniła, trochę, jakby znaleźli się w zupełnie innym świecie. - Ten las nie jest, aż taki straszny, ale rozumiem z czego wynikają złe wspomnienia. - Wiedziała, że dla większości osób lasy są miejscem, które wzbudza lęk, szczególnie ich wnętrze, gdzie docierały resztki promieni słonecznych, gdzie można było spotkać stworzenia, które nie były przyjaźnie nastawione na obcych przybyszy. Dla niej to było zupełnie naturalne środowisko, została wychowana, by radzić sobie w nim bez lęku.

- Dziwnym trafem nie pojawia się nigdy, kiedy obok jest ojciec, tak, jakby nie chciał go spotkać. - Nie próbowała go zaciągnąć jeszcze przed jego oblicze siłą, a może powinna? - Chodźmy do środka, może będziemy mieli szczęście i będzie po prostu w swojej sypialni, jeśli nie stawiam na stajnię, podobno trochę za bardzo lubi stajennego. - Widziała, jak na siebie patrzą, to mogło sugerować, że spędzają ze sobą zdecydowanie więcej czasu, niż mogło się wszystkim wydawać.




RE: [15.06.1972] Doppelganger. Twoja i moja tajemnica | Geraldine & Cain - Cain Bletchley - 21.05.2024

Duma. Opisywała sylwetkę Geraldine, jakby była słowem zdolnym ująć w sobie styl, siłę, jej bezpośredniość i jej zdolność zachowania klasy. Była jej skórą, ale nie twardniała jak skóra drzew zmieniająca się w korę. Nie pytał jej nigdy, czy ta duma sprawiała, że czasem cierpiała - czy widziała to, że te śliczne, urocze panienki o długich nogach zdobywają liczne spojrzenia płci przeciwnej, a jej się większość mężczyzn zwyczajnie bała. Nie było wielu amatorów takiej siły w sylwetce, nie było wielu amatorów takiej siły w charakterze. Geraldine potrafiła być zaskakująco miękka, jeśli tylko dało się jej okazję zbliżyć, troskliwa, jeśli tylko miała się o co troszczyć i kochliwa, jeśli tylko emocje ścisnęły jej serce. Nie był osobą, która by się wypowiadała "noo, ty to zasługujesz żeby KAŻDY się za tobą oglądał!". Nigdy nie będzie to KAŻDY. Nawet kobiety, które przyciągały tysiące, setki tysiące spojrzeń w gazetach nie miały takiej mocy, żeby obezwładnić swoim urokiem KAŻEGO. Ten "każdy" miał swoje preferencje, miewał lepszy czy gorszy dzień, był bardziej zapracowany, albo i nie, zapatrzony tylko w swoją żonę, albo miał inną orientację seksualną. Mógłby powiedzieć 'zasługujesz na kogoś dobrego'. Tak, mógłby. Kogoś, kto o nią zadba. I tak, jak pogawędka o jego specyficznym urlopie, na którym zaliczył nawet ślub hipisów (nieplanowanie) była na inny raz, tak i pogawędki o sprawach sercowych kobiety nie była tu i teraz. Jedyną część jej serca, jaką zamierzał poruszać, to ta, która dotyczyła jej brata i ojca. Więc nie, to nawet nie był temat do tego, czy coś tutaj było do przebaczania czy też nie. Sam nie chciał teraz o tym rozmawiać. Nie chciał aż tak rozpraszać nawet swoich myśli od tego, co mogą napotkać, a na czym warto się skupić. Nie chciał odrywać swoich myśli od Geraldine, jeśli go potrzebowała.

To był jeden ze śmiechów Matki z Bletchleya - miał pamięć doskonałą, ale w lesie, na polach, na łonie natury gubił się od razu. Nie wiedział, gdzie jest i co się dzieje. Niby mógł zapamiętać każde mijane drzewo, ale kiedy próbował zebrać je w całość i rozstawić plan drogi, jaką przeszedł, już każde z drzew wydawało mu się takie same i jednak stać w innym miejscu, niż powinno. Więc kiedy tylko jakikolwiek wypad zaliczał w sobie pójście do lasu to od razu unosił palec, żeby zażyczyć sobie personalnej nianki. I żeby czasem go tam nie zostawiać. To wspomnienie zagubienia się w tym lesie było naprawdę traumatyczne.

Powędrowali po dużej posiadłości, która była powiązana z pobliskim rezerwatem - jednym chyba z najlepszych, jeśli chodzi o smoki? W tym temacie nie był specjalistą, ale nie słyszał niepochlebnych opinii. Wkroczyli przez główne drzwi - wnętrze było pogrążone w cieniach, ale wystarczyło jedno machniecie różdżką i już światła w korytarzu rozjaśniały się, żeby przeprowadzić ich do jednego, konkretnego pomieszczenia. Nie było Gerarda, więc był Thoran. Siedział w swoim pokoju jakby nigdy nic. Może jakby na nich czekał? Ale to przecież oznaczałoby, że potrafił zaglądać w przyszłość, a nie potrafił... prawda? Wycinał właśnie kawałki kartek niekoniecznie przejmując się tym, że wychodzi to nierówno - najwyraźniej nie miały być na pokaz. Więc kiedy rozległo się pukanie do drzwi to Geraldine mogła usłyszeć zaproszenie do środka. A jeśli pukania nie było to mogli uświadczyć uśmiech, który malował się na twarzy mężczyzny, gdy obrócił się w stronę drzwi. Podły, cwaniaczki uśmieszek i wzrok, który błysnął z siostry na jej gościa.

- Kopę lat. - Cain uśmiechnął się do mężczyzny.

- Wizyty o tak późnej godzinie? Tak wypada? - Zwrócił się do Geraldine z jakąś pogardą słyszalną w głosie. - Ależ zapraaaszam! Usiądźcie sobie, nie ma probleemu~.




RE: [15.06.1972] Doppelganger. Twoja i moja tajemnica | Geraldine & Cain - Geraldine Greengrass-Yaxley - 21.05.2024

Kiedyś się przejmowała. Czuła ukłucie za każdym razem, gdy ktoś komentował jej wygląd. Gdy szeptali, kiedy przechodziła obok, pokazywali ją palcami. Nie była typową pięknością, wątpiła w komplementy, które dotyczyły jej wyglądu, bo miała w domu lustro. Wiedziała, że jest wiele dziewcząt, później kobiet, które faktycznie były dużo bardziej atrakcyjne od niej. Aktualnie nie było to dla niej ważne, z biegiem czasu bowiem zauważyła, że potrafi wzbudzić w mężczyznach zainteresowanie czymś innym, nawet jeśli były to tylko chwilowe uniesienia. Zresztą miała świadomość, że może wzbudzać strach, co było miłą odmianą od początkowego lekceważenia, kiedy zaczęła pracę w swoim zawodzie. Zasłużyła sobie na taką opinię, zdecydowanie wolała, żeby się jej bali, niż nią gardzili. Może nie była to dobra metoda, bardzo zero jedynkowa, ale działała, przynajmniej częściowo w ten sposób, w jaki chciała.

Aktualnie nie miała głowy do tego, żeby rozmyślać na temat swojego złamanego ostatnio serca, zbyt wiele problemów się nawarstwiło, za dużo działo się w jej życiu. To był przeklęty rok, a zaczęło się od tego, że pozwoliła, by wampir zabił Astarotha, może nie w pełni zabił, bo niby żył, tyle, że nie do końca. Wtedy zaczęła spadać, myślała, że jest na dnie, ale zawsze było jeszcze coś pod tym dnem. Ostatnio to do niej dotarło, zawsze może być gorzej.

Chętnie porozmawiałaby z Cainem o tym, jak mu minął urlop, naprawdę była tego ciekawa, chciała go wysłuchać, chciała, żeby opowiedział jej o wszystkim. Tyle, że to nie był dobry moment, głupio jej było z tego powodu, strasznie, że zamiast skupić się na nim, chociaż przez chwilę, to zaczęli od tego, co się u niej posypało. Na pewno mu to jakoś wynagrodzi, zauważyła jego zmęczenie, zastanawiała się nawet czym było spowodowane, czy wszystko u niego w porządku, czy też ostatnio nie miał szczęścia. Strasznie źle się czuła będąc dzisiaj egoistką, ale bywały dni takie jak ten, kiedy musiała myśleć tylko i wyłącznie o sobie.

Ulżyło jej, kiedy weszli do posiadłości, gdy zapytała kochaną skrzatkę Triss o to, czy jest Thoran i uzyskała twierdzącą odpowiedź. Trochę się bała tego spotkania, nie wiedzieć czemu, reagowała ostatnio na jego obecność bardzo niepewnie. Zaczynało jej się mieszać w głowie, wolałaby, żeby się tak nie działo. Znaleźli się tu jednak z konkretnego powodu, Cain mógł zajrzeć do jego umysłu, tam, gdzie zwyczajni ludzie, jak ona nie mieli możliwości. Wierzyła, że to trochę powie jej na czym stoi.

Spodziewała się, że ojca nie ma. Pewnie był w stajni, albo w lesie. Dziwnym trafem kiedy Thoran znajdował się niedaleko to Gerard był w zupełnie innym miejscu. Nie miała pojęcia z czego wynika ta zależność, kiedyś tak nie było, a przynajmniej tak to widziała w swoich wspomnieniach.

Dotarli wreszcie do pokoju Thorana. Zapukała, nie zamierzała wchodzić nie proszona, a może zamierzała? Dobrze jednak sprawiać pozory, przecież nie przyszli tu by węszyć, prawda?

Zaprosił ich do środka, wtedy dopiero nacisnęła klamkę. Weszli do jego pokoju. Gerry zamknęła za nimi drzwi, nie chciała, żeby ktoś ze służby ich podsłuchał, już i tak szeptali, nie powinna dawać im kolejnych powodów do plotek.

Uśmiechnęła się do brata na przywitanie, lekko, jakby wcale nie czuła się niepewnie.

Wyczuła pogardę w jego głosie, dziwne, zazwyczaj nie mówił do niej w ten sposób. - Od kiedy któreś z nas przejmuje się tym, co wypada? - Powiedziała ponownie z uśmiechem, bo przecież to była prawda. Bliźniaki zupełnie nie przejmowały się konwenansami.

- Byliśmy w okolicy i postanowiliśmy wpaść, na chwilę. - Małe kłamstwo jeszcze nikomu nie zaszkodziło. - Chodź Cain, usiądziemy. - Ruszyła w stronę stolika, przy którym siedział Thoran. - Co wycinasz? - Zapytała, żeby jakoś zacząć rozmowę.




RE: [15.06.1972] Doppelganger. Twoja i moja tajemnica | Geraldine & Cain - Cain Bletchley - 22.05.2024

Przejmowała się, serce krwawiło, z oczu kapały łzy, a wszystko to było otulone wieńcem sekretów obniżanej samooceny. Komu Geraldine powiedziałaby, że jest jej przykro, bo Atreus Bulstrode na nią nie spojrzał, jak przechodziła korytarzem. Czy też jakikolwiek inny mężczyzna, który wpadłby jej w oko. Nie chciał widzieć, jak jest podminowywana z tego powodu. I chociaż miał bardzo zły zwyczaj, według którego pomagał nieco za mocno osobom, na których mu zależało, to też nie chciał, żeby Geraldine spojrzała na niego z urazą. Bo pierwsze co mu przychodziło do głowy w takiej sytuacji to pójście do takiego pana, uśmiechnięcie się do niego i grzeczne poproszenie, żeby jednak to zrobić. Bo jak nie... Takie akcje były mieczem obosiecznym i czasem za mocno obracały się w twoim kierunku. Stawałeś się ofiarą własnego ciosu, który przecież intencje niósł wspaniałe. Tymi wspaniałymi intencjami brukowano też piekło. Co uważał więc za rozwiązanie doskonalsze w swoich poczynaniach to obserwacja. Spokojna i cicha obserwacja. Kiedy jesteś obok kogoś i możesz mu podać dłoń, gdy się potknie. Kiedy poklepiesz tą osobę po ramieniu i dasz znać, że nie jest sam. Geraldine może teraz nie była osobą, która potrzebowała rycerza do ochrony, ale i to wyglądanie i wydawanie się taką osobą wcale nie oznaczała, że nie chciała być chroniona. Wszystkie jej sekrety były z Cainem całkowicie bezpieczne.

Uszanował chwilę ciszy, kiedy kroczyli przez korytarz. Głównie dlatego, że nie chciał się odzywać w tym miejscu, który pochłaniał aż za dużo słów. Gdzie ściany mogły mieć uszy, kiedy kierujesz się do kogoś bliskiego, kto nagle zaczął być obcy, kogo przestawałeś poznawać. Więc milczał. Milczał słowem, ale spojrzał na nią i gestem objął ją lekko od strony pleców, kładąc dłoń na ramieniu - dla otuchy. Yaxley nigdy nie kojarzyła mu się z przylepą, która potrzebuje dotyku jak niczego innego, ale nie zamierzał też jej tego zupełnie żałować, kiedy chwila zaczynała budować napięcie. Nieubłagalnie każdy krok ją tworzył - a jak mocno musiała pękać w szwach ta chwila dla samej Geraldine? Mógłby to zobaczyć spoglądając na barwy wokół niej, ale nie musiał. Wystarczyło, że widział. Jej małomówność, wydawałoby się, że "brak zainteresowania", jej skupione spojrzenie przed sobą. Trochę jakby wyruszała na polowanie, tylko że nie było w niej intencji zabijania, która zazwyczaj biła od każdego człowieka, który chciał sięgnąć po nóż. Geraldine nie byłą teraz wojowniczką. Była kobietą, którą próbował złamać świat. Do roli Caina należała teraz konieczność próby podtrzymania jej, żeby sama już miała siłę się poskładać.

- Przynajmniej ojciec dupy nie zawraca. - Thoran wywrócił oczami i pokiwał jednocześnie twierdząco głową - nie wywracał oczami na słowa Geraldine, tylko na konwenanse zachowań. Machnął lekko ręką, na zasadzie, że fakt - nie ma o czym gadać. No bo od kiedy akurat oni się tym przejmowali? Ale oto jest - siedzi i ma się całkowicie dobrze. Siedzi i coś robi, a teraz nawet ten paskudny uśmieszek zniknął mu chwilowo z ust. Odwrócił swoje spojrzenie z powrotem na swoje biurko. Jeszcze nie znajdowało się na nim nic ciekawego. Początek dzieła, albo zwyczajne zabijanie czasu. - Tobie wybaczę, bo komu jak nie tobie? - I uśmiech zapalił się znowu. Ale tym razem już nie szyderczy, właściwie to jeden z tych, które znałaś od lat. Które zawsze tam były, tylko ostatnio jakoś zaczęły się gubić we wszystkich tych snach, dziwactwach i niepokojących przeżyciach. - Pułapki. - Stwierdził bez skrępowania, unosząc jeden prostokąt, przyglądając mu się, po czym rzucił go na biurko. - To znaczy - to mogłyby być pułapki, gdyby nie były papierowe. - Obrócił się na tym krześle, żeby siedzieć teraz przodem do swoich gości. - A co u was? Na co znowu poluje moja siostra z panem aurorem?

Cain się nie odzywał. Tylko obserwował.


Na aurowidzenie
[roll=Z]
[roll=Z]


RE: [15.06.1972] Doppelganger. Twoja i moja tajemnica | Geraldine & Cain - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.05.2024

Ceniła sobie Caina za dyskrecję. Wiedziała, że nie wypepla jej problemów nikomu. To było dla niej ważne, nie wszystkim mogła, aż tak zaufać. Miała problemy z zaufaniem, chociaż praktycznie nikt nie dawał jej ku temu powodów. Może poza kilkoma mężczyznami, do których zbliżyła się trochę za bardzo. Na przyjaciół mogła liczyć, na tych, którzy zawsze byli gdzieś obok, mimo wszystko nadal nie do końca czuła się z tym pewnie. Może wydawało jej się, że nie zasługuje na takie osoby u swojego boku? Było to głęboko zasiedziałe w niej. Próbowała to zmienić, uczyła się zaufania, ale ojciec powtarzał, że na koniec i tak zostanie sama i tak będzie musiała liczyć na siebie, trudno było się pozbyć tych słów z głowy, szczególnie, że były wyryte bardzo głęboko.

Nie zawsze słowa były potrzebne, czasami dobrze było mieć świadomość, że można z kimś pomilczeć bez niezręczności, a tej w ogóle nie czuła podczas ich krótkiego spaceru po posiadłości. Wiedzieli, jaki jest ich cel, wszystko sobie wyjaśnili, teraz pozostawało działanie. Zahipnotyzowanie rodzonego brata było średnio moralnym pomysłem, wydawało jej się być jednak konieczne w tej sytuacji, szczególnie, że póki co wolałaby, żeby nie wiedział, że węszy, że zbiera na niego dowody, że czuje, że coś jest nie tak. Cain jawił się u jej boku, jako towarzysz tego niecnego planu, na szczęście nie odrzucił prośby, na szczęście był gotowy to dla niej zrobić. Nie miała pojęcia, jak mu się odwdzięczy za to wszystko, pewna jedynie była tego, że będzie musiała to zrobić.

To, że delikatnie ją objął dodało jej otuchy, poczuła się pewniej, dotarło do niej, że ma jego wsparcie, że już się nie wycofa. Mimo, że nadal nic nie mówili, to nie opuszczało jej poczucie tego, że uda im się dzisiaj razem osiągnąć sukces, było to całkiem miłe.

- Tak, tata jest chyba zajęty. - Dla Geraldine ojciec był po prostu tatą. Wiedziała, że może na niego liczyć, że zawsze ją wesprze. Mimo tego, że wydawał się być raczej dość surowy, czy zdystansowany w stosunku do swoich dzieci, to o niej zawsze myślał. Kupił jej tego konia, wierzyła w to, że zrobił to dla niej, bo głupio kiedyś rzuciła, że chce się nauczyć jeździć, a ten szukał dla niej specjalnego okazu, takiego, który by się jej spodobał. Może był to specyficzny sposób okazywania uczucia do dziecka, ale na nią działał. Miała pewność, że jest ważna dla Gerarda.

- Cóż, jak nie mnie, to chyba nikomu Thoran, prawda? W końcu jesteśmy sobie najbliżsi. - Rzekła jeszcze cicho, jakby Caina wcale tu z nimi nie było.

- Pułapki? Pokaż. - Udała zaciekawienie i podniosła się z miejsca, żeby zbliżyć się do swojego brata. Spojrzała przy tym przelotnie na Bletchleya, żeby dać mu znak, że jeszcze chwila, a spróbuje unieruchomić swojego bliźniaka. Wiedziała, że to jej jedyna szansa.

- Tak właściwie, to dopiero robimy rozenanie, bo ponoć coś trapi okolicznych mieszkańców. - Odparła, gdy się do niego zbliżała, a chwilę później, rzuciła się na Thorana, aby unieruchomić go na tym krześle na którym siedział. Miała nadzieję, że Cain usunie mu później to wspomnienie, bo mogłoby wyjść nieco niezręcznie.


[roll=PO]
[roll=PO]


RE: [15.06.1972] Doppelganger. Twoja i moja tajemnica | Geraldine & Cain - Cain Bletchley - 24.05.2024

W oczach Bletchleya moralność miała wartość estetyczną - zabij motyla, będziesz złoczyńcą. Zabij karalucha - ozwą cię bohaterem. Nie zawsze za moralnością kryła się logika i nie zawsze ścieżka, którą idziesz, podyktowana była prawością. Czy więc uzyskamy rozgrzeszenie, gdy przyjdzie do sądu, skoro cel był prawy i godny? Geraldine nie szukała zwady, nie chciała niszczyć podejmując to, co było w istocie moralnie wątpliwe - rodzinę powinno się kochać, powinno się ją szanować. Na rodzinę powinieneś zwracać większą uwagę i bardziej się jej poświęcać. Więc to robiła teraz ta kobieta - poświęcała się. Naruszała własne przekonania, liczyła się z tym, że brat może jej tego nie wybaczyć. Bo mógł nie wybaczać. Mógł spojrzeć na nią z poczuciem dogłębnej zdrady - przecież nawet powinien. były granice, których nie wolno naruszać, szczególnie w rodzinie. Tak by się wydawało, bo Cain niekoniecznie miał ten problem. Nie wykorzystywał przewag, jakie posiadał, przeciwko rodzinie, dopóki nie uznał tego za niezbędne. Rozumiał więc dobrze mechanizm, jaki teraz prowadził Geraldine i był ostatnią osobą, która by oceniała, że robi źle. Wystarczyło, że ona sama sobie to robiła - wątpiła i zaciskała tę pięść na swoim sercu. Zaraz ją rozluźniała. Zaciskała. Rozluźniała znów. To nie był rytm jego bicia, ale wystarczył, by płynęła krew. Wystarczył, żeby nie wątpiła, że musi to zrobić, bo większą krzywdą byłoby pozostawienie brata samemu sobie. To było godne podziwu. Dlatego zaraz Cain był pierwszą osobą gotową ją w pełni w tym wspierać.

- Myślisz, że ostatnio się trochę... oddalamy? Może to przez Gerarda. - Zamarudził i westchnął nawet ciężko. Tylko że smutek nie barwił tej czerni mimo tego, że smutny się zdawał. Tak, jakby Bletchleya tutaj wcale nie był. A był. Siedział ciągle w tym samym miejscu, nieszczególnie się ruszał i ciągle uśmiechał w ten typowy dla siebie sposób. Nie odzywał i nie wtrącał, bo nie jego rolą było zagranie tego przedstawienia. Mógł się wtrącić, jeśli by tego potrzebowała Yaxley, ale nie pomyślał nawet, że będzie taka konieczność. Zdawał sobie sprawę z tego, że tę dwójkę łączyło nawet coś więcej niż po prostu rodzinna więź. To było coś bliższego. Kiedyś pięknego. Teraz..? Teraz przyglądał się czarnej chmurze, która była aurą Thorana. I to już wystarczyło, żeby wiedział, jak bardzo jest źle. Jeśli ta osoba była Thoranem, a nie kimś podszywającym się pod niego, to właściwie już można było uznać, że przestał nim być. Upadł. Tak nisko i żałośnie, że dla Caina był do straty. Bo z czerni się już nie wracało. Tam się tylko kończyło swój żywot. - Niee ma czego pokazywać. Żebyś się jeszcze mądrzyła "o a tu to tak powinieneś zrobić"? - Powiedział to w żartach, przedrzeźniając się z nią, ale wcale nie chował jednocześnie tych karteluszek. Wręcz przeciwnie, przesunął się trochę z krzesłem tak, żeby naprawdę mogła podejść. Na następne zagadnienie nie odpowiedział. Geraldine skoczyła do przodu, a on automatycznie i odruchowo zesztywniał i zrobił wielkie oczy - z przerażenia. - G-ger? Zwariowałaś? - Jeśli było mu do śmiechu i żartów, jak niemal zawsze, w zasadzie gdyby nie jego aura i to, jak dobrze znał Geraldine, to zastanawiałby się, czy ta nie próbuje go w coś wkręcić. - Ałaa... uspokój się, na brodę Merlina... jak chciałaś mnie zahipnotyzować to wystarczyło słowo! Nie musisz mnie miażdżyć! - Nie próbował się wyrywać, chociaż przez moment próbował się jakby bardziej... poprawić w jej uścisku.

Cain rozwinął wahadło i wstał z miejsca stając przed Thoranem. Wprawił wahadło w ruch. Jedno machnięcie. Drugie. Trzecie. Powieki Caina z wolna opadały. Opuścił nieco głowę, a Thoran przestał się ruszać i odzywać, gapiąc w wahadełko. Wszystko wydawało się być okej.

Dopóki ciało Bletchleya zupełnie się nie rozluźniło i nie poleciał bezwładnie na ziemię.




RE: [15.06.1972] Doppelganger. Twoja i moja tajemnica | Geraldine & Cain - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.05.2024

Nie miała pojęcia, czy postępuje słusznie, musiała jednak to sprawdzić, musiała szukać odpowiedzi na pytania, które się pojawiły. Wybór między tym, co mówił ojciec, a ukochanym bratem bliźniakiem nie był wcale taki łatwy, pewnie w ogóle nie brała by pod uwagę sprawdzenia Thorana, gdyby nie to, że to wszystko jej się nie trzymało kupy. Zaczęło pojawiać się zbyt wiele wątpliwości, nie mogła tego ignorować. Musiała zrobić coś i może można było podważać stan psychiczny jej ojca, to nigdy nie podejrzewałaby, że on jest w stanie zrobić jej krzywdę, nie sądziła też, że aż tak zwariował, rozmawiała z nim zresztą kilka dni przed tą pamiętną nocą, kiedy wyśniła ten koszmar i wcale nie wyglądał na jakoś mocno pierdolniętęgo. No, może poza tą Karen Moher, ale do tego, że o niej wspomina to już dawno zdążyła przywyknąć. Musiała więc sprawdzić, zobaczyć, co się dzieje, bo mogło to zniszczyć jej rodzinę. Na to nie zamierzała pozwolić, dlatego właśnie zdecydowała się skorzystać z dosyć drastycznej metody. Może i wzbudzało to dylematy moralne, ale czuła, że nie ma wyboru, że postępuje właściwie. Obawiała się jedynie, że może to być początek końca jej relacji z bratem bliźniakiem, że jej nie wybaczy, że nie będzie już czego zbierać. Była gotowa na poświęcenie. Pogodziła się z ewentualnymi konsekwencjami, na tyle na ile w ogóle było to możliwe.

- Naprawdę uważasz, że to przez tatę? - Zaczęli się oddalać już jakiś czas temu, jej samej wydawało się, że gwoździem do trumny w tym przypadku było Beltane, po którym Thoran wrócił odmieniony. To nie tak, że zupełnie przestali ze sobą rozmawiać, czuła jednak, że jest inaczej, że pojawia się pomiędzy nimi dystans, którego nigdy nie było. Nawet jak już byli dorośli, zawsze znajdowali dla siebie czas, teraz jakby nie było im ze sobą po drodze.

Cain siedział nadal z boku, nie odzywał się ani słowem, było to dla niej trochę niestandardowe, bo normalnie pewnie nie pozwoliłaby na to, by czuł się jak tło, w tej sytuacji jednak musiała zająć się bratem, odwrócić jego uwagę. Raczej przywykła do tego, by zabawiać swoich przyjaciół, - Nie przesadzaj, jestem po prostu ciekawa. - Może i czasem lubiła się odezwać, kiedy zauważała, że coś nie miało sensu, dzisiaj jednak nie zamierzała być czepliwa, nie po to tutaj przyszła.

To, co wydarzyło się później, działo się bardzo szybko. Nie mogła się wahać, musiała zrobić to szybko. Wcale nie czuła się z tym dobrze, ale już wcześniej podjęła decyzję, że musi się to wydarzyć własnie w ten sposób.

Udało jej się unieruchomić brata, miała nad nim przewagę, nie spodziewał się tego nagłego ataku i nie miał gdzie uciec. Przytrzymywała go w silnym uścisku, aby Cain mógł go zahipnotyzować. Wyciągnął wreszcie to wahadło, ciekawe, że taki mały przedmiot w rękach odpowiednio wykwalifikowanego czarodzieja mógł zdziałać naprawdę wiele.

Thoran przestał się ruszać, a Cain był w transie, chyba tak właśnie powinno być. Tyle, że później Bletchley opadł na ziemię, Ger wpatrywała się w to wszystko krótką chwilę, po czym puściła brata i podbiegła do przyjaciela. To zdecydowanie nie wyglądało dobrze, co powinna zrobić? Zawołać ojca? Nie, nie mogła się tak zachowywać, musiała radzić sobie sama. Yaxley była silna, tyle, czy na tyle silna, żeby zabrać stąd Caina, spróbowała wziąć go na ręce, chciała wyjść z tego przeklętego pokoju i dojść z nim do swojej sypialni, żeby tam mógł jakoś wrócić do rzeczywistości.


sprawdźmy, czy Ger da radę przenieść Caina
[roll=PO]
[roll=PO]


RE: [15.06.1972] Doppelganger. Twoja i moja tajemnica | Geraldine & Cain - Cain Bletchley - 25.05.2024

Zagościła ciemność nad jego światem. Pochłonęła go, wypluła, zmemlała. Mógł w niej zostać, to nic - była lepsza niż większość rzeczy, o jakie mógł prosić. Lepsza od większości stanów, w jakie potrafił w swoim zdziwaczeniu wpadać. Tkwienie w "nic" było lepsze od tkwienia w "czymś". Moment, w którym "nic" stawało się "czymś" było najgorszym momentem w tej błogosławionej pustce. Tu nie było bezpiecznie, bo nie był tutaj sam. W swojej własnej głowie, w tym nienaruszalnym królestwie, w którym tkwiła puszka Pandory. Jedna, druga, trzecia - a każda z nich opatrzona wiekami sekretów, które nie powinny zostać poznane. Zakazane słodkości i rzygowiny mieszające się razem, stanowiące obrzydliwy zlep przeszłości z rokowaniami na teraźniejszość i wkładające w dłoń klucze do nowych dróg przyszłości. To wszystko tam tkwiło. Jedna z nich opatrzona była imieniem i nazwiskiem Geraldine Yaxley, ale w niej wcale nie kryło się wiele brzydkich brudów, bo Bletchley nigdy nie chciał i nie próbował po nie sięgać. A jednak tam była. Gotowa do tego, żeby przyjąć tajemnice i zacząć mnożyć możliwości, jakie ich posiadanie by pozwoliło.

Bestia zrodzona z tych czeluści nie była jednak zainteresowana puszką Geraldine Yaxley. Minęła ją bezwiednie. Mijała też wszystkie pozostałe - nie chciała wiedzy o Śmierciożercach, nie chciała sekretów Zakonu Feniksa, nie interesowały ją pliki wyjęte z biura aurorów. Nie chciała tego wszystkiego. Obojętność przechodzenia pomiędzy półkami nie była wynikiem jej brakiem zainteresowania. Ta bestia po prostu doskonale wiedziała, czego szukała.

Ciemna, wilgotna komnata odcinała wszystkie sekrety i tajemnice i zostawiała tylko jedną, najbardziej dla niej smakowitą. Caina Bletchleya. Mężczyznę, który spoglądał szeroko otworzonymi oczami, przerażony, na tę ruszającą się powłokę, która przelewała się dookoła niego i zmuszała go do śledzenia jej wzrokiem. Nie było drzwi, nie było okien. Ta przestrzeń była za mała dla ich dwójki - wiedział o tym on i wiedziała o tym istota, która gwałtem wtargnęła do jego głowy. Niczemu to nie przeszkadzało. Ta istota zamierzała go pożreć. Ciemność przybrała formę - coś, co chyba miało być człowiekiem, albo chociaż go imitować. Pozbawione oczu, pozbawione ust, z ciemną skórą równie wilgotną co ściany tej celi. Odejdź. Nie miał pod ręką różdżki, nawet nie mógł się osłonić, kiedy nastąpił pierwszy atak - kreatura nie zetknęła się z nim fizycznie, ale nie musiała. Coś wyrywało mu wnętrzności przez brzuch, chociaż wcale nie krwawił. Zimna ręka, lodowata, zaciskała się na jego sercu. Krew zwalniała i chłodniała, a siły ulatywały jak z balonika, z którego spuszczano powietrze. Cain nawet krzyczał - darł się z całej siły najpierw wołając imię Geraldine, później z bólu, a na końcu, kiedy już zwijał się embrionalnie na podłodze tylko łkał i płakał, błagając szeptem o koniec. Wszystko. Wszystko, tylko nie to. To jedyne prawdziwe, gorące uczucie, które rozświetlało ten mrok, to całe ciepło, jakie posiadał, ta cała miłość i całe dobro, które otrzymał, te bezcenne wspomnienia z Flynnem, które przywoływał, kiedy wszystko było zbyt ciężkie - to wszystko przepadało. Po prostu.. rozpływało się w nicość.


Thoran uśmiechnął się szalenie, z wyższością patrząc na nieprzytomnego hipnotyzera, którego właśnie zbierała Geraldine z podłogi. Nadal się nie ruszył - siedział na swoim miejscu jakby nigdy nic, uśmiechnięty teraz od ucha do ucha. Cain wyglądał, jakby spał, kiedy go wynosiła z pokoju. I kiedy zaraz tutaj wróci, jeśli w ogóle, to jego już nie będzie. Będzie tylko uchylone okno i wiatr rozdmuchujące te kartki po podłodze oraz zgaszone światło.


Bletchley się ocknął jeszcze w jej ramionach, zanim dobrze położyła go na swoim łóżku. Ocknął to dobre słowo, bo jego oczy były puste. Bez większego kontaktu z rzeczywistością. Zaczął się trząść, jakby było mu zimno.

- ...nn... - Chciał coś powiedzieć. Z jego oczu toczyły się łzy. - Flynn... - Powoli jednak i do tych oczu wracało światło.




RE: [15.06.1972] Doppelganger. Twoja i moja tajemnica | Geraldine & Cain - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.05.2024

Cain krzyczał. Ten krzyk był przeraźliwy, podejrzewała, że ona brzmiała podobnie te kilka dni temu, kiedy przyśnił jej się ten najgorszy koszmar w życiu. W końcu ściągnęła do swojej sypialni niemalże wszystkich mieszkańców tego domu. Wolała, żeby jemu nie przydarzyło się coś podobnego. Miała do siebie wyrzuty, że pozwoliła mu ryzykować, bo nie wiedziała z czym mają do czynienia. Normalna osoba jednak nie reagowała jak Thoran na hipnozę. Jakby nic mu nie było. Nigdy nie miał jakiegoś super silnego umysłu, przynajmniej nic jej o tym nie było wiadomo. Może więcej było w tym, o czym wspominała Florence, że miał w sobie splecione wiele nici, jakby różnych osób. Może dzięki temu wcale nie łatwo było wejść do jego umysłu? Nie miała pojęcia do końca jak to wszystko działało, bo znała się na tym, tyle co praktycznie wcale. Wkurwiało ją to, że nie wiedziała, jak pomóc swojemu przyjacielowi. Nie znosiła bezradności.

Jej brat siedział i patrzył się na nich, jakby zwyciężył. Widziała satysfakcję w jego oczach, wygrał z nią. Nie mogła jednak teraz się z nim skonfrontować, bo to Cain potrzebował pomocy, to na nim musiała się skupić. Kto wie, co działo się teraz w jego głowie. Hipnoza w końcu nie była do końca przewidywana, szczególnie teraz, gdy ten, którego mieli sprawdzić siedział, jakby nigdy nic, a osoba, która próbowała to zrobić leżała na ziemi i wiła się z bólu istnienia.

Wyszła pospiesznie z pokoju, z Cainem w ramionach, nie chciała dłużej patrzeć na bliźniaka, czuła, że to nie jest jej brat, nie było w nim ani grama tego Thorana, którego pamiętała.

Bletchley ocknął się wreszcie. Zaczął coś mamrotać. Gerry uspokajała go cicho, głaszcząc przy tym po głowie, jak małe dziecko. Musiało mu się przytrafić coś złego.


Usiadła obok niego na łóżku, nie przestawała delikatnie głaskać go po głowie wierząc, że to może mu w jakikolwiek sposób pomóc. Nie wiedziała, co innego powinna zrobić. - Cain, przepraszam cię. - Wyszeptała cicho, bo była na siebie wkurwiona, że pozwoliła mu ryzykować. Nie miała nadal pojęcia, co widział. Niestety, musiała o to zapytać, wiedziała, że to nie jest idealny moment, ale musiała wiedzieć. - Co ci się przydarzyło. - Zignorowała zupełnie wzminkę o Flynnie, nie znała żadnego Flynna, nie wiedziała, dlaczego on szepcze właśnie jego imię.